Niepostrzeżenie zrobiła się połowa grudnia i nadeszły pierwsze urodziny księżniczek ze szkiełka.
Kilka dni wcześniej solidnie sypnęło śniegiem.
Na tyle solidnie, że zacząłem martwić się czy zaproszeni goście będą w stanie do nas bezpiecznie dojechać.
A potem zdałem sobie sprawę z tego,że nawet jak dojadą to nie będą mieli gdzie zaparkować.
Spędziłem więc kilka godzin szuflując śnieg z podjazdu i podwórka.
Kiedy skończyłem zaczęło znowu sypać.
Przepełniony goryczą patrzyłem przez okno jak moją pracę szlag trafia.
Po dwóch dniach walki ze śniegiem kręgosłup, któremu dostało się już podczas walki z piecem dał mi wyraźnie do zrozumienia,że określenie „być w sile wieku” może być cokolwiek mylące.
Skończyło się na stękaniu, masowaniu i nacieraniu.
Jednym słowem żałośnie.
I frustrująco.
Tym bardziej,że jeszcze przed imprezą musiałem skończyć tą cholerną balustradę na schodach.
Tak tak, tą ,którą miałem skończyć w czerwcu przed „różową imprezą”.
Nie pytajcie dlaczego wtedy się nie udało.
Ani czemu nie udało się w lipcu.
Ani sierpniu.
We wrześniu.
Oraz październiku.
I listopadzie.
Nie mówmy o tym co było złe. Mówmy o tym co zrobić by było lepiej.
Czemu jakoś moja małżonka nie może zrozumieć tej, jakże pozytywnej, filozofii?
W każdym razie rano przed imprezą montowałem ostatnie elementy.
Wreszcie była gotowa.
No prawie.
Na poprawki przyjdzie jeszcze czas.
Wiem.
To żałosne, ale i tak byłem z siebie dumny.
czwartek, 30 grudnia 2010
środa, 29 grudnia 2010
"Smoke on the... father"
Koleżanka małżonka przeczytała to co wczoraj napisałem i mruknęła, że zapomniałem o najważniejszym:
-O kominku zapomniałeś napisać. A to przecież był wielki finał.
Faktycznie.
Jeszcze przed kolacją,ale już po prysznicu, postanowiłem rozpalić w kominku. Podczas gdy ja gmerałem w wygaszonym piecu w domu temperatura odczuwalnie spadła i chcieliśmy posiedzieć w miłym cieple.
Szybko wrzuciłem jakieś papiery, trochę drobnego drewna i kilka solidnych szczap. Podpaliłem wszystko zapalniczką i zostawiłem lekko uchylone drzwiczki żeby był lepszy „cug”.
-To ja jeszcze szybko, przed jedzeniem zajrzę do tego cholernego pieca żeby sprawdzić czy wszystko w porządku bo ponownego rozpalania to już mogę dzisiaj nie przeżyć.
-No to leć.
No to poleciałem. Z piecem było wszystko w najlepszym porządku. Wracałem więc w dobrym humorze a w brzuchu burczało mi z głodu.
Czy próbowaliście kiedyś krzyczeć szeptem?
Wbrew pozorom jest to możliwe chociaż naprawdę niełatwe.
Aby szept mógł uchodzić za krzyk potrzebne jest prawdziwe nagromadzenie gwałtownych emocji.
Takie emocje usłyszałem w głosie koleżanki małżonki kiedy wszedłem do przedpokoju.
-Wołam cię i wołam !-darła się na mnie szeptem, wspominając wielokrotnie o „urrrrrwanych kubkach”.
Zrozumiałem,że coś się stało, ale nie miałem pojęcia czemu stan naszych naczyń wywołał u niej tak gwałtowną reakcję.
Jednak jej warczący „szeptokrzyk” zapowiadał kłopoty.
Pomyslałem,że gdyby nie bała się, że obudzi dzieciaki to rano musiałbym wstawiać nowe szyby w oknach. A w szafkach zamiast pourywanych kubków znalazłbym tylko ceramiczną miazgę.
Naburmuszony coś tam cicho odwarknąłem, ale ochota na dyskusję przeszła mi kiedy wszedłem do pokoju.
Pokoju pełnego czarnego dymu szarpanego przez podmuchy lodowatego wiatru wpadającego przez drzwi balkonowe i wypadającego przez kuchenne okno.
Tym razem ja wspomniałem coś o uszkodzonych fajansach i pomogłem żonie machać kocem żeby jak najszybciej usunąć dym z pomieszczenia.
Potem pobiegłem otworzyć drzwi do przedpokoju, żeby smog uciekał również tamtędy.
I dalej wachlowałem.
I wachlowałem.
Szeptem odkrzykując koleżance małżonce „że czego się czepia, jak wychodziłem wszystko było w porządku a ja przecież tylko chciałem żeby w tym cholernym domu wreszcie było ciepło.”
We łbie kręciło mi się jak na karuzeli. Kolejna sesja śmierdzących inhalacji to nie było to o czym marzyłem.
To nie był udany wieczór.
To nie był udany dzień.
Po kilkunastu minutach powietrze się oczyściło.
Atmosfera w sensie przenośnym też.
-Jak tylko wyszedłeś dym buchnął do środka i zrobiło się czarno. Przestraszyłam się o dzieciaki i pognałam zamknąć drzwi do sypialni.
-No tak teraz rozumiem. Ja pierniczę co za dzień. Dobrze, że się wreszcie kończy.
-Noooo...
A potem poszedłem jeszcze raz pod prysznic żeby zmyć z siebie swąd dymu.
Kiedy wróciłem ogień w kominku palił się czystym i jasnym płomieniem a po pomieszczeniu rozchodziło się miłe ciepło.
Na stole czekała kolacja.
I te pierdzielone świeczki.
Resztę już znacie.
-O kominku zapomniałeś napisać. A to przecież był wielki finał.
Faktycznie.
Jeszcze przed kolacją,ale już po prysznicu, postanowiłem rozpalić w kominku. Podczas gdy ja gmerałem w wygaszonym piecu w domu temperatura odczuwalnie spadła i chcieliśmy posiedzieć w miłym cieple.
Szybko wrzuciłem jakieś papiery, trochę drobnego drewna i kilka solidnych szczap. Podpaliłem wszystko zapalniczką i zostawiłem lekko uchylone drzwiczki żeby był lepszy „cug”.
-To ja jeszcze szybko, przed jedzeniem zajrzę do tego cholernego pieca żeby sprawdzić czy wszystko w porządku bo ponownego rozpalania to już mogę dzisiaj nie przeżyć.
-No to leć.
No to poleciałem. Z piecem było wszystko w najlepszym porządku. Wracałem więc w dobrym humorze a w brzuchu burczało mi z głodu.
Czy próbowaliście kiedyś krzyczeć szeptem?
Wbrew pozorom jest to możliwe chociaż naprawdę niełatwe.
Aby szept mógł uchodzić za krzyk potrzebne jest prawdziwe nagromadzenie gwałtownych emocji.
Takie emocje usłyszałem w głosie koleżanki małżonki kiedy wszedłem do przedpokoju.
-Wołam cię i wołam !-darła się na mnie szeptem, wspominając wielokrotnie o „urrrrrwanych kubkach”.
Zrozumiałem,że coś się stało, ale nie miałem pojęcia czemu stan naszych naczyń wywołał u niej tak gwałtowną reakcję.
Jednak jej warczący „szeptokrzyk” zapowiadał kłopoty.
Pomyslałem,że gdyby nie bała się, że obudzi dzieciaki to rano musiałbym wstawiać nowe szyby w oknach. A w szafkach zamiast pourywanych kubków znalazłbym tylko ceramiczną miazgę.
Naburmuszony coś tam cicho odwarknąłem, ale ochota na dyskusję przeszła mi kiedy wszedłem do pokoju.
Pokoju pełnego czarnego dymu szarpanego przez podmuchy lodowatego wiatru wpadającego przez drzwi balkonowe i wypadającego przez kuchenne okno.
Tym razem ja wspomniałem coś o uszkodzonych fajansach i pomogłem żonie machać kocem żeby jak najszybciej usunąć dym z pomieszczenia.
Potem pobiegłem otworzyć drzwi do przedpokoju, żeby smog uciekał również tamtędy.
I dalej wachlowałem.
I wachlowałem.
Szeptem odkrzykując koleżance małżonce „że czego się czepia, jak wychodziłem wszystko było w porządku a ja przecież tylko chciałem żeby w tym cholernym domu wreszcie było ciepło.”
We łbie kręciło mi się jak na karuzeli. Kolejna sesja śmierdzących inhalacji to nie było to o czym marzyłem.
To nie był udany wieczór.
To nie był udany dzień.
Po kilkunastu minutach powietrze się oczyściło.
Atmosfera w sensie przenośnym też.
-Jak tylko wyszedłeś dym buchnął do środka i zrobiło się czarno. Przestraszyłam się o dzieciaki i pognałam zamknąć drzwi do sypialni.
-No tak teraz rozumiem. Ja pierniczę co za dzień. Dobrze, że się wreszcie kończy.
-Noooo...
A potem poszedłem jeszcze raz pod prysznic żeby zmyć z siebie swąd dymu.
Kiedy wróciłem ogień w kominku palił się czystym i jasnym płomieniem a po pomieszczeniu rozchodziło się miłe ciepło.
Na stole czekała kolacja.
I te pierdzielone świeczki.
Resztę już znacie.
wtorek, 28 grudnia 2010
Pod kopułą dymu.
Zaczęło się, jakże inaczej, w poniedziałek. Dwa tygodnie przed świętami.
Po przebudzeniu poczułem,że w domu jest podejrzanie chłodno. Kaloryfery lodowate. Najwyraźniej piec wygasł.
Zdziwiło mnie to ponieważ dzień wcześniej zapakowałem pełen podajnik węgla.
Zresztą przez weekend też jakieś czary się porobiły bo w trzy dni poszła taka ilość opału, która normalnie starcza na tydzień.
Kiedy koleżanka małżonka wstała i zluzowała mnie przy dzieciach poczłapałem do piwnicy.
Bez entuzjazmu.
Poprawiłem ustawienia pieca na zdecydowanie bardziej ekonomiczne a potem poszukałem przyczyny awarii.
Wierny malarskiej zasadzie „od ogółu do szczegółu” ( której filozofia zaskakująco przypomina metody diagnostyczne dr Housa oraz znajomego ateisty cholesterolowego) postanowiłem zacząć od przyczyn najprostszych.
Szło mi jednak opornie.
Aż w końcu poirytowany kopnąłem dwa razy w pojemnik podajnika.
W odpowiedzi usłyszałem gruchot sypiącego się ekogroszku.
No i wszystko jasne, węgiel zablokował się w podajniku. Teraz jednak wyglądało na to,że wszystko wróciło do normy.
Opróżniłem pojemnik na popiół- czego serdecznie nienawidzę bo drobniutki pył wdziera się do wszystkich otworów ciała.
No prawie wszystkich. Ponieważ niektóre z tej złości są mocno ściśnięte.
A potem zająłem się rozpalaniem pieca- kolejną z „ulubionych” czynności. Konstrukcja naszego nowego pieca powoduje,że przy otwartych drzwiczkach cały dym wali do piwnicy.
Instalator wytłumaczył mi ,że tak ma być bo to „zamknięta komora spalania”.
Wierzę mu co nie zmienia faktu,że rozpalanie pieca jest upierdliwe ponieważ oznacza spędzenie pół godziny w kłębach dymu.
Można to zrobić szybciej,ale przekonałem się, że lepiej się nie spieszyć.
Bo może się okazać,że po dwóch godzinach czynność trzeba będzie powtarzać.
W końcu zapylony i podtruty dymem wróciłem na górę.
-Węgiel w podajniku się zawiesił, ale już go zresetowałem i jest w porządku. To był twardy reset-poinformowałem koleżankę małżonkę i w poczuciu dobrze spełnionego męskiego obowiązku udałem się pod prysznic.
Dwie godziny później żona zagadnęła:
-Jakoś dalej chłodno w domu.
-Pewnie dlatego,że piec w pierwszej kolejności nagrzewa wodę do mycia a dopiero potem ciepło idzie na kaloryfery- odpowiedziałem spokojnie.
To była prawda. Zazwyczaj.
Jednak nie tym razem.
Zszedłem do piwnicy i zacząłem kląć z goryczą.
A potem zabrałem się za ponowne rozpalanie.
Poszło mi sprawnie,ale zajęło sporo czasu bo chciałem mieć pewność,że tym razem ogień nie wygaśnie.
Posprawdzałem wszystkie ustawienia sterownika- te wszystkie „histerezy”, „przerwy w pracy”, „czasy pracy”, „siły nadmuchu” i pewny ,że teraz to już na pewno będzie dobrze zabrałem się z inne domowe prace.
Głównie te, których nie zdążyłem wykonać przed narodzinami dzieci oraz „różową imprezą”.
Tym razem chciałem zdążyć przed zbliżającymi się urodzinami „księżniczek ze szkiełka”.
Szło mi opornie ponieważ okazało się,że po operacji czynności, które kiedyś wykonywałem bez zastanowienia teraz wymagają niezłej ekwilibrystyki i okupione są spora dawka bólu.
No ,ale lekarz kazał ćwiczyć więc potraktowałem to jako rehabilitację.
Dosyć swoistą, ale za to produktywną.
Wieczorem znowu padłem do łóżka jak kłoda.
Spało mi się za to cudownie. Powietrze było takie cudownie chłodne. Mimo,że śluzówkę nosa miałem podrażnioną popiołem i dymem wreszcie swobodnie oddychałem i nie chrapałem.
