czwartek, 9 czerwca 2011

Sinusoida

Koleżanka małżonka wyczytała ostatnio, że mężczyźni, którym brakuje snu mają mniej testosteronu. Dodała do tego jeszcze komentarz, którego tutaj nie przytoczę.
Bo nie.
W każdym razie może to dlatego moje pióro, czy klawiatura raczej, zrobiło się trochę obłe.
Znaczy przytępiło się co nieco.
O tylu rzeczach kiedyś pisałem. Poruszałem tyle spraw.
A teraz za każdym razem gdy do pisania siadam to o spaniu chcę napisać. Tyle,że jestem zbyt nieprzytomny by myśli zebrać i albo tekstu nie jestem w stanie dokończyć,albo uznaję ,że jest słaby albo zapomnę go na blog wrzucić a po6tem nie pamiętam gdzie go zapisałem.
Kurcze normalnie chyba mi się jakaś renta należy.
O kciuku już nie wspomnę.
Nauczyłem się już dawni,że jak trafi się kilka dobrze przespanych nocy to lepiej się nie cieszyć. A już po żadnym warunkiem nie wolno o tym głośno mówić.
A już publiczne chwalenie się to doprawdy proszenie się o kłopoty.
Wspominałem już,że jestem głupi?
No właśnie.
Zawsze miałem kłopoty z matematyką,ale co to jest sinusoida akurat doskonale rozumiem.
A jednak zawsze dam się nabrać.
Jak frajer.
-Kurczę, całkiem nieźle ostatnio nocki wyglądają nie?-zagadnąłem koleżankę małżonkę podczas porannego golenia.
To znaczy żeby nie było niedomówień to ja się goliłem podczas gdy ładniejsza połowa naszego małżeństwa odprawiała te wszystkie swoje poranne rytuały mające pogłębić przepaść pomiędzy jej wyglądem a moim.
-Nooo- odpowiedziała ostrożnie.
Bo chociaż z matematyki jest jeszcze gorsza niż ja to pamięć ma chyba lepszą i o sinusoidzie pamięta.
-No bo patrz, właściwie wystarczy tylko jednej dać koło piątej butle mleka a drugą przed siódma przytulić i to właściwie wszystko.
-Nooo...-rozgadała się żona.
-Fajnie nie?-zapytałem retorycznie-Chociaż pewnie za wcześnie by się cieszyć?
-Nooo...
Czy ona próbuje mi coś dać do zrozumienia?
-Ale co, nie jest źle, nie?
-Misiek!-jej ostry ton przywołał mnie do porządku i poprawił pamięć.
-Tak, tak sinusoida- mruknąłem potulnie i poszedłem otworzyć drzwi niani.
Wtedy nie wiedziałem jeszcze jak ciężka będzie następna noc.
Bo była. Nie opiszę tego dokładniej bo minęło kilka dni i najwyraźniej zadziałał mechanizm wyparcia.
Nie pamiętam już szczegółów po prostu.
Kilka następnych nocy też było dosyć meczących.
W końcu w swojej desperacji postanowiliśmy „zamęczyć małe gadziny”.
Mimo,że cały dzień były na dworze z nianią zaraz po powrocie z pracy zabraliśmy je nad jezioro na naprawdę długi spacer.
W drodze powrotnej były nieprzytomne i zaczęły nam zasypiać w wózku.
-Psiakrew nie możemy na to pozwolić!-jęknęła koleżanka małżonka i zaczęła je zabawiać podszczypywać ,łaskotać, zagadywać i tarmosić.
Oraz dopytywać się czy naprawdę nie da się szybciej pchać tego cholernego wózka.
Nie dało się bo strasznie dokuczała mi stopa, którą za przyczyną naszego majstra prawie dwa lata temu konałem w krzesło.
Opisywałem to zdarzenie obszernie, a jednak gdy dotarło do mnie,że to „już prawie dwa lata” to lekko osłupiałem. Kiedy to minęło? Jeżeli czas w takim tempie będzie mi umykał to zanim się zorientuję sam będę na wózku wożony. A browara trzeba będzie mi będzie podawać dożylnie chyba.
Tak mnie to ruszyło,że zdjąłem japonki i nie zważając na ból stopy pogalopowałem z wózkiem do domu.
„Muszę zdążyć się wyspać zanim mnie starość dopadnie” myślałem plaskając bosymi stopami po rozgrzanym asfalcie.
Szybko plaskałem. Naprawdę szybko.
Koleżanka małżonka już po chwili została z tyłu.
Poczułem lekką satysfakcję, która jednak zniknęła gdy zauważyłem kiwające się na boki główki pociech.
