czwartek, 30 grudnia 2010

Przed urodzinkami nr 1...

Niepostrzeżenie zrobiła się połowa grudnia i nadeszły pierwsze urodziny księżniczek ze szkiełka.
Kilka dni wcześniej solidnie sypnęło śniegiem.
Na tyle solidnie, że zacząłem martwić się czy zaproszeni goście będą w stanie do nas bezpiecznie dojechać.
A potem zdałem sobie sprawę z tego,że nawet jak dojadą to nie będą mieli gdzie zaparkować.
Spędziłem więc kilka godzin szuflując śnieg z podjazdu i podwórka.
Kiedy skończyłem zaczęło znowu sypać.
Przepełniony goryczą patrzyłem przez okno jak moją pracę szlag trafia.
Po dwóch dniach walki ze śniegiem kręgosłup, któremu dostało się już podczas walki z piecem dał mi wyraźnie do zrozumienia,że określenie „być w sile wieku” może być cokolwiek mylące.
Skończyło się na stękaniu, masowaniu i nacieraniu.
Jednym słowem żałośnie.
I frustrująco.
Tym bardziej,że jeszcze przed imprezą musiałem skończyć tą cholerną balustradę na schodach.
Tak tak, tą ,którą miałem skończyć w czerwcu przed „różową imprezą”.
Nie pytajcie dlaczego wtedy się nie udało.
Ani czemu nie udało się w lipcu.
Ani sierpniu.
We wrześniu.
Oraz październiku.
I listopadzie.
Nie mówmy o tym co było złe. Mówmy o tym co zrobić by było lepiej.
Czemu jakoś moja małżonka nie może zrozumieć tej, jakże pozytywnej, filozofii?
W każdym razie rano przed imprezą montowałem ostatnie elementy.
Wreszcie była gotowa.
No prawie.
Na poprawki przyjdzie jeszcze czas.
Wiem.
To żałosne, ale i tak byłem z siebie dumny.

środa, 29 grudnia 2010

"Smoke on the... father"

Koleżanka małżonka przeczytała to co wczoraj napisałem i mruknęła, że zapomniałem o najważniejszym:
-O kominku zapomniałeś napisać. A to przecież był wielki finał.
Faktycznie.
Jeszcze przed kolacją,ale już po prysznicu, postanowiłem rozpalić w kominku. Podczas gdy ja gmerałem w wygaszonym piecu w domu temperatura odczuwalnie spadła i chcieliśmy posiedzieć w miłym cieple.
Szybko wrzuciłem jakieś papiery, trochę drobnego drewna i kilka solidnych szczap. Podpaliłem wszystko zapalniczką i zostawiłem lekko uchylone drzwiczki żeby był lepszy „cug”.
-To ja jeszcze szybko, przed jedzeniem zajrzę do tego cholernego pieca żeby sprawdzić czy wszystko w porządku bo ponownego rozpalania to już mogę dzisiaj nie przeżyć.
-No to leć.
No to poleciałem. Z piecem było wszystko w najlepszym porządku. Wracałem więc w dobrym humorze a w brzuchu burczało mi z głodu.
Czy próbowaliście kiedyś krzyczeć szeptem?
Wbrew pozorom jest to możliwe chociaż naprawdę niełatwe.
Aby szept mógł uchodzić za krzyk potrzebne jest prawdziwe nagromadzenie gwałtownych emocji.
Takie emocje usłyszałem w głosie koleżanki małżonki kiedy wszedłem do przedpokoju.
-Wołam cię i wołam !-darła się na mnie szeptem, wspominając wielokrotnie o „urrrrrwanych kubkach”.
Zrozumiałem,że coś się stało, ale nie miałem pojęcia czemu stan naszych naczyń wywołał u niej tak gwałtowną reakcję.
Jednak jej warczący „szeptokrzyk” zapowiadał kłopoty.
Pomyslałem,że gdyby nie bała się, że obudzi dzieciaki to rano musiałbym wstawiać nowe szyby w oknach. A w szafkach zamiast pourywanych kubków znalazłbym tylko ceramiczną miazgę.
Naburmuszony coś tam cicho odwarknąłem, ale ochota na dyskusję przeszła mi kiedy wszedłem do pokoju.
Pokoju pełnego czarnego dymu szarpanego przez podmuchy lodowatego wiatru wpadającego przez drzwi balkonowe i wypadającego przez kuchenne okno.
Tym razem ja wspomniałem coś o uszkodzonych fajansach i pomogłem żonie machać kocem żeby jak najszybciej usunąć dym z pomieszczenia.
Potem pobiegłem otworzyć drzwi do przedpokoju, żeby smog uciekał również tamtędy.
I dalej wachlowałem.
I wachlowałem.
Szeptem odkrzykując koleżance małżonce „że czego się czepia, jak wychodziłem wszystko było w porządku a ja przecież tylko chciałem żeby w tym cholernym domu wreszcie było ciepło.”
We łbie kręciło mi się jak na karuzeli. Kolejna sesja śmierdzących inhalacji to nie było to o czym marzyłem.
To nie był udany wieczór.
To nie był udany dzień.
Po kilkunastu minutach powietrze się oczyściło.
Atmosfera w sensie przenośnym też.
-Jak tylko wyszedłeś dym buchnął do środka i zrobiło się czarno. Przestraszyłam się o dzieciaki i pognałam zamknąć drzwi do sypialni.
-No tak teraz rozumiem. Ja pierniczę co za dzień. Dobrze, że się wreszcie kończy.
-Noooo...
A potem poszedłem jeszcze raz pod prysznic żeby zmyć z siebie swąd dymu.
Kiedy wróciłem ogień w kominku palił się czystym i jasnym płomieniem a po pomieszczeniu rozchodziło się miłe ciepło.
Na stole czekała kolacja.
I te pierdzielone świeczki.
Resztę już znacie.

wtorek, 28 grudnia 2010

Pod kopułą dymu.

Zaczęło się, jakże inaczej, w poniedziałek. Dwa tygodnie przed świętami.
Po przebudzeniu poczułem,że w domu jest podejrzanie chłodno. Kaloryfery lodowate. Najwyraźniej piec wygasł.
Zdziwiło mnie to ponieważ dzień wcześniej zapakowałem pełen podajnik węgla.
Zresztą przez weekend też jakieś czary się porobiły bo w trzy dni poszła taka ilość opału, która normalnie starcza na tydzień.
Kiedy koleżanka małżonka wstała i zluzowała mnie przy dzieciach poczłapałem do piwnicy.
Bez entuzjazmu.
Poprawiłem ustawienia pieca na zdecydowanie bardziej ekonomiczne a potem poszukałem przyczyny awarii.
Wierny malarskiej zasadzie „od ogółu do szczegółu” ( której filozofia zaskakująco przypomina metody diagnostyczne dr Housa oraz znajomego ateisty cholesterolowego) postanowiłem zacząć od przyczyn najprostszych.
Szło mi jednak opornie.
Aż w końcu poirytowany kopnąłem dwa razy w pojemnik podajnika.
W odpowiedzi usłyszałem gruchot sypiącego się ekogroszku.
No i wszystko jasne, węgiel zablokował się w podajniku. Teraz jednak wyglądało na to,że wszystko wróciło do normy.
Opróżniłem pojemnik na popiół- czego serdecznie nienawidzę bo drobniutki pył wdziera się do wszystkich otworów ciała.
No prawie wszystkich. Ponieważ niektóre z tej złości są mocno ściśnięte.
A potem zająłem się rozpalaniem pieca- kolejną z „ulubionych” czynności. Konstrukcja naszego nowego pieca powoduje,że przy otwartych drzwiczkach cały dym wali do piwnicy.
Instalator wytłumaczył mi ,że tak ma być bo to „zamknięta komora spalania”.
Wierzę mu co nie zmienia faktu,że rozpalanie pieca jest upierdliwe ponieważ oznacza spędzenie pół godziny w kłębach dymu.
Można to zrobić szybciej,ale przekonałem się, że lepiej się nie spieszyć.
Bo może się okazać,że po dwóch godzinach czynność trzeba będzie powtarzać.
W końcu zapylony i podtruty dymem wróciłem na górę.
-Węgiel w podajniku się zawiesił, ale już go zresetowałem i jest w porządku. To był twardy reset-poinformowałem koleżankę małżonkę i w poczuciu dobrze spełnionego męskiego obowiązku udałem się pod prysznic.
Dwie godziny później żona zagadnęła:
-Jakoś dalej chłodno w domu.
-Pewnie dlatego,że piec w pierwszej kolejności nagrzewa wodę do mycia a dopiero potem ciepło idzie na kaloryfery- odpowiedziałem spokojnie.
To była prawda. Zazwyczaj.
Jednak nie tym razem.
Zszedłem do piwnicy i zacząłem kląć z goryczą.
A potem zabrałem się za ponowne rozpalanie.
Poszło mi sprawnie,ale zajęło sporo czasu bo chciałem mieć pewność,że tym razem ogień nie wygaśnie.
Posprawdzałem wszystkie ustawienia sterownika- te wszystkie „histerezy”, „przerwy w pracy”, „czasy pracy”, „siły nadmuchu” i pewny ,że teraz to już na pewno będzie dobrze zabrałem się z inne domowe prace.
Głównie te, których nie zdążyłem wykonać przed narodzinami dzieci oraz „różową imprezą”.
Tym razem chciałem zdążyć przed zbliżającymi się urodzinami „księżniczek ze szkiełka”.
Szło mi opornie ponieważ okazało się,że po operacji czynności, które kiedyś wykonywałem bez zastanowienia teraz wymagają niezłej ekwilibrystyki i okupione są spora dawka bólu.
No ,ale lekarz kazał ćwiczyć więc potraktowałem to jako rehabilitację.
Dosyć swoistą, ale za to produktywną.
Wieczorem znowu padłem do łóżka jak kłoda.
Spało mi się za to cudownie. Powietrze było takie cudownie chłodne. Mimo,że śluzówkę nosa miałem podrażnioną popiołem i dymem wreszcie swobodnie oddychałem i nie chrapałem.
O piątej nad ranem zdałem sobie jednak sprawę z tego,że coś tu za pięknie z tym chłodem.
Wygrzebałem się z łóżka i zszedłem do piwnicy.
Cichej i chłodnej.
Ja jednak wróciłem z niej zagotowany. Perspektywa ponownego rozpalania pieca ze zrozumiałych względów nie wzbudziła we mnie entuzjazmu.
Przed południem naprawiłem podajnik kilkoma kopniakami, sprawdziłem mechanizm podajnika i ponownie rozpaliłem piec.
Tym razem już nad wyraz pieczołowicie.
A potem co godzinę sprawdzałem czy wszystko w porządku.
Wyglądało na to,że teraz już tak.
W trochę lepszym humorze wróciłem do innych zajęć.
Poprawa humoru była jednak krótkotrwała.
Po raz kolejny zaglądając w zimna czeluść pieca uznałem,że nadeszła pora na opróżnienie podajnika.
Powinienem był to zrobić od razu, ale ponieważ był pełen nie uśmiechało mi się wygrzebywanie stu pięćdziesięciu kilogramów węgla małą szufelką w cholernie niewygodnej pozycji.
Teraz jednak nie miałem wyjścia.
Z łbem w podajniku, latarką w jednej a szufelką w drugiej ręce spędziłem spędziłem kilkadziesiąt minut. Klnąc i wdychając pył węglowy.
A potem kolejne w kłębach dymu podczas rozpalania.
Jakaż była moja radość gdy godzinę później okazało się,że piec wygasł ponieważ z tego wszystkiego zapomniałem włączyć podajnik.
Zrezygnowany i zobojętniały ponownie rozpaliłem to cholerstwo i poszedłem na dwór pozbyć się z płuc tego pieprzonego dymu. Było już ciemno. Niebo pokrywały geste chmury.
Po kilku godzinach w pyle, kurzu i dymie z rozkoszą smakowałem chłodne, czyste powietrze.
Poczułem się jak jeden z bohaterów „Pod kopułą” Stephena Kinga i zachichotałem.
Do końca książki zostało mi zaledwie kilka stron. Garstka ocalałych bohaterów książki właśnie walczyła o każdy haust czystego powietrza w rozpaczliwej walce o życie.
Dotleniłem się i walcząc z zawrotami głowy powlokłem swój podtruty organizm pod prysznic.
Obmyłem się i opłukałem gardło starając się nie patrzeć jaki kolor ma wypluwana woda.
Potem wykąpaliśmy dzieciaki a kiedy nakarmione poszły spać wreszcie mogłem odetchnąć.
-Kiepsko się czuję. Łeb mam jak balon. Pełen miału węglowego.
-Może mleka się napijesz? Chociaż to chyba na inne zatrucia pomaga...-zastanowiła się żona.
-Nie pomoże ,ale i nie zaszkodzi- mruknąłem kierując się w stronę lodówki.
Mleko nie było pierwszej świeżości, ale zimny płyn mile schodził podrażnione gardło.
-Wiesz co? Zejdę jeszcze sprawdzić piec.
-A w ogóle znalazłeś przyczynę?
-Tak , jakieś śmieci dostały się z węglem do podajnika i opadły na dno blokując wylot. Kawałek drewna, jakiś patyk , trochę drutu. Wyjąłem je i wsypałem węgiel z powrotem. Powinno być dobrze.
-Oby.
-No to idę.
I poszedłem. Na całe szczęście.
Zajrzałem do pieca iw twarz buchnął mi czarny dym. Żaru nie widziałem. Zakląłem bardzo brzydko i niekulturalnie, ale od razu zorientowałem się ,że tym razem zapomniałem włączyć nadmuch.
Na szczęście nie było za późno i po uruchomieniu dmuchawy ogień szybko się pojawił.
W głowie znowu kręciło mi się od dymu.
Wyszedłem przed dom i patrząc na pierwsze płatki padającego śniegu westchnąłem z goryczą.
-Cóż za uroczy dzionek.
Potem wziąłem szybki prysznic żeby spłukać z siebie zapach dymu i zajrzałem do córek.
Niby człowiek siedzi w domu a własnych dzieci nie widzi. Normalnie się stęskniłem.
Patrzyłem na ich małe ciałka skulone pod kołderkami i poczułem wzruszenie. Ostatnio coraz częściej mi się to zdarza.
To chyba zbliżające się pierwsze urodziny powodują,że tak się rozklejam.
W zdecydowanie „niemęskim” nastroju wróciłem do koleżanki małżonki.
Na stole stała kolacja i zapalone świeczki.
Usiedliśmy i gawędząc zabraliśmy się do jedzenia.
W pewnym momencie poczułem delikatny zapach dymu z palących się świeczek.
Nie był nieprzyjemny.
A jednak zrobiło mi się słabo.

