poniedziałek, 22 listopada 2010

Ostatnie chwile z gipsem




W piątek mieli mi zdjąć gips i wyciągnąć druty z kciuka. Cieszyłem się jak głupi na to odzyskanie kontroli nad fragmentem własnego ciała.
Przed zabiegiem lekarz zaordynował kolejne prześwietlenie.
-Nie ma co robić na ślepo. Jak się da to wyciągniemy na miejscu a jak będzie trzeba to skieruję pana do ambulatorium.
Nie było co dyskutować więc poczłapałem do szpitalnej pracowni RTG.
-Skierowali mnie na prześwietlenie kciuka- poinformowałem panią za kontuarem.
Po0kiwała głowa i zaczęła coś klepać na klawiaturze komputera.
-Ten kciuk to na ręce?-zapytała z poważną miną.
Pokiwałem tylko potakująco głową.
Bo gdybym się odezwał to niewątpliwie poinformowałbym panią,że chodzi „o ten drugi kciuk- na dupie”.
Na szczęście zagryzłem wargi.
Za to druga pielęgniarka nachyliła się nad monitorem i wskazała coś mojej rozmówczyni mówiąc:
-Przez „u” otwarte.
No niech zgadnę o jaki wyraz chodzi. Raczej nie o „dupę”.
Uśmiechnięty (przez „u” otwarte oczywiście) wszedłem do pomieszczenia, w którym miła pani zrobiła mi kolejne fotki do „kciukowego albumu”.
A potem usłyszałem:
-Niech pan poczeka na korytarzu za płytą.
Na szczęście byłem na tyle otrzaskany z tematem,że nie próbowałem ukryć się za jakimś przepierzeniem tylko cierpliwie poczekałem, aż dostanę płytę cd z cyfrowy zapisem prześwietlenia moich sfatygowanych gnatów.
Lekarz obejrzał fotkę a następnie „obmacał” mój zdrutowany palec.
„Obmacał” to bardzo eufemistyczne określenie dosyć brutalnych czynności.
W oczach najpierw mi pociemniało a potem w tej ciemności rozbłysły dwie supernowe. W uszach zaszumiało.
Zacisnąłem zęby, żeby nic nie powiedzieć oraz pięści żeby nikomu nie wybić zębów.
Wzrok i słuch odzyskałem w samą porę by usłyszeć.
-Niestety, druty siedzą za głęboko. Tutaj nie damy rady. Wypiszę panu skierowanie.
No trudno.
-Zaraz znajdziemy termin. Proponowałbym trzeciego grudnia.
Początkowo do mnie nie dotarło, ale wtedy moje spojrzenie padło na wiszący na ścianie kalendarz.
Bez jaj. Za dwa tygodnie?
A przecież mieli mi je wyciągnąć już tydzień temu tylko,że akurat wypadł długi, listopadowy weekend...
-W szpitalu już takich rzeczy nie robimy, więc skieruje pana do prywatnego oddziału. Spokojnie to na NFZ- dodał widząc moje spojrzenie.
Mimo kilku prób nie udało mu się skontaktować z ową chirurgiczno- ortopedyczną prywatą.
-No tak, zajęci. No i jeszcze pan doktor startuje na radnego. Ten to nigdy nie ma czasu. No trudno.
Jak się dodzwonię i ustalę termin to do pana zadzwonię.
Kiwnąłem głową i zgarnąłem z biurka swoje zdjęcia i inne papiery.
Jakoś nie mogłem pozbyć się wrażenia, że znowu szpital łatwo nabił sobie kilka punktów do NFZ a zarobi prywaciarz.
Zresztą nie moja sprawa. Ważne żeby mi te cholerne druty wreszcie wyjęli.
Bo ostatnio moje córki mają nowe hobby. Polega ono na współzawodnictwie w konkurencji „kto pociągnie tatula tak mocno za palec, że zesra się z bólu”.
A jak się przy tym cholery słodko uśmiechają!
Dzisiaj,po kilku próbach,dodzwoniłem się do przychodni i okazało się,że akcja „ciągnięcie druta” jest, o dziwo, przewidziana na jutro.
Nie mogę się doczekać.

W ponurych szponach jesieni

Jeżeli rzeczywiście jesienna depresja nie jest mitem to niewątpliwe dorwała mnie w swoje szpony.
Bo jak inaczej nazwać ten stan odmóżdżenia i totalnego braku energii?
Codziennie wieczorem myślę sobie „Jak położymy dzieciaki spać to coś skrobnę”. Tyle,że kiedy te dwa małe tornada przestaną wreszcie wyć i „mielić” pościel w swoich łóżeczkach to już nie mam siły.
-Rano coś skrobnę- mruczę a potem pytam koleżankę małżonkę- Co tam u ciebie słychać?
To taki niby żart.
Niby.
Bo rzeczywiście jakoś tak równolegle toczy się to nasze życie. Albo, któreś z nas odsypia, albo zabawia dzieciaki podczas gdy to drugie próbuje ogarnąć chałupę... konfiguracji jest sporo,ale wszystkie sprowadzają się do ustawienia 1-2.
Czyli, któreś z rodziców na linii obrony a raczkujący duet w ataku.
No, nie do końca mi to futbolowe porównanie wyszło. Bo to tak jakby członkowie jednej drużyny grali przeciwko sobie.
Chociaż i tak się może zdarzyć- o czym doskonale wiedzą wierni kibice naszej kopanej reprezentacji.
Nabijałem się z niej bezlitośnie wiele razy, ale ostatnio to jedenastka Smudy prezentuje lepszą formę od mojej.
Taki jest sport. Takie życie, że pozwolę sobie oddać się filozoficznej refleksji.
Chciałbym móc usprawiedliwić się ,że cisza na blogu wynika z intensywnej pracy nad książką.
Ech... to tez przysiadło.
Chociaż pewna iskierka nadziei jest.
Kilka tygodni temu wydrukowałem wersję beta mojego potencjalnego bestseleru i dałem koleżance małżonce do zrecenzowania.
-Tylko wiesz, bez ściemy i taryfy ulgowej. Masz być bezlitosna- poprosiłem szczerze.
Z pełnym przeświadczeniem,że poza drobiazgami, lektura powali ja na kolana.
Dwa dni później usłyszałem:
-Przeczytałam pierwsze sześćdziesiąt stron...
-I co? I co?-uśmiechnąłem się zachęcająco.
-Chmmm... tak szczerze to nuda. Nie chce mi się dalej brnąć. brakuje solidnego umiejscowienia w czasie i przestrzeni. Chaotyczne...
Uśmiech zniknął z mojej twarzy.
Wiedziałem,że ma rację. Sam miałem podobne odczucia, ale łudziłem się,że to dlatego,iż jestem zmęczony tekstem.
-Kurczę a to jest część, w która włożyłem najwięcej pracy. To nie jest łatwa sprawa.
-Teraz to widzę. I rozumiem na czym polega różnica między blogerem a prawdziwym pisarzem.
Znowu miała rację.
Dlaczego one zawsze maja rację.
Zaczynałem mieć dosyć tej szczerości.
-I wiesz co mi się jeszcze nie podoba...
-Wiem!-przerwałem jej trochę niegrzecznie.-Tego się obawiałem. Mamy identyczne odczucia.
Jaki byłem naiwny ,że wystarczy za pomocą „ctrl+C” i „ctrl+V” przerobić blog na książkę.
Teraz zdałem sobie sprawę,że to z czym się mierzę przypomina raczej adaptację.
O dziwo ze słowa pisanego na słowo pisane, ale jednak.
-Słuchaj, zaznaczyłam ci co mi się podoba a co nie. Tam gdzie nic nie napisałam jest po prostu średnio.
Przejrzałem wydruk i z pewna ulgą zauważyłem,że tych lepszych fragmentów jest całkiem sporo.
Następne kilka wieczorów spędziłem na bezceremonialnych przeróbkach tekstu. Słabsze fragmenty bezlitośnie „zdeletowałem” a nowe rozdziały próbowałem budować na fragmentach określonych przez recenzentkę jako „świetne”lub „zajebiste”.
Wywaliłem cały wstęp i kilkanaście pierwszych stron.
W końcu miałem gotowy nowy wstęp i pierwsze dwa rozdziały.
Tym razem bardzo nieśmiało podsunąłem żonie plik kartek.
-Mam wrażenie,że wreszcie wychodzi tak jak chciałem,ale przeczytaj.
Godzinę później usłyszałem.
-Przeczytałam.
-I?
-Iiii...- zrobiła zatroskaną minę a moje serce zadrżało- Taką książkę chcę przeczytać!-wyszczerzyła się przekornie.
Najpierw się ucieszyłem a potem zdałem sobie sprawę ile jeszcze czeka mnie pracy nad tekstem, który tak niedawno naiwnie uważałem za skończony.

