Podobno „we wojsku” każdą wolną chwilę należy poświęcić na sen. Tak tylko powtarzam bo sam nie miałem okazji udzielać się militarnie.
Podobna zasada dotyczy prawdziwych działań wojennych.
Bo nigdy nie wiadomo kiedy pojawi się kolejna okazja do drzemki.
Ostatnio desperacko wykorzystujemy każdą okazję do snu.
Bo i stosunki z krasnoludami się zaogniły.
Ściślej mówiąc jesteśmy w samym środku najbardziej morderczej kampanii ostatnich miesięcy.
Również najbardziej perfidnej.
W ciągu dnia „małoludzie” zachowują się zazwyczaj poprawnie.
Kurtuazyjnie tytułują nas używając naszych stopni wojskowych: „mamo”(oficer) i „tato”(szeregowy).
Nie zawsze poprawnie ,ale jednak. Zresztą nam też zdarza się wypadać z ról.
Uśmiechają się, zachęcają do zabawy, szepczą przymilnie i kwilą rozkosznie.
Za to w nocy...
Chociaż muszę się przyznać,że czasem sam je prowokuję podczas wieczornego karmienia mówiąc:
-Wielki Mistrz Garbaty wyzywa was na bitwę śmiertelną. I aby wam męstwa dodać, którego wam widać brakuje śle wam te dwie wielkie butle z mlekiem..."
Ot takie nieco wisielcze i garbate poczucie humoru.
Dzieci Frankensteina nie dają się jednak sprowokować.
Wtedy jeszcze udają słodkie niemowlaczki.
Piekło zaczyna się po północy. Co samo w sobie daje do myślenia
Krasnoludzkie dzikie hordy nadciągają z wrzaskiem i rykiem wzbudzając popłoch i histerię w nielicznych ludzkich szeregach.
Ostatnio przez całą noc nie zmrużyliśmy oka zmieniając się tylko na wałach obronnych.
Kiedy jedno odchodziło od palisady łóżeczek drugie było zmuszone natychmiast je zastąpić.
Nikt nie brał jeńców.
Nikt nie okazywał litości.
Słychać było tylko głośne jęki konających i ciche przekleństwa walczących.
Tych gorzej wychowanych walczących.
Tych którzy potem musieli wysłuchać reprymendy udzielonej przez oficera.
Przypominam, że kwestię stopni wojskowych omówiłem powyżej.
A jednak tuż przed świtem zapadła cisza.
Nie, to nie był rozejm.
Po prostu już nikt nie miał siły walczyć.
Krasnoludy padły tam gdzie pełzały.
A my ostatkiem sił dowlokliśmy się na kwaterę.
Godzinę później znowu zabrzmiały trąby.
Był to sygnał otwarcia kantyny garnizonowej.
Napełniając butle z mlekiem czułem się tak jakby ktoś przez całą noc tłukł mnie po łbie gumowym młotkiem.
Po głowie snuły się smętnie jakieś myśli o młotach bojowych, białej broni, i pochodniach podpalających strzechy chałup zamieszkiwanych przez krasnoludzkie pospólstwo.
Potem jednak przypomniałem sobie ,że krasnoludy mieszkają raczej pod ziemią.
Luźne strzępki myśli mieszały się z mglistymi wspomnieniami z nocy w mętny, pozbawiony smaku gulasz.
Nakarmiłem dzieciaki i zacząłem zbierać się do pracy.
Lekko dotknąłem ramienia koleżanki małżonki.
-Kochanie muszę już lecieć.
-Juuuuuuuuż?-w jej głosie pobrzmiewała rozpacz- Nie możesz jeszcze chwilę zostać-wtuliła się w poduszkę.
Zerknąłem na zegarek.
-Mogę jeszcze... trzy minuty.
Westchnęła zrezygnowana.
-Dobra leć. Ale dzisiaj idziesz spać o dwudziestej a ja w niedzielę zamierzam pospać do jedenastej.
I rzeczywiście.
W sobotę wróciłem z pracy przed siedemnastą.
-Szybko kobieto! Otwieramy piwo jemy obiad i bawimy się z dzieciakami. Mam tylko trzy godziny.
Spojrzała na mnie pytająco- wyraźnie zaniepokojona.
-Sama mówiłaś,że o ósmej mam być w łóżku- wyszczerzyłem zęby.
Wydawało mi się ,że żartuję.
Tylko mi się wydawało.
Już podczas kapania dzieci poczułem ,że odpływam.
Kiedy w końcu zapadłem się w pościel słyszałem z sąsiedniego pokoju końcówkę wiadomości sportowych w wiadomościach.
„Co za porażka” -pomyślałem”-”Ostatni raz tak wcześnie do łózka poszedłem chyba w przedszkolu.”
Wspaniała była jednak perspektywa kilku godzin spokojnego snu.
Krasnoludy nigdy nie atakują przed północą.
Półprzytomny wsunąłem rękę pod poduszkę sprawdzając czy schowany tam w nocy miecz wciąż tam jest.
Nie było po nim śladu.
Nie miałem już jednak nawet siły na to by się tym przejąć.
niedziela, 29 sierpnia 2010
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Ulubiony numer
Ufff, wreszcie po weekendzie. Może wreszcie uda się odpocząć.
Piszę to tym razem bez przymrużenia oka.
Trafiła mi się całkiem fajna i atrakcyjna finansowo fucha, ale nie były to łatwo zarobione pieniądze.
A,że ostatnio nasz budżet domowy jest trochę w tarapatach to właściwie nie mam powodów do narzekań.
No i nie narzekam. Tyle,że człowiek nie ma już kilkunastu lat więc jedna noc przerywana wstawaniem do dzieciaków to ciut za mało,żeby się zregenerować po dwunastu godzinach konferansjerki.
A ,że następnego dnia ta zabawa zaczęła się od nowa to.... sami rozumiecie.
Właściwie piszę o tym nie dlatego by się poużalać tylko by po raz kolejny wrócić do tematu gustów muzycznych naszych pociech.
Parę razy już o tym wspominałem, ale te obserwacje naprawdę mnie fascynują.
Nie przywiązują wielkiej wagi do tych ich pierwszych reakcji i jeszcze nie zamówiłem skrzypiec i fortepianu ( raczej gitary i perki :-))) dla starszej bliźniaczki, aleeeee....
W każdym razie żona z naszymi bliźniaczkami wpadła popatrzeć jak sobie radzę na scenie.
Korzystając z tego, że miałem krótką przerwę podszedłem do nich,żeby wycałować cała trójkę.
Ucałowałem koleżankę małżonkę, ucałowałem młodszą z córek, która na mój widok szeroko się uśmiechnęła...
A potem spróbowałem ucałować drugą,ale... w ogóle nie zwróciła uwagi na moją obecność.
Siedziała zapatrzona w scenę , na której produkował się zespół grający fuzję muzyki orientalnej i jazzu.
-Ho, ho- podrapałem się w głowę i wzruszyłem ramionami.
Nie pamiętam czy wspominałem o tym,że nasza pierworodna lubi blues'a?
Chyba tak.
John Lee Hooker naprawdę jej leży.
Ale jazz?
Wiem już, że „młoda” nie przepada za muzyką Seatlle. Southernrock, też nie wywołuje entuzjazmu,ale nie grymasi.
Lubi niektóre numery Waglewskiego,ale nie przepada za Janerką ( ma jeszcze na to czas :-).
Za to uwielbia stare kapele metalowe!
Tyle,że nie te pierwszoligowe tylko takie trochę.... obciachowe.
Chociaż niekoniecznie.
Ostatnio lekko zaszokowałem koleżankę małżonkę przewracając całą chałupę w poszukiwaniu pewnej płyty.
-Nie widziałaś gdzieś DIO?!-zapytałem podejrzliwie bo zazwyczaj kiedy nie mogę czegoś znaleźć to okazuje się,że żona niedawno „posprzątała”. Celowo i perfidnie ująłem to słowo w nawias,ale nawet po dziesięciu (!) latach małżeństwa trudno mi się pogodzić z tym, że posprzątane płyty udaje mi się odnaleźć zazwyczaj wyłącznie przez przypadek.
Często po wielu tygodniach poszukiwań.
A kiedy próbuję się burzyć to słyszę,że „trzeba było samemu posprzątać. Masz nauczkę”.
Jasna cholera! Wychowywać mnie tu będzie.
Ale odbiegam od tematu.
Oczywiście na moje pytanie o zaginiona płytę odpowiedź była przecząca.
Co mnie nie zdziwiło.
One zawsze są przeczące.
-A co to jest w ogóle to … DIO!?-spytała lekko podirytowana.
Naprawdę, od osoby, którą tak wspaniałomyślnie zabrałem na koncert AC/DC i która podczas drogi miała okazję wysłuchać wykładu „o muzycznych wartościach instrumentarium składającego się z dwóch elektrycznych instrumentów strunowych, ograniczonego zestawu perkusyjnego oraz strun głosowych” oczekuję czegoś więcej.
-Zespół taki. Metalowy. Stary.
-E...-prychneła tylko i momentalnie straciła zainteresowanie tematem.
-Ulubionej płyty MOJEJ CÓRKI SZUKAM- dodałem więc dobitnie i prowokacyjnie.
Spojrzała na mnie takim wzrokiem jakbym zwariował.
Poczułem się nieswojo.
Może rzeczywiście mi się wydawało?
Na próbę wrzuciłem do odtwarzacza Running Wild.
To nie było to.
Małżonka natomiast zaczęła coś wspominać o tym,że fajnie by było jakby w domu można było posłuchać czegoś czego słuchanie sprawia przyjemność wszystkim.
-Skoro zgubiłaś ulubioną płytę dziecka to szukam jakiegoś „erzacu”. Tak!?-chyba trochę niepotrzebnie zacząłem ją prowokować.
Kiedy więc w odpowiedzi pomruczała coś gniewnie już się nie odezwałem.
Zresztą zajęty byłem wyciąganiem z pudełka „epki” Ugly Kid Joe.
-O rany! Całe lata tego nie słuchałem.
-A co to?
Powiedziałem.
Odpowiedział mi tylko cierpiętniczy jęk.
Starszej córki ta muzyka nie poruszyła. Spokojnie stukała grzechotką o podłogę.
Wcale nie do rytmu.
Ta młodsza zachowywała się tak jakby z głośników leciał tylko szum deszczu albo odkurzacza.
-Kochanie zlituj się! Wyłącz to!!!- żona jednak słyszała muzykę doskonale.
Zazwyczaj staram się w tej kwestii nie przeginać,ale...
-Jeszcze tylko ostatni numer.
-KOCHANIE!-teraz w głosie słychać było już wyraźną groźbę.
-To tylko kilka sekund. I ma taki uroczy tytuł...
-Jaki?
-”HEAVY METAL”!-ryknąłem do wtóru tego co zagrzmiało z głośników.
Teraz obie córki stukały grzechotkami nie do rytmu.
Za to żona wyglądała tak jakby zamierzała bardzo rytmicznie postukać mnie.
W głowę.
Czymś twardym.
Najlepiej młotkiem.
Instynkt samozachowaczy nakazał mi natychmiastową zmianę płyty na składankę Tracy Chapman.