Biorę się do roboty.

Strasznie ciężko ostatnio jest mi coś napisać. Rozwój córek wszedł w tak gwałtowną fazę, że czasem żal od nich odwrócić wzrok bo człowiek może coś przegapić.
Dwa dni temu jedna z nich nauczyła się wchodzić na kanapę a dzień później znalazłem ją siedzącą na całkiem wysokim wiklinowym koszu na zabawki.
Codziennie ich słownik wzbogaca się o nowe słowa a asortyment min o kolejne grymasy.
Człowiek może patrzeć na nie godzinami. A czasem nawet podyskutować.
Co nie znaczy, że opieka nie daje w kość.
Bo daje.
Mimo,że ostatnio nocki robią się coraz lepsze. Tyle,że to od początku była sinusoida.
Doszło do tego,że już boje sie pisać na blogu,że „jutro napiszę o...” mimo,że post jest juz prawie gotowy.
Bo często zaabsorbowany rodzinnym życiem orientuje sie,że już minął tydzień a ja nawet nie spróbowałem czegoś napisać.
A kiedy próbuje to... szkoda gadać.
Krasnoludzkie plemię nie toleruje technik bardziej zaawansowanych niż grzechotka.
Kiedy tylko zorientują się ,że tata siedzi przy kompie przypuszczają gwałtowny i brutalny atak.
Wieszają się u moich kolan i żądają do nich natychmiastowego dostępu.
Udręczony i sterroryzowany tatulo bierze więc tę najbardziej agresywną i jeszcze przez chwilę próbuje w dalszym ciągu pisać coś jedna ręką.
Niestety.
Porzucona na podłodze córka podnosi poziom emitowanych decybeli do takiego, który nie tylko sikorkę ,ale i Boeninga 737 może strącić w locie.
A, że nad naszym domem przebiega korytarz powietrzny, to w obawie o życie niewinnych ludzi, odkładam jedną córkę i biorę na kolana tę drugą.
Udowadniając tym samym własną naiwność i łamiąc podręcznikową zasadę mówiącą ,że z terrorystami nie należy negocjować.
Odłożona córka zezłości wygina całe ciało, traci równowagę i wali główką o podłogę.
A potem mówi co o tym myśli.
Niezbyt wyraźnie.
Za to cholernie głośno.
Przy karmniku za oknem robi się pusto.
A ja odkładam obie terrorystki na podłogę i biegnę zerknąć czy na niebie nie widać smug kondensacyjnych jakiegoś odrzutowca.
Uspokojony wracam do córek, które wcale na uspokojone nie wyglądają.
Zdesperowany zaczynam śpiewać.
Chociaż wcale nie umiem.
I tańczyć.
Chociaż umiem średnio.
A potem robić idiotyczne miny.
O, w tym jestem niezły.
Zawsze byłem całkiem dobry w robieniu z siebie idioty.
I kiedy w końcu koleżanka małżonka wstaje i pyta czemu jej wcześniej nie obudziłem i nie poszedłem pisać to trudno jest mi odpowiedzieć cenzuralnie.
Wygłaszam wtedy gorzki płaczliwo-warkliwy monolog.
Coś o kłodach rzucanych pod nogi, braku wsparcia i tak dalej.
I o tym,że teraz to już nawet nie mam siły myśli zebrać a co dopiero czegoś napisać.
Jednym słowem nieco żałosne biadolenie i samousprawiedliwianie się.
Do tego doszły jeszcze przygotowania świąteczne, problemy z piecem CO, pierwsze urodziny córek i masa różnych spraw, które odciągały mnie od pisania.
Prawdę mówiąc pragnąłem wreszcie odrobiny świętego spokoju.
Kilka razy nawet coś tam naskrobałem. Nawet całkiem sporo. Ale było to tak słabe,że nawet nie miałem ochoty czytać tego jeszcze raz ,żeby coś poprawić.
A jednak pewno drobne zdarzenie spowodowało,że poczułem,że nie mogę odpuścić pisania blogu.
Pozwólcie,że owo zdarzenie przez chwile będzie tajemnicą.
W każdym razie dzisiaj rano przed jedenastą zostawiłem koleżankę małżonkę z dzieciakami i ubrany w narciarskie ocieplane spodnie i dwa swetry zasiadłem przy komputerze.
Mój spokojny kąt do pisania znajduje się w części domu, która z oszczędności jest słabo ogrzewana.
Ale to nawet lepiej. Orzeźwiający chłód pozwala oczyścić myśli.
Tak więc siadłem, pociągnąłem duży łyk mocnej kawy i zacząłem nadrabiać zaległości...

sobota, 11 grudnia 2010

No i znowu dykteryjka

Wczoraj padłem na twarz ( to przez to odśnieżanie) zanim zdążyłem wrzucić post więc niniejszym czynię to teraz :-))).

Ponieważ lekarz powiedział,że rehabilitację mogę zacząć praktycznie od razu w drodze do domu postanowiłem sprawdzić jak wygląda sprawa terminów.
Oczywiście okazało się ,że katastrofalnie. Bardzo zależało mi na tym żeby na zabiegi pochodzić póki jestem na zwolnieniu. Z doświadczenia wiedziałem, że jak wrócę do pracy to praktycznie nie będzie na to szans.
I kiedy już całkiem straciłem nadzieję ktoś podpowiedział mi ,że małym wiejskim ośrodku zdrowia niedaleko naszej miejscowości od niedawna jest rehabilitacja i czas oczekiwania na nią jest stosunkowo krótki.
Pełen nadziei zapukałem do drzwi gabinetu.
-O co chodzi?-zapytał młody rehabilitant.
-Chciałem się dowiedzieć o możliwości rehabilitacji i terminy...
-A co pan ma zlecone?
-Eeee... no skierowanie mam i ....
-Niech pan pokaże. No jasne, nic nie wypisali. Niech pan idzie do lekarza rodzinnego i poprosi żeby panu wypisał... o takie zabiegi-wręczył mi małą karteczkę.
-Dobrze a jak z terminami?
-Normalnie powinienem pana zapisać na koniec stycznia,ale po operacji to dobrze by było jak najszybciej zrobić krioterapię i powalczyć z tą opuchlizną...
-No jasne-zgodziłem się skwapliwie.
-...ale krioterapia to akurat u nas jest odpłatna. Reszta jest na enefzet.
-Aha?-nie do końca rozumiałem co próbuje mi powiedzieć.
-No to jakby pan wykupił krioterapię to możemy zacząć od jutra.
-A reszta?
-Tak samo.
Zrozumiałem.
-I jak pan się ustosunkuje do takiej propozycji?
-Noooo.... pozytywnie.
-I bardzo dobrze. To co będzie pan miał to skierowanie na jutro?
Miałem.
Zameldowałem się z nim koło południa, zapłaciłem i po chwili poczułem na kciuku powiew helu o temperaturze minus 150 stopni.
-A kiedy te pozostałe zabiegi?
-Zobaczymy. Musimy policzyć czy nie wyczerpaliśmy limitu na ten rok.
Trochę rozczarowany mruknąłem,że umowa była inna, ale uzyskałem zapewnienie,że „co prawda wpisują mnie na styczeń, ale jak podliczą punkty to pewnie i tak zrobimy to w grudniu”.
Czułem się lekuchno wydymany,ale odpuściłem bo pan był bardzo miły i wyraźnie zakłopotany sytuacją.
Po chwili do gabinetu zajrzała szczupła rehabilitantka.
Patrząc jak jej kolega manipuluje moim kciukiem zapytała:
-A panu co się właściwie stało?
Wyjaśniłem.
-Aha... a jak właściwie do tego doszło.
Opowiedziałem.
-Nooo, to chyba ma pan świadomość,że nie jest pan zbyt częstym przypadkiem.
Odpowiedziałem,że mam.
-Chyba opiszemy pana historię na naszym specjalistycznym portalu.
Wyraziłem stosowny entuzjazm.

ps.
A teraz o ile błękitnokrwiste bambaryłki pozwolą spróbuję coś skrobnąć :-))

czwartek, 9 grudnia 2010

No pain, no game.

Trzy dni później poszedłem na kontrolę do ortopedy.
Pod koniec wizyty zagadnąłem.
-Panie doktorze czy to możliwe żebym się uodpornił na lidokainę?
Zaprzeczył i zaczął mi wyjaśniać sposób działania leku na organizm.
-No to jak to możliwe,że mi te druty wyciągali praktycznie „na żywca”?
-Niech pan pokaże gdzie panu zastrzyki zrobili.
Pokazałem i wtedy na jego twarzy pojawił się wyraz zakłopotania.
-Bo widzi pan kolega zapomniał chyba,że blizna pooperacyjna przewodzi impulsy nerwowe.
Było mu najwyraźniej głupio, że jego kolega walnął babola.
-Wie pan tak to jest, dużo pacjentów, pośpiech, rutyna...
-No to jak to można znieczulić?
-Tak samo tylko zastrzyk trzeba było zrobić kilka centymetrów wyżej. O tutaj!-wskazał nadgarstek.
-Wtedy wystarczyłby jeden i nic by pan nie poczuł.No dobra niech pan da dane do zwolnienia i poczeka na korytarzu.
Wyszedłem z gabinetu i siedząc w poczekalni trawiłem te nową zaskakująca wiedzę.
W pewnym momencie otworzyły się jakieś drzwi i wyszedł z nich mój drutowy oprawca.
Spiąłem się cały i pomyślałem,że jeżeli tylko na mnie spojrzy to na pewno podzielę się z nim kilkoma refleksjami na temat tego co mnie spotkało.
Jego spojrzenie prześlizgnęło się po mojej twarzy i właśnie zbierałem się do tygrysiego skoku gdy drzwi gabinetu się uchyliły i usłyszałem pytanie:
-A ile tego zwolnienia pan chce?
Miał facet wyczucie. A maestro skalpela oddalał się powoli nieświadomy tego, że gdyby złe myśli mogły ranić to tarzałby sie teraz na podłodze w szybko rosnącej kałuży krwi.
Odwróciłem od niego wzrok i mruknąłem:
-A ile tam pan da. Chętnie posiedzę w domu z córkami.
Pokiwał głową i wypisał druczek. Po chwili oddał mi go pytając:
-Tak może być?
Zerknąłem się spodziewając się dodatkowego tygodnia w domu.
Patrzyłem na cyfry nie wierząc własnym oczom.
Przeszła mi nawet złość na mojego oprawcę.
A po chwili zacząłem się martwić o to co powiedzą w pracy kiedy dowiedzą się, że do pracy wrócę po nowym roku.
Długo po nowym roku.
Po wyjściu zadzwoniłem do żony.
-Wiesz co? Chyba będę miał sporo czasu na prace nad książką.
I znowu się pomyliłem

środa, 8 grudnia 2010

Pożegnanie z drutem

Wspomniałem wczoraj,że każdy kontakt z personelem medycznym kończy się anegdotką.
No właśnie.
Winien chyba jestem kilka słów na tema stanu kciuka.
Stan jest generalnie do dupy, ale pracuję nad nim.
Osoby znające temat pewnie są zaskoczone, że już chodzę na rehabilitację. Ja też jestem zdziwiony,że znalazł się termin,ale o tym innym razem.
Kciukowa epopeja została przerwana w momencie gdy czekałem na wyjęcie drutów.
Lubię wiedzieć co mnie czeka więc poszperałem w internecie i dowiedziałem się,że jest to praktycznie bezbolesny zabieg, przeprowadzany pod miejscowym znieczuleniem i jedynym trochę nieprzyjemnym uczuciem jest takie „ciągnięcie w kości kiedy wychodzą z niej druty”.
Czy li normalnie pan pikuś dla gościa, który z uśmiechem patrzył jak chirurg wierci mu wiertarką w kości dziury.
Na zabieg udałem się więc rozluźniony i uśmiechnięty.
I szczęśliwy, że ciała obce znikną z mojego organizmu.
Obiecywałem historię pełną krwi i przemocy? Oto ona.
Po zabiegu nie byłem ani rozluźniony ani uśmiechnięty. Pozostało tylko uczucie ulgi, że mam to za sobą.
Kiedy wyszedłem z gabinetu koleżanka małżonka spojrzała na mnie i jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki.
-Co się stało!!!
-Nie chcesz wiedzieć.
A jednak chciała.
No to opowiedziałem.
Kiedy wszedłem do gabinetu położyli mnie na leżance i zrobili dwa zastrzyki przeciwbólowe.
Odczekaliśmy chwilę i chirurg wziął w rękę skalpel.
Poczułem jak ostrze przecina moją skórę.
-Ehem...,ale ja to czuję.
-Ooo-był najwyraźniej zdziwiony-No to chwilkę poczekamy.
Po „chwilce” sytuacja sie powtórzyła.
Lekko zirytowany lekarz, któremu najwyraźniej się spieszyło mruknął:
-No to jeszcze dwa zastrzyki.
Jedna z pielęgniarek westchnęła żartobliwie coś o pacjencie wpędzającym placówkę w koszta.
Pożartowaliśmy kilka minut i lekarz zrobił kolejne podejście.
-Przepraszam bardzo,ale nie czuję żadnej różnicy!-zaczynałem się niepokoić
-A pan co na lidokainę uodporniony!?
Odparłem,że nie sądzę bo u stomatologa znieczulenie zawsze działało.
-No to poczekamy-westchnął zrezygnowany.
Przepraszam za wyrażenie,ale czekanie gówno dało i znowu musiałem grzecznie poprosić Paganiniego skalpela by raczył wyjąć ostrze z mojego ciała ponieważ znieczulenie nie działa.
Cały personel był najwyraźniej zniecierpliwiony i zdegustowany. Ktoś chyba mruknął,że zaraz gdzieś się spóźni.
Nie jestem pewny bo próbowałem się doliczyć, który to juz raz wstrzykują mi środek przeciwbólowy.
Potem doliczyłem się sześciu śladów ukłuć.
Ukłuć bezsensownych i niepotrzebnych ponieważ nie dały żadnego efektu.
-To czemu pan nie mówił,że lidokaina na pana nie działa!-usłyszałem wyrzuty.
-Kiedy działaaaaAAAAAAAAAA!-ryknąłem ponieważ moją rękę przeszył rwący ból.
Usłyszałem przekleńtswa i ktoś z boku doradził:
-Co wyśliznął ci się? Weź to większe imadełko i najpierw go trochę rozruszaj i dopiero wyciągnij.
Postanowiłem być dzielny i zagryzłem zęby.
A jednak czułem ,że coś ewidentnie jest nie tak.
-słuchajcie, ja naprawdę nie jestem histerykiem i mam normalny próg bólowy, ale to cholernie boli a w internecie pisali....-w tym momencie pociemniało mi w oczach.
I nic dziwnego bo zacisnąłem powieki.
-Trudno- usłyszałem jak przez mgłę. Wyciągamy tak jak jest.
Poczułem kilka par rąk przytrzymujących mnie na leżance i usłyszałem szczęk metalu o metal a potem brutalne szarpnięcia.
I kiedy w końcu usłyszałem „no jeden już mamy” o mało nie popłakałem się z bólu. Zamiast tego wtuliłem sie w biust pielęgniarki, która całym ciałem unieruchamiała moja pierś.
Niepotrzebnie bo wcale się nie wyrywałem.
Nawet nie kląłem.
I tylko raz zawyłem.
Drugi drut na szczęście wyszedł łatwiej. Chociaż również w eksplozji bólu. Na tyle jednak słabszej ,że teraz poczułem również owo „troszkę nieprzyjemne uczucie ciągnięcia”.
Kiedy z założonym opatrunkiem zlazłem z leżanki cały świat wirował.
A jednak zgrywając twardziela uśmiechnąłem się, podziękowałem za ciekawie spędzony czas i wyszedłem.
-Ja to bym w życiu nie pozwoliła sobie czegoś takiego zrobić!-jęknęła koleżanka małżonka słysząc moją opowieść.
-Ale twardy jestem co?!-wypiął dumni wątłą pierś kieszonkowy, garbaty macho.
-Chyba głupi! Nie mogłeś powiedzieć,że cię boli!?
-Oj mówiłem, mówiłem. No robili co mogli, ale nie dało się znieczulić.
Jakże się wtedy myliłem.