czwartek, 11 listopada 2010

Podpiszcie petycję

Wczoraj podpisałem petycję (link jest na pasku bocznym i na Facebooku) napisaną w obronie praw obywateli RP -tych urodzonych dzięki in vitro jak i zwolenników tej metody leczenia bezpłodności. Zdaniem autorów owe prawa są łamane przez coraz bardziej agresywne ataki hierarchów kościelnych.
Oto jej fragment:

„Nie jest to petycja wspierająca metodę in vitro, to jedynie apel o nie upadlanie osób borykających się z problemem niepłodności oraz dzieci poczętych metodą in vitro. To prośba do Rzeczników Praw Obywatelskich i Praw Dziecka o reakcję na język używany przez osoby publiczne: "dzieci z probówki", "mordercy", "metody weterynaryjne", "forma aborcji" oraz wiele innych, które są niczym innym jak psychicznym upadlaniem wielu obywateli tego kraju”.

Okazuje się jednak ,że nie tylko hierarchowie momentami jadą po bandzie. Kilka dni temu w Bydgoszczy odbyła się konferencja "In vitro - szansa czy zagrożenie?". Zorganizowana przez izbę lekarską. Szef izby teraz tłumaczy się ,że nie wiedział o jej jednostronnym charakterze. Otóż w Bydgoszczy pojawili się wyłącznie przeciwnicy zapłodnienia pozaustrojowego. To ich prawo,ale już komentarz jej głównego organizatora- profesora Władysława Sinkiewicza, szefa komisji bioetycznej w Bydgoskiej Izbie Lekarskiej- już chyba naruszają dobre imię całkiem sporej liczby osób. Porównał on medycynę do weterynarii. Jego zdaniem w klinikach hoduje się ludzi tak jak zwierzęta. Mówił też, że ” Lekarz powinien być obrońcą słabszych, a ginekolog wykonujący in vitro jest twórcą, selekcjonerem i producentem”.
No pięknie. Może panu profesorowi umknęło,że człowiek jako ssak właśnie do zwierząt się zalicza. Tego jak pogardliwie w tym kontekście brzmi określenie „lekarz weterynarii” nawet nie skomentuję. Kolejny nadczłowiek w białym kitlu przekonany o „najmojszości” własnych racji.
Tym bardziej ucieszyła mnie owa petycja, która nie jest „za in vitro” tylko przeciw „złu w imię dobra”. Przeciw arogancji, ignorancji, zapiekłości, złej woli, umysłowemu lenistwu... długo można by wymieniać. A kolejny jaskrawy przykład to ilość podpisów „przeciw” tej petycji i treść komentarzy napisanych przez jej przeciwników. Autorów petycji zastanowiło to jak wielu ma ona przeciwników. Zadali sobie trud przyjrzenia się niektórym wpisom i okazało się,że większość jest ze Szczecina.
Okazało się, że pewien ksiądz rozsyła do wiernych tysiące listów namawiając ich do głosowania przeciw następującymi słowami:
„Wysłałem z tysiąc e-maili, a ruchu w petycji prawie żadnego. No chyba że nie otwieramy poczty. Czy Szczecin w którym jest największy Marsz dla Życia w Polsce nie potrafi zebrać kilku tysięcy głosów odrzucających petycję środowisk aborcyjnych. Nie dam wam spokoju - albo jesteśmy za życiem albo przeciw. Zagłosuj Nie NIE POPIERAM PETYCJI i koniecznie poniższą wiadomość roześlij po swoich znajomych nieaborcyjnych. Jeżeli jesteś innej orientacji e-mailem daj mi znać to zrobię Delete abym miał więcej miejsca na poczcie, a ty spokój ( nie święty )”.
A oto kolejny, dający do myślenia komunikat ks. Tomasza Kancelarczyka

„Pilna sprawa.
Środowisko aborcyjne konstruuje petycję do Rzecznika Praw Obywatelskich w sprawie in vitro. Koniecznie trzeba temu przeciwdziałać. Dlatego proszę Ciebie o głos PRZECIW. Koniecznie z potwierdzeniem głosu na swojej poczcie”.
To,że ksiądz nie zrozumiał idei petycji niespecjalnie mnie dziwi i niespecjalnie mnie rusza. Natomiast określenie „środowiska aborcyjne” traktuję jako obraźliwe i kłamliwe. Znowu „zło w imię dobra”? Komuniści chcieli „walczyć o pokój”-to też brzmiało absurdalnie.