O piątej nad ranem zdałem sobie jednak sprawę z tego,że coś tu za pięknie z tym chłodem.
Wygrzebałem się z łóżka i zszedłem do piwnicy.
Cichej i chłodnej.
Ja jednak wróciłem z niej zagotowany. Perspektywa ponownego rozpalania pieca ze zrozumiałych względów nie wzbudziła we mnie entuzjazmu.
Przed południem naprawiłem podajnik kilkoma kopniakami, sprawdziłem mechanizm podajnika i ponownie rozpaliłem piec.
Tym razem już nad wyraz pieczołowicie.
A potem co godzinę sprawdzałem czy wszystko w porządku.
Wyglądało na to,że teraz już tak.
W trochę lepszym humorze wróciłem do innych zajęć.
Poprawa humoru była jednak krótkotrwała.
Po raz kolejny zaglądając w zimna czeluść pieca uznałem,że nadeszła pora na opróżnienie podajnika.
Powinienem był to zrobić od razu, ale ponieważ był pełen nie uśmiechało mi się wygrzebywanie stu pięćdziesięciu kilogramów węgla małą szufelką w cholernie niewygodnej pozycji.
Teraz jednak nie miałem wyjścia.
Z łbem w podajniku, latarką w jednej a szufelką w drugiej ręce spędziłem spędziłem kilkadziesiąt minut. Klnąc i wdychając pył węglowy.
A potem kolejne w kłębach dymu podczas rozpalania.
Jakaż była moja radość gdy godzinę później okazało się,że piec wygasł ponieważ z tego wszystkiego zapomniałem włączyć podajnik.
Zrezygnowany i zobojętniały ponownie rozpaliłem to cholerstwo i poszedłem na dwór pozbyć się z płuc tego pieprzonego dymu. Było już ciemno. Niebo pokrywały geste chmury.
Po kilku godzinach w pyle, kurzu i dymie z rozkoszą smakowałem chłodne, czyste powietrze.
Poczułem się jak jeden z bohaterów „Pod kopułą” Stephena Kinga i zachichotałem.
Do końca książki zostało mi zaledwie kilka stron. Garstka ocalałych bohaterów książki właśnie walczyła o każdy haust czystego powietrza w rozpaczliwej walce o życie.
Dotleniłem się i walcząc z zawrotami głowy powlokłem swój podtruty organizm pod prysznic.
Obmyłem się i opłukałem gardło starając się nie patrzeć jaki kolor ma wypluwana woda.
Potem wykąpaliśmy dzieciaki a kiedy nakarmione poszły spać wreszcie mogłem odetchnąć.
-Kiepsko się czuję. Łeb mam jak balon. Pełen miału węglowego.
-Może mleka się napijesz? Chociaż to chyba na inne zatrucia pomaga...-zastanowiła się żona.
-Nie pomoże ,ale i nie zaszkodzi- mruknąłem kierując się w stronę lodówki.
Mleko nie było pierwszej świeżości, ale zimny płyn mile schodził podrażnione gardło.
-Wiesz co? Zejdę jeszcze sprawdzić piec.
-A w ogóle znalazłeś przyczynę?
-Tak , jakieś śmieci dostały się z węglem do podajnika i opadły na dno blokując wylot. Kawałek drewna, jakiś patyk , trochę drutu. Wyjąłem je i wsypałem węgiel z powrotem. Powinno być dobrze.
-Oby.
-No to idę.
I poszedłem. Na całe szczęście.
Zajrzałem do pieca iw twarz buchnął mi czarny dym. Żaru nie widziałem. Zakląłem bardzo brzydko i niekulturalnie, ale od razu zorientowałem się ,że tym razem zapomniałem włączyć nadmuch.
Na szczęście nie było za późno i po uruchomieniu dmuchawy ogień szybko się pojawił.
W głowie znowu kręciło mi się od dymu.
Wyszedłem przed dom i patrząc na pierwsze płatki padającego śniegu westchnąłem z goryczą.
-Cóż za uroczy dzionek.
Potem wziąłem szybki prysznic żeby spłukać z siebie zapach dymu i zajrzałem do córek.
Niby człowiek siedzi w domu a własnych dzieci nie widzi. Normalnie się stęskniłem.
Patrzyłem na ich małe ciałka skulone pod kołderkami i poczułem wzruszenie. Ostatnio coraz częściej mi się to zdarza.
To chyba zbliżające się pierwsze urodziny powodują,że tak się rozklejam.
W zdecydowanie „niemęskim” nastroju wróciłem do koleżanki małżonki.
Na stole stała kolacja i zapalone świeczki.
Usiedliśmy i gawędząc zabraliśmy się do jedzenia.
W pewnym momencie poczułem delikatny zapach dymu z palących się świeczek.
Nie był nieprzyjemny.
A jednak zrobiło mi się słabo.
Po przebudzeniu poczułem,że w domu jest podejrzanie chłodno. Kaloryfery lodowate. Najwyraźniej piec wygasł.
Zdziwiło mnie to ponieważ dzień wcześniej zapakowałem pełen podajnik węgla.
Zresztą przez weekend też jakieś czary się porobiły bo w trzy dni poszła taka ilość opału, która normalnie starcza na tydzień.
Kiedy koleżanka małżonka wstała i zluzowała mnie przy dzieciach poczłapałem do piwnicy.
Bez entuzjazmu.
Poprawiłem ustawienia pieca na zdecydowanie bardziej ekonomiczne a potem poszukałem przyczyny awarii.
Wierny malarskiej zasadzie „od ogółu do szczegółu” ( której filozofia zaskakująco przypomina metody diagnostyczne dr Housa oraz znajomego ateisty cholesterolowego) postanowiłem zacząć od przyczyn najprostszych.
Szło mi jednak opornie.
Aż w końcu poirytowany kopnąłem dwa razy w pojemnik podajnika.
W odpowiedzi usłyszałem gruchot sypiącego się ekogroszku.
No i wszystko jasne, węgiel zablokował się w podajniku. Teraz jednak wyglądało na to,że wszystko wróciło do normy.
Opróżniłem pojemnik na popiół- czego serdecznie nienawidzę bo drobniutki pył wdziera się do wszystkich otworów ciała.
No prawie wszystkich. Ponieważ niektóre z tej złości są mocno ściśnięte.
A potem zająłem się rozpalaniem pieca- kolejną z „ulubionych” czynności. Konstrukcja naszego nowego pieca powoduje,że przy otwartych drzwiczkach cały dym wali do piwnicy.
Instalator wytłumaczył mi ,że tak ma być bo to „zamknięta komora spalania”.
Wierzę mu co nie zmienia faktu,że rozpalanie pieca jest upierdliwe ponieważ oznacza spędzenie pół godziny w kłębach dymu.
Można to zrobić szybciej,ale przekonałem się, że lepiej się nie spieszyć.
Bo może się okazać,że po dwóch godzinach czynność trzeba będzie powtarzać.
W końcu zapylony i podtruty dymem wróciłem na górę.
-Węgiel w podajniku się zawiesił, ale już go zresetowałem i jest w porządku. To był twardy reset-poinformowałem koleżankę małżonkę i w poczuciu dobrze spełnionego męskiego obowiązku udałem się pod prysznic.
Dwie godziny później żona zagadnęła:
-Jakoś dalej chłodno w domu.
-Pewnie dlatego,że piec w pierwszej kolejności nagrzewa wodę do mycia a dopiero potem ciepło idzie na kaloryfery- odpowiedziałem spokojnie.
To była prawda. Zazwyczaj.
Jednak nie tym razem.
Zszedłem do piwnicy i zacząłem kląć z goryczą.
A potem zabrałem się za ponowne rozpalanie.
Poszło mi sprawnie,ale zajęło sporo czasu bo chciałem mieć pewność,że tym razem ogień nie wygaśnie.
Posprawdzałem wszystkie ustawienia sterownika- te wszystkie „histerezy”, „przerwy w pracy”, „czasy pracy”, „siły nadmuchu” i pewny ,że teraz to już na pewno będzie dobrze zabrałem się z inne domowe prace.
Głównie te, których nie zdążyłem wykonać przed narodzinami dzieci oraz „różową imprezą”.
Tym razem chciałem zdążyć przed zbliżającymi się urodzinami „księżniczek ze szkiełka”.
Szło mi opornie ponieważ okazało się,że po operacji czynności, które kiedyś wykonywałem bez zastanowienia teraz wymagają niezłej ekwilibrystyki i okupione są spora dawka bólu.
No ,ale lekarz kazał ćwiczyć więc potraktowałem to jako rehabilitację.
Dosyć swoistą, ale za to produktywną.
Wieczorem znowu padłem do łóżka jak kłoda.
Spało mi się za to cudownie. Powietrze było takie cudownie chłodne. Mimo,że śluzówkę nosa miałem podrażnioną popiołem i dymem wreszcie swobodnie oddychałem i nie chrapałem.
O piątej nad ranem zdałem sobie jednak sprawę z tego,że coś tu za pięknie z tym chłodem.
Wygrzebałem się z łóżka i zszedłem do piwnicy.
Cichej i chłodnej.
Ja jednak wróciłem z niej zagotowany. Perspektywa ponownego rozpalania pieca ze zrozumiałych względów nie wzbudziła we mnie entuzjazmu.
Przed południem naprawiłem podajnik kilkoma kopniakami, sprawdziłem mechanizm podajnika i ponownie rozpaliłem piec.
Tym razem już nad wyraz pieczołowicie.
A potem co godzinę sprawdzałem czy wszystko w porządku.
Wyglądało na to,że teraz już tak.
W trochę lepszym humorze wróciłem do innych zajęć.
Poprawa humoru była jednak krótkotrwała.
Po raz kolejny zaglądając w zimna czeluść pieca uznałem,że nadeszła pora na opróżnienie podajnika.
Powinienem był to zrobić od razu, ale ponieważ był pełen nie uśmiechało mi się wygrzebywanie stu pięćdziesięciu kilogramów węgla małą szufelką w cholernie niewygodnej pozycji.
Teraz jednak nie miałem wyjścia.
Z łbem w podajniku, latarką w jednej a szufelką w drugiej ręce spędziłem spędziłem kilkadziesiąt minut. Klnąc i wdychając pył węglowy.
A potem kolejne w kłębach dymu podczas rozpalania.
Jakaż była moja radość gdy godzinę później okazało się,że piec wygasł ponieważ z tego wszystkiego zapomniałem włączyć podajnik.
Zrezygnowany i zobojętniały ponownie rozpaliłem to cholerstwo i poszedłem na dwór pozbyć się z płuc tego pieprzonego dymu. Było już ciemno. Niebo pokrywały geste chmury.
Po kilku godzinach w pyle, kurzu i dymie z rozkoszą smakowałem chłodne, czyste powietrze.
Poczułem się jak jeden z bohaterów „Pod kopułą” Stephena Kinga i zachichotałem.
Do końca książki zostało mi zaledwie kilka stron. Garstka ocalałych bohaterów książki właśnie walczyła o każdy haust czystego powietrza w rozpaczliwej walce o życie.
Dotleniłem się i walcząc z zawrotami głowy powlokłem swój podtruty organizm pod prysznic.
Obmyłem się i opłukałem gardło starając się nie patrzeć jaki kolor ma wypluwana woda.
Potem wykąpaliśmy dzieciaki a kiedy nakarmione poszły spać wreszcie mogłem odetchnąć.
-Kiepsko się czuję. Łeb mam jak balon. Pełen miału węglowego.
-Może mleka się napijesz? Chociaż to chyba na inne zatrucia pomaga...-zastanowiła się żona.
-Nie pomoże ,ale i nie zaszkodzi- mruknąłem kierując się w stronę lodówki.
Mleko nie było pierwszej świeżości, ale zimny płyn mile schodził podrażnione gardło.
-Wiesz co? Zejdę jeszcze sprawdzić piec.
-A w ogóle znalazłeś przyczynę?
-Tak , jakieś śmieci dostały się z węglem do podajnika i opadły na dno blokując wylot. Kawałek drewna, jakiś patyk , trochę drutu. Wyjąłem je i wsypałem węgiel z powrotem. Powinno być dobrze.
-Oby.
-No to idę.
I poszedłem. Na całe szczęście.
Zajrzałem do pieca iw twarz buchnął mi czarny dym. Żaru nie widziałem. Zakląłem bardzo brzydko i niekulturalnie, ale od razu zorientowałem się ,że tym razem zapomniałem włączyć nadmuch.
Na szczęście nie było za późno i po uruchomieniu dmuchawy ogień szybko się pojawił.
W głowie znowu kręciło mi się od dymu.
Wyszedłem przed dom i patrząc na pierwsze płatki padającego śniegu westchnąłem z goryczą.
-Cóż za uroczy dzionek.
Potem wziąłem szybki prysznic żeby spłukać z siebie zapach dymu i zajrzałem do córek.
Niby człowiek siedzi w domu a własnych dzieci nie widzi. Normalnie się stęskniłem.
Patrzyłem na ich małe ciałka skulone pod kołderkami i poczułem wzruszenie. Ostatnio coraz częściej mi się to zdarza.
To chyba zbliżające się pierwsze urodziny powodują,że tak się rozklejam.
W zdecydowanie „niemęskim” nastroju wróciłem do koleżanki małżonki.
Na stole stała kolacja i zapalone świeczki.
Usiedliśmy i gawędząc zabraliśmy się do jedzenia.
W pewnym momencie poczułem delikatny zapach dymu z palących się świeczek.
Nie był nieprzyjemny.
A jednak zrobiło mi się słabo.
Biorę się do roboty.
