Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WALKA ZE SMOKAMI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WALKA ZE SMOKAMI. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 lutego 2011

Biohazard

Wróciła zima. I to pełną gębą. Niestety wraz z nią nadszedł czas Zimnej Wojny.
Siły małoludzkie najwyraźniej uznały,że czas skończyć, z umiarkowanie efektywnym, wykorzystywaniem ofensywnym smoków.
Owszem, robią wrażenie. Świetnie wyglądałyby też na paradach wojskowych, których głównym celem byłoby sianie propagandy i wzmacnianie morale.
Jednak ich efektywność w warunkach współczesnego pola walki pozostawia wiele do życzenia.
I tak krasnoludy wkroczyły militarnie w XXI wiek.
Każdy kto ogląda Discovery albo wybitne amerykańskie produkcje filmowe pokazujące jak to USA ratują świat wie, że czas wielkich ofensyw pancernych dawno minął.
A smoki było nie było chyba do broni pancernej należy zaliczyć.
Teraz wystarczy niewielki oddział specjalny by powstrzymać całą dywizję. Mudżahedin z ręczną wyrzutnią rakiet, za kilka dolarów, bez problemów radzi sobie z wartymi miliony śmigłowcami i czołgami.
A jednak nawet wyszkoleni spece od „eliminacji siły żywej przeciwnika” są często bezradni wobec terrorystycznych ataków zdeterminowanych partyzantów.
Zwłaszcza tych dysponujących nowoczesnymi technologiami.
Kryjących się w mroku, bezwzględnych i wyrachowanych.
Małoludzie też oglądają Discovery.
I od pewnego czasu stosują wobec nas broń biologiczną.
Cynicznie wykorzystując naszą łatwowierność i dobre serce. Zazwyczaj wygląda to tak:
-Ojej biedactwo, znowu coś ci leci z noska!-koleżanka małżonka pochyla się nad lekko zasmarkanym stworzeniem o zwodniczo wielkich oczętach.
Stworzenie owo cynicznie robi smutna minę zachęcając do bliższych kontaktów.
I te oczywiście następują-głaskanie, całowanie w główkę, wycieranie noska, podawanie lekarstw.
Potem nadchodzi noc.
Noc krzyku i wycia upiorów.
-Ojej biedactwo. Ona płacze bo ma zatkany nosek i nie może oddychać-Lituje się moja równie kochana co łatwowierna żona.
Inna sprawa,że ona się lituje,ale to ja muszę się zwlec z łóżka i próbować uciszyć „wrzaskuna”.
Tak się umówiliśmy, bo to ona w dużej części pracuje za kółkiem i wolę być niewyspany niż martwić się cały dzień o to czy zmęczona nie wpadnie w jakieś drogowe tarapaty.
Zadziwiające jest to, że ostrzał akustyczny milknie zaraz po tym jak, obijając się po ciemku o różne sprzęty, dotrę do krasnoludzkich leży.
Skoro jest cicho to co, mam tak stać jak palant?
Kładę się więc do łóżka.
Wystarczy jednak ,że skrzypną sprężyny w materacu by rozległy się syreny alarmowe.
No to wstaję... i tak dalej.
W końcu nauczyłem się wpełzać do łóżka jak wąż.
Praktyka czyni mistrza.
I kiedy już wydaje mi się ,że znowu zaczynam zdobywać przewagę następuje dramat.
-Wiesz co kiepsko się czuję- oświadcza koleżanka małżonka po powrocie z pracy.
Dzień później jest już przeziębieniowo pozamiatana.
W związku z tym nasze siły na froncie stają się znacznie mniej efektywne.
Po kolejnych dwóch dniach ja zaczynam czuć się nieszczególnie.
A kiedy oboje leżymy pojękując, pokasłując, kichając i stękając nasze córki radośnie biegają dookoła zdrowe jak pangi w delcie Mekongu.
W końcu jednak jakoś wszyscy wyciągamy się z choroby. To znaczy my.
Bo one były chore tylko przez jeden wieczór.
No ,ale w końcu jesteśmy zdrowi. Wraca nadzieja. Mija kilka dni i słyszę:
-Ojej biedactwo, znowu coś ci leci z noska!

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!

C.D. już jutro

czwartek, 27 stycznia 2011

Maratończyk

-Cio to, toto?
Koszmar trwał.
A kropla drążyła skałę.
Czułem się jak ofiara starej chińskiej tortury, w której woda kapie na głowę ofiary. Kropla za kroplą. Godzinami, dniami, tygodniami.
Ale ja też byłem twardy. To był naprawdę pojedynek równorzędnych partnerów.
-Cio to, toto?
-Kotek.
-Cio to, toto?
-Kotek.
-Cio to, toto?
-Kotek
-Cio to, toto?
-Kotek.
-Cio to, toto?
-Kotek.
-Cio to, toto?
-Kotek.
-Cio to, toto?
-Drugi kotek.
-Cio to, toto?
-Drugi kotek.
-Cio to, toto?
-Ten pierwszy.
-Cio to, to,to,to,to,to,to?
-No kotek. Mówię przecież. Ten pierwszy.
-Cio to, toto?
-Kotek.
-Cio to, toto?
-Drugi kotek.
-Nijjjaaaaaa!
-A własnie,że kotek.
-Nie.
-Tak, kotek.
-Cio to, toto?
-Kotek.
-Cio to, -Kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,kotek,KOOOOOOTEEEEEK!!!

Pamiętacie „Maratończyka” Johna Schlesingera?
Tego nakręconego na podstawie książki Wiliama Goldmana?
Czułem się jak bohater grany przez Dustina Hoffmana w słynnej scenie na fotelu dentystycznym.
Gdy zbrodniarz wojenny torturuje go za pomocą narzędzi dentystycznych zadając wciąż tylko jedno pytanie:
„Czy jest bezpiecznie?”.

-Cio to, toto?
-Kotek.
-Cio to, toto?
-Kotek.
-Cio to, toto?
-Kotek
-Cio to, toto?
-Cio to, toto?
-Kotek.
-Cio to, toto?
-Kotek.
-Cio to, toto?
-Kotek
-Cio to, toto?
W tym momencie usłyszałem odgłos klucza przekręcanego w zamku.
-Cześć kochanie.
-Hejka! Bardzo jesteś zmęczona?
Machnęła lekceważąco ręką.
-Iiiii tam. Za to stęskniona jak cholera.
Pochyliła się żeby ucałować dzieci a potem uśmiechnęła się do mnie ciepło.
-Jak wam minął dzionek kochanie?
-Tak jak w kinie. Tak jak w kinie.

środa, 26 stycznia 2011

Przesłuchanie

Zakończenie ostatniej wielkiej bitwy nie oznaczało niestety zakończenia walk.
Jakże gorzki jest los herosa, który po pyrrusowym zwycięstwie legł, śmiertelnie zmęczony, w pościeli po kolejnej potyczce.
A obudził się w pętach.
Kiedy podniosłem ciężkie powieki zobaczyłem pochylającą się nade mną małoludzką twarz i usłyszałem pytanie:
-Cio, to,toto?
Coś tam wybełkotałem, zaspany, i spróbowałem przewrócić się na drugi bok.
-Cio to,toto!?-głos robił się coraz bardziej natarczywy.
-Jajco!-spróbowałem ciętej riposty.
-Niiijjeeee!-odpowiedział mi drugi głos i w moim polu widzenia pojawiła się druga drobna twarzyczka.
Uśmiechała się,ale był to bezwzględny uśmiech stworzenia przekonanego o swojej wyższości.
-Cio to,toto?!-kontynuowała przesłuchanie pierwsza z krasnoludzkich samic.
-Zgodnie z międzynarodowymi konwencjami odmawiam odpowiedzi na wasze pytania.
-Cio to, toto!!!-to już nawet nie brzmiało jak pytanie.
-Nazywam się Garbaty i jestem ojcem. Więcej ode mnie nie wyciągnięcie!
-Niiijjeeee!-grymas na małoludzkiej twarzy przypominał groteskowo szeroki uśmiech Jokera.
-Pożałujecie! Królowa Matka mnie tak na pewno nie zostawi!
-Cio to, toto?-pytanie zadane zostało w mechaniczny sposób sugerujący,że one tak mogą godzinami.
Zanim spróbowałem kolejnej błyskotliwej riposty druga twarz jeszcze bardziej rozciągnęła się w złowróżbnym uśmiechu.
-Wy małe, przebrzydłe...
Moja kwestia został przerwana przez głosne plaśnięcie.
Piekący policzek oznaczał najwyraźniej przejście do drugiej fazy przesłuchania.
-Cio to? Toto?
-Omawiam odpo....
-Niiijjeeee!-mała rączka powędrowała do góry a potem na dół. Kilkakrotnie.
Za każdym razem trafiając mnie w usta.
-Cio to? Toto!?
W tym momencie zdałem sobie sprawę,że krepujące mnie pęta były tylko wytworem zaspanej wyobraźni.
Zasłaniając się ramieniem przed ciosami wygrzebałem się z pościeli.
-Dość tego! Bujajcie się przebrzydłe bambaryły!
Opowiedział mi chóralny wrzask protestu i odgłosy gwałtownego gramolenia się z łóżka.
Zanim pościg nabrał impetu uciekłem prześladowcom z pola widzenia.
Wiatr we włosach, cudowne poczucie odzyskanej wolności.
To cudowne uczucie trwało jakieś dwie sekundy.
Ślepy zaułek. Ot co.
Tuż za plecami usłyszałem tupot małych stóp.
-Cio to, toto? Cio to, toto?-pytanie zadawane było w rytmie młotka wbijającego kilkucalowy gwóźdź w dębową belkę.
I z podobnym naciskiem.
Wcisnięty w róg pokoju patrzyłem jak się zbliżają.
-Niiijjeeee!-tym razem o z mojego gardła wyrwał się ten krzyk. Rozpaczliwy i pełen beznadziei.