Oto adres do petycji:
http://www.petycje.pl/petycjePodglad.php?petycjeid=5891

środa, 10 listopada 2010

Zagubieni w czasie


Przepełnia mnie nienawiść.
Jak ja cholernie nienawidzę!
Mimo,że na ogół nienawidzę nienawidzić.
A jednak Benjamin Franklin podpadł mi tak okrutnie, że ma facet prawdziwe szczęście, że nie ma go już na tym padole łez i rozpaczy.
Bo za krzywdę, którą mi wyrządził zemścił bym się srodze.
Za zniweczenie wysiłków, zrujnowanie marzeń.
Marzeń o słodkim, długim śnie.
Otóż kiedy ów, tak szanowany, mąż stanu był ambasadorem we Francji wyliczył koszty używania świec i namawiał Francuzów do zmiany rytmu dnia.
Francuzi do jego rewelacji podeszli bez entuzjazmu za to Niemcy w 1916 r. skorzystali z jego rad.
Tyle,że i szło już nie o świece a o oszczędność prądu. A potem już poszło- Anglicy i Amerykanie.
A w latach 1946-49 Polacy.
I okazuje się,że było coś dobrego w mrocznych latach systemu słusznie minionego bo między 1965 a 1976 naród żył bez przestawiania zegarków.
A potem znowu zgłupiał.
I na nic eksperymenty wykazujące,że zmiana czasu nie daje żadnych oszczędności. Za to skutecznie rozregulowuje zegary biologiczne co może mieć poważne następstwa zdrowotne.
Ale do rzeczy.
Zmianę czasu, która sprawia,że możemy pospać dłużej na ogół przyjmujemy bez większego kwękania. Bo w końcu jest to jakaś wymierna korzyść.
Podobnie było i tym razem. Jakoś w ogóle nie przyszło nam do głowy, że tym razem ów pozorny zysk będzie ciosem nożem w plecy.
Od jedenastu miesięcy walczymy o każdy kwadrans spokojnego snu.
Bo księżniczki ze szkiełka kimają dokładnie na zakładkę.
Kiedy jedna otwiera wyspane oczęta to druga właśnie trze ślepia i zaczyna jej opadać głowa.
W nocy jest trochę lepiej,ale jak nie ząbkowanie to katar sprawiają, że mimo iż obie córy pokazały,że mogą smacznie przespać całą noc to nigdy nie jest to ta sama noc dla obu.
Tak jakby psiakrew rozpisały sobie precyzyjny grafik i bardzo skrupulatnie się go trzymały.
A jednak powoli sytuacja się poprawiała. Kosztem kilkunastu nieprzespanych nocy odzwyczailiśmy pociechy od nocnego karmienia a potem mozolnie pracowaliśmy na tym aby wstawały coraz później.
I powoli, krok za krokiem zamiast o 5.00 zacząłem wstawać o 5.10, 5.15, 5.20.... a potem osiągnęliśmy szóstą by po kolejnych tygodniach „złamać' barierę godziny siódmej.
I kiedy przez kilka dni zaczęliśmy znowu czuć się jak ludzie wtrącił się ten pieprzony Franklin.
Cholerny racjonalizator, który sprawił, że w ciągu jednej nocy cofnęliśmy się w czasie o kilka tygodni.
To znaczy my- rodzice.
Bo dzieci odmówiły zmiany strefy czasowej.
I gdybyż to oznaczało życie w światach równoległych!
Wtedy każdy spałby spokojnie w swoim uniwersum.
Niestety teraz codziennie, jeszcze przed szóstą dochodzi do kosmicznej katastrofy i ze zgrzytem i łoskotem zderzają się ze sobą dwie potężne fale czasu.
I jakimś cholernym zrządzeniem losu kulminacja tego kosmicznego tsunami następuje w naszej sypialni.
Co rano o 5.40 gdy świat, otulony szarością jesiennym mgieł właśnie przewraca się pod ciepłą kołdrą na drugi bok, budzą mnie dwie syreny.
I nie mam tu na myśli pieszczot w wykonaniu zalatujących zapachem wodorostów cycatych lasek z rybimi ogonami.
Nie, myślę o takich niewielkich urządzeniach z małą korbką,które służą do robienia piekielnego hałasu.
Wycia, które kojarzy z się z szalejącymi płomieniami, eksplozjami,wyciem nurkujących bombowców i rykiem silników czołgów miażdżących gąsienicami wszystko na swojej drodze.
W takim klimacie oldskulowego pola walki nie jest łatwo wstać w dobrym nastroju.
Zastanawiam się nawet czy nie wytłumaczyć naszym aniołkom zagłady, że świat poszedł już dalej.
Działania zbrojne wyglądają już inaczej, że samoloty bezzałogowe,że komputery, że precyzyjne , sterowane pociski,że siły specjalne, że minimalizacja strat wśród ludności cywilnej...

piątek, 5 listopada 2010

Czerwone marzenie

W sobotę, po przebudzeniu bałem się otworzyć oczy.
Leżałem przez chwilę kontemplując panująca w domu ciszę.
W końcu jednak ostrożnie zamrugałem.
I... nic. Jakimś cudem głowa mi nie popękała i nie rozsypała się na tysiące kawałków.
Całe szczęście- pomyślałem- koleżanka małżonka nie byłaby zadowolona gdyby musiała sprzątać ten bałagan.
W sumie, po stracie głowy, byłoby mi raczej wszystko jedno,ale gniew małżonki to i tak rzecz straszna.
Zwłaszcza dla kogoś z mocno wyeksploatowaną głową.
Tydzień wcześniej zadzwonił mój ulubiony „cholesterolowy ateista” z zaproszeniem na swoje urodziny.
Na szczęście, dla mojej głowy, nie jakieś superokrągłe, ale i tak słuszne.
Bardzo się ucieszyłem bo dawno się nie widzieliśmy a od wspólnej konsumpcji napojów dozwolonych od lat osiemnastu minęło sporo czasu.
-Zapraszam was do „Winomanii”- ta informacja jeszcze bardziej mnie ucieszyła.
Bo ja bardzo lubię wino. Zwłaszcza czerwone.
A ostatnio jakby los zawziął się by przetestować moją wytrzymałość.
Bo albo zamiast trunku trzeba kupić pieluchy, kremiki, i inne bambaryłkowe gadżety albo do obiadu akurat pasuje wino białe, albo jest akurat moja kolej na pełnienie kierowniczej roli.
To znaczy kierowanie samochodem pełnym opitych winem, oczywiście czerwonym, przyjaciół.
A kiedy wreszcie z butlą ulubionego trunku i z deklaracją małżonki „dzisiaj ja prowadzę” udajemy się do przyjaciół to okazuje się, że „specjalnie dla naszego Garbuska kupiliśmy takie pyszne lokalne piwko”.
Żebyśmy się dobrze zrozumieli- ja nie narzekam, tylko naświetlam sytuację.
Bo piwko było przednie.
Nie chciałbym też żebyście pomyśleli,że ostatnio nie robimy nic innego tylko imprezujemy.
Wręcz przeciwnie.
Po prostu zagęszczam trochę chronologię wydarzeń. Rozciągniętych w czasie niczym amatorski peleton na górskim etapie wyścigu.
Albo grupa studentów trzeciego roku podczas testu Coopera.
Jednym słowem od miesięcy nie mogłem się doczekać kiedy tianiny i garbniki zatańczą walca z moimi kubkami smakowymi.
No i zatańczyły.
Tyle,że flamenco.
I to jakie.
Co kilka minut na stół wjeżdżała kolejna karafka z trunkiem a właściciel lokalu raczył nas barwną opowieścią na temat jego walorów, historii, specyfiki, winnicy, regionu winiarskiego.
Jak już kiedyś pisałem trzeba uważać z marzeniami ponieważ mogą się spełnić.
Ja poczułem się usatysfakcjonowany już przy trzeciej karafce wybornego, i zapewne cholernie drogiego, hiszpańskiego wina z lekkim posmakiem czekolady.
Degustacja jednak dopiero się rozkręcała.
Przy każdym kolejnym kieliszku patrzyłem z wyrzutami sumienia na skazaną na abstynencję kierowniczkę małżonkę. Ona jednak kiwała ze zrozumieniem głową i mruczała wyrozumiale:
-Należy ci się.
W końcu jednak uznałem, że nawet moja atencja dla tych wytrawnych pyszności powinna ustąpić miejsca resztkom zdrowego rozsądku.
I kiedy już postanowiłem, że „teraz to już naprawdę ani kropli” usłyszałem:
-A na zakończenie mam dla państwa coś specjalnego. Wino, które udaje się zrobić tylko raz na kilka lat przy bardzo specyficznych warunkach. Wino białe mimo, mimo że zrobione ze szczepu merlot.
Niezwykłe niemieckie „eiswein” !
No i moje kubki smakowe usłyszały:
-A teraz panie proszą panów! Czy zechcą panowie zatańczyć polkę?