„Nic to zaraz dobiegnę do furtki i szczekanie naszych psów je obudzi”-pomyślałem i zwiększyłem częstotliwość plaskania.
Au.
Au.Au.Au.
Nasza droga to nie jest bynajmniej równy, gładki „dywanik asfaltowy”.
Dobiegłem pod dom i z fasonem, w lekkim poślizgu, zatrzymałem wózek kilka centymetrów przed nosem naszej ,wielkiej i zazwyczaj hałaśliwej, suki.
Zmarszczyła go lekko i leniwie machnęła ogonem.
Raz.
Spojrzałem wyczekująco na naszego mistrza jojczenia, króla szczeku i cesarza wycia rasy husky.
Dyszał patrząc na mnie swoim obojętnym wzrokiem.
No tak te „głupie ludzkie sprawy”. On jest ponadto.
Po chwili nabiegła koleżanka małżonka i wtargaliśmy przelewające się przez ręce dzieci do domu.
-No laski a teraz do wanienki, do waszych gumowych kaczuszek, potem mleczko i do łóżek-przedstawiłem im swoją propozycję harmonogramu tego uroczego wieczoru.
Przytaknęły ochoczo główkami i podreptały do łazienki.
A potem zrealizowaliśmy plan pracy.
Problemy zaczęły się przy realizacji ostatniego punktu.
Tego o spaniu w łóżeczkach.
Najwyraźniej do pełnej regeneracji wystarczyło i m te kilka minut snu wózku.
Walczyliśmy z nimi do 22.00.
W końcu padły.
Zmordowany zrobiłem kanapki, otworzyłem nam po piwie i usiedliśmy na balkonie.
Był cudownie ciepły wieczór.
-No po czymś takim to chyba będą spały do rana-spróbowałem zaklinania rzeczywistości.
Zmęczenie i piwo szybko zagoniły nas do łóżka. Padliśmy przed 23.00.
Bajkowy „sen o śnie” skończył się o 4.26.
Obudziło mnie wycie starszej córki. Utuliłem, pogłaskałem i zaniosłem do naszego łóżka.
Wtuliła się w poduszkę i zamknęła oczy.
Wtedy „odpaliła” druga. Jej natarczywe zawodzenie można było przetłumaczyć mniej więcej tak:
„Kelner! Mleko !!! BIEGIEM!!!”.
No to pobiegłem.
Wróciłem wcisnąłem w łapy mleko i powlokłem się do łóżka.
Położyłem głowę na poduszkę i próbowałem zasnąć.
Coś było nie tak.
Ostrożnie otworzyłem oczy.
Tak żeby broń boże nie zrobić hałasu.
I napotkałem świdrujące spojrzenie drugiej pociechy.
Chociaż określenie „pociechy” w tym kontekście trąci lekką ironią.
Spojrzenie owo mówiło wyraźnie co dziecko sądzi o ojcu, który jedną córkę poi mlekiem a drugiej pozwala konać z głodu.
W jej gardle narastało oskarżające wycie.
Zerwałem się i „poplaskałem” świńskim truchtem po drugą butlę.
Kiedy wróciłem okazało się,że druga córa już skończyła konsumpcję i też przyszła do naszego łóżka.
Wtedy już wiedziałem,że nie pośpię.
Zatkałem butelką dziób jednej a drugą przytuliłem do boku i desperacko próbowałem błyskawicznie zasnąć.
Sen jakoś nie przychodził.
Ciekawe czemu?
Czyżby przyczyną mogło być to,że jedna z córek walnęła mnie czołem w łuk brwiowy, druga kopała obunóż w splot słoneczny, mleko z butelki rozlało się po pościeli a dzieci śmiały się radośnie?
Niemożliwe.
Przecież była PIĄTA RANO!!!

4 komentarze:

  1. Na coś takiego czekałam!
    Przygód nie zazdroszczę, szczególnie że jestem patologicznym śpiochem ale kasa postu- mistrzowska!!
    pozdrawiam,
    Magdalena :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak ja to wszystko dobrze pamiętam! A moje najmłodsze dziecko zaraz skończy 25 lat. I czasem też nie pozwala spokojnie zasnąć ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. O nie! Wiem że dzieci mają dziwną zdolność regeneracji, ale Garbaty litości, nie strasz mnie. Mój dublet padał ze zmęczenia na ryjki - wykąpane, nakarmione od 40 minut pieją do siebie. Nie strasz że gorzej będzie, rozbisurmaniona jestem, tak ładnie przesypiały do niedawna noce... Teraz jakby przez pół nocy buszują, ale to pewnie te cholerne zęby. Tak, to muszą być zęby!

    OdpowiedzUsuń
  4. HI hi hi , to nie zęby :)))

    OdpowiedzUsuń