* * *
-Cio to, toto?
Przesłuchanie trwało godzina za godziną.
-Ślimak.
-Cio to, toto?
-Ślimak.
-Cio to, toto?
-W dalszym ciągu ślimak.
-Cio to, toto?
-Ślimak.
-Cio to, toto?
-Kotek.
-Cio to, toto?
-Kotek.
-Cio to, toto?
-Znowu ślimak.
-Cio to, toto?
-Ślimak
-Cio to, toto?
-Znowu kotek.
-Cio to, toto?
-Piesek.
-Cio to, toto?
-Piesek.
-Cio to, toto?
-Piesek.
-Cio to, toto?
-Piesek.
-Cio to, toto?
-Piesek.
-Cio to, toto?
-Piesek.
-Cio to, toto?
-Piesek.
-Cio to, toto?
-Piesek.
-Cio to, toto?
-Piesek.
-Cio to, toto?
-Piesek.
-Cio to, toto?
-Piesek.
-Cio to, toto?
-A to proszę pani jest ZNOWU ŚLIMAK!!! Taki z ...URRRRRWA.....ną muszelką !
-Nijeeeeee!-do dyskusji włączył się „zły glina” i zdzielił mnie w skroń kubkiem „niekapkiem”.
-Auuuuuu!- zawyłem z bólu, zwijając się na podłodze.
Odpowiedzią był radosny rechot.
-Cio to,to,to,totototo?-”dobry glina” pokazywał, niestrudzenie, palcem kolejne obrazki.
-Świnkaaaaaaa!
-Cio to, toto?
-Świiiinkaaaaaaaaaa!!
-Cio to, toto?
-ŚWIIIIIIIIINKAAAAAAA!!!
Tym razem „zły glina” walnął mnie czołem w drugą skroń.
A potem wtulił się małą główką w moją szyję.
W pokoju rozległ się radosny dziecięcy śmiech.
To właśnie ten dźwięk usłyszała wracająca z pracy koleżanka małżonka.
-O, jak ładnie się bawicie!-uśmiechnęła się.-I jak? Widzę,że ci świetnie idzie kochanie. Dobrze wam minął dzionek?
Pokiwałem potulnie głową czując na sobie baczne spojrzenia dwóch par małych oczek.

Przesłuchanie

Zakończenie ostatniej wielkiej bitwy nie oznaczało niestety zakończenia walk.
Jakże gorzki jest los herosa, który po pyrrusowym zwycięstwie legł, śmiertelnie zmęczony, w pościeli po kolejnej potyczce.
A obudził się w pętach.
Kiedy podniosłem ciężkie powieki zobaczyłem pochylającą się nade mną małoludzką twarz i usłyszałem pytanie:
-Cio, to,toto?
Coś tam wybełkotałem, zaspany, i spróbowałem przewrócić się na drugi bok.
-Cio to,toto!?-głos robił się coraz bardziej natarczywy.
-Jajco!-spróbowałem ciętej riposty.
-Niiijjeeee!-odpowiedział mi drugi głos i w moim polu widzenia pojawiła się druga drobna twarzyczka.
Uśmiechała się,ale był to bezwzględny uśmiech stworzenia przekonanego o swojej wyższości.
-Cio to,toto?!-kontynuowała przesłuchanie pierwsza z krasnoludzkich samic.
-Zgodnie z międzynarodowymi konwencjami odmawiam odpowiedzi na wasze pytania.
-Cio to, toto!!!-to już nawet nie brzmiało jak pytanie.
-Nazywam się Garbaty i jestem ojcem. Więcej ode mnie nie wyciągnięcie!
-Niiijjeeee!-grymas na małoludzkiej twarzy przypominał groteskowo szeroki uśmiech Jokera.
-Pożałujecie! Królowa Matka mnie tak na pewno nie zostawi!
-Cio to, toto?-pytanie zadane zostało w mechaniczny sposób sugerujący,że one tak mogą godzinami.
Zanim spróbowałem kolejnej błyskotliwej riposty druga twarz jeszcze bardziej rozciągnęła się w złowróżbnym uśmiechu.
-Wy małe, przebrzydłe...
Moja kwestia został przerwana przez głosne plaśnięcie.
Piekący policzek oznaczał najwyraźniej przejście do drugiej fazy przesłuchania.
-Cio to? Toto?
-Omawiam odpo....
-Niiijjeeee!-mała rączka powędrowała do góry a potem na dół. Kilkakrotnie.
Za każdym razem trafiając mnie w usta.
-Cio to? Toto!?
W tym momencie zdałem sobie sprawę,że krepujące mnie pęta były tylko wytworem zaspanej wyobraźni.
Zasłaniając się ramieniem przed ciosami wygrzebałem się z pościeli.
-Dość tego! Bujajcie się przebrzydłe bambaryły!
Opowiedział mi chóralny wrzask protestu i odgłosy gwałtownego gramolenia się z łóżka.
Zanim pościg nabrał impetu uciekłem mu z pola widzenia.
Wiatr we włosach, cudowne poczucie odzyskanej wolności.
To cudowne uczucie trwało jakieś dwie sekundy.
Ślepy zaułek. Ot co.
Tuż za plecami usłyszałem tupot małych stóp.
-Cio to, toto? Cio to, toto?-pytanie zadawane było w rytmie młotka wbijajacego kilkucalowy gwóźdź w dębową belkę.
Wcisnięty w róg pokoju patrzyłem jak się zbliżają.
-Niiijjeeee!-tym razem o z mojego gardła wyrwał się ten krzyk. Rozpaczliwy i pełen beznadziei.

* * *
-Cio to, toto?
Przesłuchanie trwało godzina za godziną.
-Ślimak.
-Cio to, toto?
-Ślimak.
-Cio to, toto?
-W dalszym ciągu ślimak.
-Cio to, toto?
-Ślimak.
-Cio to, toto?
-Kotek.
-Cio to, toto?
-Kotek.
-Cio to, toto?
-Znowu ślimak.
-Cio to, toto?
-Ślimak
-Cio to, toto?
-Znowu kotek.
-Cio to, toto?
-Piesek.
-Cio to, toto?
-Piesek.
-Cio to, toto?
-Piesek.
-Cio to, toto?
-Piesek.
-Cio to, toto?
-Piesek.
-Cio to, toto?
-Piesek.
-Cio to, toto?
-Piesek.
-Cio to, toto?
-Piesek.
-Cio to, toto?
-Piesek.
-Cio to, toto?
-Piesek.
-Cio to, toto?
-Piesek.
-Cio to, toto?
-A to proszę pani jest ZNOWU ŚLIMAK!!! Taki z ...URRRRRWA.....ną muszelką !
-Nijeeeeee!-do dyskusji włączył się „zły glina” i zdzielił mnie w skroń kubkiem „niekapkiem”.
-Auuuuuu!- zawyłem z bólu, zwijając się na podłodze.
Odpowiedzią był radosny rechot.
-Cio to,to,to,totototo?-”dobry glina” pokazywał, niestrudzenie, palcem kolejne obrazki.
-Świnkaaaaaaa!
-Cio to, toto?
-Świiiinkaaaaaaaaaa!!
-Cio to, toto?
-ŚWIIIIIIIIINKAAAAAAA!!!
Tym razem „zły glina” walnął mnie czołem w drugą skroń.
A potem wtulił się małą główką w moją szyję.
W pokoju rozległ się radosny dziecięcy śmiech.
To właśnie ten dźwięk usłyszała wracająca z pracy koleżanka małżonka.
-O, jak ładnie się bawicie!-uśmiechnęła się.-I jak? Widzę,że ci świetnie idzie kochanie. Dobrze wam minął dzionek?
Pokiwałem potulnie głową czując na sobie baczne spojrzenia dwóch par małych oczek.