Strasznie ciężko ostatnio jest mi coś napisać. Rozwój córek wszedł w tak gwałtowną fazę, że czasem żal od nich odwrócić wzrok bo człowiek może coś przegapić.
Dwa dni temu jedna z nich nauczyła się wchodzić na kanapę a dzień później znalazłem ją siedzącą na całkiem wysokim wiklinowym koszu na zabawki.
Codziennie ich słownik wzbogaca się o nowe słowa a asortyment min o kolejne grymasy.
Człowiek może patrzeć na nie godzinami. A czasem nawet podyskutować.
Co nie znaczy, że opieka nie daje w kość.
Bo daje.
Mimo,że ostatnio nocki robią się coraz lepsze. Tyle,że to od początku była sinusoida.
Doszło do tego,że już boje sie pisać na blogu,że „jutro napiszę o...” mimo,że post jest juz prawie gotowy.
Bo często zaabsorbowany rodzinnym życiem orientuje sie,że już minął tydzień a ja nawet nie spróbowałem czegoś napisać.
A kiedy próbuje to... szkoda gadać.
Krasnoludzkie plemię nie toleruje technik bardziej zaawansowanych niż grzechotka.
Kiedy tylko zorientują się ,że tata siedzi przy kompie przypuszczają gwałtowny i brutalny atak.
Wieszają się u moich kolan i żądają do nich natychmiastowego dostępu.
Udręczony i sterroryzowany tatulo bierze więc tę najbardziej agresywną i jeszcze przez chwilę próbuje w dalszym ciągu pisać coś jedna ręką.
Niestety.
Porzucona na podłodze córka podnosi poziom emitowanych decybeli do takiego, który nie tylko sikorkę ,ale i Boeninga 737 może strącić w locie.
A, że nad naszym domem przebiega korytarz powietrzny, to w obawie o życie niewinnych ludzi, odkładam jedną córkę i biorę na kolana tę drugą.
Udowadniając tym samym własną naiwność i łamiąc podręcznikową zasadę mówiącą ,że z terrorystami nie należy negocjować.
Odłożona córka zezłości wygina całe ciało, traci równowagę i wali główką o podłogę.
A potem mówi co o tym myśli.
Niezbyt wyraźnie.
Za to cholernie głośno.
Przy karmniku za oknem robi się pusto.
A ja odkładam obie terrorystki na podłogę i biegnę zerknąć czy na niebie nie widać smug kondensacyjnych jakiegoś odrzutowca.
Uspokojony wracam do córek, które wcale na uspokojone nie wyglądają.
Zdesperowany zaczynam śpiewać.
Chociaż wcale nie umiem.
I tańczyć.
Chociaż umiem średnio.
A potem robić idiotyczne miny.
O, w tym jestem niezły.
Zawsze byłem całkiem dobry w robieniu z siebie idioty.
I kiedy w końcu koleżanka małżonka wstaje i pyta czemu jej wcześniej nie obudziłem i nie poszedłem pisać to trudno jest mi odpowiedzieć cenzuralnie.
Wygłaszam wtedy gorzki płaczliwo-warkliwy monolog.
Coś o kłodach rzucanych pod nogi, braku wsparcia i tak dalej.
I o tym,że teraz to już nawet nie mam siły myśli zebrać a co dopiero czegoś napisać.
Jednym słowem nieco żałosne biadolenie i samousprawiedliwianie się.
Do tego doszły jeszcze przygotowania świąteczne, problemy z piecem CO, pierwsze urodziny córek i masa różnych spraw, które odciągały mnie od pisania.
Prawdę mówiąc pragnąłem wreszcie odrobiny świętego spokoju.
Kilka razy nawet coś tam naskrobałem. Nawet całkiem sporo. Ale było to tak słabe,że nawet nie miałem ochoty czytać tego jeszcze raz ,żeby coś poprawić.
A jednak pewno drobne zdarzenie spowodowało,że poczułem,że nie mogę odpuścić pisania blogu.
Pozwólcie,że owo zdarzenie przez chwile będzie tajemnicą.
W każdym razie dzisiaj rano przed jedenastą zostawiłem koleżankę małżonkę z dzieciakami i ubrany w narciarskie ocieplane spodnie i dwa swetry zasiadłem przy komputerze.
Mój spokojny kąt do pisania znajduje się w części domu, która z oszczędności jest słabo ogrzewana.
Ale to nawet lepiej. Orzeźwiający chłód pozwala oczyścić myśli.
Tak więc siadłem, pociągnąłem duży łyk mocnej kawy i zacząłem nadrabiać zaległości...
Dwa dni temu jedna z nich nauczyła się wchodzić na kanapę a dzień później znalazłem ją siedzącą na całkiem wysokim wiklinowym koszu na zabawki.
Codziennie ich słownik wzbogaca się o nowe słowa a asortyment min o kolejne grymasy.
Człowiek może patrzeć na nie godzinami. A czasem nawet podyskutować.
Co nie znaczy, że opieka nie daje w kość.
Bo daje.
Mimo,że ostatnio nocki robią się coraz lepsze. Tyle,że to od początku była sinusoida.
Doszło do tego,że już boje sie pisać na blogu,że „jutro napiszę o...” mimo,że post jest juz prawie gotowy.
Bo często zaabsorbowany rodzinnym życiem orientuje sie,że już minął tydzień a ja nawet nie spróbowałem czegoś napisać.
A kiedy próbuje to... szkoda gadać.
Krasnoludzkie plemię nie toleruje technik bardziej zaawansowanych niż grzechotka.
Kiedy tylko zorientują się ,że tata siedzi przy kompie przypuszczają gwałtowny i brutalny atak.
Wieszają się u moich kolan i żądają do nich natychmiastowego dostępu.
Udręczony i sterroryzowany tatulo bierze więc tę najbardziej agresywną i jeszcze przez chwilę próbuje w dalszym ciągu pisać coś jedna ręką.
Niestety.
Porzucona na podłodze córka podnosi poziom emitowanych decybeli do takiego, który nie tylko sikorkę ,ale i Boeninga 737 może strącić w locie.
A, że nad naszym domem przebiega korytarz powietrzny, to w obawie o życie niewinnych ludzi, odkładam jedną córkę i biorę na kolana tę drugą.
Udowadniając tym samym własną naiwność i łamiąc podręcznikową zasadę mówiącą ,że z terrorystami nie należy negocjować.
Odłożona córka zezłości wygina całe ciało, traci równowagę i wali główką o podłogę.
A potem mówi co o tym myśli.
Niezbyt wyraźnie.
Za to cholernie głośno.
Przy karmniku za oknem robi się pusto.
A ja odkładam obie terrorystki na podłogę i biegnę zerknąć czy na niebie nie widać smug kondensacyjnych jakiegoś odrzutowca.
Uspokojony wracam do córek, które wcale na uspokojone nie wyglądają.
Zdesperowany zaczynam śpiewać.
Chociaż wcale nie umiem.
I tańczyć.
Chociaż umiem średnio.
A potem robić idiotyczne miny.
O, w tym jestem niezły.
Zawsze byłem całkiem dobry w robieniu z siebie idioty.
I kiedy w końcu koleżanka małżonka wstaje i pyta czemu jej wcześniej nie obudziłem i nie poszedłem pisać to trudno jest mi odpowiedzieć cenzuralnie.
Wygłaszam wtedy gorzki płaczliwo-warkliwy monolog.
Coś o kłodach rzucanych pod nogi, braku wsparcia i tak dalej.
I o tym,że teraz to już nawet nie mam siły myśli zebrać a co dopiero czegoś napisać.
Jednym słowem nieco żałosne biadolenie i samousprawiedliwianie się.
Do tego doszły jeszcze przygotowania świąteczne, problemy z piecem CO, pierwsze urodziny córek i masa różnych spraw, które odciągały mnie od pisania.
Prawdę mówiąc pragnąłem wreszcie odrobiny świętego spokoju.
Kilka razy nawet coś tam naskrobałem. Nawet całkiem sporo. Ale było to tak słabe,że nawet nie miałem ochoty czytać tego jeszcze raz ,żeby coś poprawić.
A jednak pewno drobne zdarzenie spowodowało,że poczułem,że nie mogę odpuścić pisania blogu.
Pozwólcie,że owo zdarzenie przez chwile będzie tajemnicą.
W każdym razie dzisiaj rano przed jedenastą zostawiłem koleżankę małżonkę z dzieciakami i ubrany w narciarskie ocieplane spodnie i dwa swetry zasiadłem przy komputerze.
Mój spokojny kąt do pisania znajduje się w części domu, która z oszczędności jest słabo ogrzewana.
Ale to nawet lepiej. Orzeźwiający chłód pozwala oczyścić myśli.
Tak więc siadłem, pociągnąłem duży łyk mocnej kawy i zacząłem nadrabiać zaległości...
sobota, 11 grudnia 2010
No i znowu dykteryjka
Wczoraj padłem na twarz ( to przez to odśnieżanie) zanim zdążyłem wrzucić post więc niniejszym czynię to teraz :-))).
Ponieważ lekarz powiedział,że rehabilitację mogę zacząć praktycznie od razu w drodze do domu postanowiłem sprawdzić jak wygląda sprawa terminów.
Oczywiście okazało się ,że katastrofalnie. Bardzo zależało mi na tym żeby na zabiegi pochodzić póki jestem na zwolnieniu. Z doświadczenia wiedziałem, że jak wrócę do pracy to praktycznie nie będzie na to szans.
I kiedy już całkiem straciłem nadzieję ktoś podpowiedział mi ,że małym wiejskim ośrodku zdrowia niedaleko naszej miejscowości od niedawna jest rehabilitacja i czas oczekiwania na nią jest stosunkowo krótki.
Pełen nadziei zapukałem do drzwi gabinetu.
-O co chodzi?-zapytał młody rehabilitant.
-Chciałem się dowiedzieć o możliwości rehabilitacji i terminy...
-A co pan ma zlecone?
-Eeee... no skierowanie mam i ....
-Niech pan pokaże. No jasne, nic nie wypisali. Niech pan idzie do lekarza rodzinnego i poprosi żeby panu wypisał... o takie zabiegi-wręczył mi małą karteczkę.
-Dobrze a jak z terminami?
-Normalnie powinienem pana zapisać na koniec stycznia,ale po operacji to dobrze by było jak najszybciej zrobić krioterapię i powalczyć z tą opuchlizną...
-No jasne-zgodziłem się skwapliwie.
-...ale krioterapia to akurat u nas jest odpłatna. Reszta jest na enefzet.
-Aha?-nie do końca rozumiałem co próbuje mi powiedzieć.
-No to jakby pan wykupił krioterapię to możemy zacząć od jutra.
-A reszta?
-Tak samo.
Zrozumiałem.
-I jak pan się ustosunkuje do takiej propozycji?
-Noooo.... pozytywnie.
-I bardzo dobrze. To co będzie pan miał to skierowanie na jutro?
Miałem.
Zameldowałem się z nim koło południa, zapłaciłem i po chwili poczułem na kciuku powiew helu o temperaturze minus 150 stopni.
-A kiedy te pozostałe zabiegi?
-Zobaczymy. Musimy policzyć czy nie wyczerpaliśmy limitu na ten rok.
Trochę rozczarowany mruknąłem,że umowa była inna, ale uzyskałem zapewnienie,że „co prawda wpisują mnie na styczeń, ale jak podliczą punkty to pewnie i tak zrobimy to w grudniu”.
Czułem się lekuchno wydymany,ale odpuściłem bo pan był bardzo miły i wyraźnie zakłopotany sytuacją.
Po chwili do gabinetu zajrzała szczupła rehabilitantka.
Patrząc jak jej kolega manipuluje moim kciukiem zapytała:
-A panu co się właściwie stało?
Wyjaśniłem.
-Aha... a jak właściwie do tego doszło.
Opowiedziałem.
-Nooo, to chyba ma pan świadomość,że nie jest pan zbyt częstym przypadkiem.
Odpowiedziałem,że mam.
-Chyba opiszemy pana historię na naszym specjalistycznym portalu.
Wyraziłem stosowny entuzjazm.
ps.
A teraz o ile błękitnokrwiste bambaryłki pozwolą spróbuję coś skrobnąć :-))
Ponieważ lekarz powiedział,że rehabilitację mogę zacząć praktycznie od razu w drodze do domu postanowiłem sprawdzić jak wygląda sprawa terminów.
Oczywiście okazało się ,że katastrofalnie. Bardzo zależało mi na tym żeby na zabiegi pochodzić póki jestem na zwolnieniu. Z doświadczenia wiedziałem, że jak wrócę do pracy to praktycznie nie będzie na to szans.
I kiedy już całkiem straciłem nadzieję ktoś podpowiedział mi ,że małym wiejskim ośrodku zdrowia niedaleko naszej miejscowości od niedawna jest rehabilitacja i czas oczekiwania na nią jest stosunkowo krótki.
Pełen nadziei zapukałem do drzwi gabinetu.
-O co chodzi?-zapytał młody rehabilitant.
-Chciałem się dowiedzieć o możliwości rehabilitacji i terminy...
-A co pan ma zlecone?
-Eeee... no skierowanie mam i ....
-Niech pan pokaże. No jasne, nic nie wypisali. Niech pan idzie do lekarza rodzinnego i poprosi żeby panu wypisał... o takie zabiegi-wręczył mi małą karteczkę.
-Dobrze a jak z terminami?
-Normalnie powinienem pana zapisać na koniec stycznia,ale po operacji to dobrze by było jak najszybciej zrobić krioterapię i powalczyć z tą opuchlizną...
-No jasne-zgodziłem się skwapliwie.
-...ale krioterapia to akurat u nas jest odpłatna. Reszta jest na enefzet.