wtorek, 7 grudnia 2010

Mowa ciała i garść usprawiedliwień

Dwa tygodnie.
Dwa tygodnie bez posta. Nawet nie wiem kiedy ten czas zleciał. I nawet trudno mi znaleźć przyczynę takiego stanu rzeczy.
Kiedy w niedzielne popołudnie brnęliśmy zaśnieżoną drogą spełnić swój obywatelski obowiązek pomyślałem, że chyba trochę dopada mnie trema. Coraz trudniej wymyślić coś co zaskoczy czytelników. A ja bardzo nie lubię się powtarzać.
Z drugiej strony cały czas czułem presję.
Ciągnąc córkę na sankach rozmyślałem o tym jak mało mam ostatnio bodźców inspirujących do pisania.
To już dwa miesiące odkąd jestem na zwolnieniu lekarskim. Prawie nie oglądam wiadomości, nie czytam gazet, nie słucham radia.
Codzienna jazda do gminnej metropolii na rehabilitację urasta do rangi wyprawy pełnej emocji i przygód.
Bo to czasem wiewiórka przez drogę przebiegnie, płatek śniegu spadnie na czoło, zakołyszą się suche badyle tarmoszone porywem wiatru...
No orgia przygód po prostu.
I tylko służba zdrowia jest niezawodna.
Po ostatniej wizycie u ortopedy mruknąłem do koleżanki małżonki.
-Wiesz co? Zadziwia mnie to,że każdy kontakt ze służbą zdrowia owocuje dykteryjką. Choćbym nawet nie chciał.
A najnowsza opowieść z tego gatunku będzie pełna krwi, przemocy i seksu.
Eee... pozostańmy może przy krwi i przemocy.
Najpierw jednak chciałbym zwalić winę a moje lenistwo na pewnego jegomościa.
Od jakiegoś czasu ciesze się odzyskana możliwością lektury książek. Z gorliwością neofity połykam setki stron.
I dobrze mi z tym.
Tyle,że odbywa się to w czasie, który do tej pory był przeznaczony na łatanie blogowych dziur.
Rozpaczliwe były to próby ponieważ odbywały się wcześnie rano zaraz po przebudzeniu księżniczek.
Najczęściej wyglądało to w ten sposób, że po porannej butli mleka (dla nich) i z kubkiem parującej kawy ( dla mnie) odpalałem kompa i próbowałem coś wystukać.
Po kilku minutach dwa małe wyjce wisiały mi na nogawkach domagając się pełnej uwagi.
Czasem pomagało wzięcie jednaj z nich na kolana i wtedy mogłem powoli pisać jedną ręką.
Jednak kłopoty z wpisywaniem polskich znaków i dużych liter powodowały rosnącą irytację i zniechęcenie.
Pogłębiały je gwałtowne protesty drugiej latorośli, która widząc siostrę na tatulowych kolanach rozpoczynała gwałtowną kampanię w obronie swoich praw.
Zamiana rezydentki pomagała tylko na chwilę ponieważ ta wyeksmitowana na podłogę podnosiła gwałtowny raban i szarpiąc moja nogawkę szantażowała mnie bezczelnie.
Z wiadomych wzgledów werbalizacja owych groźba ograniczała sie do „tededededede, tede ,tede, AAAAAaaaaaaaaaaaaaaaaaauuuuuuuuaaaaaaaaa!!!”.
Bardziej wymowny był za to język ciała.
Księżniczkowe ultimatum brzmi zazwyczaj tak:
„Weź mnie ojciec natychmiast na kolana bo w przeciwnym wypadku puszcze nogawkę, wygnę się do tyłu i walne potylicą o podłogę a potem wiesz co będzie. Najpierw zacznę wyć a potem skowyczeć i łkać. Wtedy obudzi się matka i rzuci się mnie ratować i pocieszać. Ty wtedy będziesz, bezskutecznie, próbował stać się malutki i niewidzialny. Jednak zanim skurczysz się na tyle, że uda ci się schować pod lodówkę ja przestanę płakać i pozwolę mamie rozliczyć sie z tobą.
Za niedopilnowanie dziecka, brak odpowiedzialności, lenistwo, głupotę i kilkanaście innych rzeczy, których nazw jeszcze nie znam i nawet nie próbuję wyrazić w sposób w jaki aktualnie się porozumiewamy”.
No jakoś tak to mniej więcej brzmi. A raczej wygląda.
Chyba dosyć jasno określiłem jakim stresem były te poranne próby aktywności blogerskiej?
Kiedy więc zorientowałem się,że wystarczy rano usiąść z książką razem z dzieciakami na ich macie edukacyjnej żeby mieć święty spokój to... nie mogłem przestać po prostu.
Okazało się,że taka sytuacja wywołuje ich zachwyt. Tata jest blisko. W każdej chwili można z całej siły grzmotnąć go piąstkami w splot słoneczny, głową w łuk brwiowy, pociągnąć za włosy albo nos.
A jak coś jest tak łatwe do zrealizowani to przestaje kusić.
I nagle zapanowała cisza i harmonia. W pokoju rozbrzmiewało tylko ciche gaworzenie i szelest przewracanych kartek.
I tak przez dwie godziny.
A że najnowsza książka Stephena Kinga wciągnęła mnie po uszy to...
Sam jestem tym zaskoczony bo nie jestem wielkim miłośnikiem jego twórczości. Książka nie jest wybitna i podczas lektury mam pełną świadomość,że autor podtrzymuje napięcie wręcz automatycznie za pomocą tych samych zabiegów ,którymi posługują się scenarzyści telenowel.
Za każdym razem kiedy jakiś watek zbliża się do jakiegoś ważnego momentu przeskakujemy do innego.
Na początku myślałem sobie,że potraktuje to instruktażowo. Może przy lekturze nauczę się czegoś co sprawi, że moja powstająca w bólach książka stanie sie przebojem.
Takie tam bajdurzenie.
Prawda jest taka,że codziennie kładąc się do łóżka ciesze się ,że rano znowu będę mógł sobie poczytać.
A potem wstanie koleżanka małżonka, potem pojadę na rehabilitację , potem spacer z dziewczynkami, potem karmienie, potem porobię, jedną ręką coś przy domu, potem kąpiel dziewczynek, karmienie, usypianie i uffff....
Wtedy jakoś siły do pisania nie mam.
Więc moi drodzy bez krytykanctwa proszę,że się obijam. Bardzo proszę o docenienie moich heroicznych prób.
Takiej jak ta.
Howgh.
No właśnie.

poniedziałek, 22 listopada 2010

Ostatnie chwile z gipsem




W piątek mieli mi zdjąć gips i wyciągnąć druty z kciuka. Cieszyłem się jak głupi na to odzyskanie kontroli nad fragmentem własnego ciała.
Przed zabiegiem lekarz zaordynował kolejne prześwietlenie.
-Nie ma co robić na ślepo. Jak się da to wyciągniemy na miejscu a jak będzie trzeba to skieruję pana do ambulatorium.
Nie było co dyskutować więc poczłapałem do szpitalnej pracowni RTG.
-Skierowali mnie na prześwietlenie kciuka- poinformowałem panią za kontuarem.
Po0kiwała głowa i zaczęła coś klepać na klawiaturze komputera.
-Ten kciuk to na ręce?-zapytała z poważną miną.
Pokiwałem tylko potakująco głową.
Bo gdybym się odezwał to niewątpliwie poinformowałbym panią,że chodzi „o ten drugi kciuk- na dupie”.
Na szczęście zagryzłem wargi.
Za to druga pielęgniarka nachyliła się nad monitorem i wskazała coś mojej rozmówczyni mówiąc:
-Przez „u” otwarte.
No niech zgadnę o jaki wyraz chodzi. Raczej nie o „dupę”.
Uśmiechnięty (przez „u” otwarte oczywiście) wszedłem do pomieszczenia, w którym miła pani zrobiła mi kolejne fotki do „kciukowego albumu”.
A potem usłyszałem:
-Niech pan poczeka na korytarzu za płytą.
Na szczęście byłem na tyle otrzaskany z tematem,że nie próbowałem ukryć się za jakimś przepierzeniem tylko cierpliwie poczekałem, aż dostanę płytę cd z cyfrowy zapisem prześwietlenia moich sfatygowanych gnatów.
Lekarz obejrzał fotkę a następnie „obmacał” mój zdrutowany palec.
„Obmacał” to bardzo eufemistyczne określenie dosyć brutalnych czynności.
W oczach najpierw mi pociemniało a potem w tej ciemności rozbłysły dwie supernowe. W uszach zaszumiało.
Zacisnąłem zęby, żeby nic nie powiedzieć oraz pięści żeby nikomu nie wybić zębów.
Wzrok i słuch odzyskałem w samą porę by usłyszeć.
-Niestety, druty siedzą za głęboko. Tutaj nie damy rady. Wypiszę panu skierowanie.
No trudno.
-Zaraz znajdziemy termin. Proponowałbym trzeciego grudnia.
Początkowo do mnie nie dotarło, ale wtedy moje spojrzenie padło na wiszący na ścianie kalendarz.
Bez jaj. Za dwa tygodnie?
A przecież mieli mi je wyciągnąć już tydzień temu tylko,że akurat wypadł długi, listopadowy weekend...
-W szpitalu już takich rzeczy nie robimy, więc skieruje pana do prywatnego oddziału. Spokojnie to na NFZ- dodał widząc moje spojrzenie.
Mimo kilku prób nie udało mu się skontaktować z ową chirurgiczno- ortopedyczną prywatą.
-No tak, zajęci. No i jeszcze pan doktor startuje na radnego. Ten to nigdy nie ma czasu. No trudno.
Jak się dodzwonię i ustalę termin to do pana zadzwonię.
Kiwnąłem głową i zgarnąłem z biurka swoje zdjęcia i inne papiery.
Jakoś nie mogłem pozbyć się wrażenia, że znowu szpital łatwo nabił sobie kilka punktów do NFZ a zarobi prywaciarz.
Zresztą nie moja sprawa. Ważne żeby mi te cholerne druty wreszcie wyjęli.
Bo ostatnio moje córki mają nowe hobby. Polega ono na współzawodnictwie w konkurencji „kto pociągnie tatula tak mocno za palec, że zesra się z bólu”.
A jak się przy tym cholery słodko uśmiechają!
Dzisiaj,po kilku próbach,dodzwoniłem się do przychodni i okazało się,że akcja „ciągnięcie druta” jest, o dziwo, przewidziana na jutro.
Nie mogę się doczekać.