czwartek, 4 listopada 2010

Głupia sprawa



Dostałem ostatnio link do artykułu w tabloidzie, w którym wypowiada się matka bliźniaków z in vitro.
Była opisana jako matka „dwojga bliźniaków”. Nigdy nie słyszałem o „trojgu” bliźniakach, ale może się nie znam.
Nie to jednak wywołało moją konsternację.
Otóż kobieta owa nie może sobie wybaczyć tego, że zdecydowała się na in vitro.
Twierdzi,że wtedy nie wiedziała,że zapłodnienie pozaustrojowe to „samo zło” a teraz jej dzieci urodzone dzięki tej metodzie są dla niej chodzącymi wyrzutami sumienia.
Tym razem jakoś trudno mi się zdobyć na wyrozumiałość.
Jak można poddać się tak długotrwałej i skomplikowanej terapii nic o niej nie wiedząc?
Jakim trzeba być człowiekiem by mówić o tym, że żałuje się narodzin dzieci?
Bohaterka owego artykułu jest wdową po pośle z ugrupowania uważającego, że ma monopol na prawdę i sprawiedliwość.
I do tego nawiązała większość internautów komentujących moralne rozterki pani, która uznała za stosowne podzielić się nimi z czytelnikami arcyopiniotwórczej gazety.
Komentarze krytyczne są swoją drogą są utrzymane w zaskakująco rozsądnym tonie. Uszczypliwe lecz kulturalne i bez jadu.
Co też o czymś świadczy ponieważ przeciwnicy in vitro posługują się najczęściej innym językiem.
Kilka osób wspomniało o tym,że współczuje dzieciom takiej matki.
A ktoś wrzucił link do blogu prowadzonego przez ową „udręczoną wyrzutami sumienia” osobę.
Po kilku linijkach straciłem ochotę na dalszą lekturę. Plucie jadem i wycieczki osobiste do członków rodziny. Jednym słowem coś naprawdę smutnego i żenującego.
Wróciłem więc do lektury komentarzy bo to było znacznie bardziej interesujące zajęcie.
Internauci powątpiewali czy nasza antybohaterka ma świadomość tego ,że podczas naturalnej prokreacji również giną zarodki.
Szczerze wątpię bo jej wywody porażały brakiem wiedzy i … brakiem … kurcze no brakiem wszystkiego po prostu. A głównie dobrego smaku i rozsądku.
Owo zagadnienie „śmiertelności zarodków” zainspirowało wiele komentarzy.
Ale szczególnie jeden powalił mnie na garbate kolańska.
W moim prywatnym rankingu mistrzów czarnego humoru na pierwsze miejsce wskoczyła osoba, która koniecznie chciała wiedzieć dlaczego osoby walczące o prawa zarodków nie postulują również wypłacania zasiłków pogrzebowych w przypadku ich śmierci.
To pozornie obrazoburcze i prowokacyjne pytanie dotyka tak wielu zagadnień i problemów, na tak wielu poziomach, że po prostu chylę czoła.
Za odwagę i bezkompromisowość w wyrażaniu własnych myśli.

piątek, 29 października 2010

Niby z nurtem a pod prąd



No i parlament wreszcie się ruszył. Trzy projekty ustaw dotyczących in vitro trafią do komisji.
Tylko trzy. Co mnie osobiście cieszy ponieważ najbardziej restrykcyjny trafił do kosza już po pierwszym czytaniu.
A więc nie pójdziemy do więzienia w imię czyichś „najichszych racji”.
Ale piłka ciągle w grze- od liberalnego projektu zapewniającego refundację do zakazującego zapłodnienia pozaustrojowego.
Nie chce mi się nawet pisać na temat projektu Piechy bo człowiek ten w moich oczach wyrasta na jedną z najbardziej demagogicznych i ponurych w naszej polityce.
Piszę „naszej” chociaż wolałbym nic z nią wspólnego nie mieć.
Ech! Gdyby półtora roku temu ktoś mi powiedział,że projekt Gowina będzie tym kompromisowym to chyba bym nie uwierzył.
Takich zaskoczeń w moim życiu jest ostatnio więcej.
Gdyby dwa lata temu, gdy osiągaliśmy apogeum frustracji w naszych staraniach o dzieci, ktoś by mi powiedział, że będę prowadził blog i udzielał się publicznie i to razem z córkami to...
Cholera! Ja wtedy nawet nie wiedziałem co to jest blog :-)))
Zresztą ostatnio sporo zastanawiam się nad sobą.
Jak to możliwe, że człowiek, którego jedynym pragnieniem było to by cały świat dał mu święty(za przeproszeniem) spokój, staje przed kamerami i opowiada o swoich intymnych sprawach?
Właściwie przez większość swojego życia byłem autsajderem. Takim, który ciągle z boku, trochę nawiedzony, antykomercyjny, antypolityczny, anty,anty,anty...
Słucha muzy od której większość ludzi bolą zęby i uwielbia taką sztukę, której większość odbiorców albo nie rozumie,albo nie toleruje.
I teraz kiedy jestem ojcem poczułem, że trafiłem do „głównonurtowej części społeczeństwa”.
Ale jednak po swojemu. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Nie tylko dla mnie, ale i dla niego.
Już nie wystarcza mi kontestacja i stanie z boku.
Skończyło się milczenie w imię tego,”żeby kogoś nie urazić” żeby „nie być zbyt ostentacyjnym”.
W dupie!
Ile można robić za bęben, w który bezkarnie walą różne oszołomy.
Myślę, że gdyby teraz ktoś w debacie publicznej użył równie barwnego określenia jak „Dzieci Frankensteina” to od razu zacząłbym szukać prawnika, który takiemu indywiduum przypomniałby w sądzie co to jest odpowiedzialność za własne słowa.
Z kolei poseł Palikot, który często mówi to co i ja myślę, zaczyna rozdrabniać się w tradycyjnie kontrowersyjnych happeningach.
I tym razem nie jest to „kontrowersyjność konstruktywna”. Mam wrażenie, że poseł z duszą showmana skazuje się na polityczną ultraniszowość.
Zaczyna mi w tym przypominać Korwina Mikke.
Z tym ostatnim miałem kiedyś okazję rozmawiać.
Na pożegnanie usłyszałem:
-Gdyby potrzebował pan jakiejś kontrowersyjnej wypowiedzi to proszę śmiało do mnie dzwonić.
Jest jakaś analogia prawda?

