Deficyt snu to jedno a potrzeba by czasem pobyć samemu ze sobą to drugie. Należę do ludzi, którzy czasem potrzebują trochę samotności.
Ponieważ zawsze wstawałem wcześniej niż koleżanka małżonka to nie było z tym problemów.
Niestety teraz rano wstaję razem z tłumem rozgadanych i szalenie absorbujących dziewcząt.
To nawet miłe,ale jednak brakuje chwili dla siebie.
Ostatni, któregoś ranka otworzyłem oczy i poczułem się dziwnie.
Jeszcze nie rozbudzony do końca zastanawiałem się o co chodzi.
Leżałem wsłuchiwałem się w ciche oddechy żony i córek i wpatrywałem się w zegarek, który wskazywał za kwadrans siódmą.
Momentalnie otrzeźwiałem i bezszelestnie zsunąłem się z łóżka na podłogę. Przy takiej technice sprężyny materaca prawie nie skrzypią.
Wstałem i stąpając na palcach przekradłem się do kuchni.
Nastawiłem czajnik i już po chwili z kubkiem kawy rozpuszczalnej rozkoszowałem się na balkonie chwilą spokoju.
Spokoju to nie znaczy ciszy.
Ranek był chłodny,ale w przyrodzie trwała gorączkowa krzątanina. W powietrzu było aż gęsto od kwiczołów, szpaków, rudzików i innej skrzydlatej hołoty, która była zajęta polowaniem na rozmaite owady i dostarczaniem ich zwłok prosto do dziobów swoich pociech.
Prawdziwa kotłowanina.
Ranek był naprawdę chłodny i szybko zacząłem marznąć ,ale mimo zziębniętych bosych stóp nie zamierzałem wracać do domu żeby nie tracić ani jednej z tych bezcennych sekund kiedy nikt niczego ode mnie nie chce.
Bo rano gorączkowa krzątanina przed wyjazdem do pracy, potem praca, potem powrót i zajmowanie się dzieciakami, potem jakaś robota domowa, sprzątnie, ogarnianie , niespokojny przerywany sen i tak w kółko.
Doszło do tego,że niedawno wracając do domu pojechałem kawałek dalej, stanąłem na parkingu, odchyliłem oparcie fotela i zasnąłem.
I nie przeszkadzały mi ani przejeżdżające obok samochody, ani przechodzący obok ludzie ani słońce świecące prosto w oczy.
To była raczej krótka drzemka, ale poczułem,że została przekroczona jakaś granica.
A jednak tego ranka zamiast kwadransa snu wybrałem dygotanie na balkonie.
Patrzyłem na szpaki, które na zmianę dostarczały do swoich budek złowione owady.
I widziałem jak sprawnie im to idzie. Gdybym ja z takim zapałem biegł rano po butelki z mlekiem to skończyłoby się to tym,że dzieciaki obudziłby huk jaki towarzyszy przekraczaniu bariery dźwięku.
A jednak dla piskląt ciągle było za wolno, za mało, za ślamazarnie.
Stojąc na balkonie słyszałem harmider dobiegający z budek mimo,że najbliższa z nich wisiała w odległości co najmniej trzydziestu metrów.
Siorbiąc gorąca kawę myślałem o tym jak to miło czasem w spokoju popatrzeć sobie jak inni zmagają się rozpaczliwie ze swoim rodzicielstwem.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Boski tekst :)
OdpowiedzUsuń na zawszeTakie wpisy lubię najbardziej!
OdpowiedzUsuń na zawsze