W ponurych szponach jesieni

Jeżeli rzeczywiście jesienna depresja nie jest mitem to niewątpliwe dorwała mnie w swoje szpony.
Bo jak inaczej nazwać ten stan odmóżdżenia i totalnego braku energii?
Codziennie wieczorem myślę sobie „Jak położymy dzieciaki spać to coś skrobnę”. Tyle,że kiedy te dwa małe tornada przestaną wreszcie wyć i „mielić” pościel w swoich łóżeczkach to już nie mam siły.
-Rano coś skrobnę- mruczę a potem pytam koleżankę małżonkę- Co tam u ciebie słychać?
To taki niby żart.
Niby.
Bo rzeczywiście jakoś tak równolegle toczy się to nasze życie. Albo, któreś z nas odsypia, albo zabawia dzieciaki podczas gdy to drugie próbuje ogarnąć chałupę... konfiguracji jest sporo,ale wszystkie sprowadzają się do ustawienia 1-2.
Czyli, któreś z rodziców na linii obrony a raczkujący duet w ataku.
No, nie do końca mi to futbolowe porównanie wyszło. Bo to tak jakby członkowie jednej drużyny grali przeciwko sobie.
Chociaż i tak się może zdarzyć- o czym doskonale wiedzą wierni kibice naszej kopanej reprezentacji.
Nabijałem się z niej bezlitośnie wiele razy, ale ostatnio to jedenastka Smudy prezentuje lepszą formę od mojej.
Taki jest sport. Takie życie, że pozwolę sobie oddać się filozoficznej refleksji.
Chciałbym móc usprawiedliwić się ,że cisza na blogu wynika z intensywnej pracy nad książką.
Ech... to tez przysiadło.
Chociaż pewna iskierka nadziei jest.
Kilka tygodni temu wydrukowałem wersję beta mojego potencjalnego bestseleru i dałem koleżance małżonce do zrecenzowania.
-Tylko wiesz, bez ściemy i taryfy ulgowej. Masz być bezlitosna- poprosiłem szczerze.
Z pełnym przeświadczeniem,że poza drobiazgami, lektura powali ja na kolana.
Dwa dni później usłyszałem:
-Przeczytałam pierwsze sześćdziesiąt stron...
-I co? I co?-uśmiechnąłem się zachęcająco.
-Chmmm... tak szczerze to nuda. Nie chce mi się dalej brnąć. brakuje solidnego umiejscowienia w czasie i przestrzeni. Chaotyczne...
Uśmiech zniknął z mojej twarzy.
Wiedziałem,że ma rację. Sam miałem podobne odczucia, ale łudziłem się,że to dlatego,iż jestem zmęczony tekstem.
-Kurczę a to jest część, w która włożyłem najwięcej pracy. To nie jest łatwa sprawa.
-Teraz to widzę. I rozumiem na czym polega różnica między blogerem a prawdziwym pisarzem.
Znowu miała rację.
Dlaczego one zawsze maja rację.
Zaczynałem mieć dosyć tej szczerości.
-I wiesz co mi się jeszcze nie podoba...
-Wiem!-przerwałem jej trochę niegrzecznie.-Tego się obawiałem. Mamy identyczne odczucia.
Jaki byłem naiwny ,że wystarczy za pomocą „ctrl+C” i „ctrl+V” przerobić blog na książkę.
Teraz zdałem sobie sprawę,że to z czym się mierzę przypomina raczej adaptację.
O dziwo ze słowa pisanego na słowo pisane, ale jednak.
-Słuchaj, zaznaczyłam ci co mi się podoba a co nie. Tam gdzie nic nie napisałam jest po prostu średnio.
Przejrzałem wydruk i z pewna ulgą zauważyłem,że tych lepszych fragmentów jest całkiem sporo.
Następne kilka wieczorów spędziłem na bezceremonialnych przeróbkach tekstu. Słabsze fragmenty bezlitośnie „zdeletowałem” a nowe rozdziały próbowałem budować na fragmentach określonych przez recenzentkę jako „świetne”lub „zajebiste”.
Wywaliłem cały wstęp i kilkanaście pierwszych stron.
W końcu miałem gotowy nowy wstęp i pierwsze dwa rozdziały.
Tym razem bardzo nieśmiało podsunąłem żonie plik kartek.
-Mam wrażenie,że wreszcie wychodzi tak jak chciałem,ale przeczytaj.
Godzinę później usłyszałem.
-Przeczytałam.
-I?
-Iiii...- zrobiła zatroskaną minę a moje serce zadrżało- Taką książkę chcę przeczytać!-wyszczerzyła się przekornie.
Najpierw się ucieszyłem a potem zdałem sobie sprawę ile jeszcze czeka mnie pracy nad tekstem, który tak niedawno naiwnie uważałem za skończony.

czwartek, 11 listopada 2010

Podpiszcie petycję

Wczoraj podpisałem petycję (link jest na pasku bocznym i na Facebooku) napisaną w obronie praw obywateli RP -tych urodzonych dzięki in vitro jak i zwolenników tej metody leczenia bezpłodności. Zdaniem autorów owe prawa są łamane przez coraz bardziej agresywne ataki hierarchów kościelnych.
Oto jej fragment:

„Nie jest to petycja wspierająca metodę in vitro, to jedynie apel o nie upadlanie osób borykających się z problemem niepłodności oraz dzieci poczętych metodą in vitro. To prośba do Rzeczników Praw Obywatelskich i Praw Dziecka o reakcję na język używany przez osoby publiczne: "dzieci z probówki", "mordercy", "metody weterynaryjne", "forma aborcji" oraz wiele innych, które są niczym innym jak psychicznym upadlaniem wielu obywateli tego kraju”.

Okazuje się jednak ,że nie tylko hierarchowie momentami jadą po bandzie. Kilka dni temu w Bydgoszczy odbyła się konferencja "In vitro - szansa czy zagrożenie?". Zorganizowana przez izbę lekarską. Szef izby teraz tłumaczy się ,że nie wiedział o jej jednostronnym charakterze. Otóż w Bydgoszczy pojawili się wyłącznie przeciwnicy zapłodnienia pozaustrojowego. To ich prawo,ale już komentarz jej głównego organizatora- profesora Władysława Sinkiewicza, szefa komisji bioetycznej w Bydgoskiej Izbie Lekarskiej- już chyba naruszają dobre imię całkiem sporej liczby osób. Porównał on medycynę do weterynarii. Jego zdaniem w klinikach hoduje się ludzi tak jak zwierzęta. Mówił też, że ” Lekarz powinien być obrońcą słabszych, a ginekolog wykonujący in vitro jest twórcą, selekcjonerem i producentem”.
No pięknie. Może panu profesorowi umknęło,że człowiek jako ssak właśnie do zwierząt się zalicza. Tego jak pogardliwie w tym kontekście brzmi określenie „lekarz weterynarii” nawet nie skomentuję. Kolejny nadczłowiek w białym kitlu przekonany o „najmojszości” własnych racji.
Tym bardziej ucieszyła mnie owa petycja, która nie jest „za in vitro” tylko przeciw „złu w imię dobra”. Przeciw arogancji, ignorancji, zapiekłości, złej woli, umysłowemu lenistwu... długo można by wymieniać. A kolejny jaskrawy przykład to ilość podpisów „przeciw” tej petycji i treść komentarzy napisanych przez jej przeciwników. Autorów petycji zastanowiło to jak wielu ma ona przeciwników. Zadali sobie trud przyjrzenia się niektórym wpisom i okazało się,że większość jest ze Szczecina.
Okazało się, że pewien ksiądz rozsyła do wiernych tysiące listów namawiając ich do głosowania przeciw następującymi słowami:
„Wysłałem z tysiąc e-maili, a ruchu w petycji prawie żadnego. No chyba że nie otwieramy poczty. Czy Szczecin w którym jest największy Marsz dla Życia w Polsce nie potrafi zebrać kilku tysięcy głosów odrzucających petycję środowisk aborcyjnych. Nie dam wam spokoju - albo jesteśmy za życiem albo przeciw. Zagłosuj Nie NIE POPIERAM PETYCJI i koniecznie poniższą wiadomość roześlij po swoich znajomych nieaborcyjnych. Jeżeli jesteś innej orientacji e-mailem daj mi znać to zrobię Delete abym miał więcej miejsca na poczcie, a ty spokój ( nie święty )”.
A oto kolejny, dający do myślenia komunikat ks. Tomasza Kancelarczyka

„Pilna sprawa.
Środowisko aborcyjne konstruuje petycję do Rzecznika Praw Obywatelskich w sprawie in vitro. Koniecznie trzeba temu przeciwdziałać. Dlatego proszę Ciebie o głos PRZECIW. Koniecznie z potwierdzeniem głosu na swojej poczcie”.
To,że ksiądz nie zrozumiał idei petycji niespecjalnie mnie dziwi i niespecjalnie mnie rusza. Natomiast określenie „środowiska aborcyjne” traktuję jako obraźliwe i kłamliwe. Znowu „zło w imię dobra”? Komuniści chcieli „walczyć o pokój”-to też brzmiało absurdalnie.

Oto adres do petycji:
http://www.petycje.pl/petycjePodglad.php?petycjeid=5891

środa, 10 listopada 2010

Zagubieni w czasie


Przepełnia mnie nienawiść.
Jak ja cholernie nienawidzę!
Mimo,że na ogół nienawidzę nienawidzić.
A jednak Benjamin Franklin podpadł mi tak okrutnie, że ma facet prawdziwe szczęście, że nie ma go już na tym padole łez i rozpaczy.
Bo za krzywdę, którą mi wyrządził zemścił bym się srodze.
Za zniweczenie wysiłków, zrujnowanie marzeń.
Marzeń o słodkim, długim śnie.
Otóż kiedy ów, tak szanowany, mąż stanu był ambasadorem we Francji wyliczył koszty używania świec i namawiał Francuzów do zmiany rytmu dnia.
Francuzi do jego rewelacji podeszli bez entuzjazmu za to Niemcy w 1916 r. skorzystali z jego rad.
Tyle,że i szło już nie o świece a o oszczędność prądu. A potem już poszło- Anglicy i Amerykanie.
A w latach 1946-49 Polacy.
I okazuje się,że było coś dobrego w mrocznych latach systemu słusznie minionego bo między 1965 a 1976 naród żył bez przestawiania zegarków.
A potem znowu zgłupiał.
I na nic eksperymenty wykazujące,że zmiana czasu nie daje żadnych oszczędności. Za to skutecznie rozregulowuje zegary biologiczne co może mieć poważne następstwa zdrowotne.
Ale do rzeczy.
Zmianę czasu, która sprawia,że możemy pospać dłużej na ogół przyjmujemy bez większego kwękania. Bo w końcu jest to jakaś wymierna korzyść.
Podobnie było i tym razem. Jakoś w ogóle nie przyszło nam do głowy, że tym razem ów pozorny zysk będzie ciosem nożem w plecy.
Od jedenastu miesięcy walczymy o każdy kwadrans spokojnego snu.
Bo księżniczki ze szkiełka kimają dokładnie na zakładkę.
Kiedy jedna otwiera wyspane oczęta to druga właśnie trze ślepia i zaczyna jej opadać głowa.
W nocy jest trochę lepiej,ale jak nie ząbkowanie to katar sprawiają, że mimo iż obie córy pokazały,że mogą smacznie przespać całą noc to nigdy nie jest to ta sama noc dla obu.
Tak jakby psiakrew rozpisały sobie precyzyjny grafik i bardzo skrupulatnie się go trzymały.
A jednak powoli sytuacja się poprawiała. Kosztem kilkunastu nieprzespanych nocy odzwyczailiśmy pociechy od nocnego karmienia a potem mozolnie pracowaliśmy na tym aby wstawały coraz później.
I powoli, krok za krokiem zamiast o 5.00 zacząłem wstawać o 5.10, 5.15, 5.20.... a potem osiągnęliśmy szóstą by po kolejnych tygodniach „złamać' barierę godziny siódmej.
I kiedy przez kilka dni zaczęliśmy znowu czuć się jak ludzie wtrącił się ten pieprzony Franklin.
Cholerny racjonalizator, który sprawił, że w ciągu jednej nocy cofnęliśmy się w czasie o kilka tygodni.
To znaczy my- rodzice.
Bo dzieci odmówiły zmiany strefy czasowej.
I gdybyż to oznaczało życie w światach równoległych!
Wtedy każdy spałby spokojnie w swoim uniwersum.
Niestety teraz codziennie, jeszcze przed szóstą dochodzi do kosmicznej katastrofy i ze zgrzytem i łoskotem zderzają się ze sobą dwie potężne fale czasu.
I jakimś cholernym zrządzeniem losu kulminacja tego kosmicznego tsunami następuje w naszej sypialni.
Co rano o 5.40 gdy świat, otulony szarością jesiennym mgieł właśnie przewraca się pod ciepłą kołdrą na drugi bok, budzą mnie dwie syreny.
I nie mam tu na myśli pieszczot w wykonaniu zalatujących zapachem wodorostów cycatych lasek z rybimi ogonami.
Nie, myślę o takich niewielkich urządzeniach z małą korbką,które służą do robienia piekielnego hałasu.
Wycia, które kojarzy z się z szalejącymi płomieniami, eksplozjami,wyciem nurkujących bombowców i rykiem silników czołgów miażdżących gąsienicami wszystko na swojej drodze.
W takim klimacie oldskulowego pola walki nie jest łatwo wstać w dobrym nastroju.
Zastanawiam się nawet czy nie wytłumaczyć naszym aniołkom zagłady, że świat poszedł już dalej.
Działania zbrojne wyglądają już inaczej, że samoloty bezzałogowe,że komputery, że precyzyjne , sterowane pociski,że siły specjalne, że minimalizacja strat wśród ludności cywilnej...

