I to całkiem dosłownie.
Usiadł popatrzył mi prosto w oczy a potem nieco prowokacyjnie łypnął na koleżankę małżonkę i sięgnął po jej szklankę z piwem.
Na moją colę się nie skusił.
Co mnie wcale nie zdziwiło.

Chociaż nie jestem pewien czy jest różnica w prowadzeniu po alkoholu i lataniu własnoręcznym ( a raczej własnoskrzydłym). Z drugiej strony skoro spacerować pod wpływem można to może i w lataniu niektórym to nie przeszkadza?
Sąsiednie stoliki po chwili również obsiadły anioły.
W lokalu zapadła cisza przerywana tylko przez nerwowe chichoty i popiskiwanie klawiatur telefonów, którymi niektórzy próbowali uwiecznić to niecodzienne zdarzenie.
Trwało to dłuższą chwilę.
Nasz anioł wyglądał jak wyrzeźbiony w marmurze z Carrary. Tylko oczy w jego twarzy były żywe i niepokojąco inteligentne.
Nie mrugał.
Za to ja nie wytrzymałem i mrugnąłem do niego przyjaźnie. Po głowie tłukło mi się wspomnienie filmu Jane Campion.
W pewnym momencie „nasz” anioł drgnął ,co najwyraźniej było sygnałem dla reszty ,i całe stado opuściło lokal.
Ku memu rozczarowaniu

Cholernie żałowałem ,że nie mam przy sobie lustrzanki.
Anioły odeszły a za nimi podążył tłum gapiów.
Oraz dwóch panów w czarnych koszulkach z napisem, „OCHRONA”.
No ci na aniołów stróżów nie wyglądali.
W każdym razie przyłączyliśmy się do tłumu i ruszyliśmy uliczkami i zakamarkami starówki za kilkunastoma uskrzydlonymi postaciami.

W końcu anioły zniknęły a my usiedliśmy w ogródku greckiej knajpki i zamówiliśmy pyszną golonkę z grilla i naprawdę kiepskie kalmary.
Oraz piwo.
Jedno.
Znowu nie dla mnie.
Na szczęście to ja zamówiłem golonkę więc jakoś się pocieszyłem.
Wieczór był cudownie, śródziemnomorsko ciepły.
Czułem się jak na wakacjach w ciepłych krajach.
Naprawdę nie poznawałem własnego miasta.
Tłumy ludzi na ulicach , teatry uliczne, ciepło i sympatycznie.
No i jeszcze te anioły.
-Cudownie- westchnąłem -Ale wiesz co? Tęsknię za naszymi bamabaryłkami.
-Ja też.
Oddałem żonie połowę golonki a w zamian przyjąłem na klatę okrutnie gumowe i ociekające tłuszczem krążki kalmarów.
Czułem się jak bohater zmagający się z morskimi bestiami.
Stęskniony bohater.
Dzień wcześniej moi rodzice wzięli dziewczynki na przechowanie i mieliśmy je odebrać dopiero nazajutrz.
Taki prezent z okazji naszej okrągłej rocznicy ślubu.
Godzinę po tym jak odwiozłem dziewczynki byliśmy już w łóżku.
Z kanapkami i laptopem.
Mieliśmy oglądać film,ale oczywiście polegliśmy sromotnie.
Pierwsza prawdziwa popołudniowa drzemka od narodzenia Dzieci Frankensteina.
W sobotę spałem do jedenastej.
A nie było łatwo. Najpierw obudziłem się o trzeciej, potem o piątej nad ranem. Potem o siódmej, ósmej i dziewiątej.
Byłem jednak cholernie zdeterminowany i tylko przewracałem się na drugi bok i desperacko zaciskałem powieki.
Teraz więc mogłem rozkoszować się przyjemnym wieczorem.
Sięgnąłem przez stolik i upiłem łyk z piwa z „żoninej” szklanki.
-Patrz kochanie! Anioły z pracy wracają!
Odwróciła się w stronę, w którą wskazywałem.
Przez plac maszerowała grupka białych postaci trzymających pod pachami skrzydła.
Mam w pracy urwanie głowy, więc zaczęłam czytać twój blog od początku, jestem właśnie na wrześniu 2009 i czytam "wieje wiatr", powiem ci, że potworki moje wróciły i pierworodny robi wszystko bym wysłała go do was jak te puzzle... Podobno czterolatki tak mają, taki jak to mówicie skok rozwojowy, tylko dlaczego mam wrażenie, że się cofa;) i to pewnie wszystko dlatego, że się nabijałam, że płacz waszych córek może być relaksujący:(
OdpowiedzUsuńBycie ojcem to wielki dar.:)
OdpowiedzUsuń