piątek, 26 marca 2010

Zgon pralki i inne historie (z obrazkami)

Dzisiaj do pracy znowu musiałem iść w kąpielówkach.
I wcale nie dlatego,że zrobiło się gorąco.
Chociaż rzeczywiście się zrobiło. Dwadzieścia stopni o tej porze roku to lekka przesada.
Gorąco zrobiło mi się tydzień temu, kiedy wróciliśmy do domu i okazało się ,że wywaliło korki.
Nie mogłem znaleźć przyczyny więc doszedłem do wniosku,że pewnie dach gdzieś przecieka i woda spowodowała zwarcie.
Sprawa wyjaśniła się jednak kiedy żona poprosiła mnie o wyjęcie prania z pralki i nastawienie nowego.
To pierwsze było jakoś podejrzanie mokre. Pomyślałem jednak,że koleżanka małżonka zapakowała pralkę „pod sam dach” i słabo się odwirowało.
Jednak kiedy napełniłem bęben i próbowałem uruchomić urządzenie znowu zgasły światła.
„A więc znamy winnego”-pomyślałem.
Żeby nabrać pewności próbowałem jeszcze raz. I po raz kolejny wywaliło korki a spod pralki zaczęła wyciekać woda.
Pełen jak najgorszych przeczuć położyłem pralkę na boku i zajrzałem do środka.
Najpierw zauważyłem,że jeden teleskopowy stabilizator jest wyrwany z zaczepu.
Zamocowałem go z powrotem i już chciałem stawiać pralkę gdy zauważyłem podejrzane kawałki połamanego plastiku.
A potem jakaś śrubkę, nakrętkę, drugą śrubkę, jakąś podkładkę i kawałek... betonu- najwyraźniej odłamanego od pralkowego obciążnika.
Jeszcze raz zajrzałem do środka ,ale nie zobaczyłem nic podejrzanego.
Postawiłem więc pralkę na nóżki i zabrałem się za demontowanie górnej pokrywy.
Podniosłem ja do góry i moim oczom ukazał się obraz nędzy i zniszczenia.