piątek, 5 listopada 2010

Czerwone marzenie

W sobotę, po przebudzeniu bałem się otworzyć oczy.
Leżałem przez chwilę kontemplując panująca w domu ciszę.
W końcu jednak ostrożnie zamrugałem.
I... nic. Jakimś cudem głowa mi nie popękała i nie rozsypała się na tysiące kawałków.
Całe szczęście- pomyślałem- koleżanka małżonka nie byłaby zadowolona gdyby musiała sprzątać ten bałagan.
W sumie, po stracie głowy, byłoby mi raczej wszystko jedno,ale gniew małżonki to i tak rzecz straszna.
Zwłaszcza dla kogoś z mocno wyeksploatowaną głową.
Tydzień wcześniej zadzwonił mój ulubiony „cholesterolowy ateista” z zaproszeniem na swoje urodziny.
Na szczęście, dla mojej głowy, nie jakieś superokrągłe, ale i tak słuszne.
Bardzo się ucieszyłem bo dawno się nie widzieliśmy a od wspólnej konsumpcji napojów dozwolonych od lat osiemnastu minęło sporo czasu.
-Zapraszam was do „Winomanii”- ta informacja jeszcze bardziej mnie ucieszyła.
Bo ja bardzo lubię wino. Zwłaszcza czerwone.
A ostatnio jakby los zawziął się by przetestować moją wytrzymałość.
Bo albo zamiast trunku trzeba kupić pieluchy, kremiki, i inne bambaryłkowe gadżety albo do obiadu akurat pasuje wino białe, albo jest akurat moja kolej na pełnienie kierowniczej roli.
To znaczy kierowanie samochodem pełnym opitych winem, oczywiście czerwonym, przyjaciół.
A kiedy wreszcie z butlą ulubionego trunku i z deklaracją małżonki „dzisiaj ja prowadzę” udajemy się do przyjaciół to okazuje się, że „specjalnie dla naszego Garbuska kupiliśmy takie pyszne lokalne piwko”.
Żebyśmy się dobrze zrozumieli- ja nie narzekam, tylko naświetlam sytuację.
Bo piwko było przednie.
Nie chciałbym też żebyście pomyśleli,że ostatnio nie robimy nic innego tylko imprezujemy.
Wręcz przeciwnie.
Po prostu zagęszczam trochę chronologię wydarzeń. Rozciągniętych w czasie niczym amatorski peleton na górskim etapie wyścigu.
Albo grupa studentów trzeciego roku podczas testu Coopera.
Jednym słowem od miesięcy nie mogłem się doczekać kiedy tianiny i garbniki zatańczą walca z moimi kubkami smakowymi.
No i zatańczyły.
Tyle,że flamenco.
I to jakie.
Co kilka minut na stół wjeżdżała kolejna karafka z trunkiem a właściciel lokalu raczył nas barwną opowieścią na temat jego walorów, historii, specyfiki, winnicy, regionu winiarskiego.
Jak już kiedyś pisałem trzeba uważać z marzeniami ponieważ mogą się spełnić.
Ja poczułem się usatysfakcjonowany już przy trzeciej karafce wybornego, i zapewne cholernie drogiego, hiszpańskiego wina z lekkim posmakiem czekolady.
Degustacja jednak dopiero się rozkręcała.
Przy każdym kolejnym kieliszku patrzyłem z wyrzutami sumienia na skazaną na abstynencję kierowniczkę małżonkę. Ona jednak kiwała ze zrozumieniem głową i mruczała wyrozumiale:
-Należy ci się.
W końcu jednak uznałem, że nawet moja atencja dla tych wytrawnych pyszności powinna ustąpić miejsca resztkom zdrowego rozsądku.
I kiedy już postanowiłem, że „teraz to już naprawdę ani kropli” usłyszałem:
-A na zakończenie mam dla państwa coś specjalnego. Wino, które udaje się zrobić tylko raz na kilka lat przy bardzo specyficznych warunkach. Wino białe mimo, mimo że zrobione ze szczepu merlot.
Niezwykłe niemieckie „eiswein” !
No i moje kubki smakowe usłyszały:
-A teraz panie proszą panów! Czy zechcą panowie zatańczyć polkę?

czwartek, 4 listopada 2010

Głupia sprawa



Dostałem ostatnio link do artykułu w tabloidzie, w którym wypowiada się matka bliźniaków z in vitro.
Była opisana jako matka „dwojga bliźniaków”. Nigdy nie słyszałem o „trojgu” bliźniakach, ale może się nie znam.
Nie to jednak wywołało moją konsternację.
Otóż kobieta owa nie może sobie wybaczyć tego, że zdecydowała się na in vitro.
Twierdzi,że wtedy nie wiedziała,że zapłodnienie pozaustrojowe to „samo zło” a teraz jej dzieci urodzone dzięki tej metodzie są dla niej chodzącymi wyrzutami sumienia.
Tym razem jakoś trudno mi się zdobyć na wyrozumiałość.
Jak można poddać się tak długotrwałej i skomplikowanej terapii nic o niej nie wiedząc?
Jakim trzeba być człowiekiem by mówić o tym, że żałuje się narodzin dzieci?
Bohaterka owego artykułu jest wdową po pośle z ugrupowania uważającego, że ma monopol na prawdę i sprawiedliwość.
I do tego nawiązała większość internautów komentujących moralne rozterki pani, która uznała za stosowne podzielić się nimi z czytelnikami arcyopiniotwórczej gazety.
Komentarze krytyczne są swoją drogą są utrzymane w zaskakująco rozsądnym tonie. Uszczypliwe lecz kulturalne i bez jadu.
Co też o czymś świadczy ponieważ przeciwnicy in vitro posługują się najczęściej innym językiem.
Kilka osób wspomniało o tym,że współczuje dzieciom takiej matki.
A ktoś wrzucił link do blogu prowadzonego przez ową „udręczoną wyrzutami sumienia” osobę.
Po kilku linijkach straciłem ochotę na dalszą lekturę. Plucie jadem i wycieczki osobiste do członków rodziny. Jednym słowem coś naprawdę smutnego i żenującego.
Wróciłem więc do lektury komentarzy bo to było znacznie bardziej interesujące zajęcie.
Internauci powątpiewali czy nasza antybohaterka ma świadomość tego ,że podczas naturalnej prokreacji również giną zarodki.
Szczerze wątpię bo jej wywody porażały brakiem wiedzy i … brakiem … kurcze no brakiem wszystkiego po prostu. A głównie dobrego smaku i rozsądku.
Owo zagadnienie „śmiertelności zarodków” zainspirowało wiele komentarzy.
Ale szczególnie jeden powalił mnie na garbate kolańska.
W moim prywatnym rankingu mistrzów czarnego humoru na pierwsze miejsce wskoczyła osoba, która koniecznie chciała wiedzieć dlaczego osoby walczące o prawa zarodków nie postulują również wypłacania zasiłków pogrzebowych w przypadku ich śmierci.
To pozornie obrazoburcze i prowokacyjne pytanie dotyka tak wielu zagadnień i problemów, na tak wielu poziomach, że po prostu chylę czoła.
Za odwagę i bezkompromisowość w wyrażaniu własnych myśli.

piątek, 29 października 2010

Niby z nurtem a pod prąd



No i parlament wreszcie się ruszył. Trzy projekty ustaw dotyczących in vitro trafią do komisji.
Tylko trzy. Co mnie osobiście cieszy ponieważ najbardziej restrykcyjny trafił do kosza już po pierwszym czytaniu.
A więc nie pójdziemy do więzienia w imię czyichś „najichszych racji”.
Ale piłka ciągle w grze- od liberalnego projektu zapewniającego refundację do zakazującego zapłodnienia pozaustrojowego.
Nie chce mi się nawet pisać na temat projektu Piechy bo człowiek ten w moich oczach wyrasta na jedną z najbardziej demagogicznych i ponurych w naszej polityce.
Piszę „naszej” chociaż wolałbym nic z nią wspólnego nie mieć.
Ech! Gdyby półtora roku temu ktoś mi powiedział,że projekt Gowina będzie tym kompromisowym to chyba bym nie uwierzył.
Takich zaskoczeń w moim życiu jest ostatnio więcej.
Gdyby dwa lata temu, gdy osiągaliśmy apogeum frustracji w naszych staraniach o dzieci, ktoś by mi powiedział, że będę prowadził blog i udzielał się publicznie i to razem z córkami to...
Cholera! Ja wtedy nawet nie wiedziałem co to jest blog :-)))
Zresztą ostatnio sporo zastanawiam się nad sobą.
Jak to możliwe, że człowiek, którego jedynym pragnieniem było to by cały świat dał mu święty(za przeproszeniem) spokój, staje przed kamerami i opowiada o swoich intymnych sprawach?
Właściwie przez większość swojego życia byłem autsajderem. Takim, który ciągle z boku, trochę nawiedzony, antykomercyjny, antypolityczny, anty,anty,anty...
Słucha muzy od której większość ludzi bolą zęby i uwielbia taką sztukę, której większość odbiorców albo nie rozumie,albo nie toleruje.
I teraz kiedy jestem ojcem poczułem, że trafiłem do „głównonurtowej części społeczeństwa”.
Ale jednak po swojemu. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Nie tylko dla mnie, ale i dla niego.
Już nie wystarcza mi kontestacja i stanie z boku.
Skończyło się milczenie w imię tego,”żeby kogoś nie urazić” żeby „nie być zbyt ostentacyjnym”.
W dupie!
Ile można robić za bęben, w który bezkarnie walą różne oszołomy.
Myślę, że gdyby teraz ktoś w debacie publicznej użył równie barwnego określenia jak „Dzieci Frankensteina” to od razu zacząłbym szukać prawnika, który takiemu indywiduum przypomniałby w sądzie co to jest odpowiedzialność za własne słowa.
Z kolei poseł Palikot, który często mówi to co i ja myślę, zaczyna rozdrabniać się w tradycyjnie kontrowersyjnych happeningach.
I tym razem nie jest to „kontrowersyjność konstruktywna”. Mam wrażenie, że poseł z duszą showmana skazuje się na polityczną ultraniszowość.
Zaczyna mi w tym przypominać Korwina Mikke.
Z tym ostatnim miałem kiedyś okazję rozmawiać.
Na pożegnanie usłyszałem:
-Gdyby potrzebował pan jakiejś kontrowersyjnej wypowiedzi to proszę śmiało do mnie dzwonić.
Jest jakaś analogia prawda?

poniedziałek, 25 października 2010

Księżniczki i parcie na szkiełko

Jasny gwint, co za dzień.Właśnie zakończyłem kilkugodzinną walkę o odzyskanie pliku z poprawionym tekstem do książki. Właśnie kończyłem dzisiejsza porcje pisaniny i miałem zrobić backup gdy coś pstryknęło w kompie i zobaczyłem niebieski ekran.
Spociłem się jak mysz bo przepadł miesiąc pracy.
Za cholerę nie mogłem ponownie otworzyć pliku-ciągle pojawiał się komunikat o jakimś błędzie "wejścia/wyjścia"-cokolwiek to znaczy.
Byłem naprawdę podłamany.
Na szczęście jakoś wybrnąłem z tej opresji i uczciliśmy to kieliszeczkiem nalewki z jeżyn :-)
I wreszcie mogę zabrać się za blog

Wczoraj padłem jak nieżywy przed telewizorem i przebudziłem się po północy. Oczywiście skołowany i połamany.
Na szczęście nocka w wykonaniu księżniczek ze szkiełka była całkiem przyzwoita i mogłem wstać po siódmej.
Nakarmiłem dzieciaki i zabawiając je zerkałem na kanał informacyjny, w którym było sporo gości wypowiadających się na temat in vitro.
I po raz kolejny gul zaczął mi skakać.
Żeby było śmieszniej wczoraj wieczorem dostałem zaproszenie do tego programu,ale odmówiłem.
No nie dajmy się zwariować. Nie tylko Garbaty może bronić naszego dobrego imienia i naszych praw. Ledwo wypakowałem graty z samochodu a tu znowu jechać? Sam prowadzić na razie nie mogę (gips) a koleżanka małżonka w roli kierowcy tym razem odpada bo i nie chcemy nadużywać dobrej woli dziadków podrzucając im dzieciaki.
A ciągnąć ich ponownie nie chcę.
Zresztą babcia DF już przy poprzedniej wyprawie burczała coś o nieodpowiedzialnych rodzicach, którzy „w taką pogodę” i „takie maleństwa” i w ogóle.
A jednak teraz kiedy słyszę wypowiedzi przeciwników in vitro to trochę żałuję.
Całkiem sensownie wypunktował ich poseł Palikot mówiąc o dryfowaniu w stronę państwa wyznaniowego i o „islamizacji” działań kościoła, który w niedopuszczalnym stopniu chce mieć wpływ na nasze życie.
Trudno sie z nim nie zgodzić. Zresztą mam wrażenie, że mimo iż poseł ów zaistniał dzięki kontrowersyjnym happeningom to na dłuższa metę ta ”tabloidyzacja” polityki szkodzi mu wizerunkowo.
Bo teraz kiedy facet mówi sensownie, na temat i naprawdę niegłupio to ludzie zamiast słuchać tego co ma do powiedzenia czekają tylko z czym tym razem wypali.
A skoro o mediach mowa.
Ubiegłotygodniowe zaproszenie do DD TVN jak zwykle mile podłechtało moja próżność. A jednak najzwyczajniej po ludzku nie chciało mi się jechać. Zresztą z łapą w gipsie nie powinienem siadać za kółkiem a połączenie kolejowe Polski B ze stolicą to jakaś wieloprzesiadkowa masakra.
No i do tego jedna z córek z katarem.
Jednym słowem postanowiłem się, tym razem, wymigać.
-Ojej- usłyszałem w słuchawce- Ale to nam cały temat rozłoży, bo już jeden rozmówca nam odmówił.
Westchnąłem, że bardzo mi przykro, ale...
-A wie pan ja wyczytałam na blogu,że powstaje książka! I bardzo to mnie zainteresowało. Myślę,że prowadzących program również i o tym byśmy chcieli porozmawiać.
Jednym słowem trafiłem na godnego przeciwnika w negocjacjach.
A jak wyszło pewnie sami widzieliście.
Oj nagadałem się jak głupi o blogu i książce ;-))))
Ale wyjazd był w sumie ciekawym doświadczeniem.
Dopiero drugi raz jechaliśmy tak długo z dzieciakami.
W hotelu dziewczyny oszalały ze szczęścia i do 22.00 nie mogliśmy ich opanować. A o usypianiu w ogóle mowy nie było.
W końcu jednak wszyscy spokojnie zasnęliśmy.
Rano wstaliśmy bardzo wcześnie żeby spokojnie się pozbierać.
Kiedy ludzie z TVN dowiedzieli się,że przyjedziemy całą czwórką zapytali czy dziewczynki nie mogłyby wystąpić na wizji. Teraz więc trzeba było przygotować im kreacje i tak dalej.
Zjechałem więc windą do samochodu po kilka drobiazgów.
Otworzyłem pilotem samochód.
I wtedy zaczęły się kłopoty.
Centralny zamek zadziałał, ale jakoś niemrawo.
Spróbowałem ponownie zamknąć samochód, ale teraz mechanizm był całkiem martwy.
Już po chwili wiedziałem co się stało i kląłem jak szewc.
Kiedy wieczorem kursowałem z tobołami, do pokoju i z powrotem, po prostu nie wyłączyłem oświetlenia kabiny.
Akumulator rozładował się kompletnie.
Co gorsza samochodu nie dało się zamknąć.
Nawet kluczykiem.
Masakra!
W tym momencie zadzwoniła pani z pytaniem kiedy dotrzemy do studia bo już na nas czekają.
Musiałem więc w centrum stolicy zostawić otwarty samochód i pognałem po dziewczyny.
Na szczęście to tylko kilka kroków.
Kiedy wjechaliśmy do poczekalni od razu okazało się kto tu jest gwiazdą. Dzieci frankensteina ze spokojem przyjęły zachwyty i hołdy.
Tak jakby robiły to każdego ranka.
A jednak to garbatego tatula zaciągnęli na fotel w celu upudrowania.
No tak, ładni nie muszą się tak starać.
Makijaż robił mi facet co jeszcze bardziej pogłębiło dyskomfort jaki zazwyczaj odczuwam podczas tej niemęskiej czynności.
-Do wejścia dwanaście minut rozległ się donośny, męski głos.
A chwile później siedząc przed lustrem zauważyłem , że za moimi plecami przedefilowała Kinga Rusin... w wałkach na głowie.
A więc znani i lubiani też są zwykłymi ludźmi- pomyślałem.
Mógłbym nawet zaryzykować hipotezę,że podobnie jak zwykli śmiertelnicy również chodzą do toalety.
Brawurowa teza,ale myślę,że do udowodnienia.
Siorbnąłem herbaty,zamieniłem kilka słów z Darkiem, który razem ze mną miał się produkować i już po chwili ciągnęli nas na kanapę w studiu.