-Aha?-nie do końca rozumiałem co próbuje mi powiedzieć.
-No to jakby pan wykupił krioterapię to możemy zacząć od jutra.
-A reszta?
-Tak samo.
Zrozumiałem.
-I jak pan się ustosunkuje do takiej propozycji?
-Noooo.... pozytywnie.
-I bardzo dobrze. To co będzie pan miał to skierowanie na jutro?
Miałem.
Zameldowałem się z nim koło południa, zapłaciłem i po chwili poczułem na kciuku powiew helu o temperaturze minus 150 stopni.
-A kiedy te pozostałe zabiegi?
-Zobaczymy. Musimy policzyć czy nie wyczerpaliśmy limitu na ten rok.
Trochę rozczarowany mruknąłem,że umowa była inna, ale uzyskałem zapewnienie,że „co prawda wpisują mnie na styczeń, ale jak podliczą punkty to pewnie i tak zrobimy to w grudniu”.
Czułem się lekuchno wydymany,ale odpuściłem bo pan był bardzo miły i wyraźnie zakłopotany sytuacją.
Po chwili do gabinetu zajrzała szczupła rehabilitantka.
Patrząc jak jej kolega manipuluje moim kciukiem zapytała:
-A panu co się właściwie stało?
Wyjaśniłem.
-Aha... a jak właściwie do tego doszło.
Opowiedziałem.
-Nooo, to chyba ma pan świadomość,że nie jest pan zbyt częstym przypadkiem.
Odpowiedziałem,że mam.
-Chyba opiszemy pana historię na naszym specjalistycznym portalu.
Wyraziłem stosowny entuzjazm.
ps.
A teraz o ile błękitnokrwiste bambaryłki pozwolą spróbuję coś skrobnąć :-))
czwartek, 9 grudnia 2010
No pain, no game.
Trzy dni później poszedłem na kontrolę do ortopedy.
Pod koniec wizyty zagadnąłem.
-Panie doktorze czy to możliwe żebym się uodpornił na lidokainę?
Zaprzeczył i zaczął mi wyjaśniać sposób działania leku na organizm.
-No to jak to możliwe,że mi te druty wyciągali praktycznie „na żywca”?
-Niech pan pokaże gdzie panu zastrzyki zrobili.
Pokazałem i wtedy na jego twarzy pojawił się wyraz zakłopotania.
-Bo widzi pan kolega zapomniał chyba,że blizna pooperacyjna przewodzi impulsy nerwowe.
Było mu najwyraźniej głupio, że jego kolega walnął babola.
-Wie pan tak to jest, dużo pacjentów, pośpiech, rutyna...
-No to jak to można znieczulić?
-Tak samo tylko zastrzyk trzeba było zrobić kilka centymetrów wyżej. O tutaj!-wskazał nadgarstek.
-Wtedy wystarczyłby jeden i nic by pan nie poczuł.No dobra niech pan da dane do zwolnienia i poczeka na korytarzu.
Wyszedłem z gabinetu i siedząc w poczekalni trawiłem te nową zaskakująca wiedzę.
W pewnym momencie otworzyły się jakieś drzwi i wyszedł z nich mój drutowy oprawca.
Spiąłem się cały i pomyślałem,że jeżeli tylko na mnie spojrzy to na pewno podzielę się z nim kilkoma refleksjami na temat tego co mnie spotkało.
Jego spojrzenie prześlizgnęło się po mojej twarzy i właśnie zbierałem się do tygrysiego skoku gdy drzwi gabinetu się uchyliły i usłyszałem pytanie:
-A ile tego zwolnienia pan chce?
Miał facet wyczucie. A maestro skalpela oddalał się powoli nieświadomy tego, że gdyby złe myśli mogły ranić to tarzałby sie teraz na podłodze w szybko rosnącej kałuży krwi.
Odwróciłem od niego wzrok i mruknąłem:
-A ile tam pan da. Chętnie posiedzę w domu z córkami.
Pokiwał głową i wypisał druczek. Po chwili oddał mi go pytając:
-Tak może być?
Zerknąłem się spodziewając się dodatkowego tygodnia w domu.
Patrzyłem na cyfry nie wierząc własnym oczom.
Przeszła mi nawet złość na mojego oprawcę.
A po chwili zacząłem się martwić o to co powiedzą w pracy kiedy dowiedzą się, że do pracy wrócę po nowym roku.
Długo po nowym roku.
Po wyjściu zadzwoniłem do żony.
-Wiesz co? Chyba będę miał sporo czasu na prace nad książką.
I znowu się pomyliłem
Pod koniec wizyty zagadnąłem.
-Panie doktorze czy to możliwe żebym się uodpornił na lidokainę?
Zaprzeczył i zaczął mi wyjaśniać sposób działania leku na organizm.
-No to jak to możliwe,że mi te druty wyciągali praktycznie „na żywca”?
-Niech pan pokaże gdzie panu zastrzyki zrobili.
Pokazałem i wtedy na jego twarzy pojawił się wyraz zakłopotania.
-Bo widzi pan kolega zapomniał chyba,że blizna pooperacyjna przewodzi impulsy nerwowe.
Było mu najwyraźniej głupio, że jego kolega walnął babola.
-Wie pan tak to jest, dużo pacjentów, pośpiech, rutyna...
-No to jak to można znieczulić?
-Tak samo tylko zastrzyk trzeba było zrobić kilka centymetrów wyżej. O tutaj!-wskazał nadgarstek.
-Wtedy wystarczyłby jeden i nic by pan nie poczuł.No dobra niech pan da dane do zwolnienia i poczeka na korytarzu.
Wyszedłem z gabinetu i siedząc w poczekalni trawiłem te nową zaskakująca wiedzę.
W pewnym momencie otworzyły się jakieś drzwi i wyszedł z nich mój drutowy oprawca.
Spiąłem się cały i pomyślałem,że jeżeli tylko na mnie spojrzy to na pewno podzielę się z nim kilkoma refleksjami na temat tego co mnie spotkało.
Jego spojrzenie prześlizgnęło się po mojej twarzy i właśnie zbierałem się do tygrysiego skoku gdy drzwi gabinetu się uchyliły i usłyszałem pytanie:
-A ile tego zwolnienia pan chce?
Miał facet wyczucie. A maestro skalpela oddalał się powoli nieświadomy tego, że gdyby złe myśli mogły ranić to tarzałby sie teraz na podłodze w szybko rosnącej kałuży krwi.
Odwróciłem od niego wzrok i mruknąłem:
-A ile tam pan da. Chętnie posiedzę w domu z córkami.
Pokiwał głową i wypisał druczek. Po chwili oddał mi go pytając:
-Tak może być?
Zerknąłem się spodziewając się dodatkowego tygodnia w domu.
Patrzyłem na cyfry nie wierząc własnym oczom.
Przeszła mi nawet złość na mojego oprawcę.
A po chwili zacząłem się martwić o to co powiedzą w pracy kiedy dowiedzą się, że do pracy wrócę po nowym roku.
Długo po nowym roku.
Po wyjściu zadzwoniłem do żony.
-Wiesz co? Chyba będę miał sporo czasu na prace nad książką.
I znowu się pomyliłem
środa, 8 grudnia 2010
Pożegnanie z drutem
Wspomniałem wczoraj,że każdy kontakt z personelem medycznym kończy się anegdotką.
No właśnie.
Winien chyba jestem kilka słów na tema stanu kciuka.
Stan jest generalnie do dupy, ale pracuję nad nim.
Osoby znające temat pewnie są zaskoczone, że już chodzę na rehabilitację. Ja też jestem zdziwiony,że znalazł się termin,ale o tym innym razem.
Kciukowa epopeja została przerwana w momencie gdy czekałem na wyjęcie drutów.
Lubię wiedzieć co mnie czeka więc poszperałem w internecie i dowiedziałem się,że jest to praktycznie bezbolesny zabieg, przeprowadzany pod miejscowym znieczuleniem i jedynym trochę nieprzyjemnym uczuciem jest takie „ciągnięcie w kości kiedy wychodzą z niej druty”.
Czy li normalnie pan pikuś dla gościa, który z uśmiechem patrzył jak chirurg wierci mu wiertarką w kości dziury.
Na zabieg udałem się więc rozluźniony i uśmiechnięty.
I szczęśliwy, że ciała obce znikną z mojego organizmu.
Obiecywałem historię pełną krwi i przemocy? Oto ona.
Po zabiegu nie byłem ani rozluźniony ani uśmiechnięty. Pozostało tylko uczucie ulgi, że mam to za sobą.
Kiedy wyszedłem z gabinetu koleżanka małżonka spojrzała na mnie i jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki.
-Co się stało!!!
-Nie chcesz wiedzieć.
A jednak chciała.
No to opowiedziałem.
Kiedy wszedłem do gabinetu położyli mnie na leżance i zrobili dwa zastrzyki przeciwbólowe.
Odczekaliśmy chwilę i chirurg wziął w rękę skalpel.
Poczułem jak ostrze przecina moją skórę.
-Ehem...,ale ja to czuję.
-Ooo-był najwyraźniej zdziwiony-No to chwilkę poczekamy.
Po „chwilce” sytuacja sie powtórzyła.
Lekko zirytowany lekarz, któremu najwyraźniej się spieszyło mruknął:
-No to jeszcze dwa zastrzyki.
Jedna z pielęgniarek westchnęła żartobliwie coś o pacjencie wpędzającym placówkę w koszta.
Pożartowaliśmy kilka minut i lekarz zrobił kolejne podejście.
-Przepraszam bardzo,ale nie czuję żadnej różnicy!-zaczynałem się niepokoić
-A pan co na lidokainę uodporniony!?
Odparłem,że nie sądzę bo u stomatologa znieczulenie zawsze działało.
-No to poczekamy-westchnął zrezygnowany.
Przepraszam za wyrażenie,ale czekanie gówno dało i znowu musiałem grzecznie poprosić Paganiniego skalpela by raczył wyjąć ostrze z mojego ciała ponieważ znieczulenie nie działa.
Cały personel był najwyraźniej zniecierpliwiony i zdegustowany. Ktoś chyba mruknął,że zaraz gdzieś się spóźni.
Nie jestem pewny bo próbowałem się doliczyć, który to juz raz wstrzykują mi środek przeciwbólowy.
Potem doliczyłem się sześciu śladów ukłuć.
Ukłuć bezsensownych i niepotrzebnych ponieważ nie dały żadnego efektu.
-To czemu pan nie mówił,że lidokaina na pana nie działa!-usłyszałem wyrzuty.
-Kiedy działaaaaAAAAAAAAAA!-ryknąłem ponieważ moją rękę przeszył rwący ból.
Usłyszałem przekleńtswa i ktoś z boku doradził:
-Co wyśliznął ci się? Weź to większe imadełko i najpierw go trochę rozruszaj i dopiero wyciągnij.
Postanowiłem być dzielny i zagryzłem zęby.
A jednak czułem ,że coś ewidentnie jest nie tak.
-słuchajcie, ja naprawdę nie jestem histerykiem i mam normalny próg bólowy, ale to cholernie boli a w internecie pisali....-w tym momencie pociemniało mi w oczach.
I nic dziwnego bo zacisnąłem powieki.
-Trudno- usłyszałem jak przez mgłę. Wyciągamy tak jak jest.
Poczułem kilka par rąk przytrzymujących mnie na leżance i usłyszałem szczęk metalu o metal a potem brutalne szarpnięcia.
I kiedy w końcu usłyszałem „no jeden już mamy” o mało nie popłakałem się z bólu. Zamiast tego wtuliłem sie w biust pielęgniarki, która całym ciałem unieruchamiała moja pierś.
Niepotrzebnie bo wcale się nie wyrywałem.
Nawet nie kląłem.
I tylko raz zawyłem.
Drugi drut na szczęście wyszedł łatwiej. Chociaż również w eksplozji bólu. Na tyle jednak słabszej ,że teraz poczułem również owo „troszkę nieprzyjemne uczucie ciągnięcia”.
Kiedy z założonym opatrunkiem zlazłem z leżanki cały świat wirował.
A jednak zgrywając twardziela uśmiechnąłem się, podziękowałem za ciekawie spędzony czas i wyszedłem.
-Ja to bym w życiu nie pozwoliła sobie czegoś takiego zrobić!-jęknęła koleżanka małżonka słysząc moją opowieść.
-Ale twardy jestem co?!-wypiął dumni wątłą pierś kieszonkowy, garbaty macho.
-Chyba głupi! Nie mogłeś powiedzieć,że cię boli!?
-Oj mówiłem, mówiłem. No robili co mogli, ale nie dało się znieczulić.
Jakże się wtedy myliłem.
No właśnie.
Winien chyba jestem kilka słów na tema stanu kciuka.
Stan jest generalnie do dupy, ale pracuję nad nim.
Osoby znające temat pewnie są zaskoczone, że już chodzę na rehabilitację. Ja też jestem zdziwiony,że znalazł się termin,ale o tym innym razem.
Kciukowa epopeja została przerwana w momencie gdy czekałem na wyjęcie drutów.
Lubię wiedzieć co mnie czeka więc poszperałem w internecie i dowiedziałem się,że jest to praktycznie bezbolesny zabieg, przeprowadzany pod miejscowym znieczuleniem i jedynym trochę nieprzyjemnym uczuciem jest takie „ciągnięcie w kości kiedy wychodzą z niej druty”.
Czy li normalnie pan pikuś dla gościa, który z uśmiechem patrzył jak chirurg wierci mu wiertarką w kości dziury.
Na zabieg udałem się więc rozluźniony i uśmiechnięty.
I szczęśliwy, że ciała obce znikną z mojego organizmu.