poniedziałek, 25 października 2010

Księżniczki i parcie na szkiełko

Jasny gwint, co za dzień.Właśnie zakończyłem kilkugodzinną walkę o odzyskanie pliku z poprawionym tekstem do książki. Właśnie kończyłem dzisiejsza porcje pisaniny i miałem zrobić backup gdy coś pstryknęło w kompie i zobaczyłem niebieski ekran.
Spociłem się jak mysz bo przepadł miesiąc pracy.
Za cholerę nie mogłem ponownie otworzyć pliku-ciągle pojawiał się komunikat o jakimś błędzie "wejścia/wyjścia"-cokolwiek to znaczy.
Byłem naprawdę podłamany.
Na szczęście jakoś wybrnąłem z tej opresji i uczciliśmy to kieliszeczkiem nalewki z jeżyn :-)
I wreszcie mogę zabrać się za blog

Wczoraj padłem jak nieżywy przed telewizorem i przebudziłem się po północy. Oczywiście skołowany i połamany.
Na szczęście nocka w wykonaniu księżniczek ze szkiełka była całkiem przyzwoita i mogłem wstać po siódmej.
Nakarmiłem dzieciaki i zabawiając je zerkałem na kanał informacyjny, w którym było sporo gości wypowiadających się na temat in vitro.
I po raz kolejny gul zaczął mi skakać.
Żeby było śmieszniej wczoraj wieczorem dostałem zaproszenie do tego programu,ale odmówiłem.
No nie dajmy się zwariować. Nie tylko Garbaty może bronić naszego dobrego imienia i naszych praw. Ledwo wypakowałem graty z samochodu a tu znowu jechać? Sam prowadzić na razie nie mogę (gips) a koleżanka małżonka w roli kierowcy tym razem odpada bo i nie chcemy nadużywać dobrej woli dziadków podrzucając im dzieciaki.
A ciągnąć ich ponownie nie chcę.
Zresztą babcia DF już przy poprzedniej wyprawie burczała coś o nieodpowiedzialnych rodzicach, którzy „w taką pogodę” i „takie maleństwa” i w ogóle.
A jednak teraz kiedy słyszę wypowiedzi przeciwników in vitro to trochę żałuję.
Całkiem sensownie wypunktował ich poseł Palikot mówiąc o dryfowaniu w stronę państwa wyznaniowego i o „islamizacji” działań kościoła, który w niedopuszczalnym stopniu chce mieć wpływ na nasze życie.
Trudno sie z nim nie zgodzić. Zresztą mam wrażenie, że mimo iż poseł ów zaistniał dzięki kontrowersyjnym happeningom to na dłuższa metę ta ”tabloidyzacja” polityki szkodzi mu wizerunkowo.
Bo teraz kiedy facet mówi sensownie, na temat i naprawdę niegłupio to ludzie zamiast słuchać tego co ma do powiedzenia czekają tylko z czym tym razem wypali.
A skoro o mediach mowa.
Ubiegłotygodniowe zaproszenie do DD TVN jak zwykle mile podłechtało moja próżność. A jednak najzwyczajniej po ludzku nie chciało mi się jechać. Zresztą z łapą w gipsie nie powinienem siadać za kółkiem a połączenie kolejowe Polski B ze stolicą to jakaś wieloprzesiadkowa masakra.
No i do tego jedna z córek z katarem.
Jednym słowem postanowiłem się, tym razem, wymigać.
-Ojej- usłyszałem w słuchawce- Ale to nam cały temat rozłoży, bo już jeden rozmówca nam odmówił.
Westchnąłem, że bardzo mi przykro, ale...
-A wie pan ja wyczytałam na blogu,że powstaje książka! I bardzo to mnie zainteresowało. Myślę,że prowadzących program również i o tym byśmy chcieli porozmawiać.
Jednym słowem trafiłem na godnego przeciwnika w negocjacjach.
A jak wyszło pewnie sami widzieliście.
Oj nagadałem się jak głupi o blogu i książce ;-))))
Ale wyjazd był w sumie ciekawym doświadczeniem.
Dopiero drugi raz jechaliśmy tak długo z dzieciakami.
W hotelu dziewczyny oszalały ze szczęścia i do 22.00 nie mogliśmy ich opanować. A o usypianiu w ogóle mowy nie było.
W końcu jednak wszyscy spokojnie zasnęliśmy.
Rano wstaliśmy bardzo wcześnie żeby spokojnie się pozbierać.
Kiedy ludzie z TVN dowiedzieli się,że przyjedziemy całą czwórką zapytali czy dziewczynki nie mogłyby wystąpić na wizji. Teraz więc trzeba było przygotować im kreacje i tak dalej.
Zjechałem więc windą do samochodu po kilka drobiazgów.
Otworzyłem pilotem samochód.
I wtedy zaczęły się kłopoty.
Centralny zamek zadziałał, ale jakoś niemrawo.
Spróbowałem ponownie zamknąć samochód, ale teraz mechanizm był całkiem martwy.
Już po chwili wiedziałem co się stało i kląłem jak szewc.
Kiedy wieczorem kursowałem z tobołami, do pokoju i z powrotem, po prostu nie wyłączyłem oświetlenia kabiny.
Akumulator rozładował się kompletnie.
Co gorsza samochodu nie dało się zamknąć.
Nawet kluczykiem.
Masakra!
W tym momencie zadzwoniła pani z pytaniem kiedy dotrzemy do studia bo już na nas czekają.
Musiałem więc w centrum stolicy zostawić otwarty samochód i pognałem po dziewczyny.
Na szczęście to tylko kilka kroków.
Kiedy wjechaliśmy do poczekalni od razu okazało się kto tu jest gwiazdą. Dzieci frankensteina ze spokojem przyjęły zachwyty i hołdy.
Tak jakby robiły to każdego ranka.
A jednak to garbatego tatula zaciągnęli na fotel w celu upudrowania.
No tak, ładni nie muszą się tak starać.
Makijaż robił mi facet co jeszcze bardziej pogłębiło dyskomfort jaki zazwyczaj odczuwam podczas tej niemęskiej czynności.
-Do wejścia dwanaście minut rozległ się donośny, męski głos.
A chwile później siedząc przed lustrem zauważyłem , że za moimi plecami przedefilowała Kinga Rusin... w wałkach na głowie.
A więc znani i lubiani też są zwykłymi ludźmi- pomyślałem.
Mógłbym nawet zaryzykować hipotezę,że podobnie jak zwykli śmiertelnicy również chodzą do toalety.
Brawurowa teza,ale myślę,że do udowodnienia.
Siorbnąłem herbaty,zamieniłem kilka słów z Darkiem, który razem ze mną miał się produkować i już po chwili ciągnęli nas na kanapę w studiu.