Tym samym egzekucja została odłożona.
A jednak.
Chwilę później znalazłem płytę.
-Mam DIO!!!-wpadłem do pokoju radośnie wymachując zdobyczą.
-A gdzie była kochanie?-głos małżonki ociekał lukrem i … hmm dźwiękowym odpowiednikiem kwasu. Chyba siarkowego.
-Nie pytaj.
-Taaaaaak?
-No dobra zwracam honor.
Nic nie powiedziała,ale przyjrzała mi się badawczo kiedy pochyliłem się nad wieżą.
-Chyba nie zamierzasz tego teraz puścić?
-Daj spokój. Dziecku chcę przyjemność zrobić.
-Daj już spokój!
Nerwowo przeskakiwałem utwory szukając tego właściwego. Słysząc zbliżające się za plecami kroki wciągnąłem głowę w ramiona.
-Daj mi jeszcze tylko chwilkę to był chyba piąty track...-kroki były coraz bliżej.
I coraz cięższe.
Zanim jednak padł okrutny , nokautujący cios...
-Jeeeesttt, to ten!-westchnałem.
Z głośników popłynęły pierwsze takty.
A ja nasłuchiwałem skulony przed odtwarzaczem.
Słyszałem DIO.
Tylko DIO.
Nie słyszałem kroków.
Nie słyszałem stukania grzechotki.
Podniosłem wzrok na żonę.
Stała i uważnie przyglądała się naszej, starszej o minutę, córce.
Dziecko leżało na brzuchu podparte na wyprostowanych ramionkach. Na buzi pojawił się szeroki, radosny uśmiech. Rytmicznie zginała nóżkę i w ogóle wyglądał jakby miała ruszyć „ w tany”.
-Mówiłem,że to jej ulubiony numer.
Triumfowałem.
Piszę to tym razem bez przymrużenia oka.
Trafiła mi się całkiem fajna i atrakcyjna finansowo fucha, ale nie były to łatwo zarobione pieniądze.
A,że ostatnio nasz budżet domowy jest trochę w tarapatach to właściwie nie mam powodów do narzekań.
No i nie narzekam. Tyle,że człowiek nie ma już kilkunastu lat więc jedna noc przerywana wstawaniem do dzieciaków to ciut za mało,żeby się zregenerować po dwunastu godzinach konferansjerki.
A ,że następnego dnia ta zabawa zaczęła się od nowa to.... sami rozumiecie.
Właściwie piszę o tym nie dlatego by się poużalać tylko by po raz kolejny wrócić do tematu gustów muzycznych naszych pociech.
Parę razy już o tym wspominałem, ale te obserwacje naprawdę mnie fascynują.
Nie przywiązują wielkiej wagi do tych ich pierwszych reakcji i jeszcze nie zamówiłem skrzypiec i fortepianu ( raczej gitary i perki :-))) dla starszej bliźniaczki, aleeeee....
W każdym razie żona z naszymi bliźniaczkami wpadła popatrzeć jak sobie radzę na scenie.
Korzystając z tego, że miałem krótką przerwę podszedłem do nich,żeby wycałować cała trójkę.
Ucałowałem koleżankę małżonkę, ucałowałem młodszą z córek, która na mój widok szeroko się uśmiechnęła...
A potem spróbowałem ucałować drugą,ale... w ogóle nie zwróciła uwagi na moją obecność.
Siedziała zapatrzona w scenę , na której produkował się zespół grający fuzję muzyki orientalnej i jazzu.
-Ho, ho- podrapałem się w głowę i wzruszyłem ramionami.
Nie pamiętam czy wspominałem o tym,że nasza pierworodna lubi blues'a?
Chyba tak.
John Lee Hooker naprawdę jej leży.
Ale jazz?
Wiem już, że „młoda” nie przepada za muzyką Seatlle. Southernrock, też nie wywołuje entuzjazmu,ale nie grymasi.
Lubi niektóre numery Waglewskiego,ale nie przepada za Janerką ( ma jeszcze na to czas :-).
Za to uwielbia stare kapele metalowe!
Tyle,że nie te pierwszoligowe tylko takie trochę.... obciachowe.
Chociaż niekoniecznie.
Ostatnio lekko zaszokowałem koleżankę małżonkę przewracając całą chałupę w poszukiwaniu pewnej płyty.
-Nie widziałaś gdzieś DIO?!-zapytałem podejrzliwie bo zazwyczaj kiedy nie mogę czegoś znaleźć to okazuje się,że żona niedawno „posprzątała”. Celowo i perfidnie ująłem to słowo w nawias,ale nawet po dziesięciu (!) latach małżeństwa trudno mi się pogodzić z tym, że posprzątane płyty udaje mi się odnaleźć zazwyczaj wyłącznie przez przypadek.
Często po wielu tygodniach poszukiwań.
A kiedy próbuję się burzyć to słyszę,że „trzeba było samemu posprzątać. Masz nauczkę”.
Jasna cholera! Wychowywać mnie tu będzie.
Ale odbiegam od tematu.
Oczywiście na moje pytanie o zaginiona płytę odpowiedź była przecząca.
Co mnie nie zdziwiło.
One zawsze są przeczące.
-A co to jest w ogóle to … DIO!?-spytała lekko podirytowana.
Naprawdę, od osoby, którą tak wspaniałomyślnie zabrałem na koncert AC/DC i która podczas drogi miała okazję wysłuchać wykładu „o muzycznych wartościach instrumentarium składającego się z dwóch elektrycznych instrumentów strunowych, ograniczonego zestawu perkusyjnego oraz strun głosowych” oczekuję czegoś więcej.
-Zespół taki. Metalowy. Stary.
-E...-prychneła tylko i momentalnie straciła zainteresowanie tematem.
-Ulubionej płyty MOJEJ CÓRKI SZUKAM- dodałem więc dobitnie i prowokacyjnie.
Spojrzała na mnie takim wzrokiem jakbym zwariował.
Poczułem się nieswojo.
Może rzeczywiście mi się wydawało?
Na próbę wrzuciłem do odtwarzacza Running Wild.
To nie było to.
Małżonka natomiast zaczęła coś wspominać o tym,że fajnie by było jakby w domu można było posłuchać czegoś czego słuchanie sprawia przyjemność wszystkim.
-Skoro zgubiłaś ulubioną płytę dziecka to szukam jakiegoś „erzacu”. Tak!?-chyba trochę niepotrzebnie zacząłem ją prowokować.
Kiedy więc w odpowiedzi pomruczała coś gniewnie już się nie odezwałem.
Zresztą zajęty byłem wyciąganiem z pudełka „epki” Ugly Kid Joe.
-O rany! Całe lata tego nie słuchałem.
-A co to?
Powiedziałem.
Odpowiedział mi tylko cierpiętniczy jęk.
Starszej córki ta muzyka nie poruszyła. Spokojnie stukała grzechotką o podłogę.
Wcale nie do rytmu.
Ta młodsza zachowywała się tak jakby z głośników leciał tylko szum deszczu albo odkurzacza.
-Kochanie zlituj się! Wyłącz to!!!- żona jednak słyszała muzykę doskonale.
Zazwyczaj staram się w tej kwestii nie przeginać,ale...
-Jeszcze tylko ostatni numer.
-KOCHANIE!-teraz w głosie słychać było już wyraźną groźbę.
-To tylko kilka sekund. I ma taki uroczy tytuł...
-Jaki?
-”HEAVY METAL”!-ryknąłem do wtóru tego co zagrzmiało z głośników.
Teraz obie córki stukały grzechotkami nie do rytmu.
Za to żona wyglądała tak jakby zamierzała bardzo rytmicznie postukać mnie.
W głowę.
Czymś twardym.
Najlepiej młotkiem.
Instynkt samozachowaczy nakazał mi natychmiastową zmianę płyty na składankę Tracy Chapman.
Tym samym egzekucja została odłożona.
A jednak.
Chwilę później znalazłem płytę.
-Mam DIO!!!-wpadłem do pokoju radośnie wymachując zdobyczą.
-A gdzie była kochanie?-głos małżonki ociekał lukrem i … hmm dźwiękowym odpowiednikiem kwasu. Chyba siarkowego.
-Nie pytaj.
-Taaaaaak?
-No dobra zwracam honor.
Nic nie powiedziała,ale przyjrzała mi się badawczo kiedy pochyliłem się nad wieżą.
-Chyba nie zamierzasz tego teraz puścić?
-Daj spokój. Dziecku chcę przyjemność zrobić.
-Daj już spokój!
Nerwowo przeskakiwałem utwory szukając tego właściwego. Słysząc zbliżające się za plecami kroki wciągnąłem głowę w ramiona.
-Daj mi jeszcze tylko chwilkę to był chyba piąty track...-kroki były coraz bliżej.
I coraz cięższe.
Zanim jednak padł okrutny , nokautujący cios...
-Jeeeesttt, to ten!-westchnałem.
Z głośników popłynęły pierwsze takty.
A ja nasłuchiwałem skulony przed odtwarzaczem.
Słyszałem DIO.
Tylko DIO.
Nie słyszałem kroków.
Nie słyszałem stukania grzechotki.
Podniosłem wzrok na żonę.
Stała i uważnie przyglądała się naszej, starszej o minutę, córce.
Dziecko leżało na brzuchu podparte na wyprostowanych ramionkach. Na buzi pojawił się szeroki, radosny uśmiech. Rytmicznie zginała nóżkę i w ogóle wyglądał jakby miała ruszyć „ w tany”.
-Mówiłem,że to jej ulubiony numer.
Triumfowałem.
środa, 18 sierpnia 2010
Różowa impreza ,czerwona twarz
Wielkimi krokami nadchodził termin „różowej imprezy”.
Czyli czegoś co koleżanka małżonka określiła jako „oficjalne powitanie w rodzinie naszych córek”.
A mnie rozpaczliwie kojarzyło się z pseudochrzcinami.
Po wybuchu „komunijnej afery” rodzina rozsądnie przestała nas pytać o to czy zamierzamy teraz chrzcić dzieci.
Tematu nie rozwijam bo już wcześniej poświęciłem mu sporo miejsca.
W każdym razie żonie bardzo zależało na tym by jednak zorganizować jakąś uroczystość w wąskim rodzinnym gronie.
Mnie w sumie też, ale bałem się,że „świeckość” tego spotkania może spotkać się z pewnymi niekoniecznie pozytywnymi reakcjami.
I w związku z tym zbliżający się termin imprezy powodował,że żołądek coraz bardziej zaciskał mi się w węzeł. A po głowie chodziły chmurne myśli.
Humoru nie poprawiało mi również to,że miałem coraz większe obawy o to,czy zdążę przed imprezą skończyć budować taras i balkon (teraz oczywiście sprawa jest jasna- nie zdążyłem :-)))))
A robiło się coraz cieplej.
W szortach i mokrej tetrowej pieluszce na głowie walczyłem z betoniarką, szalunkiem i tak dalej.
Woziłem cement i piasek.
Nie było już czasu na jego zamawianie i czekanie aż dowiozą więc wrzuciłem do kombiaka wiadra, łopatę, dwie stare wanienki i woziłem piach z pobliskiej żwirowni.