Za plecami „gwiazdy piosenki”, która produkowała się na wizji.
-No dobra to pan usiądzie tutaj- zarządził sympatyczny chłopak w słuchawkach z mikrofonem na głowie- A dzieci tu na dywanie. Chyba nie uciekną?
O mało nie parsknąłem śmiechem. Gotów byłem założyć się o każdą sumę ,że w ułamku sekundy „rozraczkują” się po całym pomieszczeniu.
-To jak będzie?
-Niech pan to z nimi ustala. Ze mną to może pan sobie tylko pogadać- mruknąłem.
-Uwaga! Piętnaście sekund do wejścia!-usłyszeliśmy.
W momencie, w którym na skierowanej nas kamerze rozbłysło czerwone światełko połowa moich córek ruszyła na zwiedzanie studia. Oczywiście wychodząc z kadru.
Jej wybór.
Drugą posadziłem sobie na kolanie i się zaczęło.
Właśnie starałem się możliwie składnie odpowiedzieć na jakieś pytanie kiedy poczułem znajome bulgotanie w pieluszce dziecka.
„No córa przechodzisz do historii telewizji,jako pierwsza osoba, która zrobiła kupę na wizji”-pomyślałem.
Jednocześnie bardzo starałem się zachować powagę.
I kiedy zacząłem zastanawiać się kiedy wreszcie będę mógł wspomnieć o kilku ważnych sprawach....
-Dziękujemy bardzo naszym gościom. A po reklamach...
Chwilę później usłyszałem:
-No panowie, jak na standardy telewizyjne to było wyjątkowo długie wejście.
Jako dziennikarz miałem tego pełną świadomość, ale byłem trochę rozczarowany tym,że właściwie musieliśmy odpowiadać na te same pytania co zawsze.
Za to humor poprawił mi się kiedy w poczekalni ucięliśmy sobie miłą pogawędkę z pewną znaną dziennikarką i jednocześnie krytykiem literackim.
Zawsze ją ceniłem,ale nie sądziłem,że „na żywo” jest tak sympatyczną osobą.
Moja sympatia osiągnęła apogeum kiedy usłyszałem,że postara się pomóc znaleźć wydawcę dla papierowych Dzieci Frankensteina.
Kilka minut później zjechaliśmy na parter prosto w ramiona prozy życia.
Wymontowałem z samochodu akumulator i wyciągnąłem z bagażnika prostownik, którego jakimś cudem ostatnio nie wypakowałem.
A potem targając akumulator wkroczyłem do hotelowego holu.
Mijając wygajerowanych Azjatów, nadętych Francuzów i ciągnących walizki ma kółkach dwóch kolesi w turbanach.
Noooo Garbaty to się potrafi wtopić w tłum :-)
W pokoju podłączyłem akumulator do ładowania i poszliśmy zjeść późne śniadanie.

Najedzeni i w dobrych humorach ruszyliśmy w drogę powrotną.
Ponieważ nie musiałem koncentrować się najeździe mogłem oddać się refleksji.
-Wiesz- zagadnąłem żonę- zaczynam dochodzić do wniosku,że robie się znany. Facet znany „z tego, że ma dzieci”! Jedyny w swoim rodzaju. No doprawdy wiekopomne osiągnięcie. No kto mi dorówna...

Linkownia

Najwyraźniej opcja dodawania linków znowu nie działa więc wrzucam tekstowo:

http://dziendobrytvn.plejada.pl/29,39152,news,,1,,mezczyzni_o_in_vitro,aktualnosci_detal.html

Cholera miałem wczoraj coś skrobnąć, ale .... zasnąłem przed telewizorem :-)
Koleżanka małżonka kiepsko się czuła więc zająłem się dziećmi całodobowo.
Włącznie z 10 km spacerem.
No i energia mi się wyczerpała.
A teraz siedzę i oglądam tvn24-znowu o in vitro.
I znowu słyszę,że zamiast egoistycznie produkować poczęte pozaustrojowo potomstwo trzeba było adoptować dziecko.
Jak łatwo takie słowa przychodzą żyjącym w celibacie mądralom i zdewociałym posłankom.
Ciekawe czy oni w ogóle wiedzą jak wygląda proces adopcyjny?
I jak długo trwa?
Niedługo zmieni mnie przy dzieciakach żona więc bardziej się rozpiszę.
A przy okazji zachęcam do odwiedzania Dzieci Frankensteina na Facebooku-tam jakoś linki bez problemu się "wklejają".

niedziela, 24 października 2010

Link do DD TVN

Później skrobnę coś więcej, ale na razie dzieciaki nie dają.
Więc póki co link do wczorajszego Dzień Dobry TVN z Dziećmi Frankensteina na gościnnych występach.

czwartek, 21 października 2010

Młodobabskie sprawy

Co za noc! Jedna księżniczka ze szkiełka znowu zakatarzona a drugą właśnie próbujemy odzwyczaić od nocnego jedzenia. A dokładniej od udawania jedzenia.
Za to budzenie rodziców jest jak najbardziej rzeczywiste i realne.
Jakby tego było mało- jeszcze niepełnosprawny tatulo.
Próba utulenia, po ciemku, zagipsowaną łapą zasmarkanego dzieciaka to prawdziwa trauma.
Dla wszystkich uczestników tego tyleż ambitnego co karkołomnego przedsięwzięcia.
Teraz koleżanka małżonka próbuje odespać trudy nocy a ja korzystając z tego,że Dzieci Frankensteina zagapiły się w okno, spróbuję coś napisać.
Jedną ręką.
Co jest cholernie upierdliwe i frustrujące.
Wracając do kwestii „jednoręcznej” obsługi naszych bambaryłek to okazuje się, że dobra wola i niezły refleks garbatego ojca może być czasem zagrożeniem.
Zdarza mi się,że odruchowo próbuję złapać upadającą córkę i kończy się to tym, że biedna obrywa po plecach gipsem.
A próba zapięcia śliniaka to... ech szkoda gadać.
Nie narzekam bo sam chciałem. Za to córkom niezbyt podoba sie gdy tata niezdarnie stuka je zagipsowanym kciukiem w potylice.
Ale się staram.

Za to dzisiaj rano ręce mi opadły i sam już nie wiedziałem -śmiać się czy płakać?
Dzieciaki zajęły się swoimi „młodobabskimi” sprawami a ja względnie spokojnie mogłem pooglądać program na Discovery.
Siedząc na podłodze sączyłem kawę i obserwowałem perypetie rybaków uprawiających „Najniebezpieczniejszy zawód świata”.
Przy moim kolanie pełzała córka bawiąca się samochodzikiem- telefonem.
Nie wiem jaki geniusz wpadł na tak groteskowa krzyżówkę, ale to działa.
Dzieciaki są zafascynowane tym migającym kogutami pojazdem,wyposażonym w klawiaturę i wydającym przy każdym jej naciśnięciu najróżniejsze dźwięki.
Dlatego jest to u nas zabawka „do zadań specjalnych”-kiedy trzeba załagodzić jakiś dziecięcy konflikt, uciszyć histeryczne rozpaczanie, albo odwrócić uwagę na kilka sekund by tatulo mogli niepostrzeżenie wymknąć się do toalety.
Bo to ostatnio naprawdę jest problem.
Kiedy rano koleżanka małżonka odsypia swoja zmianę ja jestem oddany pod rządy krasnoludzkiej dyktatury.
A ta- jak każda- nie uznaje samowoli, nieposłuszeństwa ani ... znikania za drzwiami.
Kiedy tylko dotknę klamki uruchamia się syrena.
I nie ma zmiłuj!
Choćby nie wiem jak się chciało.
Choćby sytuacja była nie wiedzieć jak nagląca.
Trzeba się temu reżimowi podporządkować i odpuścić.
Czasem oczywiście udaje się przechytrzyć bezwzględny system.
Wymaga to jednak skomplikowanych działań. I czasu.
Niestety.
Chyba domyślacie się co mam na myśli?
Pewnie jeszcze do tego wrócę w przyszłości, ale wróćmy do tematu.
Jak mówiłem relaksowałem się przed telewizorem a nasza starsza córka odkrywała uroki zdalnego sterowania pojazdem za pomocą przyczepionego do niego sznurka.
Rybacy na ekranie walczyli ze strasznym sztormem a „autotelefon” kursował;
-do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu...

I nagle!Właśnie wtedy gdy dzielny szyper stanął przed koniecznością podjęcia dramatycznej decyzji przy moim kolanie rozległ się dramatyczny skowyt.
-Spokojnie córeczko, na pewno dadzą sobie radę! Zobacz, panowie rybacy już biorą się za...
Najwyraźniej nie przekonałem dziecka ponieważ darło się jeszcze głośniej.
Spojrzałem na nią.
Co się mogło stać? Nie przewróciła się, nawet nie ma w pobliżu niczego o co mogłaby się uderzyć...
Co więc jest powodem takiej rozpaczy?!
W tym momencie moja latorośl obróciła w moją stronę zalaną łzami twarz ... i zobaczyłem.
Sznurek.
Ten od samochodziku.
To znaczy jeden jego koniec był w dalszym ciągu przymocowany do zabawki.
A drugi tkwił między wykrzywionymi w grymasie wargami.
Rzuciłem się na pomoc i wtedy wargi się rozchyliły.
Ukazując sznurek zaklinowany miedzy dwiema dolnymi jedynkami.
Wyglądało to tak komicznie ,że zacząłem dławić się ze śmiechu.
Jednocześnie manewrowałem ostrożnie cała trójką- to znaczy sznurkiem, samochodzikiem i córką -Starając się uwolnić tą ostatnią z opresji.
I jednocześnie nie spowodować tego,że przez najbliższe kilka lat będzie paradowała z groteskowa dziurą w uzębieniu.
W końcu zgrzani i spłakani ( z tym,że ja ze śmiechu) usiedliśmy na podłodze i niechętnymi spojrzeniami zmierzyliśmy zabawkę.
Córka zagulgotała coś najprawdopodobniej obraźliwego.
-Tak masz rację. GŁUPI SAMOCHODZIK!-zgodziłem się z nią.

Znowu się zaczyna

Poprzedni post piałem w błogiej nieświadomości w zaciszu naszego gościnnego pokoju.
Ustaliliśmy z koleżanka małżonką, że teraz kiedy jestem na zwolnieniu powinienem codziennie poświęcać dwie-trzy godziny na blogowanie i redagowanie papierowej wersji Dzieci Frankensteina.
I właśnie w poniedziałek zaczęliśmy testowanie tego systemu.
Rano nakarmiłem dzieciaki i je pozabawiałem a po dziesiątej udałem się „do pracy”.
Coś tam wystukałem i naskrobałem rysunek. A potem usiadłem nad próbnym, wydrukiem książki.
Pracowałem przy wiekowym komputerze stacjonarnym, w którym nawet zegar nie był porządnie nastawiony.
W pewnym momencie postanowiłem zrobić sobie przerwę. Zszedłem na dół i zastałem żonę przed telewizorem.
Właśnie nadawali relację na żywo z Łodzi gdzie jakiś szaleniec zamordował dwie osoby w biurze poselskim.
Poruszony odłączyłem od ładowarki swój telefon i poszedłem z nim z powrotem popisać. Po drodze wklepałem pin. Kiedy tylko telefon się włączył zobaczyłem na ekranie informację o kilkunastu połączeniach.
Nie znałem żadnego z numerów i właśnie zastanawiałem się czy oddzwaniać gdy telefon zawibrował.
Kolejny numer, którego nie znałem.
Pomyślałem, że to może być dziennikarka z TVP bo ludzie z „boćka” ostrzegli mnie ,że dali jej mój numer ponieważ telewizja szuka kogoś do programu o naprotechnologii.
-Dzień dobry dzwonię z telewizji TVN-usłyszałem w słuchawce.
Asystent „gwiazdy dziennikarstwa” pytał czy może do nas podesłać reportera z prośbą o skomentowanie tego co w związku z in vitro dzieje się w sejmie.
„Oho, znowu się zaczyna”-pomyślałem bez nadmiernego entuzjazmu.
Po szybkiej konsultacji z koleżanką małżonką zgodziliśmy się i wtedy okazało się,że reporter będzie za kilkanaście minut.
Co wprawiło nas w lekki popłoch bo dziewczynki właśnie konsumowały bułeczki maślane i cały pokój pokryty był dosyć dokładnie okruszkami zmieszanymi z zabawkami, ubrankami i dziećmi.
Mniej więcej w takiej kolejności.
Żona mruknęła ,że idzie „założyć twarz” i pobiegła zrobić sobie makijaż a ja zacząłem ubierać Dzieci Frankensteina bo wymyśliłem,że wywiadu udzielimy w plenerze.
Reporterowi pomysł się spodobał i poprodukowaliśmy się trochę przed kamerą na tle liści osypujących się z jabłonek.
Zdawałem sobie,że nasz występ w faktach będzie króciutenki, ale jego długość i tak nas zaskoczyła. Mignęliśmy na ekranie, z krótkim komentarzem „ a to kolejne bliźniaki urodzone dzięki in vitro”.
Czyli jakieś dwie sekundy :-)
Parsknąłem śmiechem.
-Pewnie głupoty gadaliśmy-zatroskała się żona-A ja do wszystkich wysłałam sms'y żeby nas oglądali.
Teraz już naprawdę dławiłem się ze śmiechu.
-Mówiłem żebyś tego nie robiła.
-Ale potem wszyscy mają pretensje,że nie uprzedziliśmy.
Chwilę później nadszedł sms od rodzinki:
„Chamstwo, takie gwiazdeczki tak migawkowo! Gdyby pokazali jak należy nie miałby sensu cały ten dyskurs”.
No właśnie.
Trochę byłem tylko zły,że na takie zawracanie głowy straciłem czas, który był przeznaczony na pracę nad książką. Trudno.
Wczoraj rano znowu przed jedenastą udałem się do mojej tymczasowej „pracowni”.
Kiedy wchodziłem po schodach zadzwonił telefon.
Spojrzałem na wyświetlacz -znowu numer którego nie znam.
-Halo?-mruknąłem do słuchawki.
-Dzień dobry dzwonię z „Dzień Dobry TVN” czy ma pan jakieś plany na weekend?
Rozmowa była bardzo miła, ale rozłączyłem się z mieszanymi uczuciami.
Już i tak mam wyrzuty sumienia,że z ręką w gipsie nie mogę zbyt wiele pomóc przy dzieciach.
Staram się jak mogę,ale o przewijaniu nie ma mowy. Przy kąpaniu też jestem tylko statystą.
A teraz znowu mam „gwiazdorzyć”?
Z jednej strony blogowi przydałoby się trochę darmowej reklamy, ale równie mocno potrzebuję on nowych, porządnych tekstów. I na tym miałem się skoncentrować.
No nic. Jeszcze zobaczymy.