Za plecami „gwiazdy piosenki”, która produkowała się na wizji.
-No dobra to pan usiądzie tutaj- zarządził sympatyczny chłopak w słuchawkach z mikrofonem na głowie- A dzieci tu na dywanie. Chyba nie uciekną?
O mało nie parsknąłem śmiechem. Gotów byłem założyć się o każdą sumę ,że w ułamku sekundy „rozraczkują” się po całym pomieszczeniu.
-To jak będzie?
-Niech pan to z nimi ustala. Ze mną to może pan sobie tylko pogadać- mruknąłem.
-Uwaga! Piętnaście sekund do wejścia!-usłyszeliśmy.
W momencie, w którym na skierowanej nas kamerze rozbłysło czerwone światełko połowa moich córek ruszyła na zwiedzanie studia. Oczywiście wychodząc z kadru.
Jej wybór.
Drugą posadziłem sobie na kolanie i się zaczęło.
Właśnie starałem się możliwie składnie odpowiedzieć na jakieś pytanie kiedy poczułem znajome bulgotanie w pieluszce dziecka.
„No córa przechodzisz do historii telewizji,jako pierwsza osoba, która zrobiła kupę na wizji”-pomyślałem.
Jednocześnie bardzo starałem się zachować powagę.
I kiedy zacząłem zastanawiać się kiedy wreszcie będę mógł wspomnieć o kilku ważnych sprawach....
-Dziękujemy bardzo naszym gościom. A po reklamach...
Chwilę później usłyszałem:
-No panowie, jak na standardy telewizyjne to było wyjątkowo długie wejście.
Jako dziennikarz miałem tego pełną świadomość, ale byłem trochę rozczarowany tym,że właściwie musieliśmy odpowiadać na te same pytania co zawsze.
Za to humor poprawił mi się kiedy w poczekalni ucięliśmy sobie miłą pogawędkę z pewną znaną dziennikarką i jednocześnie krytykiem literackim.
Zawsze ją ceniłem,ale nie sądziłem,że „na żywo” jest tak sympatyczną osobą.
Moja sympatia osiągnęła apogeum kiedy usłyszałem,że postara się pomóc znaleźć wydawcę dla papierowych Dzieci Frankensteina.
Kilka minut później zjechaliśmy na parter prosto w ramiona prozy życia.
Wymontowałem z samochodu akumulator i wyciągnąłem z bagażnika prostownik, którego jakimś cudem ostatnio nie wypakowałem.
A potem targając akumulator wkroczyłem do hotelowego holu.
Mijając wygajerowanych Azjatów, nadętych Francuzów i ciągnących walizki ma kółkach dwóch kolesi w turbanach.
Noooo Garbaty to się potrafi wtopić w tłum :-)
W pokoju podłączyłem akumulator do ładowania i poszliśmy zjeść późne śniadanie.

Najedzeni i w dobrych humorach ruszyliśmy w drogę powrotną.
Ponieważ nie musiałem koncentrować się najeździe mogłem oddać się refleksji.
-Wiesz- zagadnąłem żonę- zaczynam dochodzić do wniosku,że robie się znany. Facet znany „z tego, że ma dzieci”! Jedyny w swoim rodzaju. No doprawdy wiekopomne osiągnięcie. No kto mi dorówna...

Linkownia

Najwyraźniej opcja dodawania linków znowu nie działa więc wrzucam tekstowo:

http://dziendobrytvn.plejada.pl/29,39152,news,,1,,mezczyzni_o_in_vitro,aktualnosci_detal.html

Cholera miałem wczoraj coś skrobnąć, ale .... zasnąłem przed telewizorem :-)
Koleżanka małżonka kiepsko się czuła więc zająłem się dziećmi całodobowo.
Włącznie z 10 km spacerem.
No i energia mi się wyczerpała.
A teraz siedzę i oglądam tvn24-znowu o in vitro.
I znowu słyszę,że zamiast egoistycznie produkować poczęte pozaustrojowo potomstwo trzeba było adoptować dziecko.
Jak łatwo takie słowa przychodzą żyjącym w celibacie mądralom i zdewociałym posłankom.
Ciekawe czy oni w ogóle wiedzą jak wygląda proces adopcyjny?
I jak długo trwa?
Niedługo zmieni mnie przy dzieciakach żona więc bardziej się rozpiszę.
A przy okazji zachęcam do odwiedzania Dzieci Frankensteina na Facebooku-tam jakoś linki bez problemu się "wklejają".

niedziela, 24 października 2010

Link do DD TVN

Później skrobnę coś więcej, ale na razie dzieciaki nie dają.
Więc póki co link do wczorajszego Dzień Dobry TVN z Dziećmi Frankensteina na gościnnych występach.

czwartek, 21 października 2010

Młodobabskie sprawy

Co za noc! Jedna księżniczka ze szkiełka znowu zakatarzona a drugą właśnie próbujemy odzwyczaić od nocnego jedzenia. A dokładniej od udawania jedzenia.
Za to budzenie rodziców jest jak najbardziej rzeczywiste i realne.
Jakby tego było mało- jeszcze niepełnosprawny tatulo.
Próba utulenia, po ciemku, zagipsowaną łapą zasmarkanego dzieciaka to prawdziwa trauma.
Dla wszystkich uczestników tego tyleż ambitnego co karkołomnego przedsięwzięcia.
Teraz koleżanka małżonka próbuje odespać trudy nocy a ja korzystając z tego,że Dzieci Frankensteina zagapiły się w okno, spróbuję coś napisać.
Jedną ręką.
Co jest cholernie upierdliwe i frustrujące.
Wracając do kwestii „jednoręcznej” obsługi naszych bambaryłek to okazuje się, że dobra wola i niezły refleks garbatego ojca może być czasem zagrożeniem.
Zdarza mi się,że odruchowo próbuję złapać upadającą córkę i kończy się to tym, że biedna obrywa po plecach gipsem.
A próba zapięcia śliniaka to... ech szkoda gadać.
Nie narzekam bo sam chciałem. Za to córkom niezbyt podoba sie gdy tata niezdarnie stuka je zagipsowanym kciukiem w potylice.
Ale się staram.