sobota, 22 stycznia 2011

Do kropli ostatniej (płynu dowolnego)

Chciałbym móc napisać ,że słońce tego dnia zachodziło krwistoczerwone zwiastując nadciągającą hekatombę.
Niestety to nieprawda.
Nie było ostrzeżenia. Tego wieczoru ledwo majaczące w szarości słońce zatonęło w bagnie ponurych, wieczornych mgieł. Gęstych jakby ktoś dodał do nich żelatyny.
Zniknęło mi z oczu a ja mógłbym wręcz przysiąc ,że usłyszałem wtedy pluśnięcie.
Być może było to złudzenie bo podobno jest teoria twierdząca,że nasz świat nie jest płaski tylko okrągły i zawieszony w bezkresnej przestrzeni.
Przerażająca wizja.
Rozmyślając o tym powoli szykowałem się do snu.
Małoludzie posapywali i pochrapywali na swoich legowiskach.
Sielanka.
Jakże pozorna.
Ich sen jednak wyglądał na autentyczny a nie udawany.
Jakież trzeba mieć mocne nerwy by tak smacznie spać przed taką okrutną bitwą jaka miała wkrótce się rozpętać.
Atak nastąpił po północy.
Właśnie szykowaliśmy się do snu gdy się zaczęło.
Najpierw usłyszałem smoka.
Bestia z łoskotem runęła między szczeblami palisady łóżeczka i gruchnęła o podłogę.
Jeszcze miałem nadzieję.
Jeszcze przez chwilę.
Rozwiał ją jednak ryk nacierających małoludzi.
Mimo,że częściowe wycofanie się Królowej Matki z czynnego życia rodzinnego było utrzymywane w tajemnicy to najwyraźniej niziołki wyczuły ,że coś się święci.
Ze zrozumiałych względów chciałem aby pani tej krainy przespała noc w miarę spokojnie więc przyjąłem większość impetu na swą mężną choć nieco wątłą pierś.
To była straszna noc.
Dzikie hordy nacierały fala za falą. Skryte w ciemności ciskały smokami i strasznymi różowymi bestiami zwanymi „królikami”.
I wrzeszczały.
Boże jak one wrzeszczały!
Słaniając się na nogach odpierałem atak za atakiem.
Bitewny wrzask nacierających złuszczał farbę ze ścian i ranił uszy.
Krwawiąc i obijając się w ciemności o różne sprzęty miotałem się desperacko.
Momentami ścieraliśmy się w morderczej walce piersią w pierś.
Jednak nawet wężowy uścisk moich słabnących ramion nie był w stanie uciszyć bitewnych okrzyków.
Próbowałem odeprzeć atak mlekiem i kaszą. Podobno w średniowieczu takie metody się sprawdzały.
Gorąca kasza uchodziła za idealna wręcz broń defensywną. Jej użycie powodowało straszne oparzenia i jednocześnie niszczyła morale atakujących. Używając jej jej obrońcy wysyłali wyraźny komunikat, który brzmiał mniej więcej tak:
„Kochani atakujący mamy was serdecznie w dupie. Mamy również od cholery żarcia i możecie sobie oblegać naszą twierdzę jak długo chcecie.”
Nie wiem co robiłem nie tak, ale w moim przypadku to ne zadziałało.
Małe, mlekożercze potwory pożarły kaszę i dalej kontynuowały natarcie.
Moje morale ledwo to przetrwało.
Tym bardziej,że mimo moich starań Królowa Matka miała problemy ze snem.
Jakoś trudno się temu dziwić.
A jednak jej, wydawane syczącym szeptem, komendy dawały wyraźnie do zrozumienia,że nie docenia mojego militarnego geniuszu.
Przez dłuższą chwilę dyskutowaliśmy nawet, burzliwie, o uszkodzonej zastawie stołowej.
Głównie o „....urrrrrwa....nych kubkach”.
I tak nas zastał świt.
Blade światło poranka padło na ponure pobojowisko.
Oświetlając powalone smoki, kiwające się ze zmęczenia głowy małoludzi, potargane króliki i rozgrzebaną pościel.
Właśnie wtedy straciłem przytomność.
Padłem, majacząc, tuż obok małych ciał przeciwników.
Po chwili zasnąłem.
Pięć minut później obudził mnie budzik koleżanki małżonki.
Schodząc jej z drogi poczłapałem zaparzyć kawę.
Wiedziałem jedno.
Już nigdy nie zaufam nikomu kto ma mniej niż metr wzrostu.

Nadciąga czas mroku

W ostatnim czasie nasze stosunki z małoludźmi były całkiem niezłe. Można powiedziec,że wręcz wzorcowe.
Nocne warty przestały być stresującą walką o przetrwanie a zaczęły nawet przypominać coś w rodzaju wypoczynku.
Z doświadczenia wiedzieliśmy jednak jak chwiejny może być to rozejm. W każdej chwili jedna malutka iskra mogła wzniecić ogień, który mógł przerodzić się w prawdziwe piekło.
Na razie jednak Rzeczpospolita Krasnoludowa powoli przygotowywała się na poważną zmianę jaką był powrót Królowej Matki do czynnego życia zawodowego.
Ściślej mówiąc połowa populacji owej sielankowej krainy szykowała się na ową zmianę.
Księżniczki na razie żyły w błogiej nieświadomości.
Ponieważ z ostatniego szkolenia koleżanka małżonka przywiozła stos materiałów do przyswojenia starałem się dac jej trochę luzu przy opiece nad dzieciakami.
Jednak chyba nie szło mi to najlepiej skoro dziadkowie zaoferowali się ,że wezmą je do siebie na weekend.
Propozycję przyjeliśmy jak zwykle z mieszanymi uczuciami.Myśl o odrobinie luzu niewątpliwie cieszyła, ale z drugiej strony wiedzieliśmy ,że będziemy cholernie tęsknić.
Nigdy bym wcześniej nie pomyślał jak takie małe cholerki potrafią uzależnić.
No cóż- „będziesz matką, synu, to zobaczysz” ,że zacytuję klasyka.
W końcu ogrom pracy wiszący nad głową mamy Dzieci Frankensteina zadecydował i małoludzie udali się na emigrację do stolicy naszego pięknego województwa.
Tymczasem my, uważający się za władców naszej mikrokrainy z radością oddaliśmy się takim prostym przyjemnościom jak spokojny sen czy leniwy poranek.
Potem ja krzątałem się po domu robiąc porządki w piwnicy i garażu a koleżanka małżonka wkuwała.
Ona klęła i ja kląłem.
Każdy z innych powodów.
Żona -ponieważ powrót do pracy po prawie dwóch latach i myśleniu przestawionym przez macierzyństwo to naprawdę ciężka sprawa.
A ja? Słałem wiele ciepłych słów i myśli w strone naszego majstra.
Bardzo ciepłych myśli. Naprawdę baaaaaaardzo.
Wyobraźcie sobie warunki panujące w środku stosu atomowego.
Już?
To teraz pomnóżcie to razy tysiąc.
Gotowe?
A teraz wyobraźcie sobie, że to jeszcze mało.
Chociaż i tak wystarczy żeby spopielić gnoja.
Na szczęście to tak nie działa bo mimo wszystko nie chciałbym tej kanalii mieć na swoim sumieniu.
Skąd taki nawrót ultraciepłych wspomnień remontowych?
Podczas porządków ciągle znajduję pozostałości po ekipie i to regularnie wytrąca mnie z równowagi.
Jakieś puszki po piwie wrzucone za szafkę, pety w najróżniejszych miejscach i różne zaskakujące niespodzianki.
Świadczące o niechlujstwie, głupocie, lenistwie, bezmyślności i arogancji.
Jednak najbardziej szlag mnie trafia kiedy pomyślę o tym czego znaleźć nie mogę.
Kiedy zaczął się remont postanowiłem uchronić nasze zimowe ciuchy przed kurzem i brudem.
Zapakowałem więc do wielkiego worka na śmieci wszystkie nasze najlepsze zimowe kurtki, ulubione swetry i tak dalej.
I co?
Szukam ich do tej pory. Tracąc powoli nadzieję na sukces.
Jeszcze bardziej wytrąca mnie z równowagi fakt,że możliwe są dwa scenariusze wydarzeń.
W pierwszym nasze dobra stały się łupem złodzieja a w drugim... sam dołożyłem ów worek do wielkiego stosu mu podobnych, w których rzeczywiście znajdowały się śmieci.
Za każdym razem kiedy o tym pomyślę mam ochotę kląć.
A przy okazji przypominają mi się różne remontowe wydarzenia i scysje.
Po robocie wracałem więc naburmuszony i opryskliwy. A ponieważ przygotowania do powrotu do pracy podobnie działały na koleżankę małżonkę to...
Chyba nietrudno się domyślić.
A jednak weekend mimo wszystko minął nam całkiem przyjemnie i w niedzielę po południu pojechaliśmy, stęsknieni, po nasze azylantki.
Wieczorem nasze kontakty z małoludźmi były całkiem miłe i nic nie wskazywało na to co miało nastąpić już za kilka godzin.

niedziela, 29 sierpnia 2010

Jak to na wojence...