Obiecywałem historię pełną krwi i przemocy? Oto ona.
Po zabiegu nie byłem ani rozluźniony ani uśmiechnięty. Pozostało tylko uczucie ulgi, że mam to za sobą.
Kiedy wyszedłem z gabinetu koleżanka małżonka spojrzała na mnie i jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki.
-Co się stało!!!
-Nie chcesz wiedzieć.
A jednak chciała.
No to opowiedziałem.
Kiedy wszedłem do gabinetu położyli mnie na leżance i zrobili dwa zastrzyki przeciwbólowe.
Odczekaliśmy chwilę i chirurg wziął w rękę skalpel.
Poczułem jak ostrze przecina moją skórę.
-Ehem...,ale ja to czuję.
-Ooo-był najwyraźniej zdziwiony-No to chwilkę poczekamy.
Po „chwilce” sytuacja sie powtórzyła.
Lekko zirytowany lekarz, któremu najwyraźniej się spieszyło mruknął:
-No to jeszcze dwa zastrzyki.
Jedna z pielęgniarek westchnęła żartobliwie coś o pacjencie wpędzającym placówkę w koszta.
Pożartowaliśmy kilka minut i lekarz zrobił kolejne podejście.
-Przepraszam bardzo,ale nie czuję żadnej różnicy!-zaczynałem się niepokoić
-A pan co na lidokainę uodporniony!?
Odparłem,że nie sądzę bo u stomatologa znieczulenie zawsze działało.
-No to poczekamy-westchnął zrezygnowany.
Przepraszam za wyrażenie,ale czekanie gówno dało i znowu musiałem grzecznie poprosić Paganiniego skalpela by raczył wyjąć ostrze z mojego ciała ponieważ znieczulenie nie działa.
Cały personel był najwyraźniej zniecierpliwiony i zdegustowany. Ktoś chyba mruknął,że zaraz gdzieś się spóźni.
Nie jestem pewny bo próbowałem się doliczyć, który to juz raz wstrzykują mi środek przeciwbólowy.
Potem doliczyłem się sześciu śladów ukłuć.
Ukłuć bezsensownych i niepotrzebnych ponieważ nie dały żadnego efektu.
-To czemu pan nie mówił,że lidokaina na pana nie działa!-usłyszałem wyrzuty.
-Kiedy działaaaaAAAAAAAAAA!-ryknąłem ponieważ moją rękę przeszył rwący ból.
Usłyszałem przekleńtswa i ktoś z boku doradził:
-Co wyśliznął ci się? Weź to większe imadełko i najpierw go trochę rozruszaj i dopiero wyciągnij.
Postanowiłem być dzielny i zagryzłem zęby.
A jednak czułem ,że coś ewidentnie jest nie tak.
-słuchajcie, ja naprawdę nie jestem histerykiem i mam normalny próg bólowy, ale to cholernie boli a w internecie pisali....-w tym momencie pociemniało mi w oczach.
I nic dziwnego bo zacisnąłem powieki.
-Trudno- usłyszałem jak przez mgłę. Wyciągamy tak jak jest.
Poczułem kilka par rąk przytrzymujących mnie na leżance i usłyszałem szczęk metalu o metal a potem brutalne szarpnięcia.
I kiedy w końcu usłyszałem „no jeden już mamy” o mało nie popłakałem się z bólu. Zamiast tego wtuliłem sie w biust pielęgniarki, która całym ciałem unieruchamiała moja pierś.
Niepotrzebnie bo wcale się nie wyrywałem.
Nawet nie kląłem.
I tylko raz zawyłem.
Drugi drut na szczęście wyszedł łatwiej. Chociaż również w eksplozji bólu. Na tyle jednak słabszej ,że teraz poczułem również owo „troszkę nieprzyjemne uczucie ciągnięcia”.
Kiedy z założonym opatrunkiem zlazłem z leżanki cały świat wirował.
A jednak zgrywając twardziela uśmiechnąłem się, podziękowałem za ciekawie spędzony czas i wyszedłem.
-Ja to bym w życiu nie pozwoliła sobie czegoś takiego zrobić!-jęknęła koleżanka małżonka słysząc moją opowieść.
-Ale twardy jestem co?!-wypiął dumni wątłą pierś kieszonkowy, garbaty macho.
-Chyba głupi! Nie mogłeś powiedzieć,że cię boli!?
-Oj mówiłem, mówiłem. No robili co mogli, ale nie dało się znieczulić.
Jakże się wtedy myliłem.
wtorek, 7 grudnia 2010
Mowa ciała i garść usprawiedliwień
Dwa tygodnie.
Dwa tygodnie bez posta. Nawet nie wiem kiedy ten czas zleciał. I nawet trudno mi znaleźć przyczynę takiego stanu rzeczy.
Kiedy w niedzielne popołudnie brnęliśmy zaśnieżoną drogą spełnić swój obywatelski obowiązek pomyślałem, że chyba trochę dopada mnie trema. Coraz trudniej wymyślić coś co zaskoczy czytelników. A ja bardzo nie lubię się powtarzać.
Z drugiej strony cały czas czułem presję.
Ciągnąc córkę na sankach rozmyślałem o tym jak mało mam ostatnio bodźców inspirujących do pisania.
To już dwa miesiące odkąd jestem na zwolnieniu lekarskim. Prawie nie oglądam wiadomości, nie czytam gazet, nie słucham radia.
Codzienna jazda do gminnej metropolii na rehabilitację urasta do rangi wyprawy pełnej emocji i przygód.
Bo to czasem wiewiórka przez drogę przebiegnie, płatek śniegu spadnie na czoło, zakołyszą się suche badyle tarmoszone porywem wiatru...
No orgia przygód po prostu.
I tylko służba zdrowia jest niezawodna.
Po ostatniej wizycie u ortopedy mruknąłem do koleżanki małżonki.
-Wiesz co? Zadziwia mnie to,że każdy kontakt ze służbą zdrowia owocuje dykteryjką. Choćbym nawet nie chciał.
A najnowsza opowieść z tego gatunku będzie pełna krwi, przemocy i seksu.
Eee... pozostańmy może przy krwi i przemocy.
Najpierw jednak chciałbym zwalić winę a moje lenistwo na pewnego jegomościa.
Od jakiegoś czasu ciesze się odzyskana możliwością lektury książek. Z gorliwością neofity połykam setki stron.
I dobrze mi z tym.
Tyle,że odbywa się to w czasie, który do tej pory był przeznaczony na łatanie blogowych dziur.
Rozpaczliwe były to próby ponieważ odbywały się wcześnie rano zaraz po przebudzeniu księżniczek.
Najczęściej wyglądało to w ten sposób, że po porannej butli mleka (dla nich) i z kubkiem parującej kawy ( dla mnie) odpalałem kompa i próbowałem coś wystukać.
Po kilku minutach dwa małe wyjce wisiały mi na nogawkach domagając się pełnej uwagi.
Czasem pomagało wzięcie jednaj z nich na kolana i wtedy mogłem powoli pisać jedną ręką.
Jednak kłopoty z wpisywaniem polskich znaków i dużych liter powodowały rosnącą irytację i zniechęcenie.
Pogłębiały je gwałtowne protesty drugiej latorośli, która widząc siostrę na tatulowych kolanach rozpoczynała gwałtowną kampanię w obronie swoich praw.
Zamiana rezydentki pomagała tylko na chwilę ponieważ ta wyeksmitowana na podłogę podnosiła gwałtowny raban i szarpiąc moja nogawkę szantażowała mnie bezczelnie.
Z wiadomych wzgledów werbalizacja owych groźba ograniczała sie do „tededededede, tede ,tede, AAAAAaaaaaaaaaaaaaaaaaauuuuuuuuaaaaaaaaa!!!”.
Bardziej wymowny był za to język ciała.
Księżniczkowe ultimatum brzmi zazwyczaj tak:
„Weź mnie ojciec natychmiast na kolana bo w przeciwnym wypadku puszcze nogawkę, wygnę się do tyłu i walne potylicą o podłogę a potem wiesz co będzie. Najpierw zacznę wyć a potem skowyczeć i łkać. Wtedy obudzi się matka i rzuci się mnie ratować i pocieszać. Ty wtedy będziesz, bezskutecznie, próbował stać się malutki i niewidzialny. Jednak zanim skurczysz się na tyle, że uda ci się schować pod lodówkę ja przestanę płakać i pozwolę mamie rozliczyć sie z tobą.
Za niedopilnowanie dziecka, brak odpowiedzialności, lenistwo, głupotę i kilkanaście innych rzeczy, których nazw jeszcze nie znam i nawet nie próbuję wyrazić w sposób w jaki aktualnie się porozumiewamy”.
No jakoś tak to mniej więcej brzmi. A raczej wygląda.
Chyba dosyć jasno określiłem jakim stresem były te poranne próby aktywności blogerskiej?
Kiedy więc zorientowałem się,że wystarczy rano usiąść z książką razem z dzieciakami na ich macie edukacyjnej żeby mieć święty spokój to... nie mogłem przestać po prostu.
Okazało się,że taka sytuacja wywołuje ich zachwyt. Tata jest blisko. W każdej chwili można z całej siły grzmotnąć go piąstkami w splot słoneczny, głową w łuk brwiowy, pociągnąć za włosy albo nos.
A jak coś jest tak łatwe do zrealizowani to przestaje kusić.
I nagle zapanowała cisza i harmonia. W pokoju rozbrzmiewało tylko ciche gaworzenie i szelest przewracanych kartek.
I tak przez dwie godziny.
A że najnowsza książka Stephena Kinga wciągnęła mnie po uszy to...
Sam jestem tym zaskoczony bo nie jestem wielkim miłośnikiem jego twórczości. Książka nie jest wybitna i podczas lektury mam pełną świadomość,że autor podtrzymuje napięcie wręcz automatycznie za pomocą tych samych zabiegów ,którymi posługują się scenarzyści telenowel.
Za każdym razem kiedy jakiś watek zbliża się do jakiegoś ważnego momentu przeskakujemy do innego.
Na początku myślałem sobie,że potraktuje to instruktażowo. Może przy lekturze nauczę się czegoś co sprawi, że moja powstająca w bólach książka stanie sie przebojem.
Takie tam bajdurzenie.
Prawda jest taka,że codziennie kładąc się do łóżka ciesze się ,że rano znowu będę mógł sobie poczytać.
A potem wstanie koleżanka małżonka, potem pojadę na rehabilitację , potem spacer z dziewczynkami, potem karmienie, potem porobię, jedną ręką coś przy domu, potem kąpiel dziewczynek, karmienie, usypianie i uffff....
Wtedy jakoś siły do pisania nie mam.
Więc moi drodzy bez krytykanctwa proszę,że się obijam. Bardzo proszę o docenienie moich heroicznych prób.
Takiej jak ta.
Howgh.
No właśnie.
Dwa tygodnie bez posta. Nawet nie wiem kiedy ten czas zleciał. I nawet trudno mi znaleźć przyczynę takiego stanu rzeczy.
Kiedy w niedzielne popołudnie brnęliśmy zaśnieżoną drogą spełnić swój obywatelski obowiązek pomyślałem, że chyba trochę dopada mnie trema. Coraz trudniej wymyślić coś co zaskoczy czytelników. A ja bardzo nie lubię się powtarzać.
Z drugiej strony cały czas czułem presję.
Ciągnąc córkę na sankach rozmyślałem o tym jak mało mam ostatnio bodźców inspirujących do pisania.
To już dwa miesiące odkąd jestem na zwolnieniu lekarskim. Prawie nie oglądam wiadomości, nie czytam gazet, nie słucham radia.
Codzienna jazda do gminnej metropolii na rehabilitację urasta do rangi wyprawy pełnej emocji i przygód.
Bo to czasem wiewiórka przez drogę przebiegnie, płatek śniegu spadnie na czoło, zakołyszą się suche badyle tarmoszone porywem wiatru...
No orgia przygód po prostu.
I tylko służba zdrowia jest niezawodna.
Po ostatniej wizycie u ortopedy mruknąłem do koleżanki małżonki.
-Wiesz co? Zadziwia mnie to,że każdy kontakt ze służbą zdrowia owocuje dykteryjką. Choćbym nawet nie chciał.
A najnowsza opowieść z tego gatunku będzie pełna krwi, przemocy i seksu.
Eee... pozostańmy może przy krwi i przemocy.
Najpierw jednak chciałbym zwalić winę a moje lenistwo na pewnego jegomościa.
Od jakiegoś czasu ciesze się odzyskana możliwością lektury książek. Z gorliwością neofity połykam setki stron.
I dobrze mi z tym.
Tyle,że odbywa się to w czasie, który do tej pory był przeznaczony na łatanie blogowych dziur.
Rozpaczliwe były to próby ponieważ odbywały się wcześnie rano zaraz po przebudzeniu księżniczek.
Najczęściej wyglądało to w ten sposób, że po porannej butli mleka (dla nich) i z kubkiem parującej kawy ( dla mnie) odpalałem kompa i próbowałem coś wystukać.
Po kilku minutach dwa małe wyjce wisiały mi na nogawkach domagając się pełnej uwagi.
Czasem pomagało wzięcie jednaj z nich na kolana i wtedy mogłem powoli pisać jedną ręką.
Jednak kłopoty z wpisywaniem polskich znaków i dużych liter powodowały rosnącą irytację i zniechęcenie.
Pogłębiały je gwałtowne protesty drugiej latorośli, która widząc siostrę na tatulowych kolanach rozpoczynała gwałtowną kampanię w obronie swoich praw.
Zamiana rezydentki pomagała tylko na chwilę ponieważ ta wyeksmitowana na podłogę podnosiła gwałtowny raban i szarpiąc moja nogawkę szantażowała mnie bezczelnie.