Za to dzisiaj rano ręce mi opadły i sam już nie wiedziałem -śmiać się czy płakać?
Dzieciaki zajęły się swoimi „młodobabskimi” sprawami a ja względnie spokojnie mogłem pooglądać program na Discovery.
Siedząc na podłodze sączyłem kawę i obserwowałem perypetie rybaków uprawiających „Najniebezpieczniejszy zawód świata”.
Przy moim kolanie pełzała córka bawiąca się samochodzikiem- telefonem.
Nie wiem jaki geniusz wpadł na tak groteskowa krzyżówkę, ale to działa.
Dzieciaki są zafascynowane tym migającym kogutami pojazdem,wyposażonym w klawiaturę i wydającym przy każdym jej naciśnięciu najróżniejsze dźwięki.
Dlatego jest to u nas zabawka „do zadań specjalnych”-kiedy trzeba załagodzić jakiś dziecięcy konflikt, uciszyć histeryczne rozpaczanie, albo odwrócić uwagę na kilka sekund by tatulo mogli niepostrzeżenie wymknąć się do toalety.
Bo to ostatnio naprawdę jest problem.
Kiedy rano koleżanka małżonka odsypia swoja zmianę ja jestem oddany pod rządy krasnoludzkiej dyktatury.
A ta- jak każda- nie uznaje samowoli, nieposłuszeństwa ani ... znikania za drzwiami.
Kiedy tylko dotknę klamki uruchamia się syrena.
I nie ma zmiłuj!
Choćby nie wiem jak się chciało.
Choćby sytuacja była nie wiedzieć jak nagląca.
Trzeba się temu reżimowi podporządkować i odpuścić.
Czasem oczywiście udaje się przechytrzyć bezwzględny system.
Wymaga to jednak skomplikowanych działań. I czasu.
Niestety.
Chyba domyślacie się co mam na myśli?
Pewnie jeszcze do tego wrócę w przyszłości, ale wróćmy do tematu.
Jak mówiłem relaksowałem się przed telewizorem a nasza starsza córka odkrywała uroki zdalnego sterowania pojazdem za pomocą przyczepionego do niego sznurka.
Rybacy na ekranie walczyli ze strasznym sztormem a „autotelefon” kursował;
-do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu...

I nagle!Właśnie wtedy gdy dzielny szyper stanął przed koniecznością podjęcia dramatycznej decyzji przy moim kolanie rozległ się dramatyczny skowyt.
-Spokojnie córeczko, na pewno dadzą sobie radę! Zobacz, panowie rybacy już biorą się za...
Najwyraźniej nie przekonałem dziecka ponieważ darło się jeszcze głośniej.
Spojrzałem na nią.
Co się mogło stać? Nie przewróciła się, nawet nie ma w pobliżu niczego o co mogłaby się uderzyć...
Co więc jest powodem takiej rozpaczy?!
W tym momencie moja latorośl obróciła w moją stronę zalaną łzami twarz ... i zobaczyłem.
Sznurek.
Ten od samochodziku.
To znaczy jeden jego koniec był w dalszym ciągu przymocowany do zabawki.
A drugi tkwił między wykrzywionymi w grymasie wargami.
Rzuciłem się na pomoc i wtedy wargi się rozchyliły.
Ukazując sznurek zaklinowany miedzy dwiema dolnymi jedynkami.
Wyglądało to tak komicznie ,że zacząłem dławić się ze śmiechu.
Jednocześnie manewrowałem ostrożnie cała trójką- to znaczy sznurkiem, samochodzikiem i córką -Starając się uwolnić tą ostatnią z opresji.
I jednocześnie nie spowodować tego,że przez najbliższe kilka lat będzie paradowała z groteskowa dziurą w uzębieniu.
W końcu zgrzani i spłakani ( z tym,że ja ze śmiechu) usiedliśmy na podłodze i niechętnymi spojrzeniami zmierzyliśmy zabawkę.
Córka zagulgotała coś najprawdopodobniej obraźliwego.
-Tak masz rację. GŁUPI SAMOCHODZIK!-zgodziłem się z nią.

Znowu się zaczyna

Poprzedni post piałem w błogiej nieświadomości w zaciszu naszego gościnnego pokoju.
Ustaliliśmy z koleżanka małżonką, że teraz kiedy jestem na zwolnieniu powinienem codziennie poświęcać dwie-trzy godziny na blogowanie i redagowanie papierowej wersji Dzieci Frankensteina.
I właśnie w poniedziałek zaczęliśmy testowanie tego systemu.
Rano nakarmiłem dzieciaki i je pozabawiałem a po dziesiątej udałem się „do pracy”.
Coś tam wystukałem i naskrobałem rysunek. A potem usiadłem nad próbnym, wydrukiem książki.
Pracowałem przy wiekowym komputerze stacjonarnym, w którym nawet zegar nie był porządnie nastawiony.
W pewnym momencie postanowiłem zrobić sobie przerwę. Zszedłem na dół i zastałem żonę przed telewizorem.
Właśnie nadawali relację na żywo z Łodzi gdzie jakiś szaleniec zamordował dwie osoby w biurze poselskim.
Poruszony odłączyłem od ładowarki swój telefon i poszedłem z nim z powrotem popisać. Po drodze wklepałem pin. Kiedy tylko telefon się włączył zobaczyłem na ekranie informację o kilkunastu połączeniach.
Nie znałem żadnego z numerów i właśnie zastanawiałem się czy oddzwaniać gdy telefon zawibrował.
Kolejny numer, którego nie znałem.
Pomyślałem, że to może być dziennikarka z TVP bo ludzie z „boćka” ostrzegli mnie ,że dali jej mój numer ponieważ telewizja szuka kogoś do programu o naprotechnologii.
-Dzień dobry dzwonię z telewizji TVN-usłyszałem w słuchawce.
Asystent „gwiazdy dziennikarstwa” pytał czy może do nas podesłać reportera z prośbą o skomentowanie tego co w związku z in vitro dzieje się w sejmie.
„Oho, znowu się zaczyna”-pomyślałem bez nadmiernego entuzjazmu.
Po szybkiej konsultacji z koleżanką małżonką zgodziliśmy się i wtedy okazało się,że reporter będzie za kilkanaście minut.
Co wprawiło nas w lekki popłoch bo dziewczynki właśnie konsumowały bułeczki maślane i cały pokój pokryty był dosyć dokładnie okruszkami zmieszanymi z zabawkami, ubrankami i dziećmi.
Mniej więcej w takiej kolejności.
Żona mruknęła ,że idzie „założyć twarz” i pobiegła zrobić sobie makijaż a ja zacząłem ubierać Dzieci Frankensteina bo wymyśliłem,że wywiadu udzielimy w plenerze.
Reporterowi pomysł się spodobał i poprodukowaliśmy się trochę przed kamerą na tle liści osypujących się z jabłonek.
Zdawałem sobie,że nasz występ w faktach będzie króciutenki, ale jego długość i tak nas zaskoczyła. Mignęliśmy na ekranie, z krótkim komentarzem „ a to kolejne bliźniaki urodzone dzięki in vitro”.
Czyli jakieś dwie sekundy :-)
Parsknąłem śmiechem.
-Pewnie głupoty gadaliśmy-zatroskała się żona-A ja do wszystkich wysłałam sms'y żeby nas oglądali.
Teraz już naprawdę dławiłem się ze śmiechu.
-Mówiłem żebyś tego nie robiła.
-Ale potem wszyscy mają pretensje,że nie uprzedziliśmy.
Chwilę później nadszedł sms od rodzinki:
„Chamstwo, takie gwiazdeczki tak migawkowo! Gdyby pokazali jak należy nie miałby sensu cały ten dyskurs”.
No właśnie.
Trochę byłem tylko zły,że na takie zawracanie głowy straciłem czas, który był przeznaczony na pracę nad książką. Trudno.
Wczoraj rano znowu przed jedenastą udałem się do mojej tymczasowej „pracowni”.
Kiedy wchodziłem po schodach zadzwonił telefon.
Spojrzałem na wyświetlacz -znowu numer którego nie znam.
-Halo?-mruknąłem do słuchawki.
-Dzień dobry dzwonię z „Dzień Dobry TVN” czy ma pan jakieś plany na weekend?
Rozmowa była bardzo miła, ale rozłączyłem się z mieszanymi uczuciami.
Już i tak mam wyrzuty sumienia,że z ręką w gipsie nie mogę zbyt wiele pomóc przy dzieciach.
Staram się jak mogę,ale o przewijaniu nie ma mowy. Przy kąpaniu też jestem tylko statystą.
A teraz znowu mam „gwiazdorzyć”?
Z jednej strony blogowi przydałoby się trochę darmowej reklamy, ale równie mocno potrzebuję on nowych, porządnych tekstów. I na tym miałem się skoncentrować.
No nic. Jeszcze zobaczymy.