Wyliczyłem,że na dwadzieścia worków cementu potrzebuję sto dwadzieścia wiader piachu. Każde wiadro to cztery łopaty. A więc 480 łopat.
Każdy kurs to dziesięć wiader a więc...
Od liczenia w tym upale łeb mnie rozbolał i ciągle się myliłem.
Jak to potem podsumował sąsiad:
-Siedzę sobie z piwem i patrzę. Jeden kurs, drugi, siódmy, dziesiąty. Twarz coraz bardziej czerwona.
Ciekawe czy najpierw skończy czy zemdleje?
Ani jedno ani drugie.
Odpuściłem w ostatniej chwili. Dowlokłem się jakoś do domu.
A potem padłem tuż obok maty edukacyjnej, na której dokazywały księżniczki.
Zaczynało do mnie docierać,że nie zdążę.
Wiedziałem jednak jak bardzo koleżance małżonce zależy na tym by robota była skończona przed imprezą. Zdawałem sobie jednak sprawę z tego ,że tylko robię dobre wrażenie.
A jednak patrząc na moje desperackie próby, któregoś dnia westchnęła.
-Co nie ma szans?
Pytanie było retoryczne więc nawet nie otworzyłem ust.
Wzruszyłem tylko ramionami.
Mimo wszystko postanowiłem próbować dalej.
Najgorsze jednak było to,że przed impreza musiałem jeszcze wykonać jedną pracę.
Od tego zależał mój honor, dobre imię i jeszcze parę innych rzeczy.
Czyli czegoś co koleżanka małżonka określiła jako „oficjalne powitanie w rodzinie naszych córek”.
A mnie rozpaczliwie kojarzyło się z pseudochrzcinami.
Po wybuchu „komunijnej afery” rodzina rozsądnie przestała nas pytać o to czy zamierzamy teraz chrzcić dzieci.
Tematu nie rozwijam bo już wcześniej poświęciłem mu sporo miejsca.
W każdym razie żonie bardzo zależało na tym by jednak zorganizować jakąś uroczystość w wąskim rodzinnym gronie.
Mnie w sumie też, ale bałem się,że „świeckość” tego spotkania może spotkać się z pewnymi niekoniecznie pozytywnymi reakcjami.
I w związku z tym zbliżający się termin imprezy powodował,że żołądek coraz bardziej zaciskał mi się w węzeł. A po głowie chodziły chmurne myśli.
Humoru nie poprawiało mi również to,że miałem coraz większe obawy o to,czy zdążę przed imprezą skończyć budować taras i balkon (teraz oczywiście sprawa jest jasna- nie zdążyłem :-)))))
A robiło się coraz cieplej.
W szortach i mokrej tetrowej pieluszce na głowie walczyłem z betoniarką, szalunkiem i tak dalej.
Woziłem cement i piasek.
Nie było już czasu na jego zamawianie i czekanie aż dowiozą więc wrzuciłem do kombiaka wiadra, łopatę, dwie stare wanienki i woziłem piach z pobliskiej żwirowni.
Wyliczyłem,że na dwadzieścia worków cementu potrzebuję sto dwadzieścia wiader piachu. Każde wiadro to cztery łopaty. A więc 480 łopat.
Każdy kurs to dziesięć wiader a więc...
Od liczenia w tym upale łeb mnie rozbolał i ciągle się myliłem.
Jak to potem podsumował sąsiad:
-Siedzę sobie z piwem i patrzę. Jeden kurs, drugi, siódmy, dziesiąty. Twarz coraz bardziej czerwona.
Ciekawe czy najpierw skończy czy zemdleje?
Ani jedno ani drugie.
Odpuściłem w ostatniej chwili. Dowlokłem się jakoś do domu.
A potem padłem tuż obok maty edukacyjnej, na której dokazywały księżniczki.
Zaczynało do mnie docierać,że nie zdążę.
Wiedziałem jednak jak bardzo koleżance małżonce zależy na tym by robota była skończona przed imprezą. Zdawałem sobie jednak sprawę z tego ,że tylko robię dobre wrażenie.
A jednak patrząc na moje desperackie próby, któregoś dnia westchnęła.
-Co nie ma szans?
Pytanie było retoryczne więc nawet nie otworzyłem ust.
Wzruszyłem tylko ramionami.
Mimo wszystko postanowiłem próbować dalej.
Najgorsze jednak było to,że przed impreza musiałem jeszcze wykonać jedną pracę.
Od tego zależał mój honor, dobre imię i jeszcze parę innych rzeczy.
wtorek, 17 sierpnia 2010
Różowa impreza c.d
No to zamiast tłumaczeń czas nadrobić zaległości.
Na czym to ja skończyłem?
Aha.
"...ale to już inna historia".
No to proszę bardzo.
Zwlokłem się z wyra, wyjąłem córkę z łóżeczka i poczłapałem po mleko.
Dzień jak co dzień. Witamy w szarości poranka. Czasie, który jeszcze nie jest dniem,ale już nie jest nocą.
Dziecko zacisnęło wargi na smoczku i energicznie ssąc opróżniło butlę. Kiedy skończyła momentalnie zasnęła.
Szczęśliwy powlokłem się do łóżka.
Po drodze zaliczając korepetycje z anatomii. Każde włókno mięśniowe, każdy staw i każde ścięgno ostrym bólem przypominało mi o swoim istnieniu. Szybko policzyłem w myślach,że wczoraj w betoniarce przerobiłem blisko dwie tony materiału.

Sam byłem pod wrażeniem.
Przyłożyłem głowę do poduszki i próbowałem zasnąć.
Nie wiem czy sprawił to ból całego ciała czy po prostu organizm przyzwyczaił się do aktywności o tej porze,ale jakoś sen nie przychodził.
Mimo,że wabiłem gnoja jak mogłem.
Jednak myśli mimowolnie uciekały.
Myślałem o czerwcu.
To na ogół mój ukochany miesiąc. W tym roku jednak jakoś nie potrafiłem się nim cieszyć.
Moje urodziny wprawiły w mnie w refleksyjny nastrój,ale czułem ,że rzeczywista przyczyna stłamszenia i przygnębienia leży gdzieś indziej.
To,że nie jest najlepiej zrozumiałem kiedy przed wyjazdem do pracy zacząłem nerwowo przeglądać stojak z płytami.
Słucham bardzo zróżnicowanej muzyki a jednak ostatnio jakoś wszystko mnie drażniło, wydawało się nudne albo za ostre, za szybkie, za wolne, za średnie, za letnie, za zimne za gorące.
Kiedy więc sięgnąłem do zakamarka, w którym trzymam rozmaite muzyczne wynalazki wiedziałem ,że sprawa jest poważna.
Leżą tam płyty, których słucham czasem raz na kilka lat. W jakiś szczególnych momentach.
Muza z serca czarnej afryki, jakiś przeintelektualizowany jazz, jakiś Wagner, folk z Egiptu albo...
„Experience” Nigela Kennedy'ego.
Dziwna płyta.
Koleś w glanach i z irokezem, który zasłynął fantastyczna płytą z „Czterema porami roku” Vivaldiego tym razem na warsztat wziął m.in. Hendrixa.
Elektryczne skrzypce i jakaś taka postpunkowa energia zmieszana z czymś czego nawet nie potrafię nazwać.
Czasem ta muzyka mnie zachwyca a czasem doprowadza do szału i wyłączam po kilku sekundach.
Słodkie dźwięki przeplatane tak jazgotliwymi i ostrymi,że człowiek czuje się tak jakby po korze mózgowej ktoś jeździł mu smyczkiem.
Masakra.
Czyli coś co teraz naprawdę mi w duszy zagrało. Jakaś taka złośliwa melancholia.
Słuchałem tego naprawdę głośno. Odczuwając masochistyczna radość.
A głośne dźwięki były momentami tak drażniące,że aż mrużyłem oczy.
Ale nie odpuszczałem.
„No chłopie nie jest z tobą dobrze”-pomyślałem.
„A co z dwiema gitarami, basem i perkusją?”-na samą myśl o takiej muzyce aż mnie odrzucało.
Jednym słowem stan krytyczny. Muzyczny „oiom”.
Teraz już jednak wiedziałem co mnie doprowadza do tego stanu.
Kolor różowy.
A raczej hasło „Różowa impreza”.
Myśląc o tym w końcu zasnąłem.
Obudziłem się po ósmej.
SAM! Nikt nie płakał, nie marudził, nie chciał mleka.
Po prostu się obudziłem ponieważ... się wyspałem!
Przez moment leżałem na wznak i kontemplowałem tę cudowną chwilę.
Najlepsze miało jednak dopiero nadejść.
Pół godziny później zadzwonił budzik koleżanki małżonki.
-Kawkę?-zaproponowałem radośnie.
-Chętnie. Rozpuszczalną poproszę.
Wypiliśmy kawkę i jakoś tam się ogarnęliśmy.
Na dziesiątą byliśmy zarejestrowani z dzieciakami na badania kontrolne u okulisty.
Tymczasem połowa naszych dzieci, ta mniejsza a raczej lżejsza o pół kilograma,ciągle spała.
Nieco podekscytowany tą sytuacją zajrzałem do łóżeczka.
Powieki zaciśnięte, piąstki też, usta w dziubek. Sama słodycz i niewinność.
-Normalnie chyba muszę ją obudzić!
-No chyba tak. To budź.
-O rany! Pierwszy raz w życiu!!!
Czułem tremę.
Na czym to ja skończyłem?
Aha.
"...ale to już inna historia".
No to proszę bardzo.
Zwlokłem się z wyra, wyjąłem córkę z łóżeczka i poczłapałem po mleko.
Dzień jak co dzień. Witamy w szarości poranka. Czasie, który jeszcze nie jest dniem,ale już nie jest nocą.
Dziecko zacisnęło wargi na smoczku i energicznie ssąc opróżniło butlę. Kiedy skończyła momentalnie zasnęła.
Szczęśliwy powlokłem się do łóżka.
Po drodze zaliczając korepetycje z anatomii. Każde włókno mięśniowe, każdy staw i każde ścięgno ostrym bólem przypominało mi o swoim istnieniu. Szybko policzyłem w myślach,że wczoraj w betoniarce przerobiłem blisko dwie tony materiału.

Sam byłem pod wrażeniem.
Przyłożyłem głowę do poduszki i próbowałem zasnąć.
Nie wiem czy sprawił to ból całego ciała czy po prostu organizm przyzwyczaił się do aktywności o tej porze,ale jakoś sen nie przychodził.
Mimo,że wabiłem gnoja jak mogłem.
Jednak myśli mimowolnie uciekały.
Myślałem o czerwcu.
To na ogół mój ukochany miesiąc. W tym roku jednak jakoś nie potrafiłem się nim cieszyć.
Moje urodziny wprawiły w mnie w refleksyjny nastrój,ale czułem ,że rzeczywista przyczyna stłamszenia i przygnębienia leży gdzieś indziej.
To,że nie jest najlepiej zrozumiałem kiedy przed wyjazdem do pracy zacząłem nerwowo przeglądać stojak z płytami.
Słucham bardzo zróżnicowanej muzyki a jednak ostatnio jakoś wszystko mnie drażniło, wydawało się nudne albo za ostre, za szybkie, za wolne, za średnie, za letnie, za zimne za gorące.
Kiedy więc sięgnąłem do zakamarka, w którym trzymam rozmaite muzyczne wynalazki wiedziałem ,że sprawa jest poważna.
Leżą tam płyty, których słucham czasem raz na kilka lat. W jakiś szczególnych momentach.
Muza z serca czarnej afryki, jakiś przeintelektualizowany jazz, jakiś Wagner, folk z Egiptu albo...
„Experience” Nigela Kennedy'ego.
Dziwna płyta.
Koleś w glanach i z irokezem, który zasłynął fantastyczna płytą z „Czterema porami roku” Vivaldiego tym razem na warsztat wziął m.in. Hendrixa.
Elektryczne skrzypce i jakaś taka postpunkowa energia zmieszana z czymś czego nawet nie potrafię nazwać.
Czasem ta muzyka mnie zachwyca a czasem doprowadza do szału i wyłączam po kilku sekundach.
Słodkie dźwięki przeplatane tak jazgotliwymi i ostrymi,że człowiek czuje się tak jakby po korze mózgowej ktoś jeździł mu smyczkiem.
Masakra.
Czyli coś co teraz naprawdę mi w duszy zagrało. Jakaś taka złośliwa melancholia.
Słuchałem tego naprawdę głośno. Odczuwając masochistyczna radość.
A głośne dźwięki były momentami tak drażniące,że aż mrużyłem oczy.
Ale nie odpuszczałem.
„No chłopie nie jest z tobą dobrze”-pomyślałem.
„A co z dwiema gitarami, basem i perkusją?”-na samą myśl o takiej muzyce aż mnie odrzucało.
Jednym słowem stan krytyczny. Muzyczny „oiom”.
Teraz już jednak wiedziałem co mnie doprowadza do tego stanu.
Kolor różowy.
A raczej hasło „Różowa impreza”.
Myśląc o tym w końcu zasnąłem.
Obudziłem się po ósmej.
SAM! Nikt nie płakał, nie marudził, nie chciał mleka.
Po prostu się obudziłem ponieważ... się wyspałem!
Przez moment leżałem na wznak i kontemplowałem tę cudowną chwilę.
Najlepsze miało jednak dopiero nadejść.
Pół godziny później zadzwonił budzik koleżanki małżonki.
-Kawkę?-zaproponowałem radośnie.
-Chętnie. Rozpuszczalną poproszę.
Wypiliśmy kawkę i jakoś tam się ogarnęliśmy.
Na dziesiątą byliśmy zarejestrowani z dzieciakami na badania kontrolne u okulisty.
Tymczasem połowa naszych dzieci, ta mniejsza a raczej lżejsza o pół kilograma,ciągle spała.
Nieco podekscytowany tą sytuacją zajrzałem do łóżeczka.
Powieki zaciśnięte, piąstki też, usta w dziubek. Sama słodycz i niewinność.
-Normalnie chyba muszę ją obudzić!
-No chyba tak. To budź.
-O rany! Pierwszy raz w życiu!!!
Czułem tremę.
poniedziałek, 16 sierpnia 2010
Anioł przy moim stole
W sobotę przy naszym stole usiadł anioł.
I to całkiem dosłownie.
Usiadł popatrzył mi prosto w oczy a potem nieco prowokacyjnie łypnął na koleżankę małżonkę i sięgnął po jej szklankę z piwem.
Na moją colę się nie skusił.
Co mnie wcale nie zdziwiło.

Chociaż nie jestem pewien czy jest różnica w prowadzeniu po alkoholu i lataniu własnoręcznym ( a raczej własnoskrzydłym). Z drugiej strony skoro spacerować pod wpływem można to może i w lataniu niektórym to nie przeszkadza?
Sąsiednie stoliki po chwili również obsiadły anioły.
W lokalu zapadła cisza przerywana tylko przez nerwowe chichoty i popiskiwanie klawiatur telefonów, którymi niektórzy próbowali uwiecznić to niecodzienne zdarzenie.
Trwało to dłuższą chwilę.
Nasz anioł wyglądał jak wyrzeźbiony w marmurze z Carrary. Tylko oczy w jego twarzy były żywe i niepokojąco inteligentne.
Nie mrugał.
Za to ja nie wytrzymałem i mrugnąłem do niego przyjaźnie. Po głowie tłukło mi się wspomnienie filmu Jane Campion.
W pewnym momencie „nasz” anioł drgnął ,co najwyraźniej było sygnałem dla reszty ,i całe stado opuściło lokal.
Ku memu rozczarowaniu
na piechotę.
Cholernie żałowałem ,że nie mam przy sobie lustrzanki.
Anioły odeszły a za nimi podążył tłum gapiów.
Oraz dwóch panów w czarnych koszulkach z napisem, „OCHRONA”.
No ci na aniołów stróżów nie wyglądali.
W każdym razie przyłączyliśmy się do tłumu i ruszyliśmy uliczkami i zakamarkami starówki za kilkunastoma uskrzydlonymi postaciami.

W końcu anioły zniknęły a my usiedliśmy w ogródku greckiej knajpki i zamówiliśmy pyszną golonkę z grilla i naprawdę kiepskie kalmary.
Oraz piwo.
Jedno.
Znowu nie dla mnie.
Na szczęście to ja zamówiłem golonkę więc jakoś się pocieszyłem.
Wieczór był cudownie, śródziemnomorsko ciepły.
Czułem się jak na wakacjach w ciepłych krajach.
Naprawdę nie poznawałem własnego miasta.
Tłumy ludzi na ulicach , teatry uliczne, ciepło i sympatycznie.
No i jeszcze te anioły.
-Cudownie- westchnąłem -Ale wiesz co? Tęsknię za naszymi bamabaryłkami.
-Ja też.
Oddałem żonie połowę golonki a w zamian przyjąłem na klatę okrutnie gumowe i ociekające tłuszczem krążki kalmarów.
Czułem się jak bohater zmagający się z morskimi bestiami.
Stęskniony bohater.
Dzień wcześniej moi rodzice wzięli dziewczynki na przechowanie i mieliśmy je odebrać dopiero nazajutrz.
Taki prezent z okazji naszej okrągłej rocznicy ślubu.
Godzinę po tym jak odwiozłem dziewczynki byliśmy już w łóżku.
Z kanapkami i laptopem.
Mieliśmy oglądać film,ale oczywiście polegliśmy sromotnie.
Pierwsza prawdziwa popołudniowa drzemka od narodzenia Dzieci Frankensteina.
W sobotę spałem do jedenastej.
A nie było łatwo. Najpierw obudziłem się o trzeciej, potem o piątej nad ranem. Potem o siódmej, ósmej i dziewiątej.
Byłem jednak cholernie zdeterminowany i tylko przewracałem się na drugi bok i desperacko zaciskałem powieki.
Teraz więc mogłem rozkoszować się przyjemnym wieczorem.
Sięgnąłem przez stolik i upiłem łyk z piwa z „żoninej” szklanki.
-Patrz kochanie! Anioły z pracy wracają!
Odwróciła się w stronę, w którą wskazywałem.
Przez plac maszerowała grupka białych postaci trzymających pod pachami skrzydła.
I to całkiem dosłownie.
Usiadł popatrzył mi prosto w oczy a potem nieco prowokacyjnie łypnął na koleżankę małżonkę i sięgnął po jej szklankę z piwem.
Na moją colę się nie skusił.
Co mnie wcale nie zdziwiło.

Chociaż nie jestem pewien czy jest różnica w prowadzeniu po alkoholu i lataniu własnoręcznym ( a raczej własnoskrzydłym). Z drugiej strony skoro spacerować pod wpływem można to może i w lataniu niektórym to nie przeszkadza?
Sąsiednie stoliki po chwili również obsiadły anioły.
W lokalu zapadła cisza przerywana tylko przez nerwowe chichoty i popiskiwanie klawiatur telefonów, którymi niektórzy próbowali uwiecznić to niecodzienne zdarzenie.
Trwało to dłuższą chwilę.
Nasz anioł wyglądał jak wyrzeźbiony w marmurze z Carrary. Tylko oczy w jego twarzy były żywe i niepokojąco inteligentne.
Nie mrugał.
Za to ja nie wytrzymałem i mrugnąłem do niego przyjaźnie. Po głowie tłukło mi się wspomnienie filmu Jane Campion.
W pewnym momencie „nasz” anioł drgnął ,co najwyraźniej było sygnałem dla reszty ,i całe stado opuściło lokal.
Ku memu rozczarowaniu
na piechotę.Cholernie żałowałem ,że nie mam przy sobie lustrzanki.
Anioły odeszły a za nimi podążył tłum gapiów.
Oraz dwóch panów w czarnych koszulkach z napisem, „OCHRONA”.
No ci na aniołów stróżów nie wyglądali.
W każdym razie przyłączyliśmy się do tłumu i ruszyliśmy uliczkami i zakamarkami starówki za kilkunastoma uskrzydlonymi postaciami.

W końcu anioły zniknęły a my usiedliśmy w ogródku greckiej knajpki i zamówiliśmy pyszną golonkę z grilla i naprawdę kiepskie kalmary.
Oraz piwo.
Jedno.
Znowu nie dla mnie.
Na szczęście to ja zamówiłem golonkę więc jakoś się pocieszyłem.
Wieczór był cudownie, śródziemnomorsko ciepły.
Czułem się jak na wakacjach w ciepłych krajach.
Naprawdę nie poznawałem własnego miasta.
Tłumy ludzi na ulicach , teatry uliczne, ciepło i sympatycznie.
No i jeszcze te anioły.
-Cudownie- westchnąłem -Ale wiesz co? Tęsknię za naszymi bamabaryłkami.
-Ja też.
Oddałem żonie połowę golonki a w zamian przyjąłem na klatę okrutnie gumowe i ociekające tłuszczem krążki kalmarów.
Czułem się jak bohater zmagający się z morskimi bestiami.
Stęskniony bohater.
Dzień wcześniej moi rodzice wzięli dziewczynki na przechowanie i mieliśmy je odebrać dopiero nazajutrz.
Taki prezent z okazji naszej okrągłej rocznicy ślubu.
Godzinę po tym jak odwiozłem dziewczynki byliśmy już w łóżku.
Z kanapkami i laptopem.
Mieliśmy oglądać film,ale oczywiście polegliśmy sromotnie.
Pierwsza prawdziwa popołudniowa drzemka od narodzenia Dzieci Frankensteina.
W sobotę spałem do jedenastej.
A nie było łatwo. Najpierw obudziłem się o trzeciej, potem o piątej nad ranem. Potem o siódmej, ósmej i dziewiątej.
Byłem jednak cholernie zdeterminowany i tylko przewracałem się na drugi bok i desperacko zaciskałem powieki.
Teraz więc mogłem rozkoszować się przyjemnym wieczorem.
Sięgnąłem przez stolik i upiłem łyk z piwa z „żoninej” szklanki.
-Patrz kochanie! Anioły z pracy wracają!
Odwróciła się w stronę, w którą wskazywałem.
Przez plac maszerowała grupka białych postaci trzymających pod pachami skrzydła.
wtorek, 27 lipca 2010
Wieczorna kąpiel
Właśnie zaczyna się drugi dzień mojego urlopu. Niestety nie udało mi się zorganizować wszystkiego w taki sposób, żeby wreszcie solidnie wypocząć.
Ciągle nad głową wisi mi kwestia dokończenia tarasu.
Miałem ambitny plan żeby w niedziele p o powrocie z pracy wreszcie się z tym uporać.
Jednak zanim się wziąłem za robotę... cholernie mi się odechciało.
Przy karmieniu dzieciaków omal nie zasnąłem na siedząco i w mojej głowie zaczął kiełkować chytry plan zapakowania się do łóżka.
Niestety koleżanka małżonka była szybsza.
A kiedy wstała rozpierała ją taka energia,że jej nadmiar wykorzystała do, że tak to eufemistycznie ujmę, nakłaniania mnie do pracy.
Bardzo energicznego.
Moja odpowiedź byłą równie energetyczna. Tyle,że wektor siły był skierowany w przeciwnym kierunku.
To znaczy strzałka wskazywała od „pracy” do „niepracy i mania wszystkiego w dupie”.
Zgadnijcie kto wygrał w tej konfrontacji sił światła i ciemności, dobra i zła, pierwiastka żeńskiego i męskiego?
Pieprzonego in i yang , potężnego matriarchatu z aspirującym do potęgi patriarchatem?
No właśnie.
Wkurzony i rozgoryczony powlokłem się do ogrodu ledwo powstrzymując się by ostentacyjnie nie trzasnąć drzwiami.
Wściekły byłem na cały świat. Bo nie dość ,że musiałem pracować w sobotę i niedzielę to jeszcze teraz czekała mnie szarpanina.
Najgorsze było to,że koleżanka małżonka miała rację w tym sporze a jej argumenty były celne i sensowne.
Jednym słowem niefart totalny i poczucie sromotnej klęski.
Zły na własną nieudolność negocjacyjną postanowiłem,że w takim razie zemszczę się sam na sobie i albo padnę albo skończę tę cholerną robotę.
Było znacznie chłodniej niż w ostatnich dniach więc praca szła nieźle.
Szybko wpadłem w rytm: przynieść wiadro wody, wlać do betoniarki, potem wsypać dwa wiadra piasku przyniesione wcześniej, niech się miesza, potem przynieść jeszcze wiadro żwiru i wsypać razem z wiadrem cementu. W czasie gdy wszystko będzie się mieszać przynieść kolejną porcję składników. Wlać do szalunku, zakląć,że część rozlała się obok i zacząć przygotowywać następną porcję.
Powtórzyć milion czterysta tysięcy osiemset trzy razy i... powinno być gotowe.
Szybko wpadłem w rytm i jak zombi mechanicznie wykonywałem wszystkie czynności.
Humor powoli mi się poprawiał bo mimo,że znacznie się ochłodziło i okna były zamknięte to i tak wyraźnie słyszałem potępieńcze wycie jednej z naszych pociech, która najwyraźniej wstąpiła do NGT.
Czyli Niemowlęcej Grupy Terrorystycznej.
W tej chwili najwyraźniej negocjowała z mamą dostarczenie stu litrów mleka, zgody na bawienie się moją książką ( to już nie „Millenium”, ale o tym innym razem), podstawienie śmigłowca z pilotem a także walizki z pięcioma milionami dolarów i … smoczkiem.
Mama jest twardym negocjatorem,ale miałem wrażenie,że tym razem jest w opałach.
Bardzo starałem się nie czuć pewnej złośliwej satysfakcji.
Naprawdę się starałem.
Ale nie ma ludzi idealnych.
Hałas betoniarki i zamknięte okna powodowały,że szczegóły tego starcia tytanów na razie pozostawały dla mnie zagadką.
Przyznam szczerze,że tym razem niespecjalnie intrygującą. No bo właściwie jaki może być powód starcia dwóch frontów atmosferycznych, w efekcie którego rozpętuje się gwałtowna burza?
Wzruszyłem ramionami i zerknąłem na zachmurzone niebo zastanawiając się czy będzie padać.
Zrobiło się prawie chłodno. Jak zwykle kiedy zaczynam urlop pogoda musi się zepsuć.
Tym razem jakoś mnie to nie martwiło- wreszcie można było odetchnąć po fali morderczych upałów.
Cofnąłem się myślami o jakiś tydzień.
Tego wieczora podjechałem z psami nad jezioro. Dzieciaki już spały a koleżanka małżonka szykowała coś na kolację.
-Pomóc ci w czymś?- zagaiłem starając się by w moim głosie jak najmniej była słyszalna nadzieja by odpowiedź była przecząca.
-Nie. Lepiej weź psy i skoczcie nad jezioro.
Przez chwilę udawałem słabo,że „a może jednak ci pomóc, w końcu jezioro nie zając...”, ale w końcu łaskawie dałem się przekonać,że „psom kąpiel dobrze zrobi”.
Pewnie ,że dobrze.
A ja przy okazji też się załapię.
Nad jezioro mamy jakieś trzy minuty jazdy więc już po chwili zanurzałem się w wodzie.
Rozczarowująco ciepłej.
Było po dwudziestej i temperatura wody była wyraźnie wyższa niż powietrza.
Psom nie przypadło to do gustu.
Husky spojrzał mi głęboko w oczy z wyraźnym pytaniem widocznym w ślepiach:
„A dlaczego próbujesz nas ugotować Pan?”
Wzruszyłem ramionami i przywiązałem psy do jakiegoś krzaka by w spokoju samemu spróbować kąpieli.
Po minucie opracowałem zupełnie nowy styl pływacki, którego głównym zdaniem było nagarnianie chłodniejszej wody z pewnej głębokości.
Z brzegu musiałem wyglądać jak chory na artretyzm spaniel, który nie może się zdecydować czy walczyć o utrzymanie się na powierzchni czy też może skoncentrować się najpierw na wypróżnieniu do wody.
Ale działało. Po kilku minutach udało mi się utworzyć strefę wody chłodniejszej od powietrza.
Chwilę się w niej popluskałem,ale i tak przypominało to kąpiel w źródłach termalnych.
Męczące, gorące i jakieś takie bez sensu.
W końcu całą mokrą trójką zapakowaliśmy się się do samochodu. Kiedy wyjeżdżaliśmy z parkingu minął nas idący w przeciwnym kierunku starszy pan w kąpielówkach i z ręcznikiem przewieszonym przez ramię.
Najwyraźniej czekał aż intruzi opuszczą jego ulubione miejsce samotnych kąpieli.
Uśmiechnąłem się do niego ze zrozumieniem.
„pewnie tak będę wyglądał za trzydzieści kilka lat”-pomyślałem.
A potem uderzyła mnie inna, niepokojąca myśl.
Dotyczyła „policzalności” kąpieli w jeziorze.
Zauważyłem,że z wiekiem już nie rzucam się tak zachłannie na każdą okazję do zamoczenia w wodzie. Myślę,że nie pomylę się specjalnie jeżeli założę ,że w ciągu roku kąpię się około dwudziestu razy.
A teraz wystarczy pomnożyć to przez przewidywaną długość życia by otrzymać okrutnie precyzyjny wynik.
Pewnie,że to teoria i gdybanie.
Pewnie,że teraz ta teoretyczna liczba potencjalnych kąpieli będzie spora.
Ale jeżeli będę w wieku owego starszego miłośnika samotnych kąpieli?
Czy znowu będę się zachłannie rzucał do wody?
A potem jak dziecko siedział w niej aż zsinieję?
A po wyjściu na brzeg starał się jak najszybciej rozgrzać by znowu zanurzyć swoje sflaczałe ciało?
Czy może po prostu będzie mi już wszystko jedno?
Chyba wolę tę pierwszą wersję.
Rozmyślając o tym nawet nie zauważyłem, że zrobiło się ciemno.
I że skończył mi się cement.
Wyłączyłem betoniarkę i powlokłem się do domu.
Byłem tak zmęczony i obolały, że do późnej nocy nie mogłem zasnąć.
O piątej obudził mnie płacz głodnej córki.
Ale to już inna historia.
Ciągle nad głową wisi mi kwestia dokończenia tarasu.
Miałem ambitny plan żeby w niedziele p o powrocie z pracy wreszcie się z tym uporać.
Jednak zanim się wziąłem za robotę... cholernie mi się odechciało.
Przy karmieniu dzieciaków omal nie zasnąłem na siedząco i w mojej głowie zaczął kiełkować chytry plan zapakowania się do łóżka.
Niestety koleżanka małżonka była szybsza.
A kiedy wstała rozpierała ją taka energia,że jej nadmiar wykorzystała do, że tak to eufemistycznie ujmę, nakłaniania mnie do pracy.
Bardzo energicznego.
Moja odpowiedź byłą równie energetyczna. Tyle,że wektor siły był skierowany w przeciwnym kierunku.
To znaczy strzałka wskazywała od „pracy” do „niepracy i mania wszystkiego w dupie”.
Zgadnijcie kto wygrał w tej konfrontacji sił światła i ciemności, dobra i zła, pierwiastka żeńskiego i męskiego?
Pieprzonego in i yang , potężnego matriarchatu z aspirującym do potęgi patriarchatem?
No właśnie.
Wkurzony i rozgoryczony powlokłem się do ogrodu ledwo powstrzymując się by ostentacyjnie nie trzasnąć drzwiami.
Wściekły byłem na cały świat. Bo nie dość ,że musiałem pracować w sobotę i niedzielę to jeszcze teraz czekała mnie szarpanina.
Najgorsze było to,że koleżanka małżonka miała rację w tym sporze a jej argumenty były celne i sensowne.
Jednym słowem niefart totalny i poczucie sromotnej klęski.
Zły na własną nieudolność negocjacyjną postanowiłem,że w takim razie zemszczę się sam na sobie i albo padnę albo skończę tę cholerną robotę.
Było znacznie chłodniej niż w ostatnich dniach więc praca szła nieźle.
Szybko wpadłem w rytm: przynieść wiadro wody, wlać do betoniarki, potem wsypać dwa wiadra piasku przyniesione wcześniej, niech się miesza, potem przynieść jeszcze wiadro żwiru i wsypać razem z wiadrem cementu. W czasie gdy wszystko będzie się mieszać przynieść kolejną porcję składników. Wlać do szalunku, zakląć,że część rozlała się obok i zacząć przygotowywać następną porcję.
Powtórzyć milion czterysta tysięcy osiemset trzy razy i... powinno być gotowe.
Szybko wpadłem w rytm i jak zombi mechanicznie wykonywałem wszystkie czynności.
Humor powoli mi się poprawiał bo mimo,że znacznie się ochłodziło i okna były zamknięte to i tak wyraźnie słyszałem potępieńcze wycie jednej z naszych pociech, która najwyraźniej wstąpiła do NGT.
Czyli Niemowlęcej Grupy Terrorystycznej.
W tej chwili najwyraźniej negocjowała z mamą dostarczenie stu litrów mleka, zgody na bawienie się moją książką ( to już nie „Millenium”, ale o tym innym razem), podstawienie śmigłowca z pilotem a także walizki z pięcioma milionami dolarów i … smoczkiem.
Mama jest twardym negocjatorem,ale miałem wrażenie,że tym razem jest w opałach.
Bardzo starałem się nie czuć pewnej złośliwej satysfakcji.
Naprawdę się starałem.
Ale nie ma ludzi idealnych.
Hałas betoniarki i zamknięte okna powodowały,że szczegóły tego starcia tytanów na razie pozostawały dla mnie zagadką.
Przyznam szczerze,że tym razem niespecjalnie intrygującą. No bo właściwie jaki może być powód starcia dwóch frontów atmosferycznych, w efekcie którego rozpętuje się gwałtowna burza?
Wzruszyłem ramionami i zerknąłem na zachmurzone niebo zastanawiając się czy będzie padać.
Zrobiło się prawie chłodno. Jak zwykle kiedy zaczynam urlop pogoda musi się zepsuć.
Tym razem jakoś mnie to nie martwiło- wreszcie można było odetchnąć po fali morderczych upałów.
Cofnąłem się myślami o jakiś tydzień.
Tego wieczora podjechałem z psami nad jezioro. Dzieciaki już spały a koleżanka małżonka szykowała coś na kolację.
-Pomóc ci w czymś?- zagaiłem starając się by w moim głosie jak najmniej była słyszalna nadzieja by odpowiedź była przecząca.
-Nie. Lepiej weź psy i skoczcie nad jezioro.
Przez chwilę udawałem słabo,że „a może jednak ci pomóc, w końcu jezioro nie zając...”, ale w końcu łaskawie dałem się przekonać,że „psom kąpiel dobrze zrobi”.
Pewnie ,że dobrze.
A ja przy okazji też się załapię.
Nad jezioro mamy jakieś trzy minuty jazdy więc już po chwili zanurzałem się w wodzie.
Rozczarowująco ciepłej.
Było po dwudziestej i temperatura wody była wyraźnie wyższa niż powietrza.
Psom nie przypadło to do gustu.
Husky spojrzał mi głęboko w oczy z wyraźnym pytaniem widocznym w ślepiach:
„A dlaczego próbujesz nas ugotować Pan?”
Wzruszyłem ramionami i przywiązałem psy do jakiegoś krzaka by w spokoju samemu spróbować kąpieli.
Po minucie opracowałem zupełnie nowy styl pływacki, którego głównym zdaniem było nagarnianie chłodniejszej wody z pewnej głębokości.
Z brzegu musiałem wyglądać jak chory na artretyzm spaniel, który nie może się zdecydować czy walczyć o utrzymanie się na powierzchni czy też może skoncentrować się najpierw na wypróżnieniu do wody.
Ale działało. Po kilku minutach udało mi się utworzyć strefę wody chłodniejszej od powietrza.
Chwilę się w niej popluskałem,ale i tak przypominało to kąpiel w źródłach termalnych.
Męczące, gorące i jakieś takie bez sensu.
W końcu całą mokrą trójką zapakowaliśmy się się do samochodu. Kiedy wyjeżdżaliśmy z parkingu minął nas idący w przeciwnym kierunku starszy pan w kąpielówkach i z ręcznikiem przewieszonym przez ramię.
Najwyraźniej czekał aż intruzi opuszczą jego ulubione miejsce samotnych kąpieli.
Uśmiechnąłem się do niego ze zrozumieniem.
„pewnie tak będę wyglądał za trzydzieści kilka lat”-pomyślałem.
A potem uderzyła mnie inna, niepokojąca myśl.
Dotyczyła „policzalności” kąpieli w jeziorze.
Zauważyłem,że z wiekiem już nie rzucam się tak zachłannie na każdą okazję do zamoczenia w wodzie. Myślę,że nie pomylę się specjalnie jeżeli założę ,że w ciągu roku kąpię się około dwudziestu razy.
A teraz wystarczy pomnożyć to przez przewidywaną długość życia by otrzymać okrutnie precyzyjny wynik.
Pewnie,że to teoria i gdybanie.
Pewnie,że teraz ta teoretyczna liczba potencjalnych kąpieli będzie spora.
Ale jeżeli będę w wieku owego starszego miłośnika samotnych kąpieli?
Czy znowu będę się zachłannie rzucał do wody?
A potem jak dziecko siedział w niej aż zsinieję?
A po wyjściu na brzeg starał się jak najszybciej rozgrzać by znowu zanurzyć swoje sflaczałe ciało?
Czy może po prostu będzie mi już wszystko jedno?
Chyba wolę tę pierwszą wersję.
Rozmyślając o tym nawet nie zauważyłem, że zrobiło się ciemno.
I że skończył mi się cement.
Wyłączyłem betoniarkę i powlokłem się do domu.
Byłem tak zmęczony i obolały, że do późnej nocy nie mogłem zasnąć.
O piątej obudził mnie płacz głodnej córki.
Ale to już inna historia.
sobota, 24 lipca 2010
Post nr 300-Różowy cykl cz. 1
Ten jubileuszowy post miał być na specjalny temat czyli o "różowej imprezie" "księżniczek ze szkiełka", ale chyba jakieś fatum ciąży na moich wszelkich tekstach okazjonalnych i rocznicowych.
Tak się jakoś ostatnio rozpisałem,że ciągle do tematu imprezy dobrnąć nie mogę.
Aby więc nie przedłużać blogowego milczenia zaczynam publikację "różowego cyklu".
A że od poniedziałku zaczynam urlop to i zamierzam odzyskać dobre, bloggerskie, imię ;-)
W najbliższych dniach opowiem m.in o tym:
Dlaczego nie warto kłamać?
Dlaczego przeprosiliśmy się z kolorem różowym?
Oraz o związku muzyki z samopoczuciem.
I paru innych sprawach
A więc nadszedł czas na część 1.
"Garbaty Travel"
W ubiegłą niedzielę deszcz zaczął padać o siódmej rano. Najpierw usłyszałem szum drobnych i gęstych kropel a po chwili o dach zaczęły bębnić wielkie i ciężkie bąble wody.
Skończyłem karmić dzieciaki i zacząłem szykować się do wyjścia do pracy.
Ponieważ w sobotę wróciłem z roboty po 21.00 robiłem to bez specjalnego entuzjazmu.
Goląc się patrzyłem w zadumie przez okno dachowe na ciemne chmury i lejącą się z nieba wodę.
I jakiś taki spokój mnie ogarnął.
Córki zasnęły więc ucałowałem na pożegnanie koleżankę małżonkę i cichutko wymknąłem się z domu.
Deszcz był taki ciepły,że idąc do samochodu nawet nie przyspieszyłem kroku.
Za to temperatura powietrza wreszcie dała wytchnienie.
Usiadłem za kierownica i zacząłem się zastanawiać czego by tu posłuchać.
W odtwarzaczu była duża, eklektyczna mieszanka empetrójek więc przeskakiwałem z folderu do folderu w nadziei,że coś mi w końcu podpasuje do nastroju.
Ostatnio miewam z tym problemy.
A jednak już po chwili... „Alchemy” Dire Straits.
Miałem sporo czasu a w niedzielę o tej porze na drodze pusto więc miałem spory zapas czasu.
Słuchając głosu i gitary Knopflera patrzyłem na wodę rozgarnianą przez wycieraczki i przypomniałem sobie,że jako nastolatek strasznie marzyłem o takich chwilach. Uważałem,że największy pożytek z posiadania samochodu to taki ,że właśnie podczas takiej pogody można jechać przed siebie i w bardzo intymny sposób obcować z muzyką.
Wlokłem się więc niemiłosiernie żeby jak najbardziej przedłużyć te miłe chwile.
A świat wyglądał jakby jakiś miłujący monochromatyczne obrazy artysta obrobił go w Photoshopie.
Najpierw zmniejszył nasycenie kolorów a potem jeszcze pomajstrował przy kanałach i poziomach dodając więcej bladawego indygo do swojej wizji.
A na koniec wcisnął „CTRL+A” i zastosował filtr BLUR.
W sumie całkiem nieźle mu to wyszło. Taka nastrojowa, delikatna i nieco melancholijna praca.
Kimkolwiek jest ten artysta.
Tak mi się dobrze jechało, że minąłem skrzyżowanie, na którym powinienem był skręcić do pracy.
Miałem kilka minut zapasu więc mogłem sobie pozwolić na małą rundkę po pustych i zalanych wodą ulicach spokojnej dzielnicy.
Tak się składa,że jest to okolica, w której się wychowałem i darzę ją sporym sentymentem.
A w geografii miasta jest uważana za szczególną. Ktoś niedawno porównał ja do krakowskiego Kazimierza. Oczywiście przesadził, ale to miejsce naprawdę ma duszę.
Wszystko to razem sprawia,że czasem ogarnia mnie tu nostalgia. Niektóre miejsca i ulice widzę codziennie więc są dla mnie neutralne, ale czasem wystarczy skręcić w jakąś bramę, podwórko, zakamarek...
Zdarzyło mi się to całkiem niedawno.
Pojechaliśmy w czwórkę na zakupy. Żona ruszyła na podbój rynku warzywno-owocowego a ja miałem czekać na nią z dzieciakami.
-Jakby się darły to możesz trochę pokrążyć po okolicy- poradziła mi wysiadając z samochodu.
Pokiwałem głową i przyjrzałem się dzieciakom , które drzemały w fotelikach.
-To co chcecie pozwiedzać tatulowe zakamarki?
Za odpowiedź musiało mi tylko wystarczyć lekkie posapywanie.
Lekko rozczarowany słuchałem ściszonego radia.
I czekałem na sygnał.
Choćby mały pretekst.
Taki lekuchny.
Niepozorny...
Czyżbym usłyszał jęk?
Eee, chyba nie.
A jednak!
To BYŁ jęk!
-No to Garbaty Travel zaprasza!-zamruczałem triumfalnie, przekręcając kluczyk w stacyjce.
Skręciłem w pierwszą bramę na zapuszczone podwórko.
-O, tu tatulo zbyt często nie bywał bo można było dostać w zęby od bardzo niegrzecznych chłopców,ale to miejsce droga wycieczko zasługuje na uwagę,gdyż ten niepozorny budyneczek po prawej to pozostałość przedwojennej cegielni. Cegły w niej wyprodukowane posłużyły między innymi do wybudowania...
Tak, rzeczywiście mógłbym oprowadzać wycieczki po tej dzielnicy. Napisałem na jej temat pracę magisterską i zrobiłem dwa radiowe seriale dokumentalne oraz kilka audycji.
Namalowałem też na kilku obrazach.
Taka trochę wyidealizowana kraina dzieciństwa. Z magicznymi miejscami, które niestety powoli znikają.
- O! A ten duży i stary, ładny budynek to szkoła, w której się uczyłem- opowiadałem córkom, na których ta sensacyjna informacja nie zrobiła większego wrażenia.
Popatrzyłem na boisko, które praktycznie wyglądało dokładnie tak samo kiedy w pierwszej klasie, po raz pierwszy kopnąłem na nim piłkę. Ten sam spękany asfalt. Ten sam płot. Drzewa trochę większe,ale niewiele.
-Na tym boisku wasz tatulo kopał piłkę... trzydzieści lat temu.
O cholera! Jak to zabrzmiało.
Jakoś tak się w tym momencie odrealnił ten świat. Jakiś taki surrealistyczny zrobił.
Za kilka dni miałem urodziny. Kolejne. Nie oczekiwałem ich ze specjalnym entuzjazmem.
Na szczęście w tym momencie zadzwonił telefon. Odebrałem- wtedy jeszcze zestaw głośnomówiący działał .
-Daleko jesteście?-to koleżanka małżonka
-Nie, będziemy za minutę.
Dodałem gazu i wynurzyliśmy się na powierzchnię rzeczywistości.
Czas przyspieszył a kolory jakby się bardziej nasyciły.
Obdrapane kamienice przestały wyglądać jak na starej fotografii.
A jednak pewien smutek jaki zagnieździł mi się w sercu miał tam pozostać przez dłuższy czas.
CDN
W następnym odcinku garść refleksji po wieczornej kąpieli w jeziorze.
Tak się jakoś ostatnio rozpisałem,że ciągle do tematu imprezy dobrnąć nie mogę.
Aby więc nie przedłużać blogowego milczenia zaczynam publikację "różowego cyklu".
A że od poniedziałku zaczynam urlop to i zamierzam odzyskać dobre, bloggerskie, imię ;-)
W najbliższych dniach opowiem m.in o tym:
Dlaczego nie warto kłamać?
Dlaczego przeprosiliśmy się z kolorem różowym?
Oraz o związku muzyki z samopoczuciem.
I paru innych sprawach
A więc nadszedł czas na część 1.
"Garbaty Travel"
W ubiegłą niedzielę deszcz zaczął padać o siódmej rano. Najpierw usłyszałem szum drobnych i gęstych kropel a po chwili o dach zaczęły bębnić wielkie i ciężkie bąble wody.
Skończyłem karmić dzieciaki i zacząłem szykować się do wyjścia do pracy.
Ponieważ w sobotę wróciłem z roboty po 21.00 robiłem to bez specjalnego entuzjazmu.
Goląc się patrzyłem w zadumie przez okno dachowe na ciemne chmury i lejącą się z nieba wodę.
I jakiś taki spokój mnie ogarnął.
Córki zasnęły więc ucałowałem na pożegnanie koleżankę małżonkę i cichutko wymknąłem się z domu.
Deszcz był taki ciepły,że idąc do samochodu nawet nie przyspieszyłem kroku.
Za to temperatura powietrza wreszcie dała wytchnienie.
Usiadłem za kierownica i zacząłem się zastanawiać czego by tu posłuchać.
W odtwarzaczu była duża, eklektyczna mieszanka empetrójek więc przeskakiwałem z folderu do folderu w nadziei,że coś mi w końcu podpasuje do nastroju.
Ostatnio miewam z tym problemy.
A jednak już po chwili... „Alchemy” Dire Straits.
Miałem sporo czasu a w niedzielę o tej porze na drodze pusto więc miałem spory zapas czasu.
Słuchając głosu i gitary Knopflera patrzyłem na wodę rozgarnianą przez wycieraczki i przypomniałem sobie,że jako nastolatek strasznie marzyłem o takich chwilach. Uważałem,że największy pożytek z posiadania samochodu to taki ,że właśnie podczas takiej pogody można jechać przed siebie i w bardzo intymny sposób obcować z muzyką.
Wlokłem się więc niemiłosiernie żeby jak najbardziej przedłużyć te miłe chwile.
A świat wyglądał jakby jakiś miłujący monochromatyczne obrazy artysta obrobił go w Photoshopie.
Najpierw zmniejszył nasycenie kolorów a potem jeszcze pomajstrował przy kanałach i poziomach dodając więcej bladawego indygo do swojej wizji.
A na koniec wcisnął „CTRL+A” i zastosował filtr BLUR.
W sumie całkiem nieźle mu to wyszło. Taka nastrojowa, delikatna i nieco melancholijna praca.
Kimkolwiek jest ten artysta.
Tak mi się dobrze jechało, że minąłem skrzyżowanie, na którym powinienem był skręcić do pracy.
Miałem kilka minut zapasu więc mogłem sobie pozwolić na małą rundkę po pustych i zalanych wodą ulicach spokojnej dzielnicy.
Tak się składa,że jest to okolica, w której się wychowałem i darzę ją sporym sentymentem.
A w geografii miasta jest uważana za szczególną. Ktoś niedawno porównał ja do krakowskiego Kazimierza. Oczywiście przesadził, ale to miejsce naprawdę ma duszę.
Wszystko to razem sprawia,że czasem ogarnia mnie tu nostalgia. Niektóre miejsca i ulice widzę codziennie więc są dla mnie neutralne, ale czasem wystarczy skręcić w jakąś bramę, podwórko, zakamarek...
Zdarzyło mi się to całkiem niedawno.
Pojechaliśmy w czwórkę na zakupy. Żona ruszyła na podbój rynku warzywno-owocowego a ja miałem czekać na nią z dzieciakami.
-Jakby się darły to możesz trochę pokrążyć po okolicy- poradziła mi wysiadając z samochodu.
Pokiwałem głową i przyjrzałem się dzieciakom , które drzemały w fotelikach.
-To co chcecie pozwiedzać tatulowe zakamarki?
Za odpowiedź musiało mi tylko wystarczyć lekkie posapywanie.
Lekko rozczarowany słuchałem ściszonego radia.
I czekałem na sygnał.
Choćby mały pretekst.
Taki lekuchny.
Niepozorny...
Czyżbym usłyszał jęk?
Eee, chyba nie.
A jednak!
To BYŁ jęk!
-No to Garbaty Travel zaprasza!-zamruczałem triumfalnie, przekręcając kluczyk w stacyjce.
Skręciłem w pierwszą bramę na zapuszczone podwórko.
-O, tu tatulo zbyt często nie bywał bo można było dostać w zęby od bardzo niegrzecznych chłopców,ale to miejsce droga wycieczko zasługuje na uwagę,gdyż ten niepozorny budyneczek po prawej to pozostałość przedwojennej cegielni. Cegły w niej wyprodukowane posłużyły między innymi do wybudowania...
Tak, rzeczywiście mógłbym oprowadzać wycieczki po tej dzielnicy. Napisałem na jej temat pracę magisterską i zrobiłem dwa radiowe seriale dokumentalne oraz kilka audycji.
Namalowałem też na kilku obrazach.
Taka trochę wyidealizowana kraina dzieciństwa. Z magicznymi miejscami, które niestety powoli znikają.
- O! A ten duży i stary, ładny budynek to szkoła, w której się uczyłem- opowiadałem córkom, na których ta sensacyjna informacja nie zrobiła większego wrażenia.
Popatrzyłem na boisko, które praktycznie wyglądało dokładnie tak samo kiedy w pierwszej klasie, po raz pierwszy kopnąłem na nim piłkę. Ten sam spękany asfalt. Ten sam płot. Drzewa trochę większe,ale niewiele.
-Na tym boisku wasz tatulo kopał piłkę... trzydzieści lat temu.
O cholera! Jak to zabrzmiało.
Jakoś tak się w tym momencie odrealnił ten świat. Jakiś taki surrealistyczny zrobił.
Za kilka dni miałem urodziny. Kolejne. Nie oczekiwałem ich ze specjalnym entuzjazmem.
Na szczęście w tym momencie zadzwonił telefon. Odebrałem- wtedy jeszcze zestaw głośnomówiący działał .
-Daleko jesteście?-to koleżanka małżonka
-Nie, będziemy za minutę.
Dodałem gazu i wynurzyliśmy się na powierzchnię rzeczywistości.
Czas przyspieszył a kolory jakby się bardziej nasyciły.
Obdrapane kamienice przestały wyglądać jak na starej fotografii.
A jednak pewien smutek jaki zagnieździł mi się w sercu miał tam pozostać przez dłuższy czas.
CDN
W następnym odcinku garść refleksji po wieczornej kąpieli w jeziorze.
sobota, 17 lipca 2010
Paraklimatyzator
Kolejny dzień walki z upałem. Tydzień temu zorganizowaliśmy imprezę dla uczczenia pojawienia się na świecie naszych córek. Wkrótce o tym napisze bo i jest o czym, ale na razie skupmy się na teraźniejszości.
Właśnie testuję paraklimatyzator własnego pomysłu. Owo urządzenie, owoc mojego jakże błyskotliwego umysłu, składa się z wentylatora, miski z wodą i wkładów do turystycznej lodówki.
Chyba działa chociaż temperatura w pokoju i tak nieubłaganie idzie w górę (już jest 27,4 C).
Ale jak sobie patrzę na relacje spod Grunwaldu i widzę tych biedaków zakutych w zbroje to dochodzę do wniosku ,że warunki mam mega komfortowe.
W tym roku jakoś mnie ominęła konieczność służbowego wyjazdu na miejsce legendarnego starcia sił światła i ciemności.
Nie ukrywam ,że mnie to cieszy chociaż taka okrągła rocznica raczej się za mojego życia nie powtórzy.
No chyba,że mój klimatyzator będzie tak wydajny,że wszyscy ulegniemy hibernacji.
Dzisiaj do pracy idę po południu więc wreszcie jest okazja spokojnie popisać.
Koleżanka małżonka odsypia ciężką noc a Bambaryłki Frankesteina walnęły po mlecznym drinku i też padły.
Hmm... przepraszam,ale muszę coś sprawdzić.
Tak! TAAAAK!!!
Termometr w pomieszczeniu pokazuje 27,1 C! Jest nadzieja!!!
Chociaż może to efekt tego,że słońce już nie praży z tej strony budynku.
Zobaczymy.
W życiu publicznym też gorąca atmosfera.
Szczerze mówiąc nie miałem ostatnio ochoty strzępić języka ani zużywać klawiatury na komentowanie dokonań przedstawicieli narodu,ale obserwowałem bacznie to co się dzieje.
Wygląda na to,ze sprawa konfliktu światopoglądowego wchodzi w „małą kulminację”.
Był moment kiedy zbierałem wszystkie wycinki prasowe na temat in vitro, żeby kiedyś pokazać je moim córkom.
Ale teraz już odpuściłem. Tyle tego jest.
Teraz słucham jak to partia rządząca tłumaczy, że kwestia refundacji in vitro to przecież obietnice wyborcze prezydenta a nie jego partii.
Czemu nie jestem zdziwiony.
Mały Brat zdjął kampanijna maskę wsadził łapy w błoto i rzuca nim w przeciwników politycznych.
Pacyny śmigają szczególnie gęsto w okolicach krzyża przed pałacem prezydenckim.
Bo i jest o czym dyskutować.
Chyba nikogo nie zdziwi ,że jestem zdecydowanym zwolennikiem oddzielenia kościoła od państwa. Czyli za przestrzeganiem zapisów konstytucyjnych.
Niemniej jednak poruszanie tematu przeniesienia krzyża wydaje się przedwczesne.
Po raz kolejny Wielki Gajowy pokazał,że jeżeli chodzi o empatie to bynajmniej jej nadmiarem nie dysponuje.
Czegóż jednak oczekiwać po człowieku, który dla rozrywki strzelał do zwierząt?
W tej kwestii moje poglądy są bardzo bliskie tym prezentowanym przez bohaterkę ostatniej powieści Olgi Tokarczuk. Po prostu nie wybaczam.
Z kolei w telewizji zapowiadają aż cztery marsze w stolicy. Wygląda na to,że w centrum miasta spotkają się środowiska lesbijsko- gejowskie z łysogłowymi chłopcami w glanach.
Toż to będzie uliczna debata doprawdy.
Pełna wzajemnego zrozumienia, poszanowania odmiennych racji, tolerancji, miłości bliźniego.
No taki mały Grunwald po prostu.
Tęczowe flagi kontra płaszcze ( no bluzy raczej) z krzyżami.
A w roli sił pokojowych stołeczne oddziały prewencji.
Cała nadzieja w tym,ze ten morderczy upał tak wszystkich wykończy,że w połowie trasy uczestnicy manifestacji zaczną wymykać się do mijanych knajp na zimne piwo.
A tam przy oszronionych kuflach dojdą do wniosku,że właściwie to nie ma o co kruszyć kopi.
Uścisną sobie dłonie, poklepią po ramionach i rozejdą zadumani do domów.
Tak... dosyć naiwna wizja.
Już widzę co się stanie kiedy jakiś przystojny gej spróbuje poklepać przyjaźnie po ramieniu rosłego młodziana z ogoloną głową.
Gdyby była to historia z komiksu Simona Bisleya to młodzian ów wyrwałby interlokutorowi ramię ze stawu a potem używając go jako maczugi zacząłby tłuc po głowach uczestników Europride.
Że co? Ta wizja to przegięcie w drugą stronę?
Ja też wolę odcienie szarości.
Bo szlachetna czerń i biel sprawdza się tylko w artystycznych, dobrych komiksach i klasycznej fotografii.
W życiu publicznym wspominają o niej chyba wyłącznie lewicowcy, ale szarość i czerwień niepokojąco kojarzą mi się z socrealizmem.
Właśnie testuję paraklimatyzator własnego pomysłu. Owo urządzenie, owoc mojego jakże błyskotliwego umysłu, składa się z wentylatora, miski z wodą i wkładów do turystycznej lodówki.
Chyba działa chociaż temperatura w pokoju i tak nieubłaganie idzie w górę (już jest 27,4 C).
Ale jak sobie patrzę na relacje spod Grunwaldu i widzę tych biedaków zakutych w zbroje to dochodzę do wniosku ,że warunki mam mega komfortowe.
W tym roku jakoś mnie ominęła konieczność służbowego wyjazdu na miejsce legendarnego starcia sił światła i ciemności.
Nie ukrywam ,że mnie to cieszy chociaż taka okrągła rocznica raczej się za mojego życia nie powtórzy.
No chyba,że mój klimatyzator będzie tak wydajny,że wszyscy ulegniemy hibernacji.
Dzisiaj do pracy idę po południu więc wreszcie jest okazja spokojnie popisać.
Koleżanka małżonka odsypia ciężką noc a Bambaryłki Frankesteina walnęły po mlecznym drinku i też padły.
Hmm... przepraszam,ale muszę coś sprawdzić.
Tak! TAAAAK!!!
Termometr w pomieszczeniu pokazuje 27,1 C! Jest nadzieja!!!
Chociaż może to efekt tego,że słońce już nie praży z tej strony budynku.
Zobaczymy.
W życiu publicznym też gorąca atmosfera.
Szczerze mówiąc nie miałem ostatnio ochoty strzępić języka ani zużywać klawiatury na komentowanie dokonań przedstawicieli narodu,ale obserwowałem bacznie to co się dzieje.
Wygląda na to,ze sprawa konfliktu światopoglądowego wchodzi w „małą kulminację”.
Był moment kiedy zbierałem wszystkie wycinki prasowe na temat in vitro, żeby kiedyś pokazać je moim córkom.
Ale teraz już odpuściłem. Tyle tego jest.
Teraz słucham jak to partia rządząca tłumaczy, że kwestia refundacji in vitro to przecież obietnice wyborcze prezydenta a nie jego partii.
Czemu nie jestem zdziwiony.
Mały Brat zdjął kampanijna maskę wsadził łapy w błoto i rzuca nim w przeciwników politycznych.
Pacyny śmigają szczególnie gęsto w okolicach krzyża przed pałacem prezydenckim.
Bo i jest o czym dyskutować.
Chyba nikogo nie zdziwi ,że jestem zdecydowanym zwolennikiem oddzielenia kościoła od państwa. Czyli za przestrzeganiem zapisów konstytucyjnych.
Niemniej jednak poruszanie tematu przeniesienia krzyża wydaje się przedwczesne.
Po raz kolejny Wielki Gajowy pokazał,że jeżeli chodzi o empatie to bynajmniej jej nadmiarem nie dysponuje.
Czegóż jednak oczekiwać po człowieku, który dla rozrywki strzelał do zwierząt?
W tej kwestii moje poglądy są bardzo bliskie tym prezentowanym przez bohaterkę ostatniej powieści Olgi Tokarczuk. Po prostu nie wybaczam.
Z kolei w telewizji zapowiadają aż cztery marsze w stolicy. Wygląda na to,że w centrum miasta spotkają się środowiska lesbijsko- gejowskie z łysogłowymi chłopcami w glanach.
Toż to będzie uliczna debata doprawdy.
Pełna wzajemnego zrozumienia, poszanowania odmiennych racji, tolerancji, miłości bliźniego.
No taki mały Grunwald po prostu.
Tęczowe flagi kontra płaszcze ( no bluzy raczej) z krzyżami.
A w roli sił pokojowych stołeczne oddziały prewencji.
Cała nadzieja w tym,ze ten morderczy upał tak wszystkich wykończy,że w połowie trasy uczestnicy manifestacji zaczną wymykać się do mijanych knajp na zimne piwo.
A tam przy oszronionych kuflach dojdą do wniosku,że właściwie to nie ma o co kruszyć kopi.
Uścisną sobie dłonie, poklepią po ramionach i rozejdą zadumani do domów.
Tak... dosyć naiwna wizja.
Już widzę co się stanie kiedy jakiś przystojny gej spróbuje poklepać przyjaźnie po ramieniu rosłego młodziana z ogoloną głową.
Gdyby była to historia z komiksu Simona Bisleya to młodzian ów wyrwałby interlokutorowi ramię ze stawu a potem używając go jako maczugi zacząłby tłuc po głowach uczestników Europride.
Że co? Ta wizja to przegięcie w drugą stronę?
Ja też wolę odcienie szarości.
Bo szlachetna czerń i biel sprawdza się tylko w artystycznych, dobrych komiksach i klasycznej fotografii.
W życiu publicznym wspominają o niej chyba wyłącznie lewicowcy, ale szarość i czerwień niepokojąco kojarzą mi się z socrealizmem.
czwartek, 15 lipca 2010
Przekichane
Lubię jak jest ciepło. Naprawdę lubię. I zdaję sobie sprawę z tego,że w maju kwękałem ,że jest za zimno.
Naprawdę nie chciałbym wyjść na malkontenta,ale to co się ostatnio wyrabia w pogodzie to chyba lekka przesada.
Najgorsze jest to,że do pracy jadę klimatyzowanym samochodem by potem część dnia spędzić w klimatyzowanych pomieszczeniach.
Tym samym moje dziewczyny, a zwłaszcza koleżanka małżonka, zakładają z góry, że powinienem wrócić do domu rześki i wypoczęty.
I kiedy widzę je wymęczone upałem to nawet nie chce mi się tłumaczyć,że przecież „robocza” rzeczywistość nie jest tak różowa.
Że, na przykład, wczoraj najadłem się wstydu bo na oficjalne spotkanie wpadłem z kompromitującymi mokrymi plamami na koszuli.
Ta mniejsza była na pół pleców.
Żenujące.
Ale rzeczywiście w domu jest znacznie gorzej. Mamy już opracowany szczegółowy grafik otwierania i zamykania konkretnych drzwi i okien, który pozwala osiągnąć jak najniższą temperaturę.
Całą sztuka polega na tym by wpuścić do domu jak najwięcej chłodniejszego porannego powietrza a kiedy jego temperatura wzrośnie w porę uszczelnić chałupę.
W teorii proste,ale z każdym dniem mury są coraz bardziej nagrzane i kiedy wczoraj nad ranem karmiłem dzieciaki to na zewnątrz było 21 stopni a w domu 28.
No rzeź niewiniątek po prostu.
Trudno się dziwić księżniczkom,że wieczorem nie chcą zasnąć, a potem ciągle marudzą i praktycznie od 5.00 już są aktywne.
Staramy się im ulżyć jak możemy. Kupiłem wielki wentylator, codziennie zmieniamy wodę w ich baseniku ogrodowym, a czasem obkładamy je zmoczonymi pieluchami.
Tyle,że cały czas człowiek zastanawia się czy te rozpaczliwe próby nie przyniosą więcej szkody niż pożytku. No „bo przeciąg”, no bo „żeby nie przewiało”, „czy woda w wannie aby nie za chłodna”.
No się doczekaliśmy.
Kiedy rano, po karmieniu, puściłem dziewczynki na matę jedna z nich zaczęła podejrzanie pociągać nosem.
Kiedy godzinę później jechałem do pracy odebrałem telefon od koleżanki małżonki.
Hmm, stwierdzenie „odebrałem” trochę upraszcza sytuację. Ostatnio zestaw głośnomówiący w samochodzie działa w taki dziwny sposób,że ja słyszę rozmówcę ,ale on mnie nie.
Żeby pogadać muszę się zatrzymać, wyłączyć silnik, wyjąć kluczyk ze stacyjki, poczekać aż rozłączy się bluetooth i oddzwonić w tradycyjny sposób.
No życia to bynajmniej nie ułatwia i większość rozmów zaczynam już nieźle zirytowany.
A tym razem ręce naprawdę mi opadły.
-Rany boskie! Przeziębiliśmy dziecko! Cała zasmarkana, oczka czerwone i ma kłopoty z przełykaniem. Pewnie ją gardło boli.
Jako dziecko na drugie imię miałem „zdechlak” a na trzecie „angina” więc doskonale wiedziałem o czym mówi.
Zakląłem więc szpetnie ignorując spojrzenia innych kierowców, którzy najwyraźniej zastanawiali się „poco ten idiota zatrzymał się w takim kretyńskim miejscu”.
Miałem ogromną ochotę pokazać im międzynarodowy znak pokoju. Ten , w którym wykorzystuje się głównie środkowy palec.
Tyle,że statecznemu ojcu rodziny to już jakby trochę nie wypada.
A może jednak?
Te rozważania przerwała dalsza część wypowiedzi koleżanki małżonki:
-Zarejestrowała je do lekarza na dziesiątą- tylko wtedy jest wolne miejsce. Dasz radę się wyrwać?
-Muszę- odpowiedziałem jękliwym głosem bo i bez konieczności powrotu do domu, zgarnięcia pociech, zawiezienia do lekarza, nieuniknionej wizyty w aptece i odwiezienia dziewczyn do domu czekał mnie delikatnie mówiąc przesrany dzień w pracy.
Ale trzeba mieć jakieś priorytety.
Szybko odwaliłem to co musiałem, wytłumaczyłem się szefowej i ze świadomością,że i tak będę miał przerąbane pognałem