Podobno „we wojsku” każdą wolną chwilę należy poświęcić na sen. Tak tylko powtarzam bo sam nie miałem okazji udzielać się militarnie.
Podobna zasada dotyczy prawdziwych działań wojennych.
Bo nigdy nie wiadomo kiedy pojawi się kolejna okazja do drzemki.
Ostatnio desperacko wykorzystujemy każdą okazję do snu.
Bo i stosunki z krasnoludami się zaogniły.
Ściślej mówiąc jesteśmy w samym środku najbardziej morderczej kampanii ostatnich miesięcy.
Również najbardziej perfidnej.
W ciągu dnia „małoludzie” zachowują się zazwyczaj poprawnie.
Kurtuazyjnie tytułują nas używając naszych stopni wojskowych: „mamo”(oficer) i „tato”(szeregowy).
Nie zawsze poprawnie ,ale jednak. Zresztą nam też zdarza się wypadać z ról.
Uśmiechają się, zachęcają do zabawy, szepczą przymilnie i kwilą rozkosznie.
Za to w nocy...
Chociaż muszę się przyznać,że czasem sam je prowokuję podczas wieczornego karmienia mówiąc:
-Wielki Mistrz Garbaty wyzywa was na bitwę śmiertelną. I aby wam męstwa dodać, którego wam widać brakuje śle wam te dwie wielkie butle z mlekiem..."
Ot takie nieco wisielcze i garbate poczucie humoru.
Dzieci Frankensteina nie dają się jednak sprowokować.
Wtedy jeszcze udają słodkie niemowlaczki.
Piekło zaczyna się po północy. Co samo w sobie daje do myślenia
Krasnoludzkie dzikie hordy nadciągają z wrzaskiem i rykiem wzbudzając popłoch i histerię w nielicznych ludzkich szeregach.
Ostatnio przez całą noc nie zmrużyliśmy oka zmieniając się tylko na wałach obronnych.
Kiedy jedno odchodziło od palisady łóżeczek drugie było zmuszone natychmiast je zastąpić.
Nikt nie brał jeńców.
Nikt nie okazywał litości.
Słychać było tylko głośne jęki konających i ciche przekleństwa walczących.
Tych gorzej wychowanych walczących.
Tych którzy potem musieli wysłuchać reprymendy udzielonej przez oficera.
Przypominam, że kwestię stopni wojskowych omówiłem powyżej.
A jednak tuż przed świtem zapadła cisza.
Nie, to nie był rozejm.
Po prostu już nikt nie miał siły walczyć.
Krasnoludy padły tam gdzie pełzały.
A my ostatkiem sił dowlokliśmy się na kwaterę.
Godzinę później znowu zabrzmiały trąby.
Był to sygnał otwarcia kantyny garnizonowej.
Napełniając butle z mlekiem czułem się tak jakby ktoś przez całą noc tłukł mnie po łbie gumowym młotkiem.
Po głowie snuły się smętnie jakieś myśli o młotach bojowych, białej broni, i pochodniach podpalających strzechy chałup zamieszkiwanych przez krasnoludzkie pospólstwo.
Potem jednak przypomniałem sobie ,że krasnoludy mieszkają raczej pod ziemią.
Luźne strzępki myśli mieszały się z mglistymi wspomnieniami z nocy w mętny, pozbawiony smaku gulasz.
Nakarmiłem dzieciaki i zacząłem zbierać się do pracy.
Lekko dotknąłem ramienia koleżanki małżonki.
-Kochanie muszę już lecieć.
-Juuuuuuuuż?-w jej głosie pobrzmiewała rozpacz- Nie możesz jeszcze chwilę zostać-wtuliła się w poduszkę.
Zerknąłem na zegarek.
-Mogę jeszcze... trzy minuty.
Westchnęła zrezygnowana.
-Dobra leć. Ale dzisiaj idziesz spać o dwudziestej a ja w niedzielę zamierzam pospać do jedenastej.
I rzeczywiście.
W sobotę wróciłem z pracy przed siedemnastą.
-Szybko kobieto! Otwieramy piwo jemy obiad i bawimy się z dzieciakami. Mam tylko trzy godziny.
Spojrzała na mnie pytająco- wyraźnie zaniepokojona.
-Sama mówiłaś,że o ósmej mam być w łóżku- wyszczerzyłem zęby.
Wydawało mi się ,że żartuję.
Tylko mi się wydawało.
Już podczas kapania dzieci poczułem ,że odpływam.
Kiedy w końcu zapadłem się w pościel słyszałem z sąsiedniego pokoju końcówkę wiadomości sportowych w wiadomościach.
„Co za porażka” -pomyślałem”-”Ostatni raz tak wcześnie do łózka poszedłem chyba w przedszkolu.”
Wspaniała była jednak perspektywa kilku godzin spokojnego snu.
Krasnoludy nigdy nie atakują przed północą.
Półprzytomny wsunąłem rękę pod poduszkę sprawdzając czy schowany tam w nocy miecz wciąż tam jest.
Nie było po nim śladu.
Nie miałem już jednak nawet siły na to by się tym przejąć.