wtorek, 19 października 2010

Na spalonym



To była kolejna niełatwa noc, ale jakoś udało się dotrwać do świtu.
Na chwilkę przerwę relacjonowanie „kciukowej epopei” ponieważ dziej się zbyt wiele aktualnych i ważnych rzeczy bym mógł je ignorować.
Piłka in vitro znowu trafiła na sejmowe boisko.
Ściślej mówiąc piłek na sejmowa murawę wrzucono aż sześć więc juz teraz widać,że nie będzie to zwykły mecz rozgrywany według zwykłych reguł.
Tym bardziej, że ubrany na czarno pan stojący przy linii bocznej nie wygląda na sędziego. To co trzyma w ręce nie przypomina chorągiewki. No i jeszcze ta nietypowa czapka.
Taka bardzo wysoka.
Sprawia wrażenie jakby próbował nią przykryć zawodników jednej z drużyn.
Dworuję sobie,ale kiedy usłyszałem wypowiedź abp Hosera o wykluczeniu z kościoła parlamentarzystów popierających in vitro, nie było mi do śmiechu.
Lewica podniosła straszny krzyk. Jedni wspominają o niedozwolonym lobbingu a inni wręcz o szantażu.
A ja w sumie się cieszę bo moim zdaniem taka wypowiedź to strzał w kolano.
Po raz kolejny wychodzi to jak mało hierarchowie przejmują się zapisami konkordatu.
I jaki nacisk wywierają na instytucje świeckie.
I jak bardzo potrzebne im jest szkolenie z dyplomacji, taktu, humanizmu i empatii.
Za to nie potrzebują szkolenia z manipulowania i naginania faktów.
Bo jak inaczej nazwać, tak jednostronne, wystąpienie arcybiskupa, który sam też jest lekarzem?
Rozumiem racje jakie nim kierują i je szanuję.
I po raz kolejny napiszę,że mam podobne wątpliwości dotyczące etyki i niektórych aspektów tej metody.
A jednak w sprawie in vitro nic nie jest czarne i białe.
Rozumieją to nawet niektórzy politycy więc to chyba nie jest takie trudne do pojęcia?
Po kotłowaninie wokół krzyża i asekuracyjnej postawie kościoła, poparcie dla niego w sondażach spadło o dziesięć punktów procentowych.
Mam wrażenie, że teraz będzie jeszcze gorzej.
Zgadzam sie z premierem,że bez sensu jest popadanie w tandetny antyklerykalizm.
Bo kościół to instytucja złożona. Podobnie jak jego działalność.
A jednak niektóre „akcje” usprawiedliwiane walką w obronie wartości moralnych i humanizmu są, delikatnie mówiąc, dyskusyjne.
Cieszę się ,że znowu jest o czym podyskutować i,że blog znowu przestanie być tylko obyczajowo-wspomnieniową pisaniną, ale jednak ta atmosfera zaczyna mnie niepokoić.
Bo jak teraz zachowają się szantażowani i wierzący parlamentarzyści?

niedziela, 17 października 2010

Maruda na przepustce

Oczywiście najpierw pojechaliśmy do dzieciaków. Oj stęsknili się garbaty tatulo!
Naściskaliśmy się, „ponaprzytulaliśmy”, naśmiali i dopiero późnym popołudniem dotarliśmy do domu.
Przewróciłem całą chałupę w poszukiwaniu instrukcji do sterownika pieca. Kiedy ją wreszcie znalazłem przyczyna problemów z ogrzewaniem okazała się banalna i po kilku minutach problem został rozwiązany.
Na fali tego sukcesu dokonałem jeszcze kilku szybkich napraw w domu a potem z piwkiem zasiedliśmy do kolacji.
Wczesnej, ponieważ takie były zalecenia lekarza.
-Wreszcie normalne jedzenie! Westchnąłem nad talerzem.
Koleżanka małżonka pokiwała ze zrozumieniem głową.
Wreszcie mogliśmy spokojnie porozmawiać.
Zrelacjonowałem więc swoje szpitalne doświadczenia kończąc:
-No i tyle, jutro jestem zapisany na operację, ale coś czuję, że nic z tego nie będzie.
-Może to i lepiej skoro lekarze mają wątpliwości.
-Tyle,że każdy mówi co innego. No i już się nastawiłem,że posiedzę w domu na zwolnieniu. Pochodzę z „księżniczkami” na spacery, wyśpię się w szpitalu...
Parsknęła śmiechem.
-Wiesz co, chyba są na to prostsze sposoby niż poddawanie się operacji i łamanie palców.
Trudno jej było odmówić racji.
W tym momencie dotarło do mnie,że w ogóle nie przejmuję się tym,że czeka mnie „przecięcie ścięgien i kości a potem wycięcie z niej takiego klinika...”.
Moim największym zmartwieniem było to,że zostawiłem dziewczyny w domu ze szwankującym ogrzewaniem.
-Oj daj spokój- stwierdziła żona- po pierwsze wcale nie było tak zimno, po drugie dogadałam się z twoimi rodzicami,że dzieciaki biorą na noc a po trzecie zawsze mogę rozpalić w kominku.
A poza tym z piecem już wszystko jest w porządku.
-No tak, ale ja liczyłem ,że pójdę do szpitala tylko na dwa dni. A tu mija druga doba i nawet nie wiadomo czy będzie ta pieprzona operacja czy nie.
-Damy radę.
-Oby mi tylko po tym gipsu nie założyli bo nawet nie będę mógł dzieciaków przewinąć- martwiłem się dalej- Wiesz, lekarz mówił,że jak będzie się dało założyć taką płytkę to obejdzie się bez gipsu.
-Byłoby fajnie.
-No,ale jak będzie gips...
-Damy radę.
-Ale mam wyrzuty sumienia, nie chce Cie tak zostawiać...
-Damy radę!
-Bo wiesz jeszcze się mogę wycofać.
-DAMY RADĘ!!!
-No tak, zresztą może i tak się okazać,że nie będzie tej operacji.
-No to trudno.
-Ale ja się już tak nastawiłem na to zwolnienieeeeee!
Czyżbym był upierdliwy?
„Nie może to być!”