Z wiadomych wzgledów werbalizacja owych groźba ograniczała sie do „tededededede, tede ,tede, AAAAAaaaaaaaaaaaaaaaaaauuuuuuuuaaaaaaaaa!!!”.
Bardziej wymowny był za to język ciała.
Księżniczkowe ultimatum brzmi zazwyczaj tak:
„Weź mnie ojciec natychmiast na kolana bo w przeciwnym wypadku puszcze nogawkę, wygnę się do tyłu i walne potylicą o podłogę a potem wiesz co będzie. Najpierw zacznę wyć a potem skowyczeć i łkać. Wtedy obudzi się matka i rzuci się mnie ratować i pocieszać. Ty wtedy będziesz, bezskutecznie, próbował stać się malutki i niewidzialny. Jednak zanim skurczysz się na tyle, że uda ci się schować pod lodówkę ja przestanę płakać i pozwolę mamie rozliczyć sie z tobą.
Za niedopilnowanie dziecka, brak odpowiedzialności, lenistwo, głupotę i kilkanaście innych rzeczy, których nazw jeszcze nie znam i nawet nie próbuję wyrazić w sposób w jaki aktualnie się porozumiewamy”.
No jakoś tak to mniej więcej brzmi. A raczej wygląda.
Chyba dosyć jasno określiłem jakim stresem były te poranne próby aktywności blogerskiej?
Kiedy więc zorientowałem się,że wystarczy rano usiąść z książką razem z dzieciakami na ich macie edukacyjnej żeby mieć święty spokój to... nie mogłem przestać po prostu.
Okazało się,że taka sytuacja wywołuje ich zachwyt. Tata jest blisko. W każdej chwili można z całej siły grzmotnąć go piąstkami w splot słoneczny, głową w łuk brwiowy, pociągnąć za włosy albo nos.
A jak coś jest tak łatwe do zrealizowani to przestaje kusić.
I nagle zapanowała cisza i harmonia. W pokoju rozbrzmiewało tylko ciche gaworzenie i szelest przewracanych kartek.
I tak przez dwie godziny.
A że najnowsza książka Stephena Kinga wciągnęła mnie po uszy to...
Sam jestem tym zaskoczony bo nie jestem wielkim miłośnikiem jego twórczości. Książka nie jest wybitna i podczas lektury mam pełną świadomość,że autor podtrzymuje napięcie wręcz automatycznie za pomocą tych samych zabiegów ,którymi posługują się scenarzyści telenowel.
Za każdym razem kiedy jakiś watek zbliża się do jakiegoś ważnego momentu przeskakujemy do innego.
Na początku myślałem sobie,że potraktuje to instruktażowo. Może przy lekturze nauczę się czegoś co sprawi, że moja powstająca w bólach książka stanie sie przebojem.
Takie tam bajdurzenie.
Prawda jest taka,że codziennie kładąc się do łóżka ciesze się ,że rano znowu będę mógł sobie poczytać.
A potem wstanie koleżanka małżonka, potem pojadę na rehabilitację , potem spacer z dziewczynkami, potem karmienie, potem porobię, jedną ręką coś przy domu, potem kąpiel dziewczynek, karmienie, usypianie i uffff....
Wtedy jakoś siły do pisania nie mam.
Więc moi drodzy bez krytykanctwa proszę,że się obijam. Bardzo proszę o docenienie moich heroicznych prób.
Takiej jak ta.
Howgh.
No właśnie.
poniedziałek, 22 listopada 2010
Ostatnie chwile z gipsem

W piątek mieli mi zdjąć gips i wyciągnąć druty z kciuka. Cieszyłem się jak głupi na to odzyskanie kontroli nad fragmentem własnego ciała.
Przed zabiegiem lekarz zaordynował kolejne prześwietlenie.
-Nie ma co robić na ślepo. Jak się da to wyciągniemy na miejscu a jak będzie trzeba to skieruję pana do ambulatorium.
Nie było co dyskutować więc poczłapałem do szpitalnej pracowni RTG.
-Skierowali mnie na prześwietlenie kciuka- poinformowałem panią za kontuarem.
Po0kiwała głowa i zaczęła coś klepać na klawiaturze komputera.
-Ten kciuk to na ręce?-zapytała z poważną miną.
Pokiwałem tylko potakująco głową.
Bo gdybym się odezwał to niewątpliwie poinformowałbym panią,że chodzi „o ten drugi kciuk- na dupie”.
Na szczęście zagryzłem wargi.
Za to druga pielęgniarka nachyliła się nad monitorem i wskazała coś mojej rozmówczyni mówiąc:
-Przez „u” otwarte.
No niech zgadnę o jaki wyraz chodzi. Raczej nie o „dupę”.
Uśmiechnięty (przez „u” otwarte oczywiście) wszedłem do pomieszczenia, w którym miła pani zrobiła mi kolejne fotki do „kciukowego albumu”.
A potem usłyszałem:
-Niech pan poczeka na korytarzu za płytą.
Na szczęście byłem na tyle otrzaskany z tematem,że nie próbowałem ukryć się za jakimś przepierzeniem tylko cierpliwie poczekałem, aż dostanę płytę cd z cyfrowy zapisem prześwietlenia moich sfatygowanych gnatów.
Lekarz obejrzał fotkę a następnie „obmacał” mój zdrutowany palec.
„Obmacał” to bardzo eufemistyczne określenie dosyć brutalnych czynności.
W oczach najpierw mi pociemniało a potem w tej ciemności rozbłysły dwie supernowe. W uszach zaszumiało.
Zacisnąłem zęby, żeby nic nie powiedzieć oraz pięści żeby nikomu nie wybić zębów.
Wzrok i słuch odzyskałem w samą porę by usłyszeć.
-Niestety, druty siedzą za głęboko. Tutaj nie damy rady. Wypiszę panu skierowanie.
No trudno.
-Zaraz znajdziemy termin. Proponowałbym trzeciego grudnia.
Początkowo do mnie nie dotarło, ale wtedy moje spojrzenie padło na wiszący na ścianie kalendarz.
Bez jaj. Za dwa tygodnie?
A przecież mieli mi je wyciągnąć już tydzień temu tylko,że akurat wypadł długi, listopadowy weekend...
-W szpitalu już takich rzeczy nie robimy, więc skieruje pana do prywatnego oddziału. Spokojnie to na NFZ- dodał widząc moje spojrzenie.
Mimo kilku prób nie udało mu się skontaktować z ową chirurgiczno- ortopedyczną prywatą.
-No tak, zajęci. No i jeszcze pan doktor startuje na radnego. Ten to nigdy nie ma czasu. No trudno.
Jak się dodzwonię i ustalę termin to do pana zadzwonię.
Kiwnąłem głową i zgarnąłem z biurka swoje zdjęcia i inne papiery.
Jakoś nie mogłem pozbyć się wrażenia, że znowu szpital łatwo nabił sobie kilka punktów do NFZ a zarobi prywaciarz.
Zresztą nie moja sprawa. Ważne żeby mi te cholerne druty wreszcie wyjęli.
Bo ostatnio moje córki mają nowe hobby. Polega ono na współzawodnictwie w konkurencji „kto pociągnie tatula tak mocno za palec, że zesra się z bólu”.
A jak się przy tym cholery słodko uśmiechają!
Dzisiaj,po kilku próbach,dodzwoniłem się do przychodni i okazało się,że akcja „ciągnięcie druta” jest, o dziwo, przewidziana na jutro.
Nie mogę się doczekać.
W ponurych szponach jesieni
Jeżeli rzeczywiście jesienna depresja nie jest mitem to niewątpliwe dorwała mnie w swoje szpony.
Bo jak inaczej nazwać ten stan odmóżdżenia i totalnego braku energii?
Codziennie wieczorem myślę sobie „Jak położymy dzieciaki spać to coś skrobnę”. Tyle,że kiedy te dwa małe tornada przestaną wreszcie wyć i „mielić” pościel w swoich łóżeczkach to już nie mam siły.
-Rano coś skrobnę- mruczę a potem pytam koleżankę małżonkę- Co tam u ciebie słychać?
To taki niby żart.
Niby.
Bo rzeczywiście jakoś tak równolegle toczy się to nasze życie. Albo, któreś z nas odsypia, albo zabawia dzieciaki podczas gdy to drugie próbuje ogarnąć chałupę... konfiguracji jest sporo,ale wszystkie sprowadzają się do ustawienia 1-2.
Czyli, któreś z rodziców na linii obrony a raczkujący duet w ataku.
No, nie do końca mi to futbolowe porównanie wyszło. Bo to tak jakby członkowie jednej drużyny grali przeciwko sobie.
Chociaż i tak się może zdarzyć- o czym doskonale wiedzą wierni kibice naszej kopanej reprezentacji.
Nabijałem się z niej bezlitośnie wiele razy, ale ostatnio to jedenastka Smudy prezentuje lepszą formę od mojej.
Taki jest sport. Takie życie, że pozwolę sobie oddać się filozoficznej refleksji.
Chciałbym móc usprawiedliwić się ,że cisza na blogu wynika z intensywnej pracy nad książką.
Ech... to tez przysiadło.
Chociaż pewna iskierka nadziei jest.
Kilka tygodni temu wydrukowałem wersję beta mojego potencjalnego bestseleru i dałem koleżance małżonce do zrecenzowania.
-Tylko wiesz, bez ściemy i taryfy ulgowej. Masz być bezlitosna- poprosiłem szczerze.
Z pełnym przeświadczeniem,że poza drobiazgami, lektura powali ja na kolana.
Dwa dni później usłyszałem:
-Przeczytałam pierwsze sześćdziesiąt stron...
-I co? I co?-uśmiechnąłem się zachęcająco.
-Chmmm... tak szczerze to nuda. Nie chce mi się dalej brnąć. brakuje solidnego umiejscowienia w czasie i przestrzeni. Chaotyczne...
Uśmiech zniknął z mojej twarzy.
Wiedziałem,że ma rację. Sam miałem podobne odczucia, ale łudziłem się,że to dlatego,iż jestem zmęczony tekstem.
-Kurczę a to jest część, w która włożyłem najwięcej pracy. To nie jest łatwa sprawa.
-Teraz to widzę. I rozumiem na czym polega różnica między blogerem a prawdziwym pisarzem.
Znowu miała rację.
Dlaczego one zawsze maja rację.
Zaczynałem mieć dosyć tej szczerości.
-I wiesz co mi się jeszcze nie podoba...
-Wiem!-przerwałem jej trochę niegrzecznie.-Tego się obawiałem. Mamy identyczne odczucia.
Jaki byłem naiwny ,że wystarczy za pomocą „ctrl+C” i „ctrl+V” przerobić blog na książkę.
Teraz zdałem sobie sprawę,że to z czym się mierzę przypomina raczej adaptację.
O dziwo ze słowa pisanego na słowo pisane, ale jednak.
-Słuchaj, zaznaczyłam ci co mi się podoba a co nie. Tam gdzie nic nie napisałam jest po prostu średnio.
Przejrzałem wydruk i z pewna ulgą zauważyłem,że tych lepszych fragmentów jest całkiem sporo.
Następne kilka wieczorów spędziłem na bezceremonialnych przeróbkach tekstu. Słabsze fragmenty bezlitośnie „zdeletowałem” a nowe rozdziały próbowałem budować na fragmentach określonych przez recenzentkę jako „świetne”lub „zajebiste”.
Wywaliłem cały wstęp i kilkanaście pierwszych stron.
W końcu miałem gotowy nowy wstęp i pierwsze dwa rozdziały.
Tym razem bardzo nieśmiało podsunąłem żonie plik kartek.
-Mam wrażenie,że wreszcie wychodzi tak jak chciałem,ale przeczytaj.
Godzinę później usłyszałem.
-Przeczytałam.
-I?
-Iiii...- zrobiła zatroskaną minę a moje serce zadrżało- Taką książkę chcę przeczytać!-wyszczerzyła się przekornie.
Najpierw się ucieszyłem a potem zdałem sobie sprawę ile jeszcze czeka mnie pracy nad tekstem, który tak niedawno naiwnie uważałem za skończony.
Bo jak inaczej nazwać ten stan odmóżdżenia i totalnego braku energii?
Codziennie wieczorem myślę sobie „Jak położymy dzieciaki spać to coś skrobnę”. Tyle,że kiedy te dwa małe tornada przestaną wreszcie wyć i „mielić” pościel w swoich łóżeczkach to już nie mam siły.
-Rano coś skrobnę- mruczę a potem pytam koleżankę małżonkę- Co tam u ciebie słychać?
To taki niby żart.
Niby.
Bo rzeczywiście jakoś tak równolegle toczy się to nasze życie. Albo, któreś z nas odsypia, albo zabawia dzieciaki podczas gdy to drugie próbuje ogarnąć chałupę... konfiguracji jest sporo,ale wszystkie sprowadzają się do ustawienia 1-2.
Czyli, któreś z rodziców na linii obrony a raczkujący duet w ataku.
No, nie do końca mi to futbolowe porównanie wyszło. Bo to tak jakby członkowie jednej drużyny grali przeciwko sobie.
Chociaż i tak się może zdarzyć- o czym doskonale wiedzą wierni kibice naszej kopanej reprezentacji.
Nabijałem się z niej bezlitośnie wiele razy, ale ostatnio to jedenastka Smudy prezentuje lepszą formę od mojej.
Taki jest sport. Takie życie, że pozwolę sobie oddać się filozoficznej refleksji.
Chciałbym móc usprawiedliwić się ,że cisza na blogu wynika z intensywnej pracy nad książką.
Ech... to tez przysiadło.
