środa, 2 września 2009

Kawa z maślanką

Nie miałem ostatnio melodii do pisania. I tak naprawdę nie wiem dlaczego. Co prawda byłem zmęczony, podziębiony i strasznie denerwowałem się remontem, ale do tej pory jakoś nie powstrzymywało mnie to przed pisaniem. Tym bardziej ,że tematów nie brakowało. Bo i badanie połówkowe i wizyta u rodziców, nerwowe rozmowy nad „księgą imion” i głośna sprawa wysterylizowanej kobiety i kolejna wizyta w „dziecięcym” sklepie- no nic tylko się wyżywać literacko.
Znam się dosyć dobrze i wiem,że systematyczność to moja najsłabsza strona. A raczej jej brak należy do najmocniejszych. Co nie znaczy,że najbardziej pożądanych. Tymczasem bloguję już czwarty miesiąc. Jak na mnie to cud jakiś. Wiem też, że wystarczy tylko raz albo dwa sobie odpuścić i.... koniec.
Dlatego pchany wyrzutami sumienia, poczuciem obowiązku oraz słowami krytyki od czytelniczek -dzisiaj rano- przed pracą nastawiłem wodę na kawę, włączyłem komputer i zacząłem się zastanawiać co by tu naskrobać.
I doszedłem do wniosku,że chyba wypada zachować chronologię i zacząć od miejsca, w którym przerwałem.
W czasie kiedy o tym myślałem woda się zagotowała a windows vista (niech go szlag trafi) powoli stanął na nogi.
Zalałem kawę, zalogowałem się do lapka i zacząłem szukać mleczka o kawy.
Kiedyś czytałem ,że podczas działań twórczych ludzkie półkule mózgowe pracują inaczej niż normalnie. A właściwie zaczyna działać ta półkula (nigdy nie pamiętam -prawa czy lewa), która zazwyczaj nie ma zbyt wiele do roboty.
W każdym razie już wiele lat temu zauważyłem,że kiedy mój mózg wchodzi w tryb „kreacja & nawiedzone rozmyślania” to staje się nieprzydatny do innych celów. Nie nadaje się wtedy kompletnie do konwersacji i robię się opryskliwy. A kiedy jestem zmuszony do jakiś zwyczajnych prozaicznych działań to efekty bywają zaskakujące. Potem znajduję w koszu na śmieci nowy kubek a w lodówce na przykład kluczyki od samochodu. A kiedyś zdarzyło mi się...hmm.... e o tym nie napiszę. Aż tak dobrze się nie znamy :-)
Zastanawiacie się pewnie czemu o tym piszę? Już wyjaśniam.
Otóż dzisiaj rano ,kiedy prawie zaraz po przebudzeniu zacząłem myśleć o czym by tu napisać, moja skołatana głowa weszła w tryb „garbaty pisał będzie- uwaga”.
Nie zwróciłem tylko uwagi na to kluczowe słowo „uwaga”. Efekt jest taki, że dolewając mleka do kawy zorientowałem się ,że kartonik, który trzymam w ręce wcale mleka nie zawiera.
No i teraz, krzywiąc się, siorbie kawę rozpuszczalną z... maślanką o smaku pieczonego jabłka.
Nawet da się to pić. O dziwo.
No dobra dosyć tego przydługiego wstępu. Zabieram się za nadrabianie zaległości.
Piątek był dniem medycznym. Po pierwsze badanie całej trójki moich kochanych dziewczyn. To znaczy „dziewuchy cargo” i jej „zawartości”.
Pan doktor był mrukliwy i miał fizjonomię lekko wkurwionego buldoga,ale zdecydowanie zyskiwał przy bliższym poznaniu. No i podobno to „najlepsze oko w mieście”. Prześwietlił swoim okiem Saurona koleżankę małżonkę oraz nasze pociechy i stwierdził,że wszystko jest idealnie zgodnie z normą.
Oczywiście nie oczekiwaliśmy niczego innego. A jednak kamień spadł z serca.
Nie odtoczył się jednak za daleko. Zaczynam teraz rozumieć co miała na myśli moja mama mówiąc mi żartobliwie „będziesz matką to zobaczysz” kiedy jako dzieciak zarzucałem jej nadopiekuńczość.
Wracając jednak do badania to pan doktor oko miał aż za dobre jak na mój gust.
Podczas USG obrazy zmieniały się i przesuwały tak szybko,że właściwie nie mogłem nic zobaczyć. Ledwo mignęła mi jakaś możliwa do zidentyfikowania część ciała a obraz już się zmieniał.
Nie na moją percepcję był ten show.
Byłem więc mocno rozczarowany stroną wizualną tego „widzenia”.
Za to kiedy podczas badania serduszek nastąpiły długie pauzy moje serce przestawało bić. Pani Bebzunkowa najwyraźniej poczuła się podobnie bo złapała mnie za rękę. Oczywiście okazało się ,że wszystko jest w porządku.
W pewnym momencie „odpłynąłem” zapatrzony w monitor. Poczułem się tak jakby nie było z nami lekarza, jakbyśmy byli gdzieś indziej. Całą czwórką.
Tak jakbyśmy siedzieli w naszym salonie i z uśmiechami na twarzach patrzyli na bawiące się dzieci.
Będę ojcem dwóch córek. Powtarzam sobie czasem te słowa. Słucham jak brzmią. Zastanawiam się się co czuję kiedy je słyszę.
A na twarzy rozjeżdża mi się uśmiech.

1 komentarz:

  1. Czytając poprzedni wpis o tym, że zobaczysz dziewczyny w 3D, chciałam napisać żebyś nie podchodził do tego z takim entuzjazmem ale pomyślałam "jest kolejny wpis - zobaczę, może im się udało". U nas wszystko ma się ku końcowi - pewnie urodzimy przed czasem choć jeszcze się trzymamy... łóżka, a do tej pory 3D nie mamy. Dzieci wypięły się na nas w dosłownym tego słowa znaczeniu a tyłeczków dr nie chce "fotografować".
    Pozdrawiam Was serdecznie i dziękuję za pozdrowienia. Trzymajcie się kochani jeszcze troszkę. My w połowie września (a może pod koniec) parkę będziemy już po tej stronie brzucha. Drevni - całuski kochana.

    OdpowiedzUsuń