wtorek, 19 października 2010

Na spalonym



To była kolejna niełatwa noc, ale jakoś udało się dotrwać do świtu.
Na chwilkę przerwę relacjonowanie „kciukowej epopei” ponieważ dziej się zbyt wiele aktualnych i ważnych rzeczy bym mógł je ignorować.
Piłka in vitro znowu trafiła na sejmowe boisko.
Ściślej mówiąc piłek na sejmowa murawę wrzucono aż sześć więc juz teraz widać,że nie będzie to zwykły mecz rozgrywany według zwykłych reguł.
Tym bardziej, że ubrany na czarno pan stojący przy linii bocznej nie wygląda na sędziego. To co trzyma w ręce nie przypomina chorągiewki. No i jeszcze ta nietypowa czapka.
Taka bardzo wysoka.
Sprawia wrażenie jakby próbował nią przykryć zawodników jednej z drużyn.
Dworuję sobie,ale kiedy usłyszałem wypowiedź abp Hosera o wykluczeniu z kościoła parlamentarzystów popierających in vitro, nie było mi do śmiechu.
Lewica podniosła straszny krzyk. Jedni wspominają o niedozwolonym lobbingu a inni wręcz o szantażu.
A ja w sumie się cieszę bo moim zdaniem taka wypowiedź to strzał w kolano.
Po raz kolejny wychodzi to jak mało hierarchowie przejmują się zapisami konkordatu.
I jaki nacisk wywierają na instytucje świeckie.
I jak bardzo potrzebne im jest szkolenie z dyplomacji, taktu, humanizmu i empatii.
Za to nie potrzebują szkolenia z manipulowania i naginania faktów.
Bo jak inaczej nazwać, tak jednostronne, wystąpienie arcybiskupa, który sam też jest lekarzem?
Rozumiem racje jakie nim kierują i je szanuję.
I po raz kolejny napiszę,że mam podobne wątpliwości dotyczące etyki i niektórych aspektów tej metody.
A jednak w sprawie in vitro nic nie jest czarne i białe.
Rozumieją to nawet niektórzy politycy więc to chyba nie jest takie trudne do pojęcia?
Po kotłowaninie wokół krzyża i asekuracyjnej postawie kościoła, poparcie dla niego w sondażach spadło o dziesięć punktów procentowych.
Mam wrażenie, że teraz będzie jeszcze gorzej.
Zgadzam sie z premierem,że bez sensu jest popadanie w tandetny antyklerykalizm.
Bo kościół to instytucja złożona. Podobnie jak jego działalność.
A jednak niektóre „akcje” usprawiedliwiane walką w obronie wartości moralnych i humanizmu są, delikatnie mówiąc, dyskusyjne.
Cieszę się ,że znowu jest o czym podyskutować i,że blog znowu przestanie być tylko obyczajowo-wspomnieniową pisaniną, ale jednak ta atmosfera zaczyna mnie niepokoić.
Bo jak teraz zachowają się szantażowani i wierzący parlamentarzyści?

niedziela, 17 października 2010

Maruda na przepustce

Oczywiście najpierw pojechaliśmy do dzieciaków. Oj stęsknili się garbaty tatulo!
Naściskaliśmy się, „ponaprzytulaliśmy”, naśmiali i dopiero późnym popołudniem dotarliśmy do domu.
Przewróciłem całą chałupę w poszukiwaniu instrukcji do sterownika pieca. Kiedy ją wreszcie znalazłem przyczyna problemów z ogrzewaniem okazała się banalna i po kilku minutach problem został rozwiązany.
Na fali tego sukcesu dokonałem jeszcze kilku szybkich napraw w domu a potem z piwkiem zasiedliśmy do kolacji.
Wczesnej, ponieważ takie były zalecenia lekarza.
-Wreszcie normalne jedzenie! Westchnąłem nad talerzem.
Koleżanka małżonka pokiwała ze zrozumieniem głową.
Wreszcie mogliśmy spokojnie porozmawiać.
Zrelacjonowałem więc swoje szpitalne doświadczenia kończąc:
-No i tyle, jutro jestem zapisany na operację, ale coś czuję, że nic z tego nie będzie.
-Może to i lepiej skoro lekarze mają wątpliwości.
-Tyle,że każdy mówi co innego. No i już się nastawiłem,że posiedzę w domu na zwolnieniu. Pochodzę z „księżniczkami” na spacery, wyśpię się w szpitalu...
Parsknęła śmiechem.
-Wiesz co, chyba są na to prostsze sposoby niż poddawanie się operacji i łamanie palców.
Trudno jej było odmówić racji.
W tym momencie dotarło do mnie,że w ogóle nie przejmuję się tym,że czeka mnie „przecięcie ścięgien i kości a potem wycięcie z niej takiego klinika...”.
Moim największym zmartwieniem było to,że zostawiłem dziewczyny w domu ze szwankującym ogrzewaniem.
-Oj daj spokój- stwierdziła żona- po pierwsze wcale nie było tak zimno, po drugie dogadałam się z twoimi rodzicami,że dzieciaki biorą na noc a po trzecie zawsze mogę rozpalić w kominku.
A poza tym z piecem już wszystko jest w porządku.
-No tak, ale ja liczyłem ,że pójdę do szpitala tylko na dwa dni. A tu mija druga doba i nawet nie wiadomo czy będzie ta pieprzona operacja czy nie.
-Damy radę.
-Oby mi tylko po tym gipsu nie założyli bo nawet nie będę mógł dzieciaków przewinąć- martwiłem się dalej- Wiesz, lekarz mówił,że jak będzie się dało założyć taką płytkę to obejdzie się bez gipsu.
-Byłoby fajnie.
-No,ale jak będzie gips...
-Damy radę.
-Ale mam wyrzuty sumienia, nie chce Cie tak zostawiać...
-Damy radę!
-Bo wiesz jeszcze się mogę wycofać.
-DAMY RADĘ!!!
-No tak, zresztą może i tak się okazać,że nie będzie tej operacji.
-No to trudno.
-Ale ja się już tak nastawiłem na to zwolnienieeeeee!
Czyżbym był upierdliwy?
„Nie może to być!”

sobota, 16 października 2010

Tryby systemu mielą powoli


Uff... jak dobrze znowu być w komplecie. Przez całe popołudnie nie mogłem oderwać się od dzieciaków.
Przed chwilą położyliśmy je do łóżek i mogę znowu zabrać się do pracy.
Nie mam za dużo czasu bo penie zaraz żona odgoni mnie od kompa bo będzie chciała "poboćkować".
No to do rzeczy:
Właśnie relacjonowałem przez telefon koleżance małżonce sytuację kiedy do szpitalnej salki wszedł jakiś brodaty facet w dżinsach i swetrze.
Ponieważ przyjrzał się mojej karcie domyśliłem się,że to zakamuflowany nadczłowiek stworzony do wyższych celów niż mówienie „dzień dobry”.
-Jakąś historię choroby pan ma?
-No nie do końca, bo jeden lekarz nie rozpoznał złamania i dopiero jak kolega zrobił mi zdjęcie kciuka rentgenem stomatologicznym...
Gość wytrzeszczył oczy, co przyjąłem z niejaka satysfakcją, ale zaraz potem warknął:
-Ma pan jakieś zdjęcia TUTAJ?
Próbowałem mu wytłumaczyć,że są już stare i że mój lekarz kilkakrotnie mnie oglądał, ale zostałem zrugany i musiałem wysłuchać tyrady na temat tego,że „to jak on ma teraz zaplanować zabieg”.
Na końcu języka miałem odpowiedź,że jak nie pytam laików jak wykonywać swój zawód.
Wolałem jednak nie przeginać i poradziłem mu tylko, żeby pogadał z „moim” chirurgiem.
Chirurg ów to naprawdę rozsądny i jeszcze niezmanierowany „kolega kolegi” (tego od nieistniejącego cholesterolu).
Kiedy zrelacjonowałem mu tamtą rozmowę tylko wzruszył ramionami.
-Miał pan rację. Spokojnie zaraz zrobimy nowe zdjęcie.
Położyłem się więc w łóżku i przysnąłem. Potem obiad, telefoniczna rozmowa z żoną i córkami („tśata” , „dadek” , „EeeeeEeeeeEeee...”), znowu drzemka, kolacja....i wieczorny obchód.
-Był pan na zdjęciu?-zapytał kolejny lekarz
-Nie, ciągle czekam.
Ręce mu opadły, ale starał się dzielnie nic po sobie nie pokazać.
-No dobra zaraz ktoś po pana przyjdzie. Acha i dzisiaj już niech pan nic nie je i nie pije i jutro przed operacją tak samo.
Kilka minut później usłyszałem od pielęgniarki,że mam zejść kilka pięter niżej i że tam już czekają.
I rzeczywiście czekała tam piekląca się kobieta, która nie mogła zrozumieć dlaczego przychodzę tak późno i zawracam jej głowę.
-Wie pani co? Ja też tego nie rozumiem bo czekałem od południa i już nawet nie chce mi się tego komentować.
Od razu zrobiła się milsza.
Potem wróciłem na oddział trochę popisałem, porysowałem i poszedłem spać.
Spałem naprawdę dobrze i tylko kilka razy obudziłem się na karmienie córek :-)
Do mojego wytresowanego organizmu najwyraźniej jeszcze nie dotarło,że ma okazję się trochę zregenerować.
Śniadanie oczywiście odpuściłem.
Bez żalu.
A potem na obchodzie usłyszałem:
-No oglądaliśmy to pana zdjęcie.
-I co bez entuzjazmu?-już wiedziałem co chce powiedzieć.
-No bez.
-I co?
-Szczerze mówiąc nikt się, dzisiaj, nie chce podjąć tej roboty bo nie widzi większego sensu.
-No ale, byłem na konsultacjach i profesor mówił,że jest sens...
-No to niech pan pogada z tym chirurgiem, z którym się pan umawiał, ale dzisiaj go nie ma. Będzie jutro.
To nie mogli mi do „urrrrrrwanego kubka” od razu powiedzieć, żebym sobie odpuścił? Teraz robią ze mnie takiego „co to się uparł”.
Mój sąsiad z sali pokiwał tylko głową, ponarzekał na swoje kolano i wrócił do oglądania telezakupów Mango.
„Noooooo nieeee, ja tu zwariuję”-pomyślałem.
W tym momencie przyszedł sms od koleżanki małżonki, która informowała mnie,że bardzo mnie kocha,i że piec nie grzeje i w domu jest zimno jak w psiarni.
Zerwałem się z łóżka i poszedłem negocjować przepustkę.
Najpierw była sekretarka oddziału:
-Proszę pani dzisiaj odwołano moja operację i może się okazać, że jutro tez jej nie będzie. Jest jakaś szansa,żebym mógł dzisiaj zwiać do domu?
-Widzę,że wie pan więcej ode mnie- westchnęła i kazała mi porozmawiać z lekarzami.
Akurat siedziało kilku młodziaków, którzy przyznali mi rację ,ale stwierdzili,że decyzje to może podjąć tylko zastępca ordynatora.
Odczekałem więc godzinę i wróciłem zawracać głowę „kierownikowi planety”.
-Czy jest już decyzja w mojej sprawie?
Odpowiedziały mi miny mówiące wyraźnie, że nikt już nawet nie pamięta o co chodziło.
Musiałem więc ponownie tłumaczyć o co chodzi i czego chcę.
Jakaś kobieta od razu zaczęła na mnie burczeć,że jutro mam mieć operację i że w ogóle nie ma czegoś takiego jak przepustka.
Odpowiedziałem jej, że dobrze wiem iż istnieje możliwość skorzystania z „nieistniejącej przepustki” i zrobiłem minę świadcząca o tym,z jestem przygotowany na długie i upierdliwe negocjacje.
W pewnym momencie w drzwiach gabinetu lekarzy pojawiła się głowa „kierownika planety”, który stwierdził,że pani ma generalnie rację, ale „w wyjątkowym przypadku”, na mocy „dżentelmeńskiej umowy”...
Musiałem obiecać,że będę o siebie dbał i po raz setny zapewnić,że wiem iż mam być na czczo.
Potem zadzwoniłem do żony. Ubrałem się i zszedłem na parking.
Po kilkunastu minutach nadciągnęła kawaleria.
-Dziadkowie wzięli dzieciaki na cały dzień. I na noc!-tu uśmiechnęła się znacząco.

Kciukgate 2-Powrót

Zgodnie z wczorajszą zapowiedzią właśnie nastawiłem wodę na kawę i siadam do klawiatury.
Trochę wolno mi to pisanie idzie, ale mam nadzieje,że wkrótce nabiorę wprawy.
Żeby nie wprowadzać histerycznej atmosfery uspokajam ,ze mój pobyt w szpitalu był od dawna zaplanowany i generalnie nic takiego się nie stało.
To po prostu bezpośrednia kontynuacja wydarzeń, o których wspominałem kiedyś w poście pt. „Kciukgate”.
Na operację miałem już pójść kilka miesięcy temu,ale przełożyłem ją żeby nie zostawiać mojego babińca.
W końcu jednak nadszedł moment z gatunku „teraz albo nigdy”. Ponieważ wiedziałem, że przez jakiś czas będę „niezdatny” do cięższych albo bardziej precyzyjnych prac, rzuciłem się do roboty.
Przygotowanie ogrodu do zimy, porządki w piwnicy, zamówienie węgla i tysiąc pięćset czterdzieści trzy inne sprawy, które do tej pory odwlekałem, teraz pochłonęły mnie całkowicie.
Noc przed pójściem do szpitala spędziłem na wstawaniu do dziewczynek i walce z instalacją CO. Najpierw nie mogłem rozpalić w piecu, potem okazało się,że instalacja jest zapowietrzona a kiedy zacząłem dopuszczać wodę to zaczęło zalewać kotłownię... i tak dalej i tak dalej.
A,że do tego zbiegło się to w czasie z bardzo trudnym okresem w pracy to naprawdę nawet nie miałem siły Was uprzedzić,że na chwilę zamilknę.
Inna sprawa,że plan miałem wprost przeciwny.
Niedawno dostałem służbowego netbooka z bezprzewodowym dostępem do internetu i nastawiałem się na ostre blogowanie w szpitalu.
No, ale Garbaty to przecież człowiek, którego szczęście uważa ,że wystarczająco napracowało się przy in vitro. I od tego czasu jest na urlopie.
I sprzęt, po zaledwie trzykrotnym odpaleniu wylądował w serwisie gdzieś po Budapesztem.
Cóż było robić.
Cofnąłem się do czasów średniowiecza i zapakowałem do torby zeszyt i ołówek.
A potem koleżanka małżonka odstawiła mnie do szpitala.
Czułem się trochę tak jakbym jechał na urlop.
Jakoś w ogóle nie myślałem o tym, że może mnie boleć, że szpital itd.
Myślałem o tym,że wreszcie wyrwę się z otępiającej prozy pracy i trochę powysypiam.
No i jeszcze perspektywa odzyskania sprawności kciuka!
Chociaż jak pomyślałem co mi będą z nim wyczyniać to robiło mi się lekko słabo.
Humor siadł mi jednak zaraz po przyjęciu do szpitala kiedy usłyszałem od chirurga
-To co jednak pan chce? Ja to na pana miejscu bym się zastanawiał.
Krew mnie zalała, bo rzeczywiście decyzja, z wielu względów, nie była łatwa. Byłem po konsultacjach z kilkoma specjalistami i w końcu ten sam lekarz uznał,że warto spróbować.
No a teraz wydziwia.
-Panie doktorze, ja też się waham. Ale ku czemu pan się skłania?
-A pan?
No masz babo placek.
-No, ja jestem minimalnie za.
-No, dobra, to robimy.
-Świetnie. To co, tak jak pan mówił, dzisiaj?
-Zobaczymy. Niech pan idzie na salę i poczeka.
Nie wiedziałem wtedy jeszcze jak długo przyjdzie mi poczekać.
Za to już po kilku godzinach strasznie tęskniłem za moimi dziewczynami.

Cdn
(spokojnie, już piszę :-)-jeszcze dzisiaj kolejny „premierowy odcinek”

piątek, 15 października 2010

No dobra, zanim pójdę spać wrzucę jeszcze drobiazg, który ostatnio zmajstrowałem i który właśnie został zdjęciem profilowym Dzieci Frankensteina na Facebooku.
Ciekaw jestem jak wam się spodoba?



W sumie to chyba niezły motyw na "służbową koszulkę" :-)

Durne stare kocisko

Czy może być jakieś sensowne wytłumaczenie tego,ze do tej pory nawet nie skomentowałem nagrody nobla dla prekursora in vitro? I tego,że w tym miesiącu na blogu posucha?
Może.
Kochani, właśnie mnie wypisali ze szpitala i 5 minut temu wszedłem do domu.Nie mam siły teraz szerzej się rozpisywać,ale mam ponad miesiąc zwolnienia więc od jutra zaczynam ostre nadrabianie zaległości.
A nazbierało się tematów, fotek i rysunków.
Przyznam się szczerze,że strasznie mi brakowało bloga przez ostatnie dni. Niestety siedziałem odcięty od netu w małej salce z kolesiem,który uwielbiał oglądać w TV telezakupy i pseudopublicystyczne programy o nastolatkach, które pijane w sztok rzygają w samochodach.
Jednym słowem impreza na całego.
A jej finał, w którym chirurg spytał mnie czy mam ochotę popatrzeć na to co też on wyczynia z moim ciałem to już prawdziwa krwawa ballada :-)
No to do jutra.
ps.
A co odpowiedział Garbaty łapiduchowi?
"Aaaa, dobra! Pokazuj pan!"
... i teraz naparwdę tego żałuje.
Jak to mówią "ciekawość zabiła kota"
Miau.

piątek, 1 października 2010

Zasłyszane

"-Tato, tato a co przynoszą bociany?
-Chaos i zniszczenie synu."



:-)))))))))))))))))))

czwartek, 30 września 2010

Zmywarkowa łamigłówka

Nie wiem co tak bardzo fascynuje dzieci w zwyczajnej zmywarce do naczyń?
Wiem jedno. Wystarczy,że tylko ją otworzę a w moją stronę pędzą dwa małe pohukujące i raczkujące pociski.
Chwilę później małe dłonie zaciskają się na tłustych talerzach i zaczyna się cyrk.
Bo przecież najlepsza rozrywka na świecie to uwiesić się na górnym koszu, w którym są kubki, szklanki i kieliszki. A kiedy głupi tata zepsuje zabawę można jeszcze zmylić go szybkim zwodem i między jego nogami dopaść klapy, na którą ściekają resztki, kawy, herbaty,soku...
Małe dłonie mają zastanawiającą umiejętność bardzo skutecznego rozbryzgiwania tej burej mieszaniny na wszystkie strony i pozostawiania zastanawiająco dużych plam na wszystkim dookoła.
Efekt tego jest taki,że każda próba zapakowania brudnych naczyń do zmywarki to czynność skomplikowana logistycznie i wymagająca wymyślnej strategii, zmysłu taktycznego o raz dobrego refleksu.
Bo o ile schowanie pojedynczego kubka czy talerza jest w miarę proste i zajmuje tylko tyle czasu ile dzieci potrzebują by przeczołgać się przez połowę pokoju to już większe pakowanie...
A więc najpierw trzeba usiąść i poobserwować dzieci.
Potem tak jakby nigdy nic pozbierać brudne klamoty i poustawiać na szafce w przemyślanej kolejności i konfiguracji.
Najpierw te , które idą do dolnego zasobnika a potem te do górnego.
Następnie mała rozgrzewka, rozruszanie nadgarstków, stawów barkowych i łokciowych.
Kontrolne spojrzenie na dzieciaki pochłonięte zabawą, głęboki wdech i...... AKCJA!
Nie ma sensu próbować zrobić to bezszelestnie bo i tak zawsze coś brzęknie, zazgrzyta, zadzwoni czy stuknie.
A więc mocnym szarpnięciem otwieram klapę, druga ręką wysuwając dolny zasobnik.
W oddali słyszę dwa radosne fuknięcia.
Najpierw duże talerze. Ładuje oburącz bo tak szybciej. To znaczy -jedna ręka jeden talerz.
To trochę ryzykowne bo są tłuste, ale ja przecież lubię życie na krawędzi.
Pełne entuzjazmu fukanie jest coraz bliżej.
Dobra! Teraz sztućce do specjalnego koszyka. Robi się nerwowo bo odgłos małych dłoni klapiących o podłogę zbliża się coraz szybciej.
Jeszcze miseczki, spodeczki małe talerzyki.
Dzieciaki wypadają zza szafki i nawiązują kontakt wzrokowy.
Mam już tylko kilka sekund.
Wrzucam jeszcze co popadnie, wsuwam dolny zasobnik i wysuwam górny.
Jeszcze mam przewagę bo do niego jest znacznie trudniej sięgnąć.
Stukanie małych kolanek o podłogę słyszę już za swoimi plecami.
Ładuję kubki, szklanki, kieliszki, kufle zastanawiając się skąd ich się tyle wzięło skoro ostatnio prawie nie pijemy alkoholu.
W tym momencie pierwsza mała łapka uderza uderza w klapę zmywarki rozbryzgując to co ścieka z naczyń.
Przez chwilę próbuje jeszcze obrony strefa blokując dzieciom dostęp do zmywarki nogami.
Słysze gniewne i zniecierpliwione parsknięcia.
A jednak próba powstrzymania tych małych karaluchów przypomina walkę z wodą.
Jakby się człowiek nie zastawiał i tak się przedrą.
Kiedy jedna z córek staje na nogi przytrzymując się mojej nogawki wiem,że mój czas się skończył.
Za chwilę może uczepić się górnego kosza i będzie groźnie.
Odsuwam więc noga jedna z pociech a wolna ręką łapię drugą i próbuję kolanem zamknąć klapę.
To tylko pisze się tak prosto.
Bo jeszcze trzeba uważać na małe paluszki, których właścicielki uważają,że powinny tkwić w zwężającej się szczelinie.
Uffffff.

wtorek, 28 września 2010

Magia reklamy

Wiele razy słyszałem o tym w jaki sposób reklamy telewizyjne działają na dzieci. A jednak wiedzieć a zobaczyć na własne oczy to dwie różne sprawy.
Myślałem,że takie problemy pojawiają się kiedy dzieci są trochę starsze.
Jednak to co teraz obserwuję zaczyna mnie niepokoić.
Bawię się z dzieciakami na macie zerkając na program informacyjny w telewizji.
Dziewczynki roześmiane, rozbawione. Turlamy sobie piłeczki po całej podłodze.
Łapią je i podrzucają, zaśmiewając się w głos.
Którejś podwinęła się rączka i zaryła nosem w podłogę. Dziecko łka ja pocieszam i po chwili powracamy do przerwanego meczu.
Znowu słychać radosny szczebiot i parskanie oraz odgłosy odbijania miniaturki piłki do koszykówki.
Nawet nie zauważyłem ,że program został przerwany przez blok reklamowy.
A jednak zanim się zorientowałem siedziałem sam jak palant na środku podłogi.
Słyszałem tylko oddalający się odgłos raczkujących pociech, które zmierzały w stronę telewizora.
Po podłodze powoli toczyła się porzucona piłeczka.
Jak pomarańczowy wyrzut sumienia.
Niebieskawa poświata ekranu oświetlała dwie malutkie twarzyczki nadając spojrzeniom moich córek dziwnie nieprzytomny wygląd.
-Hej dziewczynki!-zawołałem próbując przyciągnąć ich uwagę.
Nic.
-Dziewczyny!!!
Nie, przecież ważniejsza od taty jest ta pani ze źle zdubingowanej reklamy niemieckiego proszku do prania.
-Hej! Laski!-teraz wołałem już naprawdę głośno stukając zachęcająco piłeczką o podłogę.
Dzieci były jednak zbyt pochłonięte informacją o niesamowitej przecenie samochodu, na który ich ojca i tak nigdy nie będzie stać.
-Widzisz to?-jęknąłem do koleżanki małżonki.
-Niestety.
-Jakaś mroczna siłą nam dzieci kradnie! No powiedz mi ,że w tym nie ma jakiś sygnałów podprogowych!
-Nie przesadzaj, kolorowe obrazki z głośną muzyką...
-Teledyski też są kolorowe psiakrew!
Desperacko pchnąłem piłkę w stronę dzieci i gwałtownie zamachałem rekami.
Piłka potoczyła się i uderzyła jedną z córek w nogę.
Ta drgnęła i wreszcie spojrzała w moją stronę.
Na ułamek sekundy.
Chwilę później z zainteresowaniem przyswajała wiedzę o tym,że tatulo jest nieodpowiedzialnym człowiekiem ponieważ nie ma wykupionej polisy na życie.
-No nieeee, jeżeli wasza niezależność finansowa ma być związana z nastawaniem na moje życie to koniec z tym!
Sięgnąłem po pilota i wyłączyłem telewizor.
Dzieci, nieco zaskoczone i chyba rozczarowane, zamrugały oczętami.
Czar został zdjęty. Znowu stałem się widzialny i słyszalny.
Już po chwili niezdarnie rzucona piłka odbiła się od główki siostry, potem od nogi stołowej i potoczyła do moich stóp.
Podniosłem ją i podrzucając w dłoni zadumałem się nad tym czego byłem przed chwilą świadkiem.

Hevisaurus-łoooo matkoo!!!!


Miałem ci ja dzisiaj plan żeby poruszyć pewien mniej sieriozny temat,ale tym razem scenariusz napisało życie.
I ten odcinek telenoweli , zwanej życiem, wreszcie jest śmieszny i sympatyczny.
„Cztery dinozaury i smok czyli heavymetalowa grupa Hevisaurus bije rekordy w rodzimej Finlandii”-takiemu nagłówkowi oprzeć się nie mogłem!
Kapela, która gra metal dla... dzieci wydała niedawno swój drugi album. Już ma status złotej płyty i jest określana mianem największej sensacji w muzyce dla dzieci.
Mało tego -zajmuje trzecie miejsce na liście najczęściej sprzedawanych płyt w Finlandii.
Muzycy występują przebrani i zamaskowani więc nie tylko muzyczne skojarzenia z Kiss są tu na miejscu.
A tekstowo podobno typowo „dziecięco”. Nikt nie napisał dokładniej ,ale podejrzewam,że panowie śpiewają o zaletach mycia zebów i o tym ,że mamy trzeba słuchać.
W każdym razie z grupa współpracują m.in. Perttu Kivilaakso z (Apocalyptica), Janne Wirman (Children Of Bodom),, Janne "Burton" Puurtinen (H.I.M.), Elias Viljanen (Sonata Arctica) i Nino Laurenne (Thunderstone).
A więc można.
Nie „Fasolki”, nie „Arka Noego” ani Majka Jeżowska.
Tylko:

http://muzyka.interia.pl/metal/news/hevisaurus-metal-dla-dzieci,1536854,47


Puściłem fragment ich występu szefowi redakcji muzycznej, który sam jest zapalonym „metalurgiem”.
Oczy chłopina miał jak spodki a szczęka dyndała mu się w okolicach bioder