wtorek, 9 marca 2010

Krwiowysysacze z NFZ

Chyba nikogo nie powinno dziwić,że po ostatnich doświadczeniach na dzisiejsze badanie krwi wybieraliśmy się ze sporą obawą.
Gdybym był gościem traktującym nazwę drinka „Krwawa Mary” nad wyraz dosłownie to razem ze swoimi przydługimi kiełkami zrobiłbym wszystko by zainstalować się w jakiejś stacji krwiodawstwa albo chociaż w laboratorium.
Byłem więc czujny i niespokojny. Osikowy kołek, w tylnej kieszeni dżinsów, nieco uwierał w tyłek, ale taka jest cena względnego poczucia bezpieczeństwa.
Koleżanka małżonka za to ,niby przypadkiem,włożyła na palce wyjątkowo dużo srebrnej biżuterii. Całkiem ładne antywampirze kasteciki z tego wyszły.
Mocno spóźnieni podrzuciliśmy jedną córkę do dziadków a z drugą ruszyliśmy na spotkanie przygody.
W końcu po co niepotrzebnie narażać obie.
Nigdy nie należeliśmy do osób specjalnie zorganizowanych. Naszą mocną stroną, podobnie jak większości Słowian, jest improwizacja.
A jednak dzieci zmuszają do zupełnie innego stylu życia. Bo z odpowiednim wyprzedzeniem trzeba zaplanować badania, szczepienia, kontrole, rehabilitację i zgrać to z moim grafikiem w pracy, który co tydzień wygląda inaczej.
Jednak taka szkoła dobrze nam robi bo akcja dostarczenia i porzucenia pociechy u moich rodziców została przeprowadzona niczym atak SWAT.
Bez zbędnych słów, ruchów, dyskusji. Czyste działanie. Zimno precyzyjnie, z chirurgiczna precyzją. Wypiąć fotelik, wyjąć fotelik, przekazać dziadkowi. W czasie gdy dziadek pędzi do domu, ja wyciągam z bagażnika odpowiednie akcesoria, biegnę za nim a po pietach depcze mi zona niosąca torbę z pieluchami, butelkami, smoczkami, ceratkami, mlekiem, kocykami,kremikami...
Trzy sekundy później wsiadamy do samochodu.
Niestety marnuję kolejne trzy sekundy na ponowne wpięcie fotelika z druga pociechą bo w ferworze akcji, z rozpędu, również go odpiąłem.
Na tym jednak polega trening perfekcyjnych wojowników- działanie na wyuczonych odruchach. Najpierw działać potem myśleć bo myślenie opóźnia działanie co może mieć znaczenie gdy w grę wchodzą kwestie życia i śmierci.
Niestety koleżanka małżonka zdaje się tego nie rozumieć i regularnie daje mi do zrozumienia, że trochę irytuje ją moje czasem bezmyślne działanie ;-)
Tym razem był punkt dla niej.
Na szczęście ja dalej liczyłem się w walce o puchar rodziny ponieważ ona straciła sporo punktów podczas porannego zbierania się do, za przeproszeniem, kupy.
Nieopatrznie powiedziałem jej,że „nie musimy się aż tak bardzo spieszyć”.
Jak byście to zrozumieli?
Bo chyba większość facetów mówiąc takie słowa ma na myśli, że nie ma co kląć miotać się, biegać z rozwianym włosem. Że lepiej złapać oddech i chwilę się zastanowić, opanować emocje.
Niestety dla kobiety zazwyczaj te same słowa znaczą coś zupełnie innego.
A mianowicie,że może spędzić w łazience pół godziny, nastawić wodę na kolejną kawę, pozastanawiać się piętnaście minut czemu córeczka płacze skoro jest nakarmiona, przewinięta, przebrana i tak dalej.
A kiedy, powarkując, próbuję ją wyprowadzić z błędu i skorygować jej interpretację mojego wcześniejszego i jakże niefortunnego oświadczenia to z kolei próbuje się na mnie obrazić.
Na szczęście kiedy wszystko sobie wyjaśniliśmy błyskawicznie wzięła się w garść.
Kiedy zajechaliśmy pod poradnię kazała mi iść z dzieciakiem do gabinetu zabiegowego a sama pognała zarejestrować dzieciaki do okulisty. Niby nic nim nie dolega, ale lepiej wszystko sprawdzić. Bo niestety znamy taki przypadek gdy problemy ze wzrokiem dziecka, które mogły być zlikwidowane w odpowiednim wieku, zostały zdiagnozowane kilka lat za późno.
Ponieważ byłem obciążony nieporęcznym fotelikiem zostałem nieco w tyle.
Jednak kiedy mijałem kolejkę przy okienku rejestracji żona złapała mnie za rękaw i wyszeptała z naciskiem żebym w żadnym wypadku nie wchodził do gabinetu bez niej.
Trochę się zdziwiłem, ale rzeczywiście lepiej być ostrożnym. W końcu nie wiadomo kto i co tam na nas czeka.
Raźnym krokiem pomaszerowałem pod odpowiednie drzwi, ustaliłem kto jest ostatni w kolejce i zabrałem się za wyłuskiwanie pociechy z „opakowania”.
Przy okazji wczorajsze minus jedenaście i dzisiejsze minus siedem to jak na tę porę roku zdecydowane przegięcie.
Ledwo uporałem się rozpakowywaniem córki przy moim boku pojawiła się koleżanka małżonka.
Byłem zdziwiony,że tak szybko załatwiła sprawę, ale nie było czasu na pytania bo
właśnie nadeszła nasza kolej.
Wziąłem głęboki oddech starając się jednocześnie rozluźnić mięśnie.
A potem przyciskając dziecko do piersi wszedłem do gabinetu na lekko ugiętych nogach.
Gotowy na wszystko.
Na karku czułem gorący i szybki oddech żony. Szła przyczajona, zaciskając swoje lśniące srebrem piąstki.
„Blade przy nas to po prostu nieporadna ciapa”-pomyślałem nie bez pewnej satysfakcji.
Poczułem się nieco uspokojony kiedy zobaczyłem,że przez okna wpada do pomieszczenia jasne światło.
W dalszym ciągu byłem jednak czujny, wiecie:
„Płynnym ruchem rzucę dzieciaka koleżance małżonce, która wykona błyskawiczny piruet zasłaniając dzieci własnym ciałem...”
Jednak najwyraźniej siły światła i dobra doszły do podobnych wniosków jak ja i obsadziły swoimi ludźmi miejsca, które mogłyby skusić „krwiowysysaczy”.
W rozproszonym świetle pochmurnego dnia błysnęła igła strzykawki trzymanej przez bladego anioła w trwałej ondulacji. A w pomieszczeniu rozległ się jego łagodny i kojący głos:
-No to tatusia z córeczką zapraszam na fotelik.
Teraz wiedziałem,że moim jedynym zmartwieniem jest to czy pobieranie krwi nie będzie zbyt bolesne.
Koleżanka małżonka była jednak niespokojna i cały czas patrzyła na nas rozszerzonymi oczami z rogu pomieszczenia. Plus za strategiczne myślenie.
Kiedy jednak pielęgniarka zabrała się do roboty mama zrobiła się nieco zielonkawa. Nie lubi widoku własnej krwi a co dopiero takiej małej dziecinki.
Ja jednak byłem spokojny ponieważ na poprzednie badanie wybraliśmy się bez obstawy i wiedziałem, że akurat to z naszych dzieci do histeryków nie należy.
A jednak szeroki uśmiech, którym obdarzyła pielęgniarkę graniczył z ostentacją i niepotrzebnym zgrywaniem chojraka.
Pożegnaliśmy się bardzo miło z obsługą antywampirzego szańca i wyszliśmy z gabinetu.
Dopiero wtedy poczułem,że plecy mam całe mokre od potu. A jednak.
Mama frankesteinowego tworu za to szybko odzyskała formę i kolorki.
Kiedy raźnym krokiem maszerowaliśmy do samochodu westchnęła:
-A wiesz,że nie zarejestrowałam dzieci do okulisty?
-O? Czemu?
-A bo widzisz kochanie... limity się skończyły!- oświadczyła z przekąsem
-Przecież jest początek marca!?
-No właśnie.
A ja myślałem,że naszym problemem są bladolice drapieżniki żerujące na ludziach.

piątek, 5 marca 2010

Dzieci Frankensteina vs. Kuzynka Draculi

Pokój zapanował w Rzeczpospolitej Krasnoludowej. Naród żyje w pokoju a ludziom i krasnoludom coraz lepiej wychodzi współistnienie w nowej rzeczywistości.
Co prawda czasem ktoś arogancko krzyknie albo zapłacze- nie wiadomo dlaczego. A kiedy indziej ktoś , przy karmieniu, wspomni o „zaplutych karzełkach reakcji”,a ale poza tymi drobnymi incydentami zapanowało coś co co prawda trudno nazwać sielanką, ale z drugiej strony nie jest od tego tak dalekie.
No i wiosna przyszła. Odleciały sikorki,ale za to na drogi wyszli równie kolorowi drogowcy.
Na nich też można patrzeć godzinami... stojąc w korku.
Szkoda,że tak ładnie nie śpiewają. Właściwie to w ogóle nie śpiewają.
Chociaż można by wspomnieć o tak zwanej „starej śpiewce” w ich wykonaniu,ale to jednak nie to samo.
W każdym razie wczoraj przyleciały żurawie. Kiedy rano jechałem do pracy stały przy samej drodze a kiedy wracałem spotkałem je w tym samym miejscu.
Oczywiście gdy dzisiaj jechałem- z aparatem fotograficznym pod ręką- to nie było po nich ani śladu. Szkoda bo byłaby fajna fotka na blog.
Zawsze jednak mogę wzorem amerykańskich reporterów sądowych po prostu to narysować ;-)
Wracając jednak do Rzeczpospolitej Krasnoludowej to mam wrażenie,że mroczna przeszłość dogoniła nasze niziołki.
Wczoraj odwiedziliśmy poradnię rehabilitacyjną ponieważ w przypadku bliźniaków często zdarza się asymetria,która wymaga odpowiednich ćwiczeń mających sprawić by z krasnoludów wyewoluowały smukłe piękne elfy. Tak wiem to dosyć nieortodoksyjne podejście do ewolucji nieludzkich ras, ale uznajmy to za licentia poetica garbatego autora.
W każdym razie pani doktor musiała znać zdolność naszych pociech do wpadania w iście berserkerski bitewny szał.
Inaczej jej cokolwiek dziwnego zachowania wytłumaczyć sobie nie potrafię.
A było to tak:
Za górami za lasami... no nie bez jaj.
Jeszcze raz:
Gdzieś nie całkiem daleko i nie całkiem blisko, w zakamarkach Polski B...
No lepiej trochę. No to jedziemy.
Zaczęło się jak zwykle w przypadku naszej chorej służby zdrowia. Czyli do dupy.
Ktoś zapomniał nas wpisać i po naszej rejestracji nie było w papierach śladu.
No po prostu fantastycznie. Dwa miesiące czekania w kolejce i teraz takie szopki.No ,ale...
„Mieszkam w Polsce, mieszkam w Polsce
To jest mój kraj, kraj, kraj,kraj”

...że zacytuję niedokładnie z pamięci słowa starej i gorzkiej w wymowie piosenki.
Nie od dziś żyjemy w owym „Land of Confusion”, że pozwolę sobie tym razem przywołać Genesis.
Ale odbiegam od tematu. W poczekalni tłum -czarno od ludzi i znudzonych zniecierpliwionych pociech.
A nam każą po prostu czekać aż ktoś nas wywoła. Może zaraz a może za dwie godziny.
Przebieram nogami bo czas mam mocno ograniczony i niedługo muszę być w pracy choćby skały srały.
I wtedy stał się cud bo dzieciak, który miał właśnie wejść do gabinetu faktycznie się...zesrał.
Kiedy pielęgniarka wywołała nazwisko małego pacjenta, jego matka była w połowie przewijania i z rozwianym włosem i obłędem w oczach jęknęła, żeby wszedł ktoś inny.
I wtedy stał się cud. Pani wywołała nasze pociechy. Oczywiście przekręcając imię jednej z nich bo przecież w tym kraju jak nie któregoś z tych trzech najbardziej popularnych imion to już zaczynają się schody.
Wkrótce okazało się to być tylko preludium do nadchodzących wydarzeń.
Wtaszczyliśmy „karzełki reakcji” do gabinetu, w którym była tylko pielęgniarka.
Były tam jeszcze jedne drzwi prowadzące do ciemnego(!) pokoju.
Kiedy pochyliliśmy się nad leżanką by rozebrać dzieciaki do badania za naszymi plecami zmaterializowała się pani doktor.
Ja zobaczyłem kątem oka,że wychynęła z owego mrocznego pomieszczenia,ale koleżanka małżonka aż podskoczyła z zaskoczenia.
-Co dolega?-zapytała „doktórka” o podejrzanie bladej twarzy
-W poradni ryzyka okołoporodowego lekarz stwierdził asymetrię i skierowano nas tutaj.
Pisak w bladej ręce zaskrzypiał kreśląc w karcie jakieś tajemne znaki.
-Jakie objawy- przeszyło nas mroczne, zimne spojrzenie, ciemnych oczu.
Pomyślałem sobie,że ostatni maraton oglądania „Czystej krwi” chyba zakłóca mi percepcję,ale koleżanka małżonka odpowiedziała jakby nie widziała tego co ja:
-Obie wyginają się w prawo.
-Pytam o bliźniaka pierwszego- zasyczała istota zrodzona z mroku.
-Tak, obie bliźniaczki wyginają się prawo...
-O bliźniaku pierwszym proszę mówić- głos niby pozbawiony emocji a jednak poczułem owiewający mnie chłód.
-A więc, bliźniak pierwszy skręca głowę w prawo- moja lepsza połówka wyrecytowała to nieco prowokacyjnie takim tonem jakby odpowiadała przy tablicy.
-Bliźniak pierwszy skręca głowę w prawo- zaskrzypiał pisak, najwyraźniej uwieczniając ową informację w karcie naszej córki.
Wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia dusząc się ze śmiechu.
Chwilę później przestałem się uśmiechać ponieważ zaczęło się badanie. Czułem,że może być kolorowo bo poprzedni pacjent podczas badania darł się tak głośno,że było go słychać na końcu korytarza.
Blade widmo wywijało naszym delikatnym skarbem na wszystkie strony. Główka majtała na prawo i na lewo. Oczy niziołka zrobiły się ogromne ze zdziwienia bo takich atrakcji nikt mu do tej pory nie dostarczał. Najwyraźniej było to na tyle ekstremalne,że córa nie mogła się zdecydować czy podnieść lament. Wcale jej się nie dziwiłem.
Jednak stałem na tyle blisko by w razie potrzeby jedną ręką załapać pociechę a drugą zadać błyskawiczny cios w nery bladego oprawcy.
Oczami wyobraźni już widziałem co się stanie później:
Płynnym ruchem rzucę dzieciaka koleżance małżonce, która wykona błyskawiczny piruet zasłaniając dzieci własnym ciałem. W tym samym czasie ja szybkim unikiem uchylę się od ciosu szponiastej łapy. W momencie, w którym ostre jak brzytwy szpony przemkną koło mojej twarzy, zadam błyskawiczny cios podbródkowy, który pozbawi napastnika owych dwóch podejrzanie długich kłów.
A przy okazji również krzywych jedynek.
A potem zacznie się mordercza kotłowanina.
Potrząsnąłem głową odganiając ową brutalną wizję i ze zdziwieniem zobaczyłem,że dziecko rozchyliło wargi szczerząc dziąsła w szerokim uśmiechu. Maleństwo patrzyło prosto w ciemne ślepia umieszczone na kamiennej pozbawionej śladu uczuć twarzy.
Niesamowity widok.
Po chwili ta sama procedura powtórzyła się z drugim dziecięciem, które również zniosło to zaskakująco spokojnie.
Blade widmo wróciło na swoje krzesło i znowu zaskrzypiał pisak. Kilka sekund później lekarka wstała i mrucząc „ Jest asymetria. To wszystko” wycofała się tyłem do ciemnego pokoju.
Zaniemówiliśmy.
-Eeee... ehem... to my będziemy wiedzieli co dalej robić?-zapytała niezbyt składnie i jąkając się mama dzieci Frankensteina.
Odpowiedział nam cisza.
Po dłuższej chwili pielęgniarka podniosła głowę znad swoich papierów i wyjaśniła,że teraz musimy iść piętro wyżej umówić się z rehabilitantami a resztę mamy napisaną na kartce.
Mocno zdegustowani wyszliśmy z gabinetu.
Ja szedłem tyłem. Cały czas nie spuszczając wzroku z wejścia do podejrzanego pomieszczenia.
Co prawda trzymałem córkę,ale w razie czego wystarczy ugiąć kolana, zejść płynnym ruchem z linii ataku, lekkim zwodem zdezorientować przeciwnika a potem półpiruet, zmiana kierunku obrotu, odbić się od ściany i celnym ciosem z półobrotu...

wtorek, 26 stycznia 2010

Kampania styczniowa

No i znowu „w zaklętym kręgu”.
Co prawda kilka dni temu wspomagani przez smoki uzyskaliśmy względną przewagę nad siłami krasnoludów,ale
te bardzo szybko się przegrupowały i rozpoczęły ofensywę.
Najwyraźniej zaczęły wykorzystywać przeciw nam pradawną krasnoludzką magię.
Czary , które dorosłe ludzkie istoty zamieniają w zniewolone sługi, które bez szemrania spełniają wszelkie zachcianki ciemiężców- karmią, poją, pielęgnują i masują brzuchy.
Cholerna „Rzeczpospolita Krasnoludowa”!
Jesteśmy już naprawdę zmęczeni rządami reżimu krasnoludzkiego i zastanawiamy się czy zamiast otwartej walki nie zacząć organizować ruchu oporu.
Mój pomysł na rozrzucanie „podziemnych” ulotek upadł w momencie, w którym uzmysłowiłem sobie ,ze nasi władcy marionetek są analfabetami i nawet nie doceni mojego anarchistycznego wysiłku.
Niestety nic mądrzejszego nie przyszło mi do głowy co tylko potwierdza hipotezę o stosowaniu przez przeciwnika owej zniewalającej ciało i umysł magii.
Najwyraźniej jednak krasnoludzkie czary nie są odporne na niskie temperatury.
Dzisiaj w nocy temperatura spadła do 27 stopni poniżej zera i nawet pluszowy miś, który siedział na parapecie przymarzł do szyby.
Wroga magia też prawdopodobnie do czegoś przymarzła ponieważ, mimo niewyspania i mdłości ze zmęczenia, wreszcie jestem w stanie coś napisać.
Koleżanka małżonka wisi ostatnio na necie i gorączkowo konsultuje się z dowódcami i strategami, którzy mają większe doświadczenie w zmaganiach z niziołkami i innymi „małoludziami”.
Z ich porad wynika ,ze sprawa jest stosunkowo prosta, wymaga tylko determinacji i konsekwencji.
Pod żadnym pozorem nie można odpuścić przeciwnikowi podczas dnia.
Należy związać jego siły całą serią działań obronno- zaczepnych na leżaczkach, matach edukacyjnych, kocykach i innych arenach zmagań. Porządnie zmęczyć- żeby wybić z głowy wszelkie myśli o nocnej aktywności a potem nakarmić i z zaskoczenia przetransportować do obozów jenieckich.
To znaczy położyć do łóżeczek, bo czuję ,że ta bitewna konwencja może mnie zaprowadzić w co nieco śliskie regiony.
Wszystko świetnie tylko,że do przeprowadzenia takiej ofensywy potrzebne są spore siły. A my najwyraźniej przekroczyliśmy granicę, za która już jest równia pochyła i zaczynamy staczać się w „otchłań przegranych”.
O! Właśnie przyszła koleżanka- małżonka z cokolwiek zomboidalnym wyrazem twarzy:
-Wiesz co (...)* jestem tak zmęczona,że mam ochotę położyć się gdziekolwiek i umrzeć- jęknęła, przesuwając stopy jak staruszka.
-Tjaaaa, wiem co czujesz. Wiem,że takich rzeczy nie powinno się mówić kobiecie,ale wyglądasz nie najlepiej. Prawie jak ja- wiem, wiem to musi być straszne- wykrzywiłem ustaw grymasie, który miał przypominać usmiech.
-(...)*-uśmiechnęła się niewesoło i wolnym krokiem skierowała się do sypialni.
Po chwili wróciła z jedna z księżniczek na ręku.
Najwyraźniej im mniejsza odległość tym krasnoludzka magia, mimo niskich temperatur, silniej działa, ponieważ na widok wykrzywionej „małoludziowej” twarzyczki poczułem,że znowu mam ochotę przytulać, głaskać, karmić, masować, przewi.... no nie, bez przesady.
Z przewijaniem to już lekka przesada. Nawet silna magia nie sprawi,że pokocham to zajęcie.



*-fragmenty oznaczone gwiazdką zostały pominięte ze względu na drastyczność treści i formy, która dla co bardziej wrażliwych czytelników mogłaby okazać się cokolwiek szokująca.

piątek, 22 stycznia 2010

Piwo, mleko i potwory

Jak mawiał ojciec mojej licealnej sympatii „dzieci to potwory” :-))))))
Krasnoludy nie biorą jeńców. Wiemy więc ,że naszą jedyną szansą na przetrwanie jest wygrać.
Od tygodnia próbujemy przyzwyczaić księżniczki do konsekwentnego usypiania w łóżeczkach.
Podobno warto się pomęczyć bo w przyszłości powinno to zaprocentować spokojnymi wieczorami.
Podobno...
Oby to była prawda bo w tej chwili o naszych wieczorach można mówić wiele ale na pewno nie to,że są spokojne.
Wczoraj byliśmy już tak udręczeni,że koleżanka małżonka przestała mi zwracać uwagę kiedy kląłem, z rozpaczy, pod nosem.
Za to noc była miłym zaskoczeniem. Pierwszą pobudkę miałem dopiero o 6.30! Po sprawdzeniu zapisków zony stwierdziłem,że ona wstała też tylko raz w okolicach godziny czwartej.
Niedawno, karmiąc w nocy jedną z pociech kartkowałem jedno z walających się po domu „matczyno-dziecięcych” pism i wyczytałem,że jest szansa iż po skończeniu szóstego tygodnia dzieciaki będą wymagały tylko jednego nocnego posiłku.
No fajnie wygląda na to,że te pocieszające rewelacje się sprawdzają, ale co z tymi cholernymi wieczorami!?
Naprawdę staram się być dobrym, wyrozumiałym i kochającym tatulem,ale są takie chwile, kiedy czuje ,że zaraz wyjdę z siebie, stanę obok, rzucę mięchem i wyjdę trzaskając za sobą drzwiami.
Choćby na chwilę. Na spacer, albo pokopać w drzewo dla rozładowania napięcia.
Oczywiście tego nie robię, bo nie chcę wyjść na potwora.
Po drugie obawiam się,że koleżanka małżonka mogłaby wyrzucić za mną za drzwi moją wylinkę -tę która została po wychodzeniu z siebie i wykrzyczeć coś na temat „chamskiego egoisty co to najpierw tak chciał a teraz jest zdziwiony”.
A po trzecie w drzewo nie pokopię bo i tak po przygodzie z majstrem moja prawa stopa stała się fantastycznym barometrem. Na każdą zmianę pogody reaguje rwącym bólem.
Tak więc zwieszam łeb i robię swoje.
Pozwalam sobie na to „narzekactwo” ponieważ kwestia „narzekać ,czy nie” wywołała sporo komentarzy, z których wynikało,że próby autocenzury są pomysłem nienajlepszym.
Przyznam szczerze,że nie jestem tym zaskoczony.
Od pewnego czasu nie mogłem się oprzeć wrażeniu,że mój „target” lubi poczytać o tym jak bachorki robią nam z tyłków jesień średniowiecza alb o tym , jak tatulo po raz kolejny zrobił z siebie idiotę.
Najwyraźniej niektórym dodaje to otuchy.
I dobrze.
A teraz z innej beczki.
Dwa dni temu, gdy rozwalony na kanapie karmiłem córę butelką, koleżanka małżonka zwróciła mi uwagę, że powinienem tak zmienić pozycję by dziecko widziało moja twarz gdyż w ten sposób buduje się więź.
Bardzo się tym przejąłem i nie zwracając uwagi na ból kręgosłupa pochyliłem się nad małą twarzyczką, spojrzałem w małe oczęta i wymruczałem:
-Te laska, to jest taaaaataaaa. Taaaataaaa jest doooobryyyyyyy.
I wtedy do głowy przyszła mi pewna myśl.
Może to nie tylko o tworzenie więzi rodzicielskiej chodzi? Może w ten sposób da się”wdrukować” inne treści?
No i się zaczęło, spojrzałem głęboko w ciemnoniebieskie ślepia i głosem wytrawnego hipnotyzera zacząłem przekazywać jakże ważne treści:
-No mała, skup się! To jest tata. Tata jest dobry. Taty trzeba słuchać. Zapamiętaj- mleko dobre, tata dobry.
Nigdy nie będę okłamywała taty. Tata dobry. Muzyka rockowa- dobra a narkotyki-złe. Bardzo złe. Uwaga- taty trzeba słuchać. Bo tata dobry. Tak jak mleko.

No dobra, lekcja pierwsza skończona. Nadszedł czas na bardziej skomplikowane treści.
-Tata-dobry, mleko-dobre, rock-dobry, wódka-zła, piwo..... na razie średnie, może być dobre jak tata powie,że tak jest. Chłopcy... też są średni. Może będą dobrzy jak tata pozwoli. No to podsumowujemy:tata, mleko i muzyka rockowa- doooobree, wódka i narkotyki- złeeee, piwo i chłopcy-średni, a szkoła...?

No i tu odpuściłem. Nie chciałem być niepedagogiczny, ale też i nie zamierzam dziecku kłamać.
Szkoła nigdy nie była dobra.
-Matematyka-złaaa, wuef-dobry, fizyka- średnia w porywach do złej, oj matematykaaa baaardzooo złaaa-mruczałem pod nosem idąc do lodówki po piwo.

wtorek, 19 stycznia 2010

Weteran

Tym razem piszę tylko z poczucia obowiązku bo mózg mam kompletnie wypłukany z myśli i jakiejkolwiek inwencji.
Nie ma chwili bym nie przeklinał pułapki politycznej poprawności w jaką zapędził mnie mój drogi przyjaciel przejmujący się tym,że swoją pisaniną mogę spowodować spadek przyrostu naturalnego w naszym kraju.
W weekend nasze kochane krasnoludy urządziły nam prawdziwą, dwudniową „bitwę na polach Peleonoru”.
Wczoraj po południu mieliśmy uczucie ,że udało nam się na moment wyrwać z okrążenia krasnoludzkiej armii,ale wieczorem przypuściła kolejny bezlitosny szturm na nasze wątłe siły.
Regularne walki trwały do drugiej w nocy by potem przeobrazić się w serię partyzanckich potyczek pod osłoną nocy.
Nad ranem udało nam się doprowadzić do niepewnego rozejmu.
Ale nie, nie. Nie ufamy sobie kompletnie.
Dlatego podczas gdy koleżanka- małżonka odsypia wojenne trudy ja z kubasem mocnej kawy, stoję na straży warowni.
Prawdziwy weteran „krasnoludzkich wojen”-ogorzały, pokryty bitewnym kurzem i z dumą noszący liczne blizny po ranach zadanych przez pazury nieprzyjaciela.
To dziwne, ale nie zauważyłem by w literaturze pojawiał się kiedykolwiek wątek krasnoludzkich pazurów.
Podstępny mały ludek.
W każdym razie przechodzimy niezły kryzys formy.Jesteśmy totalnie odmóżdżeni a przykładowa rozmowa na temat tego gdzie leży polar wygląda mniej więcej tak:

-Gdzie położyłeś, ten...
-?
-No ten, szary...
-???...chodzi ci o.... o ten....no.... polar?
-Yhm, no właśnie.
-Tam leży.
-Gdzie?
-No … w sypialni, tam no...
-Gdzie??
-Nooooo, na tym tam...
-Na czym do cholery???
-Nosz, psiakrew, na tym no..., no , siada się na tym
-Fotel, krzesło, taboret?
-No właśnie!
-Właśnie co?
-No , ten... to drugie, no.

Ale nie czujcie się zrażeni do posiadania dzieci ;-))) i tak jest cudnie.
Mam nadzieję,że uda mi się niedługo wyklikać coś więcej.
W kolejce czekają między innymi refleksje o „Avatarze”.

piątek, 15 stycznia 2010

Walka ze smokami

Od razu uprzedzam,że nie o zaletach lub wadach stosowania lateksowo- kauczukowych gadżetów „smoktaniowych” zamierzam teraz pisać.
O nieee... wypełniam obietnicę złożoną wczoraj mojemu serdecznemu przyjacielowi. Autorowi owego cudnego tekstu o nieistnieniu cholesterolu, który swego czasu wywołał na blogu spory odzew :-)
Otóż kolega ów zadzwonił by podzielić się ze mną swoją radością z faktu, że znalazł się w knajpie, w której serwują ponad 300 (słownie :trzysta) gatunków piw.
Kto jak kto,ale ja jestem w stanie zrozumieć jego wzruszenie wynikające z tego faktu. Niewątpliwie wynikające również z tego,że jako jednostka o ambicjach naukowych oddał się z zapałem i poświęceniem studiom degustacyjnym.
Nie wiem czy w chwili obecnej nie żałuje swojej nieokiełznanej pasji poznawczej, ale nauka przecież wymaga poświęceń.
Aha, nie miejcie złudzeń- owa świątynia pienistego trunku nie w naszym cudnym kraju się znajduje.
Ale jak się okazuje i na obczyźnie czytują Dzieci Frankensteina.
To miłe i budujące.
I pouczające nawet, bo czytują, analizują i zgłaszają uwagi krytyczne.
No i nasłuchałem się o tym,że za bardzo biadolę w swoich ostatnich postach i ludzi od posiadania dzieci odstraszam.
-Ty weź kurwa napisz człowieku, że ojcostwo to nie jest jakaś pierdolona walka ze smokami! O weź to napisz!Bo tylu ludzi cie czyta a teraz będą się bali te dzieci robić.
-No, dobra napiszę...
-Tak, tak, napiszesz, już to widzę...
-Naprawdę!
-A gówno tam!
No i co? Napisałem? Napisałem.
Ale nie o to chodzi. Nie wiem czy kolega czyta posty wyrywkowo, bo z tego co wiem czytelnikiem został niedawno a jest człowiekiem bardzo zapracowanym, czy rzeczywiście aż tak bardzo narzekam?
Chyba coś jest na rzeczy ponieważ zapytana o opinię koleżanka- małżonka przyznała,że krytyka jest uzasadniona.
Nooo, dobra zdarza mi się czasem lekko podtunningować opowieść,ale piszę szczerą prawdę. A co tu gadać łatwiej i ciekawiej pisze się o niedolach niż rozpływa nad urokami.
Pisałem już kilkakrotnie o tym jak ciężko momentami jest uniknąć banału i pretensjonalności.
No bo co? Mam pisać ,że ojcostwo mnie zmieniło, jest cudowne, moje życie stało się pełniejsze i tak dalej i tak dalej?
Ech... może i nie zaszkodzi bo nie dość ,że sam wychodzę na gruboskórnego egoistę to jeszcze dzieciom robię czarny PR.
Bo Księżniczki ze Szkiełka są fantastyczne. Uwielbiam czuć ich bliskość, przytulać, głaskać ,łapać za rączki. A kąpiel to już w ogóle super sprawa. Bo kąpiel to praktycznie wyłącznie „tatowa robota”. Taka bardzo intymna ceremonia.
No i tatulo śpiewają podczas owej kąpieli swoim córkom.
Najczęściej kawałek Waglewskiego z płyty „Waglewski gra żonie”-ten z refrenem:
„Siedzę w wannie i gapie się w sufit
A mury niosą rozmowy jakiś ludzi
O tym, że gdzieś tam się waży
Los niezwykle ważnych dygnitarzy
Siedzę w wannie, a sufit tak biały
Że w tej białości niemal doskonały
I choć nieco, brakuje przestrzeni
To te chwile spokoju trudno przecenić”

Od tego zaczynamy. Potem bywa różnie. Czasem jadę „Running Free” Iron Maiden a czasem coś z repertuaru Dire Straits. O! aAostatnio był „Wehikuł czasu” Dżemu.
Prowadzę też intensywne eksperymenty wokalno muzyczne- ponieważ nie chciałbym, o czym już kiedyś wspominałem, serwować dzieciom muzyki dziecięcej gdyż uważam,że ta etykietka zbyt często przypinana jest okropnej tandecie.
Ostatnio odkryłem,że jako kołysanka genialnie sprawdza się „Brothers in Arms” wymruczane do dziecięcego uszka.
Z kolei dosyć twórczo podchodzę do klasycznej kołysanki z „Popielnika dla Wojtusia”.
Tak jakoś przez przypadek, kiedy jedna z pociech darła się okrutnie irytująco zmieniłem manierę wokalną na death metalową.
I co? Zadziałało!
A jak to brzmi! Wyobraźcie sobie tatula „growlującego” o pszczółkach robotniczkach, iskiereczkach i tym podobnych.
Wydawać by się mogło,że takie ekscesy powinny skończyć się wielkim płaczem przerażonych pociech.
Tyle,że to naprawdę są „niezapisane karty”. Skąd one mają wiedzieć,że taki gardłowy, bełkotliwy charkot ma wywoływać negatywne reakcje? Dla nich to taki sam dźwięk jak każdy inny.
No ,ale staram się nie przeginać.
W każdym razie nie przepadają za tym jak próbuję im zagwizdać jakąś melodię.
I raczej nie chodzi o to że gwiżdżę gorzej niż śpiewam bo to chyba niemożliwe ;-))))))
Wygląda na to, że tak jak koleżanka- mama po prostu nie lubią gwizdania.
Naprawdę czuję, że bycie ojcem mnie zmieniło. Nie potrafię na razie powiedzieć konkretnie na czym ta zmian polega.
To takie dziwne uczucie... pełni? Czasem czuję się tak jakby poszerzyło mi się „emocjonalne pole widzenia”.
Koślawe i karkołomne to określenie,ale najbardziej trafne jakie udało mi się do tej pory wymyślić.
Ostatnio, kiedy na kilka godzin wyskoczyłem do miasta złapałem się tym,że idąc po zaśnieżonym chodniku wyobrażam sobie pyszczki córek.
Ech...
Ojcostwo, to rzeczywiście nie jest „walka ze smokami”.
Celowo powtarzam te słowa bo wiem,że kolega jest zbyt cwany by zaliczyć je jako podane w formie cytatu :-)
Jest fajnie, jest super i w ogóle.
Co nie zmienia faktu, że kiedy przychodzi 23.00 oboje z koleżanką- małżonką myślimy z niechęcią o nadchodzącej nocy. Łapię się na myśli,że chcę żeby była już szósta rano- pora lekko barbarzyńska, ale wtedy walcząc ze smokami ;-) mogę sobie już zrobić coś na kształt śniadania- kanapki, herbatę i wtedy jakoś łatwiej to przetrzymać.
Wpadłem na to ostatnio kiedy po raz tysiąc pięćdziesiąty pierwszy wstawałem z łóżka ,żeby wcisnąć do dzioba wypluty po raz kolejny …. smok. Tak mnie ta … „walka ze smokami” ;-))))) zmęczyła,że kontynuując ją zrobiłem sobie jedzenie i zamiast kłaść się i wstawać po prostu pogryzałem, popijałem, zerkałem do gazetki.
W jakiś sposób sprawiło to,że przestałem się czuć jak terroryzowany frajer a zacząłem jak partner w tej „smoczej” rozgrywce. W końcu dzieci posnęły a ja, pogryzając pyszną kanapkę z wędzoną „ciągnącą się” polędwicą -posmarowaną żurawiną, oglądałem wschód słońca sącząc z kieliszka pyszne czerwone wytrawne winko.
Śniadanie mistrzów.
A wracając do tematu przewodniego to utrzymując się w konwencji fantasy dochodzę do wniosku,że wychowanie Księżniczek ze Szkiełka rzeczywiście nie przypomina walki ze smokami.
Raczej potyczkę z … krasnoludami. Małe to, zawzięte i ślepo przekonane o wyższości nad rasą ludzką.
I bitne jak jasna cholera.
Tyle,że jak powszechnie wiadomo nikomu do tej pory nie udało się ustalić czy owa rasa w ogóle dysponuję tak zwaną płcią piękną.
No chyba,że w krasnoludzkim przypadku jest to diabelny a raczej ...smoczy eufemizm.