Najwyraźniej podczas naszej nieobecności pralka wpadła w wibracje , które spowodowały,że obluzował się uchwyt stabilizujący bęben. Ten zaczął szaleńczy taniec wewnątrz urządzenia. Co z kolei spowodowało ,że puściły dwie z trzech śrub mocujących betonowy obciążnik. A wibracje tegoż po prostu zgruchotały plastikowa obudowę bębna.
Jednym słowem wnętrze pralki wyglądało tak jakbym zamiast płynu do płukania nalał do dozownika nitrogliceryny.
Naprawdę nie chcecie wiedzieć jak skomentowałem to odkrycie.
W każdym razie o „urrrrrrwaaaaa....nych kubkach” wspominałem wielokrotnie i głośno.
Chociaż nie ukrywam byłem naprawdę zafascynowany tym spektakularnym dziełem zniszczenia.
No i ironią pieprzonego losu.
Bo kiedy całkiem niedawno mój dziadek słysząc o naszych problemach z pralką zaproponował,że fundnie nam nową to grzecznie podziękowałem i...odmówiłem.
Bo przecież „dopiero co starą odebrałem z naprawy i na pewno trochę nam jeszcze posłuży”.
No i posłużyła psiakrew.
Zresztą historia pralki jest barwna do tego stopnia,że ostatnio zacząłem ją dokładnie opisywać. Z myślą o umieszczeniu w książkowej wersji „Dzieci Frankensteina”.
Podobnie jak wątek mojego przyszywanego szwagra, który jak wiele na to wskazuje będzie prawdziwą ozdobą powstającej książki.
Wspominam o tym też dlatego,że chcę się wytłumaczyć z przerwy w blogowaniu.
Sporo przez ten czas napisałem do szuflady.
I nie ukrywam,że mam pewne rozterki.
Bo wyszło mi kilka naprawdę niezłych tekstów w „starym dobrym stylu”, którymi mam ogromna ochotę się z wami podzielić.
Tyle,że większość z nich wprowadziłaby chaos w chronologię blogu.
A po drugie jaki byłby sens pracowania nad papierową wersją tej opowieści gdyby wszystko można było przeczytać na blogu?
Dla mnie nie byłby to problem, ale podejrzewam,że dla żadnego wydawnictwa taka sytuacja nie byłaby do zaakceptowania.
Chociaż nie ukrywam,że ostatnio przeżywam okres zwątpienia w to, że wyjdzie mi powieść, którą ktoś uzna za wartą wydania a inni za wartą kupienia.
Koleżanka małżonka mówi,że jestem głupi.
Oby miała rację.
Zresztą kiedy czytałem jej ostatnio swoje najnowsze wypociny to dwa razy popłakała się ze śmiechu.
To dodało mi trochę otuchy. Bo ona naprawdę potrafi być bardzo krytyczna i bez ogródek mówi mi kiedy wychodzą mi słabsze teksty.
Zresztą ostatnio mam prawdziwa huśtawkę nastrojów. Przy dzieciakach czuje się fantastycznie. A potem jadę do roboty i jest gorzej. Potem wracam i jest znowu nieźle, ale zaraz potem oglądam w telewizji kolejna odsłonę „invitrowego bicia piany”-ten jest za, tamten przeciw, inny właściwie za, ale... i tak dalej.
W internecie czytam,że w Turcji chcą karać kobiety za wyjazdy do zagranicznych klinik przeprowadzających zapłodnienie pozaustrojowe.
„Platformiani” kandydaci na prezydenta wdzięczą się do wyborców, ale co który usta otworzy to się kompromituje. Niestety wypowiadanie się o in vitro też uważają za stosowne.
A w „trójce” jakiś słuchacz oświeca rodaków ,że zamiast wydawać dziesiątki tysięcy na in vitro wystarczy nosić pas jakiegoś tam świętego i będzie po kłopocie.
Płodność, psiakrew, gwarantowana!
Twórcy naprotechnologii pewnie też są zdruzgotani skoro recepta na sukces jest tak prosta.
No żesz kurrrrrrrrr.....
Się uniosłem trochę.
No a skoro w tym nieco chaotycznym poście nadrabiam zaległości to teraz hurtowo.
Ostatni tydzień ogólnie nie należał do specjalnie porywających.
Najpierw wieczorem zwiał nam pies więc miałem noc z bani bo co dwie godziny wychodziłem go szukać. O pierwszej, drugiej, czwartej, szóstej...


Złapałem gnoja po siódmej jak już miałem jechać do pracy.
W ramach zemsty postanowiłem go „zabiegać”.
To tez szerzej opiszę „na papierze”.
W każdym razie on zniósł moje próby nieźle.
Gorzej ze mną. Jeszcze teraz ledwo łażę.
Dzień później moi rodzice postanowili dać nam nieco oddechu i na cały dzień zabrali dzieciaki.
Najpierw więc się wyspaliśmy, potem gruntownie posprzątaliśmy chałupę a potem... zakopaliśmy się samochodem na polnej drodze. I to tak psiakrew masakrycznie, że po dwóch godzinach walki wezwaliśmy na pomoc ciągnik.


To naprawdę długa i barwna historia.
Tez ją opisałem do szuflady.
Ale bez obaw teraz zamierzam przyłożyć się do blogu.
Bo jest o czym pisać.
Zaczyna się dla nas czas bardzo szczególny. Dokładnie rok temu zaczynaliśmy się szykować do wyjazdu do kliniki. Najbliższe tygodnie miały zmienić całe nasze życie. Tyle,że jeszcze nie wiedzieliśmy czy tak będzie.
Na samo wspomnienie czuję skurcz żołądka i ucisk w piersi.

2 komentarze: