No cóż po takiej przerwie czuję się jak debiutant. Tym bardziej ,że przeczytałem wczoraj kilka cierpkich komentarzy.
Przyznaję,że trochę mnie ruszyło.
Inna sprawa,że nie byłem zaskoczony. Nawet trochę bałem się wpisując adres blogu w wyszukiwarce :-)
Na zarzut o lekceważeniu mogę odpowiedzieć bardzo prosto: właśnie z szacunku do czytelników „nie ubierałem w słowa tego,że nie miałem nic do powiedzenia” :-)
Cytat może niezbyt dokładny bo z głowy.
Ale niewątpliwie trafny.
Czuje się ostatnio jakbym żył naraz w kilku równoległych światach.
Między 5.00 a 6.00 z bezkresnych mroków czarnej dziury wzywa mnie jękliwe wołanie którejś z księżniczek. I tym samym przenoszę się do świata jasności i dualnej monarchii.
Bardzo lubię te chwile o poranku. Karmie dzieciaki a kiedy najedzone przydrzemią siadam z kawą i przez kilkanaście minut czytam kilka stron książki.
Taaa... nieżyjący już Stieg Larson i jego trylogia „Milenium” to chyba jeden z powodów ostatniego milczenia...
Koło ósmej wsiadam w samochód i ląduję w krainie mroku i szarości. Świata , w którym słońce nigdy nie wschodzi i nie zachodzi. Resztę przemilczę bo cholera wie kto to z mojej firmy czyta ;-)
Wracając do księżniczek niestety muszę jeszcze po drodze odwiedzić kamieniołomy w naszym ogrodzie.
Koleżanka małżonka dosyć jasno wyraziła się na temat zbyt długiego oczekiwania na dokończenie balkonu i tarasu. Dobrze,ze chociaż szwagier betoniarkę pożyczył.
Taki tryb życia powoduje ,że ostatnio wyspecjalizowałem się w zasypianiu podczas najbardziej dramatycznych momentów meczów.
Ostatnio przydrzemałem podczas.... karnych!
Więc naprawdę nie miejcie żalu.
Tym bardziej,że każdą wolna chwile spędzam z dzieciakami.
Naprawdę potrafią dać w kość, ale obserwowanie tego jak rozwijają się z dnia na dzień jest fascynujące i rozczulające.
Nasz „bliźniak drugi” właśnie bardzo na serio przymierza się do raczkowania a „bliźniak pierwszy” nauczył się mówić „mama”.
I oddaje się temu zajęciu z niesłabnącym entuzjazmem.
A jednak to wspaniałe doświadczenie kiedy od drugiej do trzeciej w nocy człowiek słucha słodko monotonnej mantry:
„mamamamamaamamamamamamamaaaaamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamaaama....”
Fajne jest to tacierzyństwo.
Dzisiaj byliśmy na kolejnym spotkaniu z panią rehabilitantką.
Równie miłym co , moim zdaniem, całkiem niepotrzebnym. Bo chodzenie tylko po to żeby usłyszeć, że wszystko jest super ,ale „lepiej jeszcze poćwiczyć” jest chyba bez sensu.
Kiedy opowiadam o tym koledze lekarzowi ten tylko uśmiecha się i cynicznie stwierdza:
-A co się dziwisz. Oddział rehabilitacji z czegoś musi żyć.
No tak, pracy niewiele, koszty żadne a punkty do NFZ się nabija.
Pozostaje tylko wzruszyć ramionami.
Trudno za to tak lekko potraktować kampanię wyborczą, w której kwestia in vitro pojawia się bardzo regularnie.
Przygnębia mnie ta kampania prezydencka. Z kilku względów.
Po raz kolejny przychodzi podjąć decyzję czy zagłosować na kandydata bardzo złego czy bardzo złego inaczej.
Właśnie oglądam drugą debatę między „Małym Bratem” a „Nadętym Gajowym”.
Te pierwszy jest zdecydowanym przeciwnikiem in vitro ( „jestem katolikiem”) a drugi niby za ,ale reprezentuje partię, która cynicznie próbuje zniszczyć mój zakład pracy.
No i masz tu wybór Polaku.
Tym bardziej,że te wszystkie medialne działania mają jeszcze drugie i trzecie dno.
Chyba jeszcze nigdy koledzy dziennikarze tak mocno nie zaangażowali się w kampanię.
Ostatnio ze znajomymi śmialiśmy się tłumacząc skróty stacji telewizyjnych jako TVPis oraz Tusk Vision Network.
O ile jednak publiczna tv stara się zachować jakieś tam pozory to TVN jedzie po bandzie.
Z biznesowego punktu widzenia takie działanie jest zrozumiałe bo Platforma robi dużo by osłabić pozycję TVP, która jest poważnym konkurentem na rynku reklamowym.
A jednak jako dziennikarz brzydzę się takimi cynicznymi manipulacjami.
I chociaż jako widza bawią mnie często te medialne złośliwostki pod adresem Małego Brata to jednak jako dziennikarz nie mogę pozbyć się niesmaku.
Zresztą z prasą jest podobnie.
No cóż. Agora też od lat szuka dla siebie miejsca na rynku mediów elektronicznych...
Kiedy czytam wspomniany ostatnio kryminał Stiega Larsona to dochodzę do wniosku,że jeżeli chodzi o standardy i etykę dziennikarską to jeszcze przed nami dłuuuga droga.
środa, 30 czerwca 2010
środa, 9 czerwca 2010
AC/DC-część 3
Pod lotnisko, na którym ma odbyć się koncert, zajeżdżamy zaskakująco szybko.
Miny nam jednak rzedną kiedy zaczyna się mozolne szukanie miejsca do zaparkowania.
Samochody są wszędzie -na chodnikach, trawnikach podjazdach do sklepów.
W pewnym momencie sugeruję kierowcy żeby zaparkował w środku myjni samochodowej.
Jakoś nie wydaje mi się by jakiś klient odważył się dzisiaj do niej przyjechać.
Mój żart nie zostaje jednak doceniony.
Nie to nie. Siadam naburmuszony i siorbię piwo z puszki. Chciałem dobrze.
W końcu policjanci pozwalają nam zaparkować przy przystanku autobusowym. Ulica i tak zostanie zaraz zamknięta.
Nadszedł czas dramatycznej decyzji.
-To co będzie padało czy nie? Zakładamy kalosze czy nie?-patrzymy na siebie pytająco z koleżanką małżonką.
-W dupie! Nie bierzemy! Żyje się raz!
Ależ jesteśmy szaleni.
Przypomina mi się jeden z rysunków Garfielda, na którym Jon Arbuckle krzyczy -
„Jestem szalony! Założyłem nakolanniki na łokcie!!!”.
Po chwili jednak wchodzimy w gęsty tłum zmierzający do bramek.
Po drodze za dwie dychy kupujemy jeszcze dwie pary świecących diabelskich rogów.
Patrzymy na siebie krytycznie z koleżanka małżonką i zgodnie oceniamy,że ta cepeliada uczyniła z nas „najrasowszych” fanów AC/DC.
W pewnym momencie podchodzi do mnie dwóch kolesi. Ten wyższy pyta zaczepnie wskazując na moje świecące poroże:
-Pożyczysz, czy mam ci odebrać?
-Próbuj! - proponuję buńczucznie co wywołuje jego wesołość.
W końcu jest tylko dwa razy większy ode mnie.
Gratuluje mi właściwej postawy i rozchodzimy się w zgodzie.
Czuję,że zaczyna mnie cisnąć pęcherz.
Tego się obawiałem.
A potem się zaczyna.
Jedna bramka,kolejka do toi- toia.
Druga bramka i kolejna kolejka do toi -toia.
Wreszcie trzecia bramka i nasz sektor. Okazuje się ,że tu kolejek do toalet nie ma. Ale przecież nie po to zapłaciłem tyle za bilet, żeby teraz nie skorzystać. No to idę po raz trzeci.
Zastanawiając się po drodze czy to tylko wina wypitego piwa czy tez może warto pomyśleć o zbadaniu prostaty.
Kiedy wchodziliśmy na stadion, ktoś z tłumu mruknął:
-Eee, myślałem,że scena będzie większa.

Jednak okazało się to złudne, bo z każdym krokiem scena rosła i robiła coraz większe wrażenie.

A na scenie Dżem. Po śmierci Ryśka Riedla przez wielu traktowany jak przyzwoity coverband.
A jednak miło było posłuchać starych dobrych kawałków, które brzmiały naprawdę dobrze i
soczyście.
I kiedy kiwaliśmy się przy „Wehikule Czasu” ktoś mruknął:
-Jeżeli teraz jest tak fajnie to wyobraźcie sobie co będzie później.
Aż ciary przeszły po plecach.
A właściwie przegalopowały. O mało nie odbijając mi nerek.
Najwyraźniej były to metalowe ciary ubrane w glany.
Masując obolałe plecy obserwowałem krzątaninę ekipy technicznej, która szykowała scenę na występ gwiazdy wieczoru.
Poszło im zaskakująco sprawnie i szybko. Punktualnie o 21.00 rozbłysły światła a na telebimach pojawił się film animowany , którego akcja rozgrywała się w rozpędzonym pociągu.
Akcja robiła się coraz bardziej dramatyczna a muzyka narastała. Ciary na moich plecach przestały galopować. Teraz używały już naprawdę ciężkiego sprzętu.
A potem zaczęło się szaleństwo. I po moich plecach przejechała dywizja czołgów.
Huk eksplozji, dymy, rozbłysk świateł i rozpędzona lokomotywa wjeżdżająca na scenę.

Z moich ust mimowolnie wyrwało się jedno głośne słowo. Takie z wyrazistym „r” w środku , które w naszym języku służy do wyrażania całej palety emocji. Najczęściej skrajnych.
Zginęło ono jednak w huku utworu „Rock'n roll train”.

A potem było coraz lepiej.

Trzeci numer koncertu to „Back in black” i kompletne szaleństwo.
Sześćdziesięcioletni Brian Johnston biegał z mikrofonem a 55-latek Angus Young robił wszystko by udowodnić,że pogłoski o jego wieku są mocno przesadzone.

Ostra jak żyleta muza, bicie w wielki dzwon przy Hells Bells, solidna 10-minutowa solówka i gardło zdarte do szczętu przy ryczeniu Highway to Hell.
Aczkolwiek po tych harcach Angus wyglądał na dećko wykończonego.

Kiedy muzyka wreszcie ucichła i światła zgasły poczułem ,że mam miękkie nogi.
Okazało się ,że nie ja jeden.
Nucąc chrapliwymi, zdartymi głosami finałowe „For those about to rock” człapaliśmy w lekko zataczającym się tłumie.
Przez głowę przeleciała mi myśl,że właśnie kończy się jeden z najwspanialszych wieczorów w moim życiu. Potem jednak poczułem ukłucie żalu na myśl o tym,że taki wieczór już się pewnie nie powtórzy.
Kolejne ukłucie żalu, tym razem do losu- poczułem kiedy okazało się,że jedna osoba z naszego busa zaginęła gdzieś w akcji.
Umówiliśmy się,że godzinę po koncercie wszyscy mają być już na swoich miejscach. Tyle,że jeden z kolesi miał inne plany. Kiedy w końcu raczył odebrać telefon oświadczył bełkotliwym głosem,że siedzi na krawężniku przy stacji benzynowej w towarzystwie jakiś przemiłych i równie pijanych ludzi. Najwyraźniej nie spieszyło mu się do nas.
Kiedy po ponad godzinie wreszcie się pojawił ci którzy tego ranka mieli iść do pracy złożyli mu serdeczne podziękowania.
Większość z nich zaczynała się od słów … których po namyśle postanowiłem tu nie przytaczać.
Zresztą owe oświadczenia nie tylko zaczynały się niecenzuralnie.
Ona całe stanowiły totalny manifest „niecenzuralności”.
Winowajca nie sprawiał wrażenia specjalnie poruszonego.
Zatoczył dookoła nieprzytomnym wzrokiem a potem zwalił się na swoje miejsce i słodko zasnął.
Co było robić? Spróbowaliśmy pójść w jego ślady.
Do domu dotarliśmy nad ranem. Nastawiłem budzik i straciłem przytomność jeszcze zanim moja głowa dotknęła poduszki. Niestety praktycznie w tym samym momencie budzik zadzwonił.
Zerknąłem na zegarek i ze zdziwieniem stwierdziłem,że w rzeczywistości minęły dwie godziny.
Klnąc paskudnie pod nosem poszedłem się ogolić. Na zrobienie sobie śniadania nie miałem już ani siły ani czasu.
Jadąc do pracy kupiłem półtoralitrową butelkę coli. Następne osiem godzin spędziłem popijając nią kolejne kubki kawy.
„Co nie zabije uczyni cię mocniejszym! Stary metal nie rdzewieje!!!” -powtarzałem sobie w duchu próbując zogniskować wzrok na obrazie wyświetlanym przez monitor komputera.
To było cholernie długie osiem godzin.
Miny nam jednak rzedną kiedy zaczyna się mozolne szukanie miejsca do zaparkowania.
Samochody są wszędzie -na chodnikach, trawnikach podjazdach do sklepów.
W pewnym momencie sugeruję kierowcy żeby zaparkował w środku myjni samochodowej.
Jakoś nie wydaje mi się by jakiś klient odważył się dzisiaj do niej przyjechać.
Mój żart nie zostaje jednak doceniony.
Nie to nie. Siadam naburmuszony i siorbię piwo z puszki. Chciałem dobrze.
W końcu policjanci pozwalają nam zaparkować przy przystanku autobusowym. Ulica i tak zostanie zaraz zamknięta.
Nadszedł czas dramatycznej decyzji.
-To co będzie padało czy nie? Zakładamy kalosze czy nie?-patrzymy na siebie pytająco z koleżanką małżonką.
-W dupie! Nie bierzemy! Żyje się raz!
Ależ jesteśmy szaleni.
Przypomina mi się jeden z rysunków Garfielda, na którym Jon Arbuckle krzyczy -
„Jestem szalony! Założyłem nakolanniki na łokcie!!!”.
Po chwili jednak wchodzimy w gęsty tłum zmierzający do bramek.
Po drodze za dwie dychy kupujemy jeszcze dwie pary świecących diabelskich rogów.
Patrzymy na siebie krytycznie z koleżanka małżonką i zgodnie oceniamy,że ta cepeliada uczyniła z nas „najrasowszych” fanów AC/DC.
W pewnym momencie podchodzi do mnie dwóch kolesi. Ten wyższy pyta zaczepnie wskazując na moje świecące poroże:
-Pożyczysz, czy mam ci odebrać?
-Próbuj! - proponuję buńczucznie co wywołuje jego wesołość.
W końcu jest tylko dwa razy większy ode mnie.
Gratuluje mi właściwej postawy i rozchodzimy się w zgodzie.
Czuję,że zaczyna mnie cisnąć pęcherz.
Tego się obawiałem.
A potem się zaczyna.
Jedna bramka,kolejka do toi- toia.
Druga bramka i kolejna kolejka do toi -toia.
Wreszcie trzecia bramka i nasz sektor. Okazuje się ,że tu kolejek do toalet nie ma. Ale przecież nie po to zapłaciłem tyle za bilet, żeby teraz nie skorzystać. No to idę po raz trzeci.
Zastanawiając się po drodze czy to tylko wina wypitego piwa czy tez może warto pomyśleć o zbadaniu prostaty.
Kiedy wchodziliśmy na stadion, ktoś z tłumu mruknął:
-Eee, myślałem,że scena będzie większa.

Jednak okazało się to złudne, bo z każdym krokiem scena rosła i robiła coraz większe wrażenie.

A na scenie Dżem. Po śmierci Ryśka Riedla przez wielu traktowany jak przyzwoity coverband.
A jednak miło było posłuchać starych dobrych kawałków, które brzmiały naprawdę dobrze i
soczyście.
I kiedy kiwaliśmy się przy „Wehikule Czasu” ktoś mruknął:
-Jeżeli teraz jest tak fajnie to wyobraźcie sobie co będzie później.
Aż ciary przeszły po plecach.
A właściwie przegalopowały. O mało nie odbijając mi nerek.
Najwyraźniej były to metalowe ciary ubrane w glany.
Masując obolałe plecy obserwowałem krzątaninę ekipy technicznej, która szykowała scenę na występ gwiazdy wieczoru.
Poszło im zaskakująco sprawnie i szybko. Punktualnie o 21.00 rozbłysły światła a na telebimach pojawił się film animowany , którego akcja rozgrywała się w rozpędzonym pociągu.
Akcja robiła się coraz bardziej dramatyczna a muzyka narastała. Ciary na moich plecach przestały galopować. Teraz używały już naprawdę ciężkiego sprzętu.
A potem zaczęło się szaleństwo. I po moich plecach przejechała dywizja czołgów.
Huk eksplozji, dymy, rozbłysk świateł i rozpędzona lokomotywa wjeżdżająca na scenę.

Z moich ust mimowolnie wyrwało się jedno głośne słowo. Takie z wyrazistym „r” w środku , które w naszym języku służy do wyrażania całej palety emocji. Najczęściej skrajnych.
Zginęło ono jednak w huku utworu „Rock'n roll train”.

A potem było coraz lepiej.

Trzeci numer koncertu to „Back in black” i kompletne szaleństwo.
Sześćdziesięcioletni Brian Johnston biegał z mikrofonem a 55-latek Angus Young robił wszystko by udowodnić,że pogłoski o jego wieku są mocno przesadzone.

Ostra jak żyleta muza, bicie w wielki dzwon przy Hells Bells, solidna 10-minutowa solówka i gardło zdarte do szczętu przy ryczeniu Highway to Hell.
Aczkolwiek po tych harcach Angus wyglądał na dećko wykończonego.

Kiedy muzyka wreszcie ucichła i światła zgasły poczułem ,że mam miękkie nogi.
Okazało się ,że nie ja jeden.
Nucąc chrapliwymi, zdartymi głosami finałowe „For those about to rock” człapaliśmy w lekko zataczającym się tłumie.
Przez głowę przeleciała mi myśl,że właśnie kończy się jeden z najwspanialszych wieczorów w moim życiu. Potem jednak poczułem ukłucie żalu na myśl o tym,że taki wieczór już się pewnie nie powtórzy.
Kolejne ukłucie żalu, tym razem do losu- poczułem kiedy okazało się,że jedna osoba z naszego busa zaginęła gdzieś w akcji.
Umówiliśmy się,że godzinę po koncercie wszyscy mają być już na swoich miejscach. Tyle,że jeden z kolesi miał inne plany. Kiedy w końcu raczył odebrać telefon oświadczył bełkotliwym głosem,że siedzi na krawężniku przy stacji benzynowej w towarzystwie jakiś przemiłych i równie pijanych ludzi. Najwyraźniej nie spieszyło mu się do nas.
Kiedy po ponad godzinie wreszcie się pojawił ci którzy tego ranka mieli iść do pracy złożyli mu serdeczne podziękowania.
Większość z nich zaczynała się od słów … których po namyśle postanowiłem tu nie przytaczać.
Zresztą owe oświadczenia nie tylko zaczynały się niecenzuralnie.
Ona całe stanowiły totalny manifest „niecenzuralności”.
Winowajca nie sprawiał wrażenia specjalnie poruszonego.
Zatoczył dookoła nieprzytomnym wzrokiem a potem zwalił się na swoje miejsce i słodko zasnął.
Co było robić? Spróbowaliśmy pójść w jego ślady.
Do domu dotarliśmy nad ranem. Nastawiłem budzik i straciłem przytomność jeszcze zanim moja głowa dotknęła poduszki. Niestety praktycznie w tym samym momencie budzik zadzwonił.
Zerknąłem na zegarek i ze zdziwieniem stwierdziłem,że w rzeczywistości minęły dwie godziny.
Klnąc paskudnie pod nosem poszedłem się ogolić. Na zrobienie sobie śniadania nie miałem już ani siły ani czasu.
Jadąc do pracy kupiłem półtoralitrową butelkę coli. Następne osiem godzin spędziłem popijając nią kolejne kubki kawy.
„Co nie zabije uczyni cię mocniejszym! Stary metal nie rdzewieje!!!” -powtarzałem sobie w duchu próbując zogniskować wzrok na obrazie wyświetlanym przez monitor komputera.
To było cholernie długie osiem godzin.
AC/DC-część 2
Jak zwykle wydawało nam się ,że mamy masę czasu dopóki nie zaczęliśmy się zbierać. Wtedy zaczęło robić się nerwowo.
Jakie ciuchy dla dziewczynek zostawić dziadkom? Czy będzie ciepło, czy zimno? A może średnio?
No to szykujemy je na wszystkie opcje pogodowe. prognozy meteorologiczne na różnych kanałach bardzo różnią się od siebie a niektóre są wręcz sprzeczne.
Jedną ze stacji zaczynam wręcz podejrzewać o to,że zamiast stawiać na mityczny parametr „sprawdzalności” zaczynają po prostu obiecywać taką pogodę jakiej życzyłaby sobie większość społeczeństwa.
-Kurczę żeby tylko nie padało!-jęczy koleżanka małżonka
-Moja droga- tłumaczę jej pełen zapału- Zapewniam cię ,że już przy trzecim utworze pogoda przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie! Zabrzmi „Back in Black” i wszyscy odlecimy w kosmos!!!
Kiwa głową, ale nie wygląda na specjalnie przekonaną.
Nie ma czasu na dłuższe dyskusje bo czas ucieka.
Zaczynam nosić do samochodu sprzęt jakiego moi rodzice będą potrzebowali do serwisowania dziewczynek.
Najpierw wózek, potem wanienka, potem leżaczki...i w tym momencie okazuje się ,że na resztę zabrakło już miejsca. A więc wyciągam wszystkie graty z bagażnika i zaczynam od nowa starając się jak najlepiej wykorzystać przestrzeń bagażową.
O dziwo jakoś się udaje.

Jednak kiedy wracam do domu dowiaduję się, że muszę jeszcze upchnąć w samochodzie dwie torby z ekwipunkiem dla dzieciaków. No i oczywiście nasze bambetle.
I znowu , ku mojemu zaskoczeniu, jakoś się udaje. Co prawda samochód wygląda tak jakby znalazły się w nim bagaże 12 osobowej ekipy wybierającej się na wielomiesięczny rajd dookoła globu, ale trudno się temu dziwić.
My też musimy być przygotowani na różne warunki pogodowe.
To już nie te czasy kiedy człowiekowi wystarczało to co ma na grzbiecie i kilka groszy w kieszeni.
Chociaż nie ukrywam,że trochę mi tęskno za tamtym okresem.
Nie mam jednak czasu na smętne rozważania.
Upychamy wszystko w samochodzie, pakujemy dzieciaki do fotelików i grzejemy do dziadków.
Po drodze koleżanka małżonka desantuje się pod sklepem.
Zadanie- „znaleźć i zakupić”.
Cel- „mokre i z procentami”.
Środki- „wszystkie niezbędne- łącznie z eliminacją przeciwnika”.
Podczas gdy żona buszuje w spożywczaku ja zajeżdżam pod dom rodziców.
Oczywiście zamiast skoncentrować się na wyładunku dziecięcego ekwipunku muszę odpowiadać na pytania o to „dlaczego przyjechałem bez żony”.
Na szczęście obiekt pytań już po chwili nadciąga dźwigając podzwaniającą torbę.
Teraz ona przejmuje obowiązki rzecznika prasowego a ja mogę skoncentrować się na swojej nowej ścieżce kariery.
Czyli pracy wysoko wykwalifikowanego tragarza.
Kilkanaście minut później pędzimy już na miejsce zbiórki.
-Wiesz myślałam ,że będę się cieszyć. Że wolność i swoboda i w ogóle. A tak mi jakoś bez nich smętnie.
-Tak, ja też już tęsknię. Właściwie to od wczoraj- kiwam głową i wkładam do odtwarzacza „Black Ice”.
Dźwięk gitary Angusa Younga tnie powietrze a ja mimowolnie mocniej naciskam pedał gazu.
„Ale byłaby wtopa jakbyśmy teraz zaliczyli stłuczkę i przez to spóźnili się na koncert”-przelatuje mi przez głowę i zwalniam.
A więc tak wygląda nadciągająca starość? Rozsądek, przewidywalność, ostrożność?
„E tam zaraz starość, wiek dojrzały po prostu. No... dojrzewający” -staram się pocieszyć w duchu.
Na parkingu czeka już kilka osób. Raczej trudno się pomylić chociaż znam tylko kilka twarzy.
Czarne koszulki, z charakterystycznym logo, opinające wypięte brzuchy, długie włosy przerzedzające się niebezpiecznie na czubkach głów.
Tak wyglądają ludzie zakonserwowani ostrym graniem.
Witamy się mimowolnie zauważając upływ lat u niektórych znajomych. Większość z nich spotykam co kilka lat przy okazji wyjazdu na jakiś koncert. Dla niektórych czas jest łaskawy.
Przez moment zastanawiam się jak ja wyglądam w ich oczach. Szybko jednak daję spokój- przecież do cholery mam w domu lustro.
Po chwili zajeżdża nasz bus i ładujemy się do środka.
Jeszcze nie zdążyłem upchnąć plecaka pod fotelem gdy usłyszałem znajomy syk otwieranych puszek i bulgotanie płynu przelewanego z butelki do gardła. Bez pośrednictwa niepotrzebnych akcesoriów.
Po przejechaniu kilkunastu kilometrów jest już naprawdę wesoło.
Jestem tylko niemiło zaskoczony muzyką dobiegającą z odtwarzacza kierowcy.
Dobra tradycja nakazuje grać twórczość zespołu na koncert którego się udajemy.
Tymczasem w głośnikach rozbrzmiewa Chris Rea.
Pociągam solidny łyk z puszki i wzdycham teatralnie:
-Niech ktoś wreszcie panu kierowcy wytłumaczy,że „Road to Hell” i „Highway to Hell” to wbrew pozorom dwa różne kawałki.
Odpowiadają mi ironiczne rechoty.
Kilkanaście puszek dalej radzimy sobie już sami.
„For those about to rock. We salute you”-ryczy kilkanaście gardeł.
Specjalista od przelewania przeźroczystego, wysokoprocentowego płynu z pustego w swe próżne ciało leży już nieprzytomny na podłodze.
Jego koledzy przez chwilę oddają się rozważaniom pod tytułem -”będzie rzygał czy nie?”.
Ponieważ jednak obiekt ich zainteresowania jest nieprzytomny rozpoczynają dyskusję o muzyce.
-Ja proszę ciebie to nie uznaję żadnego wydziwiania! Rock to są dwie gitary, bas i perka. Nic więcej nie potrzeba!-peroruje ktoś z tyłu autobusu bełkotliwym głosem.
-Stary! Black Sabbath, Deep Purple, Led Zeppelin- to było granie!!
Teraz wybucha spór o to który z gigantów rocka był największy.
-Żądnych klawiszy. Po co to!? Dwie gitary, perkusja, bas...-tłumaczy swoje stanowisko bełkotliwy głos.
-Ech pijmy za wokalistę DIO- świętej pamięci!-ktoś wznosi uroczysty toast.
-Noo, to był głos! Deep Purple i Dio- moje ulubione kapele- kontynuuje „bełkotliwy”.
Zaraz jednak przypomina:
-Wokal, dwie gitary, perkusja i bas. Nic więcej nie uznaję!!!
Swym ortodoksyjnym oświadczeniem wywołuje prawdziwy aplauz podpitego towarzystwa.
Jednak kiedy wrzask przycicha ktoś z tyłu stwierdza cicho.
-Deep Purple przecież używali klawiszy.
Zapada bardzo niezręczna cisza.
Na szczęście chwilę później zatrzymujemy się na rozprostowanie kości.

Przeciwnik syntezatorów znika w krzakach aby rozprostować a raczej opróżnić swój podtruty układ trawienny.
Po chwili dołącza do niego kolega, który spał na podłodze.
Po kilkunastu minutach ruszamy w dalszą drogę.
Teraz postoje robią się coraz częstsze. Moczopędny napój gazowany zrobił swoje.
Zaczynam się martwić o to czy w ogóle zdążymy na koncert.
Na szczęście podczas jednego z przystanków wyżebraliśmy od ekipy jadącej drugim busem kilka płyt. Zgrzytnięcie pierwszych dźwięków gitar powoduje, że towarzystwo trzeźwieje i przypomina sobie po co w ogóle została zorganizowana ta wyprawa.
Niestety przed wjazdem do stolicy kierowca ścisza odtwarzacz bo „teraz to on się musi skoncentrować”.
Jego niestosowne zachowanie wywołuje kilka niechętnych,ale niezbyt głośnych komentarzy.
CDN...jutro finał
Jakie ciuchy dla dziewczynek zostawić dziadkom? Czy będzie ciepło, czy zimno? A może średnio?
No to szykujemy je na wszystkie opcje pogodowe. prognozy meteorologiczne na różnych kanałach bardzo różnią się od siebie a niektóre są wręcz sprzeczne.
Jedną ze stacji zaczynam wręcz podejrzewać o to,że zamiast stawiać na mityczny parametr „sprawdzalności” zaczynają po prostu obiecywać taką pogodę jakiej życzyłaby sobie większość społeczeństwa.
-Kurczę żeby tylko nie padało!-jęczy koleżanka małżonka
-Moja droga- tłumaczę jej pełen zapału- Zapewniam cię ,że już przy trzecim utworze pogoda przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie! Zabrzmi „Back in Black” i wszyscy odlecimy w kosmos!!!
Kiwa głową, ale nie wygląda na specjalnie przekonaną.
Nie ma czasu na dłuższe dyskusje bo czas ucieka.
Zaczynam nosić do samochodu sprzęt jakiego moi rodzice będą potrzebowali do serwisowania dziewczynek.
Najpierw wózek, potem wanienka, potem leżaczki...i w tym momencie okazuje się ,że na resztę zabrakło już miejsca. A więc wyciągam wszystkie graty z bagażnika i zaczynam od nowa starając się jak najlepiej wykorzystać przestrzeń bagażową.
O dziwo jakoś się udaje.

Jednak kiedy wracam do domu dowiaduję się, że muszę jeszcze upchnąć w samochodzie dwie torby z ekwipunkiem dla dzieciaków. No i oczywiście nasze bambetle.
I znowu , ku mojemu zaskoczeniu, jakoś się udaje. Co prawda samochód wygląda tak jakby znalazły się w nim bagaże 12 osobowej ekipy wybierającej się na wielomiesięczny rajd dookoła globu, ale trudno się temu dziwić.
My też musimy być przygotowani na różne warunki pogodowe.
To już nie te czasy kiedy człowiekowi wystarczało to co ma na grzbiecie i kilka groszy w kieszeni.
Chociaż nie ukrywam,że trochę mi tęskno za tamtym okresem.
Nie mam jednak czasu na smętne rozważania.
Upychamy wszystko w samochodzie, pakujemy dzieciaki do fotelików i grzejemy do dziadków.
Po drodze koleżanka małżonka desantuje się pod sklepem.
Zadanie- „znaleźć i zakupić”.
Cel- „mokre i z procentami”.
Środki- „wszystkie niezbędne- łącznie z eliminacją przeciwnika”.
Podczas gdy żona buszuje w spożywczaku ja zajeżdżam pod dom rodziców.
Oczywiście zamiast skoncentrować się na wyładunku dziecięcego ekwipunku muszę odpowiadać na pytania o to „dlaczego przyjechałem bez żony”.
Na szczęście obiekt pytań już po chwili nadciąga dźwigając podzwaniającą torbę.
Teraz ona przejmuje obowiązki rzecznika prasowego a ja mogę skoncentrować się na swojej nowej ścieżce kariery.
Czyli pracy wysoko wykwalifikowanego tragarza.
Kilkanaście minut później pędzimy już na miejsce zbiórki.
-Wiesz myślałam ,że będę się cieszyć. Że wolność i swoboda i w ogóle. A tak mi jakoś bez nich smętnie.
-Tak, ja też już tęsknię. Właściwie to od wczoraj- kiwam głową i wkładam do odtwarzacza „Black Ice”.
Dźwięk gitary Angusa Younga tnie powietrze a ja mimowolnie mocniej naciskam pedał gazu.
„Ale byłaby wtopa jakbyśmy teraz zaliczyli stłuczkę i przez to spóźnili się na koncert”-przelatuje mi przez głowę i zwalniam.
A więc tak wygląda nadciągająca starość? Rozsądek, przewidywalność, ostrożność?
„E tam zaraz starość, wiek dojrzały po prostu. No... dojrzewający” -staram się pocieszyć w duchu.
Na parkingu czeka już kilka osób. Raczej trudno się pomylić chociaż znam tylko kilka twarzy.
Czarne koszulki, z charakterystycznym logo, opinające wypięte brzuchy, długie włosy przerzedzające się niebezpiecznie na czubkach głów.
Tak wyglądają ludzie zakonserwowani ostrym graniem.
Witamy się mimowolnie zauważając upływ lat u niektórych znajomych. Większość z nich spotykam co kilka lat przy okazji wyjazdu na jakiś koncert. Dla niektórych czas jest łaskawy.
Przez moment zastanawiam się jak ja wyglądam w ich oczach. Szybko jednak daję spokój- przecież do cholery mam w domu lustro.
Po chwili zajeżdża nasz bus i ładujemy się do środka.
Jeszcze nie zdążyłem upchnąć plecaka pod fotelem gdy usłyszałem znajomy syk otwieranych puszek i bulgotanie płynu przelewanego z butelki do gardła. Bez pośrednictwa niepotrzebnych akcesoriów.
Po przejechaniu kilkunastu kilometrów jest już naprawdę wesoło.
Jestem tylko niemiło zaskoczony muzyką dobiegającą z odtwarzacza kierowcy.
Dobra tradycja nakazuje grać twórczość zespołu na koncert którego się udajemy.
Tymczasem w głośnikach rozbrzmiewa Chris Rea.
Pociągam solidny łyk z puszki i wzdycham teatralnie:
-Niech ktoś wreszcie panu kierowcy wytłumaczy,że „Road to Hell” i „Highway to Hell” to wbrew pozorom dwa różne kawałki.
Odpowiadają mi ironiczne rechoty.
Kilkanaście puszek dalej radzimy sobie już sami.
„For those about to rock. We salute you”-ryczy kilkanaście gardeł.
Specjalista od przelewania przeźroczystego, wysokoprocentowego płynu z pustego w swe próżne ciało leży już nieprzytomny na podłodze.
Jego koledzy przez chwilę oddają się rozważaniom pod tytułem -”będzie rzygał czy nie?”.
Ponieważ jednak obiekt ich zainteresowania jest nieprzytomny rozpoczynają dyskusję o muzyce.
-Ja proszę ciebie to nie uznaję żadnego wydziwiania! Rock to są dwie gitary, bas i perka. Nic więcej nie potrzeba!-peroruje ktoś z tyłu autobusu bełkotliwym głosem.
-Stary! Black Sabbath, Deep Purple, Led Zeppelin- to było granie!!
Teraz wybucha spór o to który z gigantów rocka był największy.
-Żądnych klawiszy. Po co to!? Dwie gitary, perkusja, bas...-tłumaczy swoje stanowisko bełkotliwy głos.
-Ech pijmy za wokalistę DIO- świętej pamięci!-ktoś wznosi uroczysty toast.
-Noo, to był głos! Deep Purple i Dio- moje ulubione kapele- kontynuuje „bełkotliwy”.
Zaraz jednak przypomina:
-Wokal, dwie gitary, perkusja i bas. Nic więcej nie uznaję!!!
Swym ortodoksyjnym oświadczeniem wywołuje prawdziwy aplauz podpitego towarzystwa.
Jednak kiedy wrzask przycicha ktoś z tyłu stwierdza cicho.
-Deep Purple przecież używali klawiszy.
Zapada bardzo niezręczna cisza.
Na szczęście chwilę później zatrzymujemy się na rozprostowanie kości.

Przeciwnik syntezatorów znika w krzakach aby rozprostować a raczej opróżnić swój podtruty układ trawienny.
Po chwili dołącza do niego kolega, który spał na podłodze.
Po kilkunastu minutach ruszamy w dalszą drogę.
Teraz postoje robią się coraz częstsze. Moczopędny napój gazowany zrobił swoje.
Zaczynam się martwić o to czy w ogóle zdążymy na koncert.
Na szczęście podczas jednego z przystanków wyżebraliśmy od ekipy jadącej drugim busem kilka płyt. Zgrzytnięcie pierwszych dźwięków gitar powoduje, że towarzystwo trzeźwieje i przypomina sobie po co w ogóle została zorganizowana ta wyprawa.
Niestety przed wjazdem do stolicy kierowca ścisza odtwarzacz bo „teraz to on się musi skoncentrować”.
Jego niestosowne zachowanie wywołuje kilka niechętnych,ale niezbyt głośnych komentarzy.
CDN...jutro finał
AC/DC-część 1
Zanim napiszę o samym koncercie, pozwólcie,że trochę cofnę się w czasie :-)...
Cały czas szukam w internecie jakiś fajnych koszulek. Dlaczego większość metalowych t-shirtów to taka tandeta? No przecież takiego paskudztwa nawet na siebie nie włożę. Na koncert owszem, ale potem? Macham ręką.
Kiedy tylko mam wolną chwilę czasu odpalam z youtube'a fragmenty koncertów AC/DC.
Kiedy opowiedziałem żonie o tym, jak to się popłakałem oglądając „Thunderstruck” z Donnington spojrzała na mnie lekko zszokowana.
-Wiesz co? Dopiero teraz dociera do mnie, jak bardzo ten koncert to dla mnie perły przed wieprze.
-Zwariowałaś! Tam nie można nie być! Przecież jak byliśmy narzeczeństwem słuchałaś „Razors Edge”!
-No tak, ale...
-Jakie ale!? „Highway to Hell” znasz?
-Pewnie- burczy lekko obruszona
-”Thunderstruck”, „Back in Black”, „Hells Bells”, „The Jack”?
-No jasne.
-Te numery zagrają na pewno!
-Wiesz co? A może udzielisz mi korepetycji? Zrób taką składankę.
Pomysł mi się podoba. Ściągam z internetu setlistę i obłożony stertą płyt siadam przy kompie.
Wieczorem kładę przed żoną swoje dzieło. A obok spięte w kolejności wydruki tekstów utworów.
-Oto twoja praca domowa kochanie.
-Super. Dzięki.
Zadowolony idę kąpać dzieciaki. Z łazienki słyszę, że płyta już trafiła do odtwarzacza.
Mam wrażenie,że naszym bliźniaczkom najbardziej do gustu przypadło „Back in Black”.
Puchnę z dumy. Moja krew! Oj nie będą one miłośniczkami disco polo.
Godzinę później córki są wykąpane, nakarmione i położone do łóżeczek. Nadszedł czas sprawdzenia efektów pierwszych korepetycji.
-Jak to nie znasz „TNT”!? Przecież ja to ciągle nucę!
-Nie nie znam.
-Znasz!
-Przecież ci mówię,że nie kojarzę.
Ja wiem,że ze słuchem u mnie średnio a z głosem jeszcze gorzej, ale wydawało mi się ,że charczący głos Briana Johnsona umiem naśladować całkiem przyzwoicie. No nic, niech słucha oryginału.
-Jak jutro pojadę do pracy to płyta ma grać non stop- mówię z żartobliwą groźbą w głosie.
Udaje przestraszoną a potem wybucha śmiechem.
-Proszę pana, proszę pana? A możemy już na dzisiaj skończyć? Bo zaraz zacznie się „You can dance”.
-No dobra- zezwalam łaskawie a potem otwieram nam po piwie.
Oglądam program,ale w głowie ciągle tłuką się słowa:
„Shoot to thrill, play to kill
Too many women with too many pills
Shoot to thrill, play to kill
I got my gun at the ready, gonna fire at will
Shoot to thrill, ready to kill
I can't get enough, I can't get the thrill
I shoot to thrill, play to kill
Pull the trigger”
* * *
No wreszcie- w internecie pojawiły się nowe wzory koszulek! Wybieram czarną z monochromatyczną grafiką „Hells Bells” a koleżanka małżonka damską z okładką najnowszej płyty i logo w babskim, lekko złamanym odcieniu czerwieni.
Do koncertu już tylko kilka dni więc wybieram przesyłkę kurierem za pobraniem.
Koncertowa składanka gra non stop, w domu, samochodzie i odtwarzaczu empetrójek.
Cały czas zastanawiamy się jak dojechać na koncert. Wczesniej umówiliśmy się z dwójką znajomych,że jedziemy naszym samochodem,ale ja w piątek muszę być w pracy.
A ponieważ czeka mnie bardzo ciężki dzień dobrze byłoby jednak pojechać busem. Przynajmniej w drodze powrotnej złapałby człowiek kilka godzin snu.
Tyle,że teraz miejsca w busach już są rozparcelowane.
Klnę pod nosem i obdzwaniam znajomych. Staram się być lojalny i szukam miejsc dla całej naszej czwórki.
Ciągle tylko słyszę „jeszcze nic nie wiadomo”, „muszę zadzwonić do kumpla”, „może jutro coś się wyjaśni”.
Desperacko próbuję zamienić się na dyżur,ale kto da się wrobić w piątkowy- który zazwyczaj jest najcięższy? Nie ma frajerów. Tym bardziej,że nie ja jeden wybieram się na koncert.
W końcu się udaje! Bez specjalnych nadziei pytam kumpla, który też jedzie na koncert.
-Ty, a nie znalazłyby się u was w busie jakieś miejsca?
-A ile chcesz? Dwa, trzy...
-Cztery!
-Poczekaj chwilę, już dzwonię.
Przez kilka minut słucham jak konferuje z kimś przez telefon. Trudno cokolwiek z tej rozmowy wywnioskować. W końcu jest wyrok:
-Załatwione, zbiórka o pierwszej .
Uniewinniony! Kamień spada mi z serca i szybko dzwonię do znajomych i wysyłam sms do żony.
Wyszczerzony jak głupek nucę pod nosem:
„I'm on the highway to hell
On the highway to hell
Highway to hell
I'm on the highway to hell”
* * *
Jutro koncert! W pracy nie mogę usiedzieć w miejscu. Strasznie mnie korci, żeby odpalić youtube,ale boję się,że ktoś się w końcu przypieprzy.
Wgazecie piszą,że Angus już nie ma tyle siły biegać po scenie jak dawniej i musieli mu zbudować specjalny podnośnik hydrauliczny. A znajomy, który jedzie z nami twierdzi,że Brian Johnson ma dublera, który zamiast niego huśta się na dzwonie podczas „Hells Bells”.
Macham na te rewelacje ręką.
Obaj panowie mają przecież już swoje lata- pierwszy 55 a drugi jest mocno po sześćdziesiątce.
Ja pierniczę! Ta kapela jest tylko o rok młodsza ode mnie. Od 1973 roku kiedy zespół powstał przeminęły już całe epoki muzyczne!
Jestem tak najarany, że mało brakuje a zapomniałbym złożyć mamie życzenia z okazji Dnia Matki.
Na szczęście jest wyrozumiała i zwraca mi uwagę,że moja żona też w tym roku obchodzi to święto.
A ponieważ nasze córki mają niecałe pół roku to chyba ja będę musiał w ich imieniu zrobić laurki.
Ustalamy z mamą szczegóły jutrzejszego podrzucenia dzieciaków i jadę do domu.
Trochę się martwię bo po raz pierwszy zostawimy je na tak długo.
Na szczęście dziadkowie są tak stęsknieni wnuczek, że traktują to jak atrakcję.
Mam nadzieję ,że mówią szczerze. W każdym razie nie mogę pozbyć się lekkich wyrzutów sumienia.
Z kolei ostatnio mój dziadek poprosił bym mu wytłumaczył co to za zespół, dla którego postanowiliśmy porzucić swoje dzieci.
No to tłumaczę, że z Australii, chociaż połowa składu pochodzi z Anglii, że legenda rocka, że ostatni i jedyny raz grali kiedy byłem praktycznie dzieciakiem,że międzypokoleniowa integracja muzyczna...
-Ja tego nie rozumiem- mruczy. Jak ktoś kto nie jest miłośnikiem muzyki i się na niej nie zna, może chcieć w czymś takim uczestniczyć i jeszcze tyle za to płacić?
Macham na to ręką Nie mam nawet siły obrazić się za to „nieznanie się na muzyce”.
To w naszych kontaktach zawsze był śliski temat- odkąd, kiedy byłem w podstawówce, poprosił mnie żebym mu puścił jakiej to muzyki słucham.
Dumny jak paw wsunąłem do zdezelowanego Grundiga, kasetę- chyba Lady Pank.
A on wydął pogardliwie wargi i mruknął,że „to tylko rytm i nic więcej”.
Kilkanaście lat później widząc mój stojak z płytami spytał powątpiewającym tonem, „czy ja naprawdę tego wszystkiego słucham”.
A kiedy potwierdziłem usłyszałem w odpowiedzi:
-Nie wierzę!
Wyjaśniłem mu więc,z sadystyczną satysfakcją,że to tylko fragment moich zbiorów bo reszta leży w kartonach w drugim pokoju.
W jego oczach widziałem zawód. Jego wnuk okazał się wierutnym kłamcą i pozerem.
Ja też nie mogę uwierzyć,że do spełnienia mojego marzenia została doba.
CDN
Cały czas szukam w internecie jakiś fajnych koszulek. Dlaczego większość metalowych t-shirtów to taka tandeta? No przecież takiego paskudztwa nawet na siebie nie włożę. Na koncert owszem, ale potem? Macham ręką.
Kiedy tylko mam wolną chwilę czasu odpalam z youtube'a fragmenty koncertów AC/DC.
Kiedy opowiedziałem żonie o tym, jak to się popłakałem oglądając „Thunderstruck” z Donnington spojrzała na mnie lekko zszokowana.
-Wiesz co? Dopiero teraz dociera do mnie, jak bardzo ten koncert to dla mnie perły przed wieprze.
-Zwariowałaś! Tam nie można nie być! Przecież jak byliśmy narzeczeństwem słuchałaś „Razors Edge”!
-No tak, ale...
-Jakie ale!? „Highway to Hell” znasz?
-Pewnie- burczy lekko obruszona
-”Thunderstruck”, „Back in Black”, „Hells Bells”, „The Jack”?
-No jasne.
-Te numery zagrają na pewno!
-Wiesz co? A może udzielisz mi korepetycji? Zrób taką składankę.
Pomysł mi się podoba. Ściągam z internetu setlistę i obłożony stertą płyt siadam przy kompie.
Wieczorem kładę przed żoną swoje dzieło. A obok spięte w kolejności wydruki tekstów utworów.
-Oto twoja praca domowa kochanie.
-Super. Dzięki.
Zadowolony idę kąpać dzieciaki. Z łazienki słyszę, że płyta już trafiła do odtwarzacza.
Mam wrażenie,że naszym bliźniaczkom najbardziej do gustu przypadło „Back in Black”.
Puchnę z dumy. Moja krew! Oj nie będą one miłośniczkami disco polo.
Godzinę później córki są wykąpane, nakarmione i położone do łóżeczek. Nadszedł czas sprawdzenia efektów pierwszych korepetycji.
-Jak to nie znasz „TNT”!? Przecież ja to ciągle nucę!
-Nie nie znam.
-Znasz!
-Przecież ci mówię,że nie kojarzę.
Ja wiem,że ze słuchem u mnie średnio a z głosem jeszcze gorzej, ale wydawało mi się ,że charczący głos Briana Johnsona umiem naśladować całkiem przyzwoicie. No nic, niech słucha oryginału.
-Jak jutro pojadę do pracy to płyta ma grać non stop- mówię z żartobliwą groźbą w głosie.
Udaje przestraszoną a potem wybucha śmiechem.
-Proszę pana, proszę pana? A możemy już na dzisiaj skończyć? Bo zaraz zacznie się „You can dance”.
-No dobra- zezwalam łaskawie a potem otwieram nam po piwie.
Oglądam program,ale w głowie ciągle tłuką się słowa:
„Shoot to thrill, play to kill
Too many women with too many pills
Shoot to thrill, play to kill
I got my gun at the ready, gonna fire at will
Shoot to thrill, ready to kill
I can't get enough, I can't get the thrill
I shoot to thrill, play to kill
Pull the trigger”
* * *
No wreszcie- w internecie pojawiły się nowe wzory koszulek! Wybieram czarną z monochromatyczną grafiką „Hells Bells” a koleżanka małżonka damską z okładką najnowszej płyty i logo w babskim, lekko złamanym odcieniu czerwieni.
Do koncertu już tylko kilka dni więc wybieram przesyłkę kurierem za pobraniem.
Koncertowa składanka gra non stop, w domu, samochodzie i odtwarzaczu empetrójek.
Cały czas zastanawiamy się jak dojechać na koncert. Wczesniej umówiliśmy się z dwójką znajomych,że jedziemy naszym samochodem,ale ja w piątek muszę być w pracy.
A ponieważ czeka mnie bardzo ciężki dzień dobrze byłoby jednak pojechać busem. Przynajmniej w drodze powrotnej złapałby człowiek kilka godzin snu.
Tyle,że teraz miejsca w busach już są rozparcelowane.
Klnę pod nosem i obdzwaniam znajomych. Staram się być lojalny i szukam miejsc dla całej naszej czwórki.
Ciągle tylko słyszę „jeszcze nic nie wiadomo”, „muszę zadzwonić do kumpla”, „może jutro coś się wyjaśni”.
Desperacko próbuję zamienić się na dyżur,ale kto da się wrobić w piątkowy- który zazwyczaj jest najcięższy? Nie ma frajerów. Tym bardziej,że nie ja jeden wybieram się na koncert.
W końcu się udaje! Bez specjalnych nadziei pytam kumpla, który też jedzie na koncert.
-Ty, a nie znalazłyby się u was w busie jakieś miejsca?
-A ile chcesz? Dwa, trzy...
-Cztery!
-Poczekaj chwilę, już dzwonię.
Przez kilka minut słucham jak konferuje z kimś przez telefon. Trudno cokolwiek z tej rozmowy wywnioskować. W końcu jest wyrok:
-Załatwione, zbiórka o pierwszej .
Uniewinniony! Kamień spada mi z serca i szybko dzwonię do znajomych i wysyłam sms do żony.
Wyszczerzony jak głupek nucę pod nosem:
„I'm on the highway to hell
On the highway to hell
Highway to hell
I'm on the highway to hell”
* * *
Jutro koncert! W pracy nie mogę usiedzieć w miejscu. Strasznie mnie korci, żeby odpalić youtube,ale boję się,że ktoś się w końcu przypieprzy.
Wgazecie piszą,że Angus już nie ma tyle siły biegać po scenie jak dawniej i musieli mu zbudować specjalny podnośnik hydrauliczny. A znajomy, który jedzie z nami twierdzi,że Brian Johnson ma dublera, który zamiast niego huśta się na dzwonie podczas „Hells Bells”.
Macham na te rewelacje ręką.
Obaj panowie mają przecież już swoje lata- pierwszy 55 a drugi jest mocno po sześćdziesiątce.
Ja pierniczę! Ta kapela jest tylko o rok młodsza ode mnie. Od 1973 roku kiedy zespół powstał przeminęły już całe epoki muzyczne!
Jestem tak najarany, że mało brakuje a zapomniałbym złożyć mamie życzenia z okazji Dnia Matki.
Na szczęście jest wyrozumiała i zwraca mi uwagę,że moja żona też w tym roku obchodzi to święto.
A ponieważ nasze córki mają niecałe pół roku to chyba ja będę musiał w ich imieniu zrobić laurki.
Ustalamy z mamą szczegóły jutrzejszego podrzucenia dzieciaków i jadę do domu.
Trochę się martwię bo po raz pierwszy zostawimy je na tak długo.
Na szczęście dziadkowie są tak stęsknieni wnuczek, że traktują to jak atrakcję.
Mam nadzieję ,że mówią szczerze. W każdym razie nie mogę pozbyć się lekkich wyrzutów sumienia.
Z kolei ostatnio mój dziadek poprosił bym mu wytłumaczył co to za zespół, dla którego postanowiliśmy porzucić swoje dzieci.
No to tłumaczę, że z Australii, chociaż połowa składu pochodzi z Anglii, że legenda rocka, że ostatni i jedyny raz grali kiedy byłem praktycznie dzieciakiem,że międzypokoleniowa integracja muzyczna...
-Ja tego nie rozumiem- mruczy. Jak ktoś kto nie jest miłośnikiem muzyki i się na niej nie zna, może chcieć w czymś takim uczestniczyć i jeszcze tyle za to płacić?
Macham na to ręką Nie mam nawet siły obrazić się za to „nieznanie się na muzyce”.
To w naszych kontaktach zawsze był śliski temat- odkąd, kiedy byłem w podstawówce, poprosił mnie żebym mu puścił jakiej to muzyki słucham.
Dumny jak paw wsunąłem do zdezelowanego Grundiga, kasetę- chyba Lady Pank.
A on wydął pogardliwie wargi i mruknął,że „to tylko rytm i nic więcej”.
Kilkanaście lat później widząc mój stojak z płytami spytał powątpiewającym tonem, „czy ja naprawdę tego wszystkiego słucham”.
A kiedy potwierdziłem usłyszałem w odpowiedzi:
-Nie wierzę!
Wyjaśniłem mu więc,z sadystyczną satysfakcją,że to tylko fragment moich zbiorów bo reszta leży w kartonach w drugim pokoju.
W jego oczach widziałem zawód. Jego wnuk okazał się wierutnym kłamcą i pozerem.
Ja też nie mogę uwierzyć,że do spełnienia mojego marzenia została doba.
CDN
Zdradliwa "nazasiość"
Starość w tym roku przyszła jakoś tak wyjątkowo szybko.
W niedzielę mnie lekko połamało.
W poniedziałek było gorzej, ale i tak uparłem się,że sam wykąpię księżniczki.
W efekcie tego wtorkowe wstawanie z łóżka było procesem równie czasochłonnym co bolesnym.
I kiedy wreszcie stanąłem na nogach, zaspana koleżanka małżonka zaproponowała.
-Ojej kochanie jaki ty biedny jesteś! Może się połóż a ja nakarmię dzieciaki.
-Chyba zwariowałaś! Nie po to włożyłem w tę czynność tyle wysiłku żeby teraz wracać do łóżka!-mruknąłem wkurzony buntem własnego ciała.
Potem jednak było jeszcze gorzej i w efekcie wylądowałem na zwolnieniu lekarskim.
Co trochę skomplikowało mi sprawy zawodowe,ale w sumie niespecjalnie zmartwiło.
Bo czeka mnie kilka dni w domu i to z doskonałym pretekstem do unikania wszelkich prac i zajęć.
No i wreszcie za blog się wezmę.
Bo ostatnio... sami widzicie.
Z jednej strony ni miałem głowy do pisania a z drugiej najzwyczajniejsze lenistwo mnie dopadło.
I zamiast na pisanie wzięło mnie na czytanie. Pochłonąłem między innymi najnowszy kryminał ekologiczno- ezoteryczny Olgi Tokarczuk.
A potem mieliśmy gości, a potem...
Uznajmy więc ,że byłem na wakacjach.
Pisanie tego blogu przebiega dwutorowo. Większość wpisów powstaje spontanicznie, ale są i takie, które piszę z pewnym wyprzedzeniem. I niektóre teksty zostawiam sobie w zanadrzu na te okresy kiedy brakuje weny albo czasu. Albo po prostu na specjalną okazję. Najczęściej takie pisanie z wyprzedzeniem powoduje jednak kłopoty. Bo sypie się chronologia zdarzeń, albo po prostu nowe zdarzenia powodują,że teksty się dezaktualizują.
A najgorzej jest z tymi okolicznościowymi. Ponieważ najczęściej przegapiam okazje, na które powstały.
Niewątpliwa w tym zasługa księżniczek.
Ale też i bez przesady.
Ostatnio właśnie wpadłem w pułapkę „nazasiową”.
Bardzo mi zależało żeby wysmażyć coś specjalnego na rocznicę powstania blogu, która przypadła w ubiegłą niedzielę. Tyle,że długie dochodzenie do siebie po koncercie spowodowało,że zostałem z kilkoma rozgrzebanymi tekstami.
Z kolei moja pisanina o AC/DC tak się rozwinęła, że doszedłem do wniosku iż wrzucenie jej w kilkunastu odcinkach czytelników niespecjalnie usatysfakcjonuje.
Jakby tego było mało- ostatnio, do szuflady, spisałem nasze doświadczenia i swoje refleksje z czasu, kiedy jeszcze nie wiedzieliśmy czy kiedykolwiek będziemy mieli potomstwo.
I muszę przyznać, że było to zajęcie bardzo wyczerpujące emocjonalnie.
Dochodziłem po tym do siebie przez kilka dni.
A wracając do obiecanego tekstu o koncercie AC/DC to nauczył mnie on pokory.
Kiedy zaprezentowałem koleżance małżonce pierwotną wersję usłyszałem:
-W ogóle mi się nie podoba. Dawno nie napisałeś nic tak słabego!
Ups!
Rzeczywiście musiało być słabo skoro zdecydowała się na tak miażdżącą recenzję.
Bo doskonale wie,że pochwały mnie uskrzydlają a krytyka raczej zniechęca.
W każdym razie wziąłem się do roboty.
Za chwilę część pierwsza.
W niedzielę mnie lekko połamało.
W poniedziałek było gorzej, ale i tak uparłem się,że sam wykąpię księżniczki.
W efekcie tego wtorkowe wstawanie z łóżka było procesem równie czasochłonnym co bolesnym.
I kiedy wreszcie stanąłem na nogach, zaspana koleżanka małżonka zaproponowała.
-Ojej kochanie jaki ty biedny jesteś! Może się połóż a ja nakarmię dzieciaki.
-Chyba zwariowałaś! Nie po to włożyłem w tę czynność tyle wysiłku żeby teraz wracać do łóżka!-mruknąłem wkurzony buntem własnego ciała.
Potem jednak było jeszcze gorzej i w efekcie wylądowałem na zwolnieniu lekarskim.
Co trochę skomplikowało mi sprawy zawodowe,ale w sumie niespecjalnie zmartwiło.
Bo czeka mnie kilka dni w domu i to z doskonałym pretekstem do unikania wszelkich prac i zajęć.
No i wreszcie za blog się wezmę.
Bo ostatnio... sami widzicie.
Z jednej strony ni miałem głowy do pisania a z drugiej najzwyczajniejsze lenistwo mnie dopadło.
I zamiast na pisanie wzięło mnie na czytanie. Pochłonąłem między innymi najnowszy kryminał ekologiczno- ezoteryczny Olgi Tokarczuk.
A potem mieliśmy gości, a potem...
Uznajmy więc ,że byłem na wakacjach.
Pisanie tego blogu przebiega dwutorowo. Większość wpisów powstaje spontanicznie, ale są i takie, które piszę z pewnym wyprzedzeniem. I niektóre teksty zostawiam sobie w zanadrzu na te okresy kiedy brakuje weny albo czasu. Albo po prostu na specjalną okazję. Najczęściej takie pisanie z wyprzedzeniem powoduje jednak kłopoty. Bo sypie się chronologia zdarzeń, albo po prostu nowe zdarzenia powodują,że teksty się dezaktualizują.
A najgorzej jest z tymi okolicznościowymi. Ponieważ najczęściej przegapiam okazje, na które powstały.
Niewątpliwa w tym zasługa księżniczek.
Ale też i bez przesady.
Ostatnio właśnie wpadłem w pułapkę „nazasiową”.
Bardzo mi zależało żeby wysmażyć coś specjalnego na rocznicę powstania blogu, która przypadła w ubiegłą niedzielę. Tyle,że długie dochodzenie do siebie po koncercie spowodowało,że zostałem z kilkoma rozgrzebanymi tekstami.
Z kolei moja pisanina o AC/DC tak się rozwinęła, że doszedłem do wniosku iż wrzucenie jej w kilkunastu odcinkach czytelników niespecjalnie usatysfakcjonuje.
Jakby tego było mało- ostatnio, do szuflady, spisałem nasze doświadczenia i swoje refleksje z czasu, kiedy jeszcze nie wiedzieliśmy czy kiedykolwiek będziemy mieli potomstwo.
I muszę przyznać, że było to zajęcie bardzo wyczerpujące emocjonalnie.
Dochodziłem po tym do siebie przez kilka dni.
A wracając do obiecanego tekstu o koncercie AC/DC to nauczył mnie on pokory.
Kiedy zaprezentowałem koleżance małżonce pierwotną wersję usłyszałem:
-W ogóle mi się nie podoba. Dawno nie napisałeś nic tak słabego!
Ups!
Rzeczywiście musiało być słabo skoro zdecydowała się na tak miażdżącą recenzję.
Bo doskonale wie,że pochwały mnie uskrzydlają a krytyka raczej zniechęca.
W każdym razie wziąłem się do roboty.
Za chwilę część pierwsza.
piątek, 28 maja 2010
Było piknie!!!!!!!!!!
Spałem dwie godziny i do pracy!
Coż tu więcej dodać? Skrobnę więcej jak dojdę do siebie.
Coż tu więcej dodać? Skrobnę więcej jak dojdę do siebie.
czwartek, 27 maja 2010
Już tylko kilka godzin!
Dzisiaj wielki dzień. Miałem się wyspać żeby mieć dużo siły. Miałem.
Tyle,że pies... chyba nie muszę pisać więcej?
Zwiał o 20.00 a złapałem go o 7.20.
Co nie znaczy,że w tym czasie smacznie spałem.
Zerwałem się o piątej jeszcze przed dziewczynkami i ruszyłem na łowy.
Cwaniak spał pod samą bramą przytulony do kosza na śmieci.
Ucieszyłem się i już witałem się z gąską gdy... rzucił mi spojrzenie, o dziwo, pełne poczucia winy a potem czmychnął w wysoka trawę w przydrożnym rowie.
Jeszcze przez chwilę widziałem koniec jego, wysoko podniesionego, ogona a potem całkiem mi zniknął z oczu.
Zakląłem szpetnie bo bałem się,że nie uda mi się go złapać przed naszym wyjazdem.
Z „koncertową” ekipą jesteśmy umówieni na trzynastą, ale wcześniej jeszcze musimy zrobić małe zakupy i podrzucić pociechy do dziadków.
To będzie wielki dzień a raczej noc również dla nich. Jeszcze nie rozstawaliśmy się z dzieciakami na tak długo. Męczą nas też wrzuty sumienia wobec dziadków Dzieci Frankensteina chociaż oni sprawiają wrażenie,że traktują to jak prawdziwą przygodę. Mam nadzieję,że mówią szczerze.
Pytanie jeszcze w jakiej formie będą jutro rano bo z koncertu wrócimy w nocy.
Wczoraj moja mama spytała czy przed wyjazdem zjemy u nich obiad.
-No co ty mamoooo- jęknęła żartobliwie koleżanka małżonka- Proszony obiad z kompotem przed TAKIM KONCERTEM!?
No pewnie, nie wypada. Powinniśmy żuć zardzewiałe gwoździe i popijać spirytusem.Nie powiedziałęm tego na głos bo potem znowu musiałbym, przez pół roku, tłumaczyć mamie,że to tylko taki żart ,i że wcale nie jestem zdegenerowanym alkoholikiem.
A propos jedzenia- palnąłem się w czoło. Przecież miałem rano kupić bułki na drogę.
Szybko uwiązałem psa i pognałem do domu po drobniaki.
Przez moment wahałem się czy się nie przebrać,ale wiedziałem ,że o tej porze pieczywo w naszym wiejskim sklepie może się zaraz skończyć.
Narzuciłem więc na grzbiet polar i pełen nadziei,że moje czerwone spodnie od piżamy wyglądają jak dresowe, potruchtałem do samochodu.
Kilka minut później wkroczyłem do naszego lokalnego centrum rozrywki, handlu i plotek, w którym pytania typu „czy jest curry” albo „czy ma pani winiak” wywołują zmieszanie i wyraz zakłopotania na twarzach ekspedientek.
Za to jaboli jest ze dwadzieścia gatunków.
Tym razem miałem jednak proste zadanie.
-Dzień dobry!-rzuciłem radośnie od progu- Poproszę sześć bułek. O ile jeszcze są.
-Mam... dwie.
-O cholera!-nie jest dobrze.
-Ale wczorajsze jeszcze są. Cztery.
-Niech będzie.
Zawsze lepsze to niż nic.
A propos „nic”. Taki jest główny artykuł w naszej lodówce. Przynajmniej nie zajmuje dużo miejsca. Wczoraj żona przykazała mi kupić wędlinę. I nawet zostawiła na stole portmonetkę.
Tyle,że w niej była tylko samotna dwuzłotówka i kilka miedziaków. A do najbliższego bankomatu osiem kilometrów.
Zmarszczyłem czoło, przeliczyłem posiadaną gotówkę i rozpocząłem pertraktacje.
-To jeszcze poproszę tej wędlinki, taki kawałek żebym się zmieścił w.... czterech złotych.
Miejscowość jest postpegierowska więc takie żądanie ekspedientka przyjęła bez zdziwienia.
Wyjęła z lodówki najmniejszy kawałek starej szynki i rzuciła na wagę.
-Sześć złotych?
Rozłożyłem bezradnie ręce.
-Cztery tylko mam.
-Dobra,przy okazji mi pan odda.
Nie miałem sumienia mówić jej ,że ta pseudoszynka wygląda tak mało apetycznie,że wolałbym jej kupić tylko za cztery.
Zamiast tego podziękowałem tylko wylewnie i obiecałem,że jutro ureguluję rachunek.
Wsiadłem do samochodu i włączyłem radio.
W „trójce” oczywiście właśnie trwała rozmowa na temat dzisiejszego koncertu .
Akurat Piotr Metz opowiadał o tym,że wczoraj podsłuchał kłótnię Agi Zaryan ze swoim menedżerem. On przypominał jej ,że ma dzisiaj jakiś bardzo ważny koncert a ona tłumaczyła mu ,że przecież ona idzie na AC/DC!
Po powrocie do domu nastawiłem jajka na twardo- do kanapek. A potem włączyłem telewizor i zabrałem się za karmienie pociech.
Prawie od razu usłyszałem głos prowadzącego mówiący:
-Mieszkańcy Bemowa piszą do nas,że boją się dzisiejszego wieczoru. Dlaczego? Przecież oni grają tak czule!
Super. Zaczynam się wczuwać w atmosferę.
A ponieważ na dzisiaj wziąłem urlop no to właśnie siadłem do kompa i skrobnąłem post.
Szkoda,że na jutro nie udało się wziąć wolnego. To będzie bardzo ciężki dzień bo w nocy za dużo nie pośpię.
Tyle,że pies... chyba nie muszę pisać więcej?
Zwiał o 20.00 a złapałem go o 7.20.
Co nie znaczy,że w tym czasie smacznie spałem.
Zerwałem się o piątej jeszcze przed dziewczynkami i ruszyłem na łowy.
Cwaniak spał pod samą bramą przytulony do kosza na śmieci.
Ucieszyłem się i już witałem się z gąską gdy... rzucił mi spojrzenie, o dziwo, pełne poczucia winy a potem czmychnął w wysoka trawę w przydrożnym rowie.
Jeszcze przez chwilę widziałem koniec jego, wysoko podniesionego, ogona a potem całkiem mi zniknął z oczu.
Zakląłem szpetnie bo bałem się,że nie uda mi się go złapać przed naszym wyjazdem.
Z „koncertową” ekipą jesteśmy umówieni na trzynastą, ale wcześniej jeszcze musimy zrobić małe zakupy i podrzucić pociechy do dziadków.
To będzie wielki dzień a raczej noc również dla nich. Jeszcze nie rozstawaliśmy się z dzieciakami na tak długo. Męczą nas też wrzuty sumienia wobec dziadków Dzieci Frankensteina chociaż oni sprawiają wrażenie,że traktują to jak prawdziwą przygodę. Mam nadzieję,że mówią szczerze.
Pytanie jeszcze w jakiej formie będą jutro rano bo z koncertu wrócimy w nocy.
Wczoraj moja mama spytała czy przed wyjazdem zjemy u nich obiad.
-No co ty mamoooo- jęknęła żartobliwie koleżanka małżonka- Proszony obiad z kompotem przed TAKIM KONCERTEM!?
No pewnie, nie wypada. Powinniśmy żuć zardzewiałe gwoździe i popijać spirytusem.Nie powiedziałęm tego na głos bo potem znowu musiałbym, przez pół roku, tłumaczyć mamie,że to tylko taki żart ,i że wcale nie jestem zdegenerowanym alkoholikiem.
A propos jedzenia- palnąłem się w czoło. Przecież miałem rano kupić bułki na drogę.
Szybko uwiązałem psa i pognałem do domu po drobniaki.
Przez moment wahałem się czy się nie przebrać,ale wiedziałem ,że o tej porze pieczywo w naszym wiejskim sklepie może się zaraz skończyć.
Narzuciłem więc na grzbiet polar i pełen nadziei,że moje czerwone spodnie od piżamy wyglądają jak dresowe, potruchtałem do samochodu.
Kilka minut później wkroczyłem do naszego lokalnego centrum rozrywki, handlu i plotek, w którym pytania typu „czy jest curry” albo „czy ma pani winiak” wywołują zmieszanie i wyraz zakłopotania na twarzach ekspedientek.
Za to jaboli jest ze dwadzieścia gatunków.
Tym razem miałem jednak proste zadanie.
-Dzień dobry!-rzuciłem radośnie od progu- Poproszę sześć bułek. O ile jeszcze są.
-Mam... dwie.
-O cholera!-nie jest dobrze.
-Ale wczorajsze jeszcze są. Cztery.
-Niech będzie.
Zawsze lepsze to niż nic.
A propos „nic”. Taki jest główny artykuł w naszej lodówce. Przynajmniej nie zajmuje dużo miejsca. Wczoraj żona przykazała mi kupić wędlinę. I nawet zostawiła na stole portmonetkę.
Tyle,że w niej była tylko samotna dwuzłotówka i kilka miedziaków. A do najbliższego bankomatu osiem kilometrów.
Zmarszczyłem czoło, przeliczyłem posiadaną gotówkę i rozpocząłem pertraktacje.
-To jeszcze poproszę tej wędlinki, taki kawałek żebym się zmieścił w.... czterech złotych.
Miejscowość jest postpegierowska więc takie żądanie ekspedientka przyjęła bez zdziwienia.
Wyjęła z lodówki najmniejszy kawałek starej szynki i rzuciła na wagę.
-Sześć złotych?
Rozłożyłem bezradnie ręce.
-Cztery tylko mam.
-Dobra,przy okazji mi pan odda.
Nie miałem sumienia mówić jej ,że ta pseudoszynka wygląda tak mało apetycznie,że wolałbym jej kupić tylko za cztery.
Zamiast tego podziękowałem tylko wylewnie i obiecałem,że jutro ureguluję rachunek.
Wsiadłem do samochodu i włączyłem radio.
W „trójce” oczywiście właśnie trwała rozmowa na temat dzisiejszego koncertu .
Akurat Piotr Metz opowiadał o tym,że wczoraj podsłuchał kłótnię Agi Zaryan ze swoim menedżerem. On przypominał jej ,że ma dzisiaj jakiś bardzo ważny koncert a ona tłumaczyła mu ,że przecież ona idzie na AC/DC!
Po powrocie do domu nastawiłem jajka na twardo- do kanapek. A potem włączyłem telewizor i zabrałem się za karmienie pociech.
Prawie od razu usłyszałem głos prowadzącego mówiący:
-Mieszkańcy Bemowa piszą do nas,że boją się dzisiejszego wieczoru. Dlaczego? Przecież oni grają tak czule!
Super. Zaczynam się wczuwać w atmosferę.
A ponieważ na dzisiaj wziąłem urlop no to właśnie siadłem do kompa i skrobnąłem post.
Szkoda,że na jutro nie udało się wziąć wolnego. To będzie bardzo ciężki dzień bo w nocy za dużo nie pośpię.
poniedziałek, 24 maja 2010
Kibolstwo religijne
Jeszcze kilka słów na temat poruszany w poprzednim tekście.
Niedawno przeczytałem ,że muzułmanie mają takie doskonałe powiedzenie:
„W przesadzie nigdy nie znajdziecie prawdziwej religii”.
Oczywiście oni też nie zawsze pamiętają o tej mądrej radzie.
U nas jednak, mam wrażenie, w publicznym zabieraniu głosu specjalizują się osoby, które tej rady nawet by nie zrozumiały.
Być może jest to hałaśliwa mniejszość, którą po prostu bardziej widać. I słychać.
To tak jak z kibolami piłkarskimi. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi spokojnie kibicuje a kilkudziesięciu „karków” robi zadymę. I jeszcze opowiadają o lokalnym patriotyzmie, honorze i tak dalej.
A media trąbią o bandytach ze stadionów.
Zawsze uważałem,że kwestia religii to sprawa bardzo prywatna, wręcz intymna. Nie sądzę nawet bym mógł zapytać kogoś wprost o to czy jest wierzący.
Sam też nie lubię mówić o swoim stosunku do religii. Poruszam ten temat tylko kiedy zostaję przyparty do muru.
Dlatego tak trudno jest mi zrozumieć ludzi upajających się swoją ostentacją religijną.
Jest też druga strona medalu. Jeden ze znajomych regularnie podsyła mi na facebooku zaproszenia do grup typu „:zwolennicy renegocjacji konkordatu” czy „zróbmy wszystko by PIS nie wrócił do władzy” i tak dalej. Wiele tych inicjatyw jest zbieżnych z moimi poglądami, ale nie mam ochoty na obnoszenie się z nimi. Uwiera mnie taka facebookowa ostentacja.
Może nie mam racji. Może.
Tym bardziej jednak irytuje mnie to,że osoby religijne traktują moją postawę, jako ostentację.
Jasny gwint! Chyba już delikatniej postępować się nie da. Ja w dyskusji z nimi nawet nie używam części argumentów. Bo nie chcę ich urazić stwierdzeniami, na które odpowiedzi już nie znajdą i
albo zrobi im się przykro albo odpowiedzą agresją. Przynajmniej słowną.
Smuci mnie też to,że mimo iż jestem taki „wycofany” to jestem przez nich traktowany z góry jako „ten zarozumiały mądrala przekonany o własnej wyższości”.
Dlaczego oni od razu zakładają,że ja uważam się za kogoś lepszego?
Dlaczego po prostu nie dadzą mi świętego spokoju?
Z drugiej strony pocieszająca jest reakcja sporej grupy osób religijnych na „aferę komunijną”.
Jak pisze dzisiejsza Rzeczpospolita temat wzbudził kontrowersje nawet wśród biskupów i tą kwestią w czerwcu zajmie się cały episkopat.
Ojciec Andrzej Rębacz na zarzuty,że Rada ds. rodziny nie ma prawa formułować wypowiedzi doktrynalnych odpowiada,że przypomniała ona tylko iż „zabijanie embrionów to grzech ciężki, który podlega piątemu przykazaniu.
Po raz kolejny , demagogicznie, postawiono znak równości między zapłodnieniem pozaustrojowym a zabijaniem embrionów.
Ksiądz profesor Franciszek Longchamps de Berier- ekspert prawa rzymskiego i członek zespołu ds. bioetycznych episkopatu- stwierdził na łamach „Rzepy”, że jego zdaniem komunikat rady można potraktować wyłącznie jako apel do sumień. Zwrócił jednak uwagę na uproszczenie jakiego dokonały media informując o zakazie przyjmowania komunii przez zwolenników in vitro.
Komunikat rady odmawiał prawa do sakramentu „ tylko uczestnikom” tego procederu.
Profesora cytuje też sobotnia „Wyborcza”. Według gazety jego słowa to „sygnał,że katolik nie musi się stosować do oświadczenia pod karą grzechu”.
Słowa księdza profesora to jakże rzadki przykład wyważonych poglądów.
A więc pozwolę sobie jeszcze na jeden cytat z „GW”:
„Nie można prosto powiedzieć, że niszczenie embrionów , które jest oczywiście zabijaniem , ale nie jest aborcją, podpada pod analogiczne kary kościelne , jakie pociąga za sobą aborcja.
Kwestie bioetyczne to sprawy stosunkowo nowe i w tej chwili w Kościele podejmujemy nad nimi refleksję”.
No a potem przeczytałem jeszcze artykuł z internetowego wydania Dziennika Polskiego.
Z którego dowiedziałem się ,że in vitro jest rażąco sprzeczne z „ekologią prokreacji, zastępując naturalne środowisko poczęcia i początkującego rozwoju człowieka, jakim jest łono matki, przez „szkło”, a w skrajnym przypadku system głębokiego zamrażania”.
Dalej oczywiście były peany na temat naprotechnologii oraz kategoryczne stwierdzenie, że dla katolików metoda in vitro jest nie do przyjęcia, bo jest sprzeczna z nauką kościoła.
Dosyć kategoryczne stwierdzenie w imieniu sporej grupy społeczeństwa.
Dlaczego tylko mam wrażenie,że nie wszyscy z tej grupy podpisaliby się pod taką deklaracją?
A więc na zakończenie jeszcze cytat z listu jaki do gazety wysłała koleżanka Barwa:
„Bóg dał nam rozum i inteligencję.
Bóg daje nam ludzi, którzy potrafią różne rzeczy wynajdować.
Bóg powiedział, że dary, które nam daje mamy wykorzystywać.
Bóg nauczył nas korzystać z darów medycyny.
Bóg kocha dzieci - my też.
Dlaczego mamy być pozbawieni obcowania z Bogiem tylko dlatego, że
chcemy obdarować siebie najwspanialszym darem - darem miłości -
dzieckiem.”
Niedawno przeczytałem ,że muzułmanie mają takie doskonałe powiedzenie:
„W przesadzie nigdy nie znajdziecie prawdziwej religii”.
Oczywiście oni też nie zawsze pamiętają o tej mądrej radzie.
U nas jednak, mam wrażenie, w publicznym zabieraniu głosu specjalizują się osoby, które tej rady nawet by nie zrozumiały.
Być może jest to hałaśliwa mniejszość, którą po prostu bardziej widać. I słychać.
To tak jak z kibolami piłkarskimi. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi spokojnie kibicuje a kilkudziesięciu „karków” robi zadymę. I jeszcze opowiadają o lokalnym patriotyzmie, honorze i tak dalej.
A media trąbią o bandytach ze stadionów.
Zawsze uważałem,że kwestia religii to sprawa bardzo prywatna, wręcz intymna. Nie sądzę nawet bym mógł zapytać kogoś wprost o to czy jest wierzący.
Sam też nie lubię mówić o swoim stosunku do religii. Poruszam ten temat tylko kiedy zostaję przyparty do muru.
Dlatego tak trudno jest mi zrozumieć ludzi upajających się swoją ostentacją religijną.
Jest też druga strona medalu. Jeden ze znajomych regularnie podsyła mi na facebooku zaproszenia do grup typu „:zwolennicy renegocjacji konkordatu” czy „zróbmy wszystko by PIS nie wrócił do władzy” i tak dalej. Wiele tych inicjatyw jest zbieżnych z moimi poglądami, ale nie mam ochoty na obnoszenie się z nimi. Uwiera mnie taka facebookowa ostentacja.
Może nie mam racji. Może.
Tym bardziej jednak irytuje mnie to,że osoby religijne traktują moją postawę, jako ostentację.
Jasny gwint! Chyba już delikatniej postępować się nie da. Ja w dyskusji z nimi nawet nie używam części argumentów. Bo nie chcę ich urazić stwierdzeniami, na które odpowiedzi już nie znajdą i
albo zrobi im się przykro albo odpowiedzą agresją. Przynajmniej słowną.
Smuci mnie też to,że mimo iż jestem taki „wycofany” to jestem przez nich traktowany z góry jako „ten zarozumiały mądrala przekonany o własnej wyższości”.
Dlaczego oni od razu zakładają,że ja uważam się za kogoś lepszego?
Dlaczego po prostu nie dadzą mi świętego spokoju?
Z drugiej strony pocieszająca jest reakcja sporej grupy osób religijnych na „aferę komunijną”.
Jak pisze dzisiejsza Rzeczpospolita temat wzbudził kontrowersje nawet wśród biskupów i tą kwestią w czerwcu zajmie się cały episkopat.
Ojciec Andrzej Rębacz na zarzuty,że Rada ds. rodziny nie ma prawa formułować wypowiedzi doktrynalnych odpowiada,że przypomniała ona tylko iż „zabijanie embrionów to grzech ciężki, który podlega piątemu przykazaniu.
Po raz kolejny , demagogicznie, postawiono znak równości między zapłodnieniem pozaustrojowym a zabijaniem embrionów.
Ksiądz profesor Franciszek Longchamps de Berier- ekspert prawa rzymskiego i członek zespołu ds. bioetycznych episkopatu- stwierdził na łamach „Rzepy”, że jego zdaniem komunikat rady można potraktować wyłącznie jako apel do sumień. Zwrócił jednak uwagę na uproszczenie jakiego dokonały media informując o zakazie przyjmowania komunii przez zwolenników in vitro.
Komunikat rady odmawiał prawa do sakramentu „ tylko uczestnikom” tego procederu.
Profesora cytuje też sobotnia „Wyborcza”. Według gazety jego słowa to „sygnał,że katolik nie musi się stosować do oświadczenia pod karą grzechu”.
Słowa księdza profesora to jakże rzadki przykład wyważonych poglądów.
A więc pozwolę sobie jeszcze na jeden cytat z „GW”:
„Nie można prosto powiedzieć, że niszczenie embrionów , które jest oczywiście zabijaniem , ale nie jest aborcją, podpada pod analogiczne kary kościelne , jakie pociąga za sobą aborcja.
Kwestie bioetyczne to sprawy stosunkowo nowe i w tej chwili w Kościele podejmujemy nad nimi refleksję”.
No a potem przeczytałem jeszcze artykuł z internetowego wydania Dziennika Polskiego.
Z którego dowiedziałem się ,że in vitro jest rażąco sprzeczne z „ekologią prokreacji, zastępując naturalne środowisko poczęcia i początkującego rozwoju człowieka, jakim jest łono matki, przez „szkło”, a w skrajnym przypadku system głębokiego zamrażania”.
Dalej oczywiście były peany na temat naprotechnologii oraz kategoryczne stwierdzenie, że dla katolików metoda in vitro jest nie do przyjęcia, bo jest sprzeczna z nauką kościoła.
Dosyć kategoryczne stwierdzenie w imieniu sporej grupy społeczeństwa.
Dlaczego tylko mam wrażenie,że nie wszyscy z tej grupy podpisaliby się pod taką deklaracją?
A więc na zakończenie jeszcze cytat z listu jaki do gazety wysłała koleżanka Barwa:
„Bóg dał nam rozum i inteligencję.
Bóg daje nam ludzi, którzy potrafią różne rzeczy wynajdować.
Bóg powiedział, że dary, które nam daje mamy wykorzystywać.
Bóg nauczył nas korzystać z darów medycyny.
Bóg kocha dzieci - my też.
Dlaczego mamy być pozbawieni obcowania z Bogiem tylko dlatego, że
chcemy obdarować siebie najwspanialszym darem - darem miłości -
dzieckiem.”
sobota, 22 maja 2010
Komunia nie dla in vitro
Od dłuższego czasu miałem ochotę na skrobnięcie posta bardziej „publicystycznego” bo od wielu tygodni praktycznie wyłącznie obyczajowe mi wychodzą.
Tyle,że brakowało jakiegoś porządnego punktu zaczepienia. Przeglądałem różne artykuły,ale tylko powielały opinie, poglądy i tezy wielokrotnie tu omawiane.
No i się wreszcie doczekałem.
Co niespecjalnie mnie tym razem cieszy.
Ostatnio wrócił w naszej rodzinie temat ewentualnego chrztu Dzieci Frankensteina.
Piszę ewentualnego bo wiecie jakie mamy do tej kwestii podejście. Jednak rodzinka usilnie nas namawia do zmiany zdania.
Pada wiele argumentów. Niektóre całkiem sensowne.
Tyle,że dla nas to nic nowego bo nad tym problemem zaczęliśmy się zastanawiać właściwie jeszcze przed poczęciem naszych córek.
Za nami wiele przegadanych wieczorów, z których niejeden skończył się bólem głowy.
Bynajmniej nie spowodowanym ilością spożytego alkoholu. Chociaż nie ukrywam,że umiarkowana konsumpcja przy tych rozmowach często miała miejsce.
W każdym razie do tej pory miałem pełną świadomość,tego,że niezależnie od tego jaką decyzje podejmiemy teraz, to za siedem lat usłyszymy od córek ,że one chcą iść do pierwszej komunii.
Bo koleżanki, bo białe sukienusie, bo prezenty...
No i OK.
Może takie odłożenie decyzji w czasie to nie najgorsze rozwiązanie?
W każdym razie odwracalne.
No ,ale po ostatnim oświadczeniu Komisji Episkopatu Polskiego, która stwierdziła,że osoby popierające in vitro nie mogą przystępować do komunii świętej ręce mi opadły.
Komisja owa stwierdziła,że z niepokojem przyjęła odrzucenie przez sejm osławionego projektu ustawy „Contra in vitro”, który przewidywał karę więzienia dla lekarzy.
Komisja oświadczyła,że osoby, które popierają in vitro, stoją w jawnej sprzeczności z nauczaniem Kościoła katolickiego, zatem nie mogą przystępować do Komunii Świętej.
Cytuję za moim „ulubionym” Naszym Dziennikiem:
„Ci, którzy zabijają, i ci, którzy czynnie uczestniczą w zabijaniu, bądź ustanawiają prawa przeciwko życiu poczętemu, a takim jest życie dziecka w stanie embrionalnym, w ogromnym procencie niszczone w procedurze in vitro, stają w jawnej sprzeczności z nauczaniem Kościoła katolickiego i nie mogą przystępować do Komunii świętej, dopóki nie zmienią swojej postawy”
Dyrektor Krajowego Ośrodka Duszpasterstwa Rodzin i członek owej komisji O. Andrzej Rębacz
powiedział też, że "każdy, kto opowiada się za metodą produkowania ludzi, jak to ma miejsce przy stosowaniu metody in vitro(...), występuje przeciwko nauce Kościoła, występuje przeciwko nauce Chrystusa, przeciwko życiu".
Jego zdaniem grzechem jest nie tylko stosowanie metody in vitro, ale samo opowiadanie się za nią.
Sprawa wywołała sporo ciekawych komentarzy na temat tego czy można kogoś odsunąć od sakramentu w sprawie, która nie jest dogmatem.
Jak napisał Pardon w artykule pt. „Reglamentacja Komunii zatwierdzona”:
„Zamiast dialogu duszpasterskiego, refleksji nad tym, co w in vitro jest moralnie złe, a co jest dobre, mamy te kategoryczne słowa, które skierowane są również do polityków, co stanowi nowy rodzaj lobbingu prowadzonego przez KK. (…)
Czy można kogoś odsuwać od sakramentu za poglądy w sprawie, która nie ma charakteru dogmatycznego?.Czy ktoś, kto popiera in vitro, tym samym chce likwidacji życia zarodków? Wręcz przeciwnie. Niestety kościelna "konserwa" nie przyjmuje do wiadomości tego, że zwolennik in vitro pragnie, aby dzieci mogły przyjść na świat. Ograniczanie dostępu do Komunii wzbudziło kontrowersje i krytyczne komentarze wśród duchowieństwa dopuszczającego stosowania in vitro w ściśle określonych przypadkach.”
sytuacja ma ten plus ,że zaczęła się całkiem ciekawa dyskusja na temat wolności sumienia w nauce katolickiej. Teoretycznie jest ona jedną z podstawowych wartości.
W naszym kraju bardzo teoretycznie.
Problem jest złożony i w sumie ciekawy. I gdyby nie chodziło w tej dyskusji o kwestię życia lub śmierci to byłaby to fajna łamigłówka moralno- etyczno- religijno- prawna.
Chociaż nie mogę oprzeć się wrażeniu,że niektórzy tak do tej sprawy podchodzą.
W każdym razie kwestia sakramentów naszych córek mocno się komplikuje.
Bo jakoś nie wyobrażam sobie by w przyszłości mogły być przeciwniczkami in vitro.
Chociaż różnie bywa.
W naszej wewnątrzrodzinnej dyskusji pojawił się argument,że tak małe dzieci (6-7 latki) nie są gotowe na zmierzenie się z takim problemem jak odrzucenie przez religijnych i praktykujących rówieśników.
Zastanawiam się teraz co jest gorsze dla dziecka. Sytuacja, w której wytłumaczy mu się dlaczego rodzice postanowili wstrzymać się z chrztem i pozostawienie sprawy otwartej w nadziei,że „samo się jakoś tam ułoży”.Czy może pójście z prądem „bo tak dla wszystkich łatwiej, prościej i spokojniej”. A potem dopiero prawdziwy dramat odrzucenia bo mi dzieciaków do komunii po prostu nie dopuszczą?
A wracając do artykułu na Pardonie (odnośnik powinien być jeszcze na pasku bocznym) to znalazłem pod nim sporo ciekawych komentarzy. Mądrych, zjadliwych,zapalczywych- różnych.
Tak się jednak składa,że te najbardziej chamskie, aroganckie,głupie i fanatyczne to dzieła przeciwników in vitro.
Wszystkie oczywiście w imię dobra i miłosierdzia.
Tyle,że brakowało jakiegoś porządnego punktu zaczepienia. Przeglądałem różne artykuły,ale tylko powielały opinie, poglądy i tezy wielokrotnie tu omawiane.
No i się wreszcie doczekałem.
Co niespecjalnie mnie tym razem cieszy.
Ostatnio wrócił w naszej rodzinie temat ewentualnego chrztu Dzieci Frankensteina.
Piszę ewentualnego bo wiecie jakie mamy do tej kwestii podejście. Jednak rodzinka usilnie nas namawia do zmiany zdania.
Pada wiele argumentów. Niektóre całkiem sensowne.
Tyle,że dla nas to nic nowego bo nad tym problemem zaczęliśmy się zastanawiać właściwie jeszcze przed poczęciem naszych córek.
Za nami wiele przegadanych wieczorów, z których niejeden skończył się bólem głowy.
Bynajmniej nie spowodowanym ilością spożytego alkoholu. Chociaż nie ukrywam,że umiarkowana konsumpcja przy tych rozmowach często miała miejsce.
W każdym razie do tej pory miałem pełną świadomość,tego,że niezależnie od tego jaką decyzje podejmiemy teraz, to za siedem lat usłyszymy od córek ,że one chcą iść do pierwszej komunii.
Bo koleżanki, bo białe sukienusie, bo prezenty...
No i OK.
Może takie odłożenie decyzji w czasie to nie najgorsze rozwiązanie?
W każdym razie odwracalne.
No ,ale po ostatnim oświadczeniu Komisji Episkopatu Polskiego, która stwierdziła,że osoby popierające in vitro nie mogą przystępować do komunii świętej ręce mi opadły.
Komisja owa stwierdziła,że z niepokojem przyjęła odrzucenie przez sejm osławionego projektu ustawy „Contra in vitro”, który przewidywał karę więzienia dla lekarzy.
Komisja oświadczyła,że osoby, które popierają in vitro, stoją w jawnej sprzeczności z nauczaniem Kościoła katolickiego, zatem nie mogą przystępować do Komunii Świętej.
Cytuję za moim „ulubionym” Naszym Dziennikiem:
„Ci, którzy zabijają, i ci, którzy czynnie uczestniczą w zabijaniu, bądź ustanawiają prawa przeciwko życiu poczętemu, a takim jest życie dziecka w stanie embrionalnym, w ogromnym procencie niszczone w procedurze in vitro, stają w jawnej sprzeczności z nauczaniem Kościoła katolickiego i nie mogą przystępować do Komunii świętej, dopóki nie zmienią swojej postawy”
Dyrektor Krajowego Ośrodka Duszpasterstwa Rodzin i członek owej komisji O. Andrzej Rębacz
powiedział też, że "każdy, kto opowiada się za metodą produkowania ludzi, jak to ma miejsce przy stosowaniu metody in vitro(...), występuje przeciwko nauce Kościoła, występuje przeciwko nauce Chrystusa, przeciwko życiu".
Jego zdaniem grzechem jest nie tylko stosowanie metody in vitro, ale samo opowiadanie się za nią.
Sprawa wywołała sporo ciekawych komentarzy na temat tego czy można kogoś odsunąć od sakramentu w sprawie, która nie jest dogmatem.
Jak napisał Pardon w artykule pt. „Reglamentacja Komunii zatwierdzona”:
„Zamiast dialogu duszpasterskiego, refleksji nad tym, co w in vitro jest moralnie złe, a co jest dobre, mamy te kategoryczne słowa, które skierowane są również do polityków, co stanowi nowy rodzaj lobbingu prowadzonego przez KK. (…)
Czy można kogoś odsuwać od sakramentu za poglądy w sprawie, która nie ma charakteru dogmatycznego?.Czy ktoś, kto popiera in vitro, tym samym chce likwidacji życia zarodków? Wręcz przeciwnie. Niestety kościelna "konserwa" nie przyjmuje do wiadomości tego, że zwolennik in vitro pragnie, aby dzieci mogły przyjść na świat. Ograniczanie dostępu do Komunii wzbudziło kontrowersje i krytyczne komentarze wśród duchowieństwa dopuszczającego stosowania in vitro w ściśle określonych przypadkach.”
sytuacja ma ten plus ,że zaczęła się całkiem ciekawa dyskusja na temat wolności sumienia w nauce katolickiej. Teoretycznie jest ona jedną z podstawowych wartości.
W naszym kraju bardzo teoretycznie.
Problem jest złożony i w sumie ciekawy. I gdyby nie chodziło w tej dyskusji o kwestię życia lub śmierci to byłaby to fajna łamigłówka moralno- etyczno- religijno- prawna.
Chociaż nie mogę oprzeć się wrażeniu,że niektórzy tak do tej sprawy podchodzą.
W każdym razie kwestia sakramentów naszych córek mocno się komplikuje.
Bo jakoś nie wyobrażam sobie by w przyszłości mogły być przeciwniczkami in vitro.
Chociaż różnie bywa.
W naszej wewnątrzrodzinnej dyskusji pojawił się argument,że tak małe dzieci (6-7 latki) nie są gotowe na zmierzenie się z takim problemem jak odrzucenie przez religijnych i praktykujących rówieśników.
Zastanawiam się teraz co jest gorsze dla dziecka. Sytuacja, w której wytłumaczy mu się dlaczego rodzice postanowili wstrzymać się z chrztem i pozostawienie sprawy otwartej w nadziei,że „samo się jakoś tam ułoży”.Czy może pójście z prądem „bo tak dla wszystkich łatwiej, prościej i spokojniej”. A potem dopiero prawdziwy dramat odrzucenia bo mi dzieciaków do komunii po prostu nie dopuszczą?
A wracając do artykułu na Pardonie (odnośnik powinien być jeszcze na pasku bocznym) to znalazłem pod nim sporo ciekawych komentarzy. Mądrych, zjadliwych,zapalczywych- różnych.
Tak się jednak składa,że te najbardziej chamskie, aroganckie,głupie i fanatyczne to dzieła przeciwników in vitro.
Wszystkie oczywiście w imię dobra i miłosierdzia.
czwartek, 20 maja 2010
Afera śliniakowa
Nie mogę zrozumieć jednej rzeczy.
A mianowicie jak można mieć do kogoś pretensję o to,że „poplamił śliniak”?!
Chyba do cholery właśnie po to został wynaleziony by przyjmować na siebie plamy, które w innym przypadku znalazłyby się na ciuchach dziewczynek?
Taki pogląd do niedawna wydawał mi się racjonalny i uzasadniony.
A jednak byłem najwyraźniej w błędzie.
W swej męskiej bezmyślności nie wziąłem pod uwagę tego,że śliniaki występują w przyrodzie w dwóch kategoriach.
Jako robocze i … no nie wiem... odświętne chyba?
No i zostałem kilka dni temu obgderany za to,że poplamiłem marchewką i żelazem owe „niedzielne śliniaki”.
Człowiek uczy się całe życie.
A jednak trudno mi się z tym pogodzić. No poplamiony śliniak psiakrew! Czy może są śliniaki do śliniaków? Takie które chronią te bezcenne przed zgubnymi skutkami działania różnych substancji spożywczych?
No dobra, dobra- odpuszczę bo wczoraj koleżanka małżonka zwróciła mi uwagę na to,że tym razem to ja jej robię czarny „pijar”.
W każdym razie podawanie dziewczynkom owego żelaza to jakiś pierdzielony koszmar.
Lekarz zalecił im po kilka kropel żelaza połączonych z kilkoma kroplami witaminy C.
To niewątpliwie jest bardzo zdrowe.
I jak wszystko co zdrowe cholernie niesmaczne.
A dzieciaki głupie nie są i już kojarzą co oznacza gdy ktoś przytyka im do warg łyżeczkę.
I niestety nie ograniczają się do biernego oporu.
Momentalnie włączają bojowe systemy defensywne.
Wokół zaciśniętych warg pojawia się jakieś dziwne pole siłowe, które sprawia,że żadna substancja nie jest w stanie trafić do jamy ustnej.
A potem następuje kontratak -błyskawiczna seria uderzeń małych rączek.
Któreś zawsze trafi w łyżeczkę wypełnioną płynem, rozpryskując go dookoła.
Najgorsza jest świadomość,że każda kropla oznacza niemożliwą do usunięcia plamę.
I znowu z czasem robią się dziwne rzeczy.
Zwalnia na tyle,że doskonale widzę jak wirujące w powietrzu krople spadają na kocyki, najładniejsze ciuszki, moje spodnie i te pieprzone śliniaki.
Z każdym dniem robi się coraz gorzej.
Koleżanka z pracy, która też ma małe dziecko poradziła by żelazo podawać za pomocą strzykawki.
Oczywiście doustnie a nie domięśniowo.
Chyba spróbujemy.
Niestety nie jest to jedyny nasz problem.
-Wiesz co , trochę mi przykro,że to ja muszę najczęściej podawać dziewczynkom żelazo i zaczynają mnie kojarzyć z czymś niedobrym- mruknęła wczoraj koleżanka małżonka.
Nie zdążyłem się ugryźć w język.
-No to,żeby było sprawiedliwie teraz ja im będę częściej dawał -zadeklarowałem ochoczo poniewczasie przypominając sobie o ochrzanie za poplamienie tych nieszczęsnych śliniaków.
No dobra nie tylko śliniaki poplamiłem. Śpioszki i bluzeczki córek też.
Ale przecież się starałem!
Może jak pierdoła, ale jednak.
Hmmm...”po waszych czynach was osądzać będą”.
Fakt,że po tych pierwszych „żelazowych” niepowodzeniach trochę zdezerterowałem i tak kombinowałem by to mama musiała gimnastykować się z łyżeczkami.
To nie było fair.
Sytuację zaognia niestety również to,że dzieciaki kompletnie zraziły się do jedzenia łyżeczkami.
Nie chcą nawet marchewki i zupki, które tak im na początku smakowały.
Co więcej zrobiły się podstępne. Na początku nawet dają w siebie wmusić trochę pokarmu.
Jednak robią to tylko po to by chwilę później wypróbować nabytą niedawno umiejętność plucia i prychania.
Kończy się to zazwyczaj tak,że ścierając papierowym ręcznikiem marchewkę z twarzy mruczę z wyrzutem:
-W „kogoście” wy się małe cholery wdały!?
Niepokojąca jest myśl,że nie w moją najlepsza z żon.
Ona podobno jako dziecko jadła całkiem przyzwoicie.
W przeciwieństwie do mnie. Barwne opowieści z mojego dzieciństwa o tym jak to walczyłem z pożywieniem przypominają czasem barwnością arturiańskie legendy.
W sumie to dobrze wiedzieć,że człowiek w czymś był naprawdę dobry.
A mianowicie jak można mieć do kogoś pretensję o to,że „poplamił śliniak”?!
Chyba do cholery właśnie po to został wynaleziony by przyjmować na siebie plamy, które w innym przypadku znalazłyby się na ciuchach dziewczynek?
Taki pogląd do niedawna wydawał mi się racjonalny i uzasadniony.
A jednak byłem najwyraźniej w błędzie.
W swej męskiej bezmyślności nie wziąłem pod uwagę tego,że śliniaki występują w przyrodzie w dwóch kategoriach.
Jako robocze i … no nie wiem... odświętne chyba?
No i zostałem kilka dni temu obgderany za to,że poplamiłem marchewką i żelazem owe „niedzielne śliniaki”.
Człowiek uczy się całe życie.
A jednak trudno mi się z tym pogodzić. No poplamiony śliniak psiakrew! Czy może są śliniaki do śliniaków? Takie które chronią te bezcenne przed zgubnymi skutkami działania różnych substancji spożywczych?
No dobra, dobra- odpuszczę bo wczoraj koleżanka małżonka zwróciła mi uwagę na to,że tym razem to ja jej robię czarny „pijar”.
W każdym razie podawanie dziewczynkom owego żelaza to jakiś pierdzielony koszmar.
Lekarz zalecił im po kilka kropel żelaza połączonych z kilkoma kroplami witaminy C.
To niewątpliwie jest bardzo zdrowe.
I jak wszystko co zdrowe cholernie niesmaczne.
A dzieciaki głupie nie są i już kojarzą co oznacza gdy ktoś przytyka im do warg łyżeczkę.
I niestety nie ograniczają się do biernego oporu.
Momentalnie włączają bojowe systemy defensywne.
Wokół zaciśniętych warg pojawia się jakieś dziwne pole siłowe, które sprawia,że żadna substancja nie jest w stanie trafić do jamy ustnej.
A potem następuje kontratak -błyskawiczna seria uderzeń małych rączek.
Któreś zawsze trafi w łyżeczkę wypełnioną płynem, rozpryskując go dookoła.
Najgorsza jest świadomość,że każda kropla oznacza niemożliwą do usunięcia plamę.
I znowu z czasem robią się dziwne rzeczy.
Zwalnia na tyle,że doskonale widzę jak wirujące w powietrzu krople spadają na kocyki, najładniejsze ciuszki, moje spodnie i te pieprzone śliniaki.
Z każdym dniem robi się coraz gorzej.
Koleżanka z pracy, która też ma małe dziecko poradziła by żelazo podawać za pomocą strzykawki.
Oczywiście doustnie a nie domięśniowo.
Chyba spróbujemy.
Niestety nie jest to jedyny nasz problem.
-Wiesz co , trochę mi przykro,że to ja muszę najczęściej podawać dziewczynkom żelazo i zaczynają mnie kojarzyć z czymś niedobrym- mruknęła wczoraj koleżanka małżonka.
Nie zdążyłem się ugryźć w język.
-No to,żeby było sprawiedliwie teraz ja im będę częściej dawał -zadeklarowałem ochoczo poniewczasie przypominając sobie o ochrzanie za poplamienie tych nieszczęsnych śliniaków.
No dobra nie tylko śliniaki poplamiłem. Śpioszki i bluzeczki córek też.
Ale przecież się starałem!
Może jak pierdoła, ale jednak.
Hmmm...”po waszych czynach was osądzać będą”.
Fakt,że po tych pierwszych „żelazowych” niepowodzeniach trochę zdezerterowałem i tak kombinowałem by to mama musiała gimnastykować się z łyżeczkami.
To nie było fair.
Sytuację zaognia niestety również to,że dzieciaki kompletnie zraziły się do jedzenia łyżeczkami.
Nie chcą nawet marchewki i zupki, które tak im na początku smakowały.
Co więcej zrobiły się podstępne. Na początku nawet dają w siebie wmusić trochę pokarmu.
Jednak robią to tylko po to by chwilę później wypróbować nabytą niedawno umiejętność plucia i prychania.
Kończy się to zazwyczaj tak,że ścierając papierowym ręcznikiem marchewkę z twarzy mruczę z wyrzutem:
-W „kogoście” wy się małe cholery wdały!?
Niepokojąca jest myśl,że nie w moją najlepsza z żon.
Ona podobno jako dziecko jadła całkiem przyzwoicie.
W przeciwieństwie do mnie. Barwne opowieści z mojego dzieciństwa o tym jak to walczyłem z pożywieniem przypominają czasem barwnością arturiańskie legendy.
W sumie to dobrze wiedzieć,że człowiek w czymś był naprawdę dobry.
środa, 19 maja 2010
Oko w oko
Ostatnio znowu dużo czasu poświęcam na pracę nad książką. Piszę o tym, nie dlatego by się tłumaczyć tylko by naświetlić sytuację.
Ustaliliśmy już przecież,że tłumaczenia są bez sensu. Wyraziliście się jasno i ja to szanuję :-)
W każdym razie prawie codziennie spędzam kilka godzin przy komputerze albo wydrukach.
Kiedyś jakiś literat stwierdził,że proces pisania jest bardzo przyjemny,ale późniejsza obróbka tekstu to już niewdzięczna harówka.
Coś w tym jest.
Zawziąłem się jednak,że jak najszybciej odwalę pewien etap tej pracy i udało mi się to zrobić.
Zostałem po robocie w firmie i przez kilka godzin ślęczałem redagując, poprawiając, przestawiając,wyszukując, gubiąc, znowu wyszukując i tak dalej.
Do domu wracałem kompletnie wypluty umysłowo.
-Wiesz co kochanie- zwróciłem się do żony po powitaniu- Mam taką propozycję,że ja zapakuję dzieciaki do wózka, wezmę psa i pójdziemy pobiegać a ty będziesz miała wreszcie trochę czasu dla siebie. Co ty na to?
-Świetnie. Doskonały pomysł.
Pies już wie co oznacza wyciąganie wózka z garażu i tradycyjnie dostał „haszczakowego rozumu”.
Zaczął wydawać te wszystkie opętańcze i szalenie irytujące odgłosy oraz miotać się w sposób skutecznie uniemożliwiający założenie mu obroży.
Zawsze tak robi.
Dostaje obłędu z niecierpliwości. Bo przecież:
„Będziemy biegać, biegać, biegać, biegać, biegać, biegać, biegać,BIEEEEEEEGGGGAAAAAĆ!!!”
Brzmi to jakoś tak:
„A,a,a,a,a,a,au,au,au,y,y,y,y,y,y,auuuyyyyyyyyy,eeuuuuuu,eu,eu,eu,eu,aj,aj,aj,aj,aj,yyyyiiiiiyyyyyoiiiiiyyyyiiii!!!!”
No masakra dla uszu. Jakby mi ktoś koniuszki nerwów pocierał gruboziarnistym papierem ściernym.
Żaden płacz, czy nawet wycie, dziecka nie da się z tym porównać.
Jedyny sposób to starać się wprowadzić mózg w tryb „mute” i jak najszybciej spacyfikować szarpiącego się czworonoga.
Przecież on się tylko cieszy.
Pewnie podobną radość odczuwał Hannibal Lecter konsumujący swoje ofiary.
Ponieważ szedłem sam nasza suka musiała zostać w domu. Nie miałem wyrzutów sumienia ponieważ ona po ogrodzie biega luzem a husky, z konieczności, większość czasu spędza na uwięzi.
Niebawem ma się to zmienić,ale póki co jest jak jest.
W każdym razie suka została zamknięta w domu a tatulo potruchtał drogą ciągnięty przez psa i pchając przed sobą wózek.
Mógłby ktoś spytać czy nie lepiej byłoby podpiąć zwierzaka do wózka i biec w ten sposób?
Nie. Nie lepiej.
Powie to każdy kto próbował swoich sił w powożeniu psim zaprzęgiem.
Kto robił salto nad kierownicą roweru, kiedy ciągnące go psy gwałtownie skręciły w krzaki w pogoni za sarną ,która przebiegła drogę.
I kto potem bezradnie patrzył jak psy kontynuują pościg ciągnąc za sobą rower. Rower podskakujący i wirujący w powietrzu. Od którego odpadają różne części.
Mam za sobą kilka takich maszerskich przygód.
Dlatego zawsze bardzo pilnuję by smycz nie owinęła się wokół jakiegoś elementu wózka i trzymam ją tak by w każdej chwili móc ją puścić.
Pies co prawda ucieknie,ale dzieciakom nic się nie stanie.
A naprawdę mogłoby być groźnie.
Taki husky, który poczuje zew łowów przypomina odbezpieczony granat. Cała energia zgromadzona w jego mięśniach po prostu eksploduje w ułamku sekundy.
Tak było i tym razem.
Chociaż zaczęło się sielankowo.
Po kilku kilometrach biegu pies zwolnił, przestał się szarpać i wszedł w „tryb długodystansowy”.
Dziewczynki zasnęły ukołysane na wertepach leśnych ścieżek.
Było ciepło, ptaki śpiewały las pachniał wiosną.
Przebiegliśmy pięć kilometrów a potem zawróciliśmy,żeby trochę inną drogą wrócić do domu.
Pies truchtał, dziewczynki posapywały. A ja dyszałem i próbowałem się nie utopić we własnym pocie.
Takie są uroki braku regularności w treningach.
W końcu uznałem,że nie ma co się zarzynać i że marszobieg to też bardzo szlachetna forma przemieszczania się. I z truchtu przeszedłem w powolne człapanie.
Właśnie wybiegliśmy z lasu na otwarty teren gdy zauważyłem,że coś się święci.
Jakaś nieuchwytna zmiana rytmu kroków, ustawienia uszu,skręt głowy...
To zazwyczaj oznacza,że mam sekundę na reakcję zanim pies zwariuje i rzuci się w pogoń za jakimś stworzeniem.
Zaryłem piętami w błocie, puściłem wózek i oburącz chwyciłem smycz.
Co w zdecydowanie brutalny sposób przerwało lot psa w krzaki.
Zaskowyczał. A w tym głosie była złość,rozczarowanie, zniecierpliwienie i całe tony łowieckiej frustracji.
A jednak głos który dobiegł z krzaków spowodował,że to moja frustracja nabrała ogromnego ciężaru gatunkowego.
A kiedy pojawił się właściciel owego głosu zrobiło się jeszcze gorzej.
A właściwie właścicielka.
Z krzaczorów wytoczyła się ogromna locha. A za nią dwa warchlaki.
Małe wściekłe oczka świdrowały spojrzeniem mnie i psa.
A ja zastanawiałem się co zrobić.
Najgorsza była świadomość,że w zasadzie nic.
Przecież z dwójką dzieci na drzewo nie wlezę.
Zresztą co tu gadać- jeżeli zdenerwowana locha zaszarżuje to nawet nie zdążę wyjąć ich z wózka.
A nawet gdybym zdążył to ona i tak mnie dogoni.
Przez moment wydawało mi się ,że nabuzowany adrenaliną mogę obronić swoje dzieci gołymi rękami.
Rozsądek mówił jednak co innego.
Jedyna nadzieja była w tym,że spuszczony ze smyczy pies odwróci uwagę tego kłębu nabitych mięśni.
Staliśmy tak dłuższą chwilę.
Ona- matka z dójką dzieci i ja- też z dwójką.
Oraz popierdolonym jazgoczącym i miotającym się psem.
Dziwna scena.
Bo pies był jedynym ruchomym elementem naszej skamieniałej „grupy Laokoona”.
Jakby czas się zatrzymał.
Prawie wszędzie.
Poza jednym fragmentem czasoprzestrzeni, w którym gwałtownie przyspieszył.
Właśnie w tym,w którym znajdował się husky.
Nie wiem o czym myślała locha.
W każdym razie w końcu uznała,że lepszym rozwiązaniem jest taktyczny odwrót.
Wykwiczała komendę i trójka dzików zniknęła w krzakach przedzierając się przez nie z trzaskiem łamanych gałęzi.
Znowu zacząłem oddychać i zacisnąłem spocone dłonie na uchwycie wózka.
Czułem się jakbym wrócił z bardzo dalekiej podróży.
A pies?
Nie ukrywał swojego rozczarowania.
Jego wrzaskliwe i wymowne-„A,a,a,a,a,a,au,au,au,y,y,y,y,y,y,auuuyyyyyyyyy,eeuuuuuu,eu,
eu,eu,eu,aj,aj,aj,aj,aj,yyyyiiiiiyyyyyoiiiiiyyyyiiii!!!!”-niosło się po lesie.
Ustaliliśmy już przecież,że tłumaczenia są bez sensu. Wyraziliście się jasno i ja to szanuję :-)
W każdym razie prawie codziennie spędzam kilka godzin przy komputerze albo wydrukach.
Kiedyś jakiś literat stwierdził,że proces pisania jest bardzo przyjemny,ale późniejsza obróbka tekstu to już niewdzięczna harówka.
Coś w tym jest.
Zawziąłem się jednak,że jak najszybciej odwalę pewien etap tej pracy i udało mi się to zrobić.
Zostałem po robocie w firmie i przez kilka godzin ślęczałem redagując, poprawiając, przestawiając,wyszukując, gubiąc, znowu wyszukując i tak dalej.
Do domu wracałem kompletnie wypluty umysłowo.
-Wiesz co kochanie- zwróciłem się do żony po powitaniu- Mam taką propozycję,że ja zapakuję dzieciaki do wózka, wezmę psa i pójdziemy pobiegać a ty będziesz miała wreszcie trochę czasu dla siebie. Co ty na to?
-Świetnie. Doskonały pomysł.
Pies już wie co oznacza wyciąganie wózka z garażu i tradycyjnie dostał „haszczakowego rozumu”.
Zaczął wydawać te wszystkie opętańcze i szalenie irytujące odgłosy oraz miotać się w sposób skutecznie uniemożliwiający założenie mu obroży.
Zawsze tak robi.
Dostaje obłędu z niecierpliwości. Bo przecież:
„Będziemy biegać, biegać, biegać, biegać, biegać, biegać, biegać,BIEEEEEEEGGGGAAAAAĆ!!!”
Brzmi to jakoś tak:
„A,a,a,a,a,a,au,au,au,y,y,y,y,y,y,auuuyyyyyyyyy,eeuuuuuu,eu,eu,eu,eu,aj,aj,aj,aj,aj,yyyyiiiiiyyyyyoiiiiiyyyyiiii!!!!”
No masakra dla uszu. Jakby mi ktoś koniuszki nerwów pocierał gruboziarnistym papierem ściernym.
Żaden płacz, czy nawet wycie, dziecka nie da się z tym porównać.
Jedyny sposób to starać się wprowadzić mózg w tryb „mute” i jak najszybciej spacyfikować szarpiącego się czworonoga.
Przecież on się tylko cieszy.
Pewnie podobną radość odczuwał Hannibal Lecter konsumujący swoje ofiary.
Ponieważ szedłem sam nasza suka musiała zostać w domu. Nie miałem wyrzutów sumienia ponieważ ona po ogrodzie biega luzem a husky, z konieczności, większość czasu spędza na uwięzi.
Niebawem ma się to zmienić,ale póki co jest jak jest.
W każdym razie suka została zamknięta w domu a tatulo potruchtał drogą ciągnięty przez psa i pchając przed sobą wózek.
Mógłby ktoś spytać czy nie lepiej byłoby podpiąć zwierzaka do wózka i biec w ten sposób?
Nie. Nie lepiej.
Powie to każdy kto próbował swoich sił w powożeniu psim zaprzęgiem.
Kto robił salto nad kierownicą roweru, kiedy ciągnące go psy gwałtownie skręciły w krzaki w pogoni za sarną ,która przebiegła drogę.
I kto potem bezradnie patrzył jak psy kontynuują pościg ciągnąc za sobą rower. Rower podskakujący i wirujący w powietrzu. Od którego odpadają różne części.
Mam za sobą kilka takich maszerskich przygód.
Dlatego zawsze bardzo pilnuję by smycz nie owinęła się wokół jakiegoś elementu wózka i trzymam ją tak by w każdej chwili móc ją puścić.
Pies co prawda ucieknie,ale dzieciakom nic się nie stanie.
A naprawdę mogłoby być groźnie.
Taki husky, który poczuje zew łowów przypomina odbezpieczony granat. Cała energia zgromadzona w jego mięśniach po prostu eksploduje w ułamku sekundy.
Tak było i tym razem.
Chociaż zaczęło się sielankowo.
Po kilku kilometrach biegu pies zwolnił, przestał się szarpać i wszedł w „tryb długodystansowy”.
Dziewczynki zasnęły ukołysane na wertepach leśnych ścieżek.
Było ciepło, ptaki śpiewały las pachniał wiosną.
Przebiegliśmy pięć kilometrów a potem zawróciliśmy,żeby trochę inną drogą wrócić do domu.
Pies truchtał, dziewczynki posapywały. A ja dyszałem i próbowałem się nie utopić we własnym pocie.
Takie są uroki braku regularności w treningach.
W końcu uznałem,że nie ma co się zarzynać i że marszobieg to też bardzo szlachetna forma przemieszczania się. I z truchtu przeszedłem w powolne człapanie.
Właśnie wybiegliśmy z lasu na otwarty teren gdy zauważyłem,że coś się święci.
Jakaś nieuchwytna zmiana rytmu kroków, ustawienia uszu,skręt głowy...
To zazwyczaj oznacza,że mam sekundę na reakcję zanim pies zwariuje i rzuci się w pogoń za jakimś stworzeniem.
Zaryłem piętami w błocie, puściłem wózek i oburącz chwyciłem smycz.
Co w zdecydowanie brutalny sposób przerwało lot psa w krzaki.
Zaskowyczał. A w tym głosie była złość,rozczarowanie, zniecierpliwienie i całe tony łowieckiej frustracji.
A jednak głos który dobiegł z krzaków spowodował,że to moja frustracja nabrała ogromnego ciężaru gatunkowego.
A kiedy pojawił się właściciel owego głosu zrobiło się jeszcze gorzej.
A właściwie właścicielka.
Z krzaczorów wytoczyła się ogromna locha. A za nią dwa warchlaki.
Małe wściekłe oczka świdrowały spojrzeniem mnie i psa.
A ja zastanawiałem się co zrobić.
Najgorsza była świadomość,że w zasadzie nic.
Przecież z dwójką dzieci na drzewo nie wlezę.
Zresztą co tu gadać- jeżeli zdenerwowana locha zaszarżuje to nawet nie zdążę wyjąć ich z wózka.
A nawet gdybym zdążył to ona i tak mnie dogoni.
Przez moment wydawało mi się ,że nabuzowany adrenaliną mogę obronić swoje dzieci gołymi rękami.
Rozsądek mówił jednak co innego.
Jedyna nadzieja była w tym,że spuszczony ze smyczy pies odwróci uwagę tego kłębu nabitych mięśni.
Staliśmy tak dłuższą chwilę.
Ona- matka z dójką dzieci i ja- też z dwójką.
Oraz popierdolonym jazgoczącym i miotającym się psem.
Dziwna scena.
Bo pies był jedynym ruchomym elementem naszej skamieniałej „grupy Laokoona”.
Jakby czas się zatrzymał.
Prawie wszędzie.
Poza jednym fragmentem czasoprzestrzeni, w którym gwałtownie przyspieszył.
Właśnie w tym,w którym znajdował się husky.
Nie wiem o czym myślała locha.
W każdym razie w końcu uznała,że lepszym rozwiązaniem jest taktyczny odwrót.
Wykwiczała komendę i trójka dzików zniknęła w krzakach przedzierając się przez nie z trzaskiem łamanych gałęzi.
Znowu zacząłem oddychać i zacisnąłem spocone dłonie na uchwycie wózka.
Czułem się jakbym wrócił z bardzo dalekiej podróży.
A pies?
Nie ukrywał swojego rozczarowania.
Jego wrzaskliwe i wymowne-„A,a,a,a,a,a,au,au,au,y,y,y,y,y,y,auuuyyyyyyyyy,eeuuuuuu,eu,
eu,eu,eu,aj,aj,aj,aj,aj,yyyyiiiiiyyyyyoiiiiiyyyyiiii!!!!”-niosło się po lesie.
poniedziałek, 17 maja 2010
Władcy marionetek
Zauważyliśmy u siebie pewną ,trochę niepokojącą, tendencję. Okazuje się ,że nie tylko ciąża zmienia percepcję.
Wpływ na nią ma również „rodzicielstwo”.
Całymi latami nabijaliśmy się z różnych reklam telewizyjnych pokazujących obrazki upaćkanych jedzeniem twarzy dzieci okraszone przesłodzonymi głosami lektorów.
-Kogo oni chcą zachęcić do zakupu pokazując te obrzydliwe bachory- burczała zdegustowana koleżanka małżonka.
Mnie również takie widoki wydawały się średnio apetyczne.
-Też nie rozumiem co jest takiego uroczego w łapach oblepionych serem i twarzy umazanej rozpuszczającą się czekoladą?
-A może my jacyś dziwni jesteśmy?
-Myślisz?
-No bo skoro takie reklamy robią to znaczy,że ludziom to si ę podoba. Na pewno przecież robią jakieś badania...
Popatrzyliśmy na siebie a potem zgodnym chórem wyraziliśmy swoją absolutną dezaprobatę:
-Błeeeeeeeeeeee!!!
Od pewnego czasu to się jednak zmienia.
Reklamy przestają drażnić.
A ostatnio rozczuliłem się widząc wycieczkę przedszkolaków, która przyjechała zwiedzić firmę, w której pracuję.
A przecież jeszcze niedawno obce dzieci wydawały mi się doskonale obojętne.
Celowo użyłem słowa „obce” zamiast „cudze” ponieważ nie jestem aż takim potworem by nie przejmować się dzieciakami znajomych :-)
W każdym razie jakoś nie możemy oprzeć się wrażeniu,że ktoś nam wszczepił do mózgów jakieś chipy.
Bo nagle podczas oglądania wiadomości oczy robią się szkliste a w gardle gula.
Bo jakaś wyrodna matka, bo skatowane maleństwo, pijany debil z kółkiem, bo mała rączka z wielkim wenflonem pod jeszcze większa kroplówką.
-Zobacz to dziecko jest ubrane w identyczna piżamkę jak nasze maleństwa- jęknęła łamiącym się głosem żona oglądając relację o wózku z niemowlakiem zmiecionym z przejścia dla pieszych przez pijanego gnoja.
W końcu musiałem warknąć żeby przestała, bo na mnie też to działa i strasznie przeżywam.
Kiedy człowiek zaczyna myśleć o tym na co są narażone dzieciaki to nogi zaczynają mięknąć.
Kiedy czasem spacerujemy z wózkiem naszą wiejską drogą to cały czas jestem gotowy, żeby razem z wózkiem schować się za drzewem albo zwalić się do rowu.
Bo prawie na każdym drzewie są ślady „dzwona”.
Tu zdarta kora, tam krzyżyk...
Wiejscy motocykliści kiedyś katowali zardzewiałe wueski a teraz przesiedli się na „szlifiery”.
No, jednym słowem czuję się tak jakby ktoś miał pilota do owego chipu w mojej głowie i co jakiś czas ze złośliwym uśmiechem naciskał guzik mrucząc złośliwie:
-A niech się tatulo pomartwi.
A kiedy schodzimy z „asfaltówki” na drogę szutrową to pojawia się kolejny problem.
Dlaczego ja, mijając na takiej drodze ludzi, zwalniam, staram się mijać ich na luzie żeby jak najmniej kurzyć, a inni psiakrew jakoś nie mogą?
Zapieprzają tymi swoimi samochodami terenowymi, quadami albo dwudziestoletnimi, zardzewiałymi audi jakby właśnie startowali w eliminacji mistrzostw świata WRC.
Niedawno tak mi gul skoczył,że w końcu wlazłem przed maskę kolejnego wiejskiego króla kierownicy.
Oddałem wózek żonie i klnąc pod nosem wylazłem na sam środek wąskiej drogi.
-Co ty wyprawiasz!-jęknęła małżonka
-A czary kurwa robię. Zamierzam sprawić ,że ten kretyn jednak zwolni!-warczałem pokonując szczękościsk.
Bo ostatnio jakiś spokojniejszy się zrobiłem,ale kiedy chodzi o dobro dzieci...
A najciekawsze jest to,że podczas ostatniego spaceru zagrożenie przyszło z zupełnie innej strony.
Ale o tym w kolejnym odcinku.
CDN
Wpływ na nią ma również „rodzicielstwo”.
Całymi latami nabijaliśmy się z różnych reklam telewizyjnych pokazujących obrazki upaćkanych jedzeniem twarzy dzieci okraszone przesłodzonymi głosami lektorów.
-Kogo oni chcą zachęcić do zakupu pokazując te obrzydliwe bachory- burczała zdegustowana koleżanka małżonka.
Mnie również takie widoki wydawały się średnio apetyczne.
-Też nie rozumiem co jest takiego uroczego w łapach oblepionych serem i twarzy umazanej rozpuszczającą się czekoladą?
-A może my jacyś dziwni jesteśmy?
-Myślisz?
-No bo skoro takie reklamy robią to znaczy,że ludziom to si ę podoba. Na pewno przecież robią jakieś badania...
Popatrzyliśmy na siebie a potem zgodnym chórem wyraziliśmy swoją absolutną dezaprobatę:
-Błeeeeeeeeeeee!!!
Od pewnego czasu to się jednak zmienia.
Reklamy przestają drażnić.
A ostatnio rozczuliłem się widząc wycieczkę przedszkolaków, która przyjechała zwiedzić firmę, w której pracuję.
A przecież jeszcze niedawno obce dzieci wydawały mi się doskonale obojętne.
Celowo użyłem słowa „obce” zamiast „cudze” ponieważ nie jestem aż takim potworem by nie przejmować się dzieciakami znajomych :-)
W każdym razie jakoś nie możemy oprzeć się wrażeniu,że ktoś nam wszczepił do mózgów jakieś chipy.
Bo nagle podczas oglądania wiadomości oczy robią się szkliste a w gardle gula.
Bo jakaś wyrodna matka, bo skatowane maleństwo, pijany debil z kółkiem, bo mała rączka z wielkim wenflonem pod jeszcze większa kroplówką.
-Zobacz to dziecko jest ubrane w identyczna piżamkę jak nasze maleństwa- jęknęła łamiącym się głosem żona oglądając relację o wózku z niemowlakiem zmiecionym z przejścia dla pieszych przez pijanego gnoja.
W końcu musiałem warknąć żeby przestała, bo na mnie też to działa i strasznie przeżywam.
Kiedy człowiek zaczyna myśleć o tym na co są narażone dzieciaki to nogi zaczynają mięknąć.
Kiedy czasem spacerujemy z wózkiem naszą wiejską drogą to cały czas jestem gotowy, żeby razem z wózkiem schować się za drzewem albo zwalić się do rowu.
Bo prawie na każdym drzewie są ślady „dzwona”.
Tu zdarta kora, tam krzyżyk...
Wiejscy motocykliści kiedyś katowali zardzewiałe wueski a teraz przesiedli się na „szlifiery”.
No, jednym słowem czuję się tak jakby ktoś miał pilota do owego chipu w mojej głowie i co jakiś czas ze złośliwym uśmiechem naciskał guzik mrucząc złośliwie:
-A niech się tatulo pomartwi.
A kiedy schodzimy z „asfaltówki” na drogę szutrową to pojawia się kolejny problem.
Dlaczego ja, mijając na takiej drodze ludzi, zwalniam, staram się mijać ich na luzie żeby jak najmniej kurzyć, a inni psiakrew jakoś nie mogą?
Zapieprzają tymi swoimi samochodami terenowymi, quadami albo dwudziestoletnimi, zardzewiałymi audi jakby właśnie startowali w eliminacji mistrzostw świata WRC.
Niedawno tak mi gul skoczył,że w końcu wlazłem przed maskę kolejnego wiejskiego króla kierownicy.
Oddałem wózek żonie i klnąc pod nosem wylazłem na sam środek wąskiej drogi.
-Co ty wyprawiasz!-jęknęła małżonka
-A czary kurwa robię. Zamierzam sprawić ,że ten kretyn jednak zwolni!-warczałem pokonując szczękościsk.
Bo ostatnio jakiś spokojniejszy się zrobiłem,ale kiedy chodzi o dobro dzieci...
A najciekawsze jest to,że podczas ostatniego spaceru zagrożenie przyszło z zupełnie innej strony.
Ale o tym w kolejnym odcinku.
CDN
czwartek, 6 maja 2010
W objęciach skrzydełek
Tydzień temu koleżanka małżonka zagadnęła:
-Kochanie a może wziąłbyś urlop na przyszły tydzień? Należy ci się. Odpoczniesz, wyluzujesz się...
Perspektywa wydała mi się bardzo kusząca,ale trochę się wahałem.
-Sam nie wiem...
-No! I znajomi na długi weekend do nas wpadną i twoja kuzynka.
-O! Fajnie to może rzeczywiście...
-No, no. I wiesz z dziewczynkami jesteśmy do lekarzy umówieni na czwartek i piątek. To byś nie musiał kombinować z pracą i wszystko na spokojnie i na luzie byśmy załatwili.
To mnie ostatecznie przekonało.
No i jak ten głupi złożyłem wniosek urlopowy nie przeczuwając podstępu.
Naprawdę cieszyłem się na te wolne dni.
Do chwili gdy usłyszałem:
-To skoro masz wolne to może teraz ty powstajesz do dziewczynek w nocy?
Nawet nie wyobrażacie sobie jak mnie korciło żeby zagrać macho i warknąć z wyższością:
-Czy ty kobieto nie przesadzasz? Ja ciężko pracuję, zarabiam, utrzymuję rodzinę i należy mi się wypoczynek.
Tyle,że nie licząc zwykłego poczucia przyzwoitości kluczowe było tu słówko „zarabiam”.
Bo nie wchodząc w zbędne szczegóły finansowe moja małżonka znacznie lepiej wychodzi finansowo siedząc na urlopie macierzyńskim niż ja stając desperacko na różnych członkach, oraz ich czubkach, w pracy.
No nieważne.
Ważne jest to,że chociaż wirtualnie warknąłem arogancko to w świecie realnym wypowiedź miała formę znacznie złagodzoną:
-Oczywiście kochanie.
Jednym słowem lew ryknął.
Tym samym moje powolne odzyskiwanie formy zostało na jakiś czas zawieszone.
Tym bardziej ,że w jego ramach postanowiłem wziąć się za siebie.
Przez kilka dni poćwiczyłem, pogimnastykowałem się, pomachałem gryfem i hantlami.
A potem... dostałem zapalenia korzonków.
Po prostu „królowie życia”,że zacytuję stary i tandetny kawałek zespołu Kombi. Tego przez jedno „i”.
Za to stałem się główną atrakcją wieczornych imprez z naszymi gośćmi.
Występowałem podczas nich jako „człowiek ,który zasypia zawsze i wszędzie”.
Zacząłem od banalnego zasypiania na fotelu albo podłodze.
A skończyłem chrapiąc z głową opartą na blacie kuchennym.
Przytulony do miski, w której rozmrażały się skrzydełka na grilla.
Nikt tak jak Garbaty nie umie zabawić towarzystwa.
-Kochanie a może wziąłbyś urlop na przyszły tydzień? Należy ci się. Odpoczniesz, wyluzujesz się...
Perspektywa wydała mi się bardzo kusząca,ale trochę się wahałem.
-Sam nie wiem...
-No! I znajomi na długi weekend do nas wpadną i twoja kuzynka.
-O! Fajnie to może rzeczywiście...
-No, no. I wiesz z dziewczynkami jesteśmy do lekarzy umówieni na czwartek i piątek. To byś nie musiał kombinować z pracą i wszystko na spokojnie i na luzie byśmy załatwili.
To mnie ostatecznie przekonało.
No i jak ten głupi złożyłem wniosek urlopowy nie przeczuwając podstępu.
Naprawdę cieszyłem się na te wolne dni.
Do chwili gdy usłyszałem:
-To skoro masz wolne to może teraz ty powstajesz do dziewczynek w nocy?
Nawet nie wyobrażacie sobie jak mnie korciło żeby zagrać macho i warknąć z wyższością:
-Czy ty kobieto nie przesadzasz? Ja ciężko pracuję, zarabiam, utrzymuję rodzinę i należy mi się wypoczynek.
Tyle,że nie licząc zwykłego poczucia przyzwoitości kluczowe było tu słówko „zarabiam”.
Bo nie wchodząc w zbędne szczegóły finansowe moja małżonka znacznie lepiej wychodzi finansowo siedząc na urlopie macierzyńskim niż ja stając desperacko na różnych członkach, oraz ich czubkach, w pracy.
No nieważne.
Ważne jest to,że chociaż wirtualnie warknąłem arogancko to w świecie realnym wypowiedź miała formę znacznie złagodzoną:
-Oczywiście kochanie.
Jednym słowem lew ryknął.
Tym samym moje powolne odzyskiwanie formy zostało na jakiś czas zawieszone.
Tym bardziej ,że w jego ramach postanowiłem wziąć się za siebie.
Przez kilka dni poćwiczyłem, pogimnastykowałem się, pomachałem gryfem i hantlami.
A potem... dostałem zapalenia korzonków.
Po prostu „królowie życia”,że zacytuję stary i tandetny kawałek zespołu Kombi. Tego przez jedno „i”.
Za to stałem się główną atrakcją wieczornych imprez z naszymi gośćmi.
Występowałem podczas nich jako „człowiek ,który zasypia zawsze i wszędzie”.
Zacząłem od banalnego zasypiania na fotelu albo podłodze.
A skończyłem chrapiąc z głową opartą na blacie kuchennym.
Przytulony do miski, w której rozmrażały się skrzydełka na grilla.
Nikt tak jak Garbaty nie umie zabawić towarzystwa.
sobota, 1 maja 2010
Wstyd ?
Chyba wygrzebałem się wreszcie z kryzysu psychofizycznego. Znowu mam siłę żeby w domu coś porobić albo popisać.
I nie zasypiam na podłodze podczas zajmowania się dziećmi.
Za to najwyraźniej dopadło koleżankę małżonkę.
Po roku siedzenia w domu można poczuć się zmęczonym.
I nie wiadomo jak bardzo kochałoby się swoje dzieci to i do nich można czasem stracić cierpliwość.
Ostatnio w pracy odebrałem sms:
-Wracaj jak najszybciej bo laski są nieznośne i zaraz je na allegro za złotówkę wystawię!
Odpisałem żeby dała chociaż cenę minimalną.
Oraz,że wcześniejszy powrót może nie być taki prosty.
Zresztą takie prośby o wsparcie ogniowe dostaję coraz częściej.
Bo i dzieciaki w swojej szczytowej formie to duet potrafiący zamęczyć nawet najtwardszego zawodnika.
Podwojone krycie,że użyję terminologii sportowej.
-Wiesz kochanie, ciągle mam wyrzuty sumienia, że się niecierpliwię,że się złoszczę...-westchnęła wczoraj podczas spaceru żona.
-Daj spokój. To normalne. Wcale ci się nie dziwię.
-Ale nie powinnam. One są przecież takie kochane. Tyle,że już czasem nie mam siły.
Pokiwałem głową ze zrozumieniem.
Bo i mnie czasem zdarza się wyjeżdżać rano do pracy z pewnym uczuciem ulgi, którego trochę się wstydzę.
-Jak cie proszę żebyś wrócił jak najszybciej to naprawdę oznacza,że już po prostu nie mogę. Że u kresu jestem.
-Myślisz,że nie wiem? A swoja drogą ty to potrafisz człowieka do powrotu do domu zachęcić-”Wracaj natychmiast bo laski dzisiaj są koszmarnie okropne i nie da się z nimi wytrzymać”. No po prostu aż się chce pędzić do chałupy- parsknąłem śmiechem.
Ale doskonale ją rozumiałem bo sam złapałem się na tym,że wracając do domu szukam wzrokiem jakiegoś zacisznego miejsca, w którym mógłbym zaparkować i po prostu... przespać się w samochodzie.
Chociaż godzinkę.
Byłoby to cholernie samolubne. Świadczyłoby o braku lojalności, zaufania. No, świństwo po prostu.
Ale jakże kuszące.
I nie zasypiam na podłodze podczas zajmowania się dziećmi.
Za to najwyraźniej dopadło koleżankę małżonkę.
Po roku siedzenia w domu można poczuć się zmęczonym.
I nie wiadomo jak bardzo kochałoby się swoje dzieci to i do nich można czasem stracić cierpliwość.
Ostatnio w pracy odebrałem sms:
-Wracaj jak najszybciej bo laski są nieznośne i zaraz je na allegro za złotówkę wystawię!
Odpisałem żeby dała chociaż cenę minimalną.
Oraz,że wcześniejszy powrót może nie być taki prosty.
Zresztą takie prośby o wsparcie ogniowe dostaję coraz częściej.
Bo i dzieciaki w swojej szczytowej formie to duet potrafiący zamęczyć nawet najtwardszego zawodnika.
Podwojone krycie,że użyję terminologii sportowej.
-Wiesz kochanie, ciągle mam wyrzuty sumienia, że się niecierpliwię,że się złoszczę...-westchnęła wczoraj podczas spaceru żona.
-Daj spokój. To normalne. Wcale ci się nie dziwię.
-Ale nie powinnam. One są przecież takie kochane. Tyle,że już czasem nie mam siły.
Pokiwałem głową ze zrozumieniem.
Bo i mnie czasem zdarza się wyjeżdżać rano do pracy z pewnym uczuciem ulgi, którego trochę się wstydzę.
-Jak cie proszę żebyś wrócił jak najszybciej to naprawdę oznacza,że już po prostu nie mogę. Że u kresu jestem.
-Myślisz,że nie wiem? A swoja drogą ty to potrafisz człowieka do powrotu do domu zachęcić-”Wracaj natychmiast bo laski dzisiaj są koszmarnie okropne i nie da się z nimi wytrzymać”. No po prostu aż się chce pędzić do chałupy- parsknąłem śmiechem.
Ale doskonale ją rozumiałem bo sam złapałem się na tym,że wracając do domu szukam wzrokiem jakiegoś zacisznego miejsca, w którym mógłbym zaparkować i po prostu... przespać się w samochodzie.
Chociaż godzinkę.
Byłoby to cholernie samolubne. Świadczyłoby o braku lojalności, zaufania. No, świństwo po prostu.
Ale jakże kuszące.
Subskrybuj:
Posty (Atom)