Chociaż pewna iskierka nadziei jest.
Kilka tygodni temu wydrukowałem wersję beta mojego potencjalnego bestseleru i dałem koleżance małżonce do zrecenzowania.
-Tylko wiesz, bez ściemy i taryfy ulgowej. Masz być bezlitosna- poprosiłem szczerze.
Z pełnym przeświadczeniem,że poza drobiazgami, lektura powali ja na kolana.
Dwa dni później usłyszałem:
-Przeczytałam pierwsze sześćdziesiąt stron...
-I co? I co?-uśmiechnąłem się zachęcająco.
-Chmmm... tak szczerze to nuda. Nie chce mi się dalej brnąć. brakuje solidnego umiejscowienia w czasie i przestrzeni. Chaotyczne...
Uśmiech zniknął z mojej twarzy.
Wiedziałem,że ma rację. Sam miałem podobne odczucia, ale łudziłem się,że to dlatego,iż jestem zmęczony tekstem.
-Kurczę a to jest część, w która włożyłem najwięcej pracy. To nie jest łatwa sprawa.
-Teraz to widzę. I rozumiem na czym polega różnica między blogerem a prawdziwym pisarzem.
Znowu miała rację.
Dlaczego one zawsze maja rację.
Zaczynałem mieć dosyć tej szczerości.
-I wiesz co mi się jeszcze nie podoba...
-Wiem!-przerwałem jej trochę niegrzecznie.-Tego się obawiałem. Mamy identyczne odczucia.
Jaki byłem naiwny ,że wystarczy za pomocą „ctrl+C” i „ctrl+V” przerobić blog na książkę.
Teraz zdałem sobie sprawę,że to z czym się mierzę przypomina raczej adaptację.
O dziwo ze słowa pisanego na słowo pisane, ale jednak.
-Słuchaj, zaznaczyłam ci co mi się podoba a co nie. Tam gdzie nic nie napisałam jest po prostu średnio.
Przejrzałem wydruk i z pewna ulgą zauważyłem,że tych lepszych fragmentów jest całkiem sporo.
Następne kilka wieczorów spędziłem na bezceremonialnych przeróbkach tekstu. Słabsze fragmenty bezlitośnie „zdeletowałem” a nowe rozdziały próbowałem budować na fragmentach określonych przez recenzentkę jako „świetne”lub „zajebiste”.
Wywaliłem cały wstęp i kilkanaście pierwszych stron.
W końcu miałem gotowy nowy wstęp i pierwsze dwa rozdziały.
Tym razem bardzo nieśmiało podsunąłem żonie plik kartek.
-Mam wrażenie,że wreszcie wychodzi tak jak chciałem,ale przeczytaj.
Godzinę później usłyszałem.
-Przeczytałam.
-I?
-Iiii...- zrobiła zatroskaną minę a moje serce zadrżało- Taką książkę chcę przeczytać!-wyszczerzyła się przekornie.
Najpierw się ucieszyłem a potem zdałem sobie sprawę ile jeszcze czeka mnie pracy nad tekstem, który tak niedawno naiwnie uważałem za skończony.
czwartek, 11 listopada 2010
Podpiszcie petycję
Wczoraj podpisałem petycję (link jest na pasku bocznym i na Facebooku) napisaną w obronie praw obywateli RP -tych urodzonych dzięki in vitro jak i zwolenników tej metody leczenia bezpłodności. Zdaniem autorów owe prawa są łamane przez coraz bardziej agresywne ataki hierarchów kościelnych.
Oto jej fragment:
„Nie jest to petycja wspierająca metodę in vitro, to jedynie apel o nie upadlanie osób borykających się z problemem niepłodności oraz dzieci poczętych metodą in vitro. To prośba do Rzeczników Praw Obywatelskich i Praw Dziecka o reakcję na język używany przez osoby publiczne: "dzieci z probówki", "mordercy", "metody weterynaryjne", "forma aborcji" oraz wiele innych, które są niczym innym jak psychicznym upadlaniem wielu obywateli tego kraju”.
Okazuje się jednak ,że nie tylko hierarchowie momentami jadą po bandzie. Kilka dni temu w Bydgoszczy odbyła się konferencja "In vitro - szansa czy zagrożenie?". Zorganizowana przez izbę lekarską. Szef izby teraz tłumaczy się ,że nie wiedział o jej jednostronnym charakterze. Otóż w Bydgoszczy pojawili się wyłącznie przeciwnicy zapłodnienia pozaustrojowego. To ich prawo,ale już komentarz jej głównego organizatora- profesora Władysława Sinkiewicza, szefa komisji bioetycznej w Bydgoskiej Izbie Lekarskiej- już chyba naruszają dobre imię całkiem sporej liczby osób. Porównał on medycynę do weterynarii. Jego zdaniem w klinikach hoduje się ludzi tak jak zwierzęta. Mówił też, że ” Lekarz powinien być obrońcą słabszych, a ginekolog wykonujący in vitro jest twórcą, selekcjonerem i producentem”.
No pięknie. Może panu profesorowi umknęło,że człowiek jako ssak właśnie do zwierząt się zalicza. Tego jak pogardliwie w tym kontekście brzmi określenie „lekarz weterynarii” nawet nie skomentuję. Kolejny nadczłowiek w białym kitlu przekonany o „najmojszości” własnych racji.
Tym bardziej ucieszyła mnie owa petycja, która nie jest „za in vitro” tylko przeciw „złu w imię dobra”. Przeciw arogancji, ignorancji, zapiekłości, złej woli, umysłowemu lenistwu... długo można by wymieniać. A kolejny jaskrawy przykład to ilość podpisów „przeciw” tej petycji i treść komentarzy napisanych przez jej przeciwników. Autorów petycji zastanowiło to jak wielu ma ona przeciwników. Zadali sobie trud przyjrzenia się niektórym wpisom i okazało się,że większość jest ze Szczecina.
Okazało się, że pewien ksiądz rozsyła do wiernych tysiące listów namawiając ich do głosowania przeciw następującymi słowami:
„Wysłałem z tysiąc e-maili, a ruchu w petycji prawie żadnego. No chyba że nie otwieramy poczty. Czy Szczecin w którym jest największy Marsz dla Życia w Polsce nie potrafi zebrać kilku tysięcy głosów odrzucających petycję środowisk aborcyjnych. Nie dam wam spokoju - albo jesteśmy za życiem albo przeciw. Zagłosuj Nie NIE POPIERAM PETYCJI i koniecznie poniższą wiadomość roześlij po swoich znajomych nieaborcyjnych. Jeżeli jesteś innej orientacji e-mailem daj mi znać to zrobię Delete abym miał więcej miejsca na poczcie, a ty spokój ( nie święty )”.
A oto kolejny, dający do myślenia komunikat ks. Tomasza Kancelarczyka
„Pilna sprawa.
Środowisko aborcyjne konstruuje petycję do Rzecznika Praw Obywatelskich w sprawie in vitro. Koniecznie trzeba temu przeciwdziałać. Dlatego proszę Ciebie o głos PRZECIW. Koniecznie z potwierdzeniem głosu na swojej poczcie”.
To,że ksiądz nie zrozumiał idei petycji niespecjalnie mnie dziwi i niespecjalnie mnie rusza. Natomiast określenie „środowiska aborcyjne” traktuję jako obraźliwe i kłamliwe. Znowu „zło w imię dobra”? Komuniści chcieli „walczyć o pokój”-to też brzmiało absurdalnie.
Oto adres do petycji:
http://www.petycje.pl/petycjePodglad.php?petycjeid=5891
Oto jej fragment:
„Nie jest to petycja wspierająca metodę in vitro, to jedynie apel o nie upadlanie osób borykających się z problemem niepłodności oraz dzieci poczętych metodą in vitro. To prośba do Rzeczników Praw Obywatelskich i Praw Dziecka o reakcję na język używany przez osoby publiczne: "dzieci z probówki", "mordercy", "metody weterynaryjne", "forma aborcji" oraz wiele innych, które są niczym innym jak psychicznym upadlaniem wielu obywateli tego kraju”.
Okazuje się jednak ,że nie tylko hierarchowie momentami jadą po bandzie. Kilka dni temu w Bydgoszczy odbyła się konferencja "In vitro - szansa czy zagrożenie?". Zorganizowana przez izbę lekarską. Szef izby teraz tłumaczy się ,że nie wiedział o jej jednostronnym charakterze. Otóż w Bydgoszczy pojawili się wyłącznie przeciwnicy zapłodnienia pozaustrojowego. To ich prawo,ale już komentarz jej głównego organizatora- profesora Władysława Sinkiewicza, szefa komisji bioetycznej w Bydgoskiej Izbie Lekarskiej- już chyba naruszają dobre imię całkiem sporej liczby osób. Porównał on medycynę do weterynarii. Jego zdaniem w klinikach hoduje się ludzi tak jak zwierzęta. Mówił też, że ” Lekarz powinien być obrońcą słabszych, a ginekolog wykonujący in vitro jest twórcą, selekcjonerem i producentem”.
No pięknie. Może panu profesorowi umknęło,że człowiek jako ssak właśnie do zwierząt się zalicza. Tego jak pogardliwie w tym kontekście brzmi określenie „lekarz weterynarii” nawet nie skomentuję. Kolejny nadczłowiek w białym kitlu przekonany o „najmojszości” własnych racji.
Tym bardziej ucieszyła mnie owa petycja, która nie jest „za in vitro” tylko przeciw „złu w imię dobra”. Przeciw arogancji, ignorancji, zapiekłości, złej woli, umysłowemu lenistwu... długo można by wymieniać. A kolejny jaskrawy przykład to ilość podpisów „przeciw” tej petycji i treść komentarzy napisanych przez jej przeciwników. Autorów petycji zastanowiło to jak wielu ma ona przeciwników. Zadali sobie trud przyjrzenia się niektórym wpisom i okazało się,że większość jest ze Szczecina.
Okazało się, że pewien ksiądz rozsyła do wiernych tysiące listów namawiając ich do głosowania przeciw następującymi słowami:
„Wysłałem z tysiąc e-maili, a ruchu w petycji prawie żadnego. No chyba że nie otwieramy poczty. Czy Szczecin w którym jest największy Marsz dla Życia w Polsce nie potrafi zebrać kilku tysięcy głosów odrzucających petycję środowisk aborcyjnych. Nie dam wam spokoju - albo jesteśmy za życiem albo przeciw. Zagłosuj Nie NIE POPIERAM PETYCJI i koniecznie poniższą wiadomość roześlij po swoich znajomych nieaborcyjnych. Jeżeli jesteś innej orientacji e-mailem daj mi znać to zrobię Delete abym miał więcej miejsca na poczcie, a ty spokój ( nie święty )”.
A oto kolejny, dający do myślenia komunikat ks. Tomasza Kancelarczyka
„Pilna sprawa.
Środowisko aborcyjne konstruuje petycję do Rzecznika Praw Obywatelskich w sprawie in vitro. Koniecznie trzeba temu przeciwdziałać. Dlatego proszę Ciebie o głos PRZECIW. Koniecznie z potwierdzeniem głosu na swojej poczcie”.
To,że ksiądz nie zrozumiał idei petycji niespecjalnie mnie dziwi i niespecjalnie mnie rusza. Natomiast określenie „środowiska aborcyjne” traktuję jako obraźliwe i kłamliwe. Znowu „zło w imię dobra”? Komuniści chcieli „walczyć o pokój”-to też brzmiało absurdalnie.
Oto adres do petycji:
http://www.petycje.pl/petycjePodglad.php?petycjeid=5891
środa, 10 listopada 2010
Zagubieni w czasie

Przepełnia mnie nienawiść.
Jak ja cholernie nienawidzę!
Mimo,że na ogół nienawidzę nienawidzić.
A jednak Benjamin Franklin podpadł mi tak okrutnie, że ma facet prawdziwe szczęście, że nie ma go już na tym padole łez i rozpaczy.
Bo za krzywdę, którą mi wyrządził zemścił bym się srodze.
Za zniweczenie wysiłków, zrujnowanie marzeń.
Marzeń o słodkim, długim śnie.
Otóż kiedy ów, tak szanowany, mąż stanu był ambasadorem we Francji wyliczył koszty używania świec i namawiał Francuzów do zmiany rytmu dnia.
Francuzi do jego rewelacji podeszli bez entuzjazmu za to Niemcy w 1916 r. skorzystali z jego rad.
Tyle,że i szło już nie o świece a o oszczędność prądu. A potem już poszło- Anglicy i Amerykanie.
A w latach 1946-49 Polacy.
I okazuje się,że było coś dobrego w mrocznych latach systemu słusznie minionego bo między 1965 a 1976 naród żył bez przestawiania zegarków.
A potem znowu zgłupiał.
I na nic eksperymenty wykazujące,że zmiana czasu nie daje żadnych oszczędności. Za to skutecznie rozregulowuje zegary biologiczne co może mieć poważne następstwa zdrowotne.
Ale do rzeczy.
Zmianę czasu, która sprawia,że możemy pospać dłużej na ogół przyjmujemy bez większego kwękania. Bo w końcu jest to jakaś wymierna korzyść.
Podobnie było i tym razem. Jakoś w ogóle nie przyszło nam do głowy, że tym razem ów pozorny zysk będzie ciosem nożem w plecy.
Od jedenastu miesięcy walczymy o każdy kwadrans spokojnego snu.
Bo księżniczki ze szkiełka kimają dokładnie na zakładkę.
Kiedy jedna otwiera wyspane oczęta to druga właśnie trze ślepia i zaczyna jej opadać głowa.
W nocy jest trochę lepiej,ale jak nie ząbkowanie to katar sprawiają, że mimo iż obie córy pokazały,że mogą smacznie przespać całą noc to nigdy nie jest to ta sama noc dla obu.
Tak jakby psiakrew rozpisały sobie precyzyjny grafik i bardzo skrupulatnie się go trzymały.
A jednak powoli sytuacja się poprawiała. Kosztem kilkunastu nieprzespanych nocy odzwyczailiśmy pociechy od nocnego karmienia a potem mozolnie pracowaliśmy na tym aby wstawały coraz później.
I powoli, krok za krokiem zamiast o 5.00 zacząłem wstawać o 5.10, 5.15, 5.20.... a potem osiągnęliśmy szóstą by po kolejnych tygodniach „złamać' barierę godziny siódmej.
I kiedy przez kilka dni zaczęliśmy znowu czuć się jak ludzie wtrącił się ten pieprzony Franklin.
Cholerny racjonalizator, który sprawił, że w ciągu jednej nocy cofnęliśmy się w czasie o kilka tygodni.
To znaczy my- rodzice.
Bo dzieci odmówiły zmiany strefy czasowej.
I gdybyż to oznaczało życie w światach równoległych!
Wtedy każdy spałby spokojnie w swoim uniwersum.
Niestety teraz codziennie, jeszcze przed szóstą dochodzi do kosmicznej katastrofy i ze zgrzytem i łoskotem zderzają się ze sobą dwie potężne fale czasu.
I jakimś cholernym zrządzeniem losu kulminacja tego kosmicznego tsunami następuje w naszej sypialni.
Co rano o 5.40 gdy świat, otulony szarością jesiennym mgieł właśnie przewraca się pod ciepłą kołdrą na drugi bok, budzą mnie dwie syreny.
I nie mam tu na myśli pieszczot w wykonaniu zalatujących zapachem wodorostów cycatych lasek z rybimi ogonami.
Nie, myślę o takich niewielkich urządzeniach z małą korbką,które służą do robienia piekielnego hałasu.
Wycia, które kojarzy z się z szalejącymi płomieniami, eksplozjami,wyciem nurkujących bombowców i rykiem silników czołgów miażdżących gąsienicami wszystko na swojej drodze.
W takim klimacie oldskulowego pola walki nie jest łatwo wstać w dobrym nastroju.
Zastanawiam się nawet czy nie wytłumaczyć naszym aniołkom zagłady, że świat poszedł już dalej.
Działania zbrojne wyglądają już inaczej, że samoloty bezzałogowe,że komputery, że precyzyjne , sterowane pociski,że siły specjalne, że minimalizacja strat wśród ludności cywilnej...
piątek, 5 listopada 2010
Czerwone marzenie
W sobotę, po przebudzeniu bałem się otworzyć oczy.
Leżałem przez chwilę kontemplując panująca w domu ciszę.
W końcu jednak ostrożnie zamrugałem.
I... nic. Jakimś cudem głowa mi nie popękała i nie rozsypała się na tysiące kawałków.
Całe szczęście- pomyślałem- koleżanka małżonka nie byłaby zadowolona gdyby musiała sprzątać ten bałagan.
W sumie, po stracie głowy, byłoby mi raczej wszystko jedno,ale gniew małżonki to i tak rzecz straszna.
Zwłaszcza dla kogoś z mocno wyeksploatowaną głową.
Tydzień wcześniej zadzwonił mój ulubiony „cholesterolowy ateista” z zaproszeniem na swoje urodziny.
Na szczęście, dla mojej głowy, nie jakieś superokrągłe, ale i tak słuszne.
Bardzo się ucieszyłem bo dawno się nie widzieliśmy a od wspólnej konsumpcji napojów dozwolonych od lat osiemnastu minęło sporo czasu.
-Zapraszam was do „Winomanii”- ta informacja jeszcze bardziej mnie ucieszyła.
Bo ja bardzo lubię wino. Zwłaszcza czerwone.
A ostatnio jakby los zawziął się by przetestować moją wytrzymałość.
Bo albo zamiast trunku trzeba kupić pieluchy, kremiki, i inne bambaryłkowe gadżety albo do obiadu akurat pasuje wino białe, albo jest akurat moja kolej na pełnienie kierowniczej roli.
To znaczy kierowanie samochodem pełnym opitych winem, oczywiście czerwonym, przyjaciół.
A kiedy wreszcie z butlą ulubionego trunku i z deklaracją małżonki „dzisiaj ja prowadzę” udajemy się do przyjaciół to okazuje się, że „specjalnie dla naszego Garbuska kupiliśmy takie pyszne lokalne piwko”.
Żebyśmy się dobrze zrozumieli- ja nie narzekam, tylko naświetlam sytuację.
Bo piwko było przednie.
Nie chciałbym też żebyście pomyśleli,że ostatnio nie robimy nic innego tylko imprezujemy.
Wręcz przeciwnie.
Po prostu zagęszczam trochę chronologię wydarzeń. Rozciągniętych w czasie niczym amatorski peleton na górskim etapie wyścigu.
Albo grupa studentów trzeciego roku podczas testu Coopera.
Jednym słowem od miesięcy nie mogłem się doczekać kiedy tianiny i garbniki zatańczą walca z moimi kubkami smakowymi.
No i zatańczyły.
Tyle,że flamenco.
I to jakie.
Co kilka minut na stół wjeżdżała kolejna karafka z trunkiem a właściciel lokalu raczył nas barwną opowieścią na temat jego walorów, historii, specyfiki, winnicy, regionu winiarskiego.
Jak już kiedyś pisałem trzeba uważać z marzeniami ponieważ mogą się spełnić.
Ja poczułem się usatysfakcjonowany już przy trzeciej karafce wybornego, i zapewne cholernie drogiego, hiszpańskiego wina z lekkim posmakiem czekolady.
Degustacja jednak dopiero się rozkręcała.
Przy każdym kolejnym kieliszku patrzyłem z wyrzutami sumienia na skazaną na abstynencję kierowniczkę małżonkę. Ona jednak kiwała ze zrozumieniem głową i mruczała wyrozumiale:
-Należy ci się.
W końcu jednak uznałem, że nawet moja atencja dla tych wytrawnych pyszności powinna ustąpić miejsca resztkom zdrowego rozsądku.
I kiedy już postanowiłem, że „teraz to już naprawdę ani kropli” usłyszałem:
-A na zakończenie mam dla państwa coś specjalnego. Wino, które udaje się zrobić tylko raz na kilka lat przy bardzo specyficznych warunkach. Wino białe mimo, mimo że zrobione ze szczepu merlot.
Niezwykłe niemieckie „eiswein” !
No i moje kubki smakowe usłyszały:
-A teraz panie proszą panów! Czy zechcą panowie zatańczyć polkę?
Leżałem przez chwilę kontemplując panująca w domu ciszę.
W końcu jednak ostrożnie zamrugałem.
I... nic. Jakimś cudem głowa mi nie popękała i nie rozsypała się na tysiące kawałków.
Całe szczęście- pomyślałem- koleżanka małżonka nie byłaby zadowolona gdyby musiała sprzątać ten bałagan.
W sumie, po stracie głowy, byłoby mi raczej wszystko jedno,ale gniew małżonki to i tak rzecz straszna.
Zwłaszcza dla kogoś z mocno wyeksploatowaną głową.
Tydzień wcześniej zadzwonił mój ulubiony „cholesterolowy ateista” z zaproszeniem na swoje urodziny.
Na szczęście, dla mojej głowy, nie jakieś superokrągłe, ale i tak słuszne.
Bardzo się ucieszyłem bo dawno się nie widzieliśmy a od wspólnej konsumpcji napojów dozwolonych od lat osiemnastu minęło sporo czasu.
-Zapraszam was do „Winomanii”- ta informacja jeszcze bardziej mnie ucieszyła.
Bo ja bardzo lubię wino. Zwłaszcza czerwone.
A ostatnio jakby los zawziął się by przetestować moją wytrzymałość.
Bo albo zamiast trunku trzeba kupić pieluchy, kremiki, i inne bambaryłkowe gadżety albo do obiadu akurat pasuje wino białe, albo jest akurat moja kolej na pełnienie kierowniczej roli.
To znaczy kierowanie samochodem pełnym opitych winem, oczywiście czerwonym, przyjaciół.
A kiedy wreszcie z butlą ulubionego trunku i z deklaracją małżonki „dzisiaj ja prowadzę” udajemy się do przyjaciół to okazuje się, że „specjalnie dla naszego Garbuska kupiliśmy takie pyszne lokalne piwko”.
Żebyśmy się dobrze zrozumieli- ja nie narzekam, tylko naświetlam sytuację.
Bo piwko było przednie.
Nie chciałbym też żebyście pomyśleli,że ostatnio nie robimy nic innego tylko imprezujemy.
Wręcz przeciwnie.
Po prostu zagęszczam trochę chronologię wydarzeń. Rozciągniętych w czasie niczym amatorski peleton na górskim etapie wyścigu.
Albo grupa studentów trzeciego roku podczas testu Coopera.
Jednym słowem od miesięcy nie mogłem się doczekać kiedy tianiny i garbniki zatańczą walca z moimi kubkami smakowymi.
No i zatańczyły.
Tyle,że flamenco.
I to jakie.
Co kilka minut na stół wjeżdżała kolejna karafka z trunkiem a właściciel lokalu raczył nas barwną opowieścią na temat jego walorów, historii, specyfiki, winnicy, regionu winiarskiego.
Jak już kiedyś pisałem trzeba uważać z marzeniami ponieważ mogą się spełnić.
Ja poczułem się usatysfakcjonowany już przy trzeciej karafce wybornego, i zapewne cholernie drogiego, hiszpańskiego wina z lekkim posmakiem czekolady.
Degustacja jednak dopiero się rozkręcała.
Przy każdym kolejnym kieliszku patrzyłem z wyrzutami sumienia na skazaną na abstynencję kierowniczkę małżonkę. Ona jednak kiwała ze zrozumieniem głową i mruczała wyrozumiale:
-Należy ci się.
W końcu jednak uznałem, że nawet moja atencja dla tych wytrawnych pyszności powinna ustąpić miejsca resztkom zdrowego rozsądku.
I kiedy już postanowiłem, że „teraz to już naprawdę ani kropli” usłyszałem:
-A na zakończenie mam dla państwa coś specjalnego. Wino, które udaje się zrobić tylko raz na kilka lat przy bardzo specyficznych warunkach. Wino białe mimo, mimo że zrobione ze szczepu merlot.
Niezwykłe niemieckie „eiswein” !
No i moje kubki smakowe usłyszały:
-A teraz panie proszą panów! Czy zechcą panowie zatańczyć polkę?
czwartek, 4 listopada 2010
Głupia sprawa

Dostałem ostatnio link do artykułu w tabloidzie, w którym wypowiada się matka bliźniaków z in vitro.
Była opisana jako matka „dwojga bliźniaków”. Nigdy nie słyszałem o „trojgu” bliźniakach, ale może się nie znam.
Nie to jednak wywołało moją konsternację.
Otóż kobieta owa nie może sobie wybaczyć tego, że zdecydowała się na in vitro.
Twierdzi,że wtedy nie wiedziała,że zapłodnienie pozaustrojowe to „samo zło” a teraz jej dzieci urodzone dzięki tej metodzie są dla niej chodzącymi wyrzutami sumienia.
Tym razem jakoś trudno mi się zdobyć na wyrozumiałość.
Jak można poddać się tak długotrwałej i skomplikowanej terapii nic o niej nie wiedząc?
Jakim trzeba być człowiekiem by mówić o tym, że żałuje się narodzin dzieci?
Bohaterka owego artykułu jest wdową po pośle z ugrupowania uważającego, że ma monopol na prawdę i sprawiedliwość.
I do tego nawiązała większość internautów komentujących moralne rozterki pani, która uznała za stosowne podzielić się nimi z czytelnikami arcyopiniotwórczej gazety.
Komentarze krytyczne są swoją drogą są utrzymane w zaskakująco rozsądnym tonie. Uszczypliwe lecz kulturalne i bez jadu.
Co też o czymś świadczy ponieważ przeciwnicy in vitro posługują się najczęściej innym językiem.
Kilka osób wspomniało o tym,że współczuje dzieciom takiej matki.
A ktoś wrzucił link do blogu prowadzonego przez ową „udręczoną wyrzutami sumienia” osobę.
Po kilku linijkach straciłem ochotę na dalszą lekturę. Plucie jadem i wycieczki osobiste do członków rodziny. Jednym słowem coś naprawdę smutnego i żenującego.
Wróciłem więc do lektury komentarzy bo to było znacznie bardziej interesujące zajęcie.
Internauci powątpiewali czy nasza antybohaterka ma świadomość tego ,że podczas naturalnej prokreacji również giną zarodki.
Szczerze wątpię bo jej wywody porażały brakiem wiedzy i … brakiem … kurcze no brakiem wszystkiego po prostu. A głównie dobrego smaku i rozsądku.
Owo zagadnienie „śmiertelności zarodków” zainspirowało wiele komentarzy.
Ale szczególnie jeden powalił mnie na garbate kolańska.
W moim prywatnym rankingu mistrzów czarnego humoru na pierwsze miejsce wskoczyła osoba, która koniecznie chciała wiedzieć dlaczego osoby walczące o prawa zarodków nie postulują również wypłacania zasiłków pogrzebowych w przypadku ich śmierci.
To pozornie obrazoburcze i prowokacyjne pytanie dotyka tak wielu zagadnień i problemów, na tak wielu poziomach, że po prostu chylę czoła.
Za odwagę i bezkompromisowość w wyrażaniu własnych myśli.
Subskrybuj:
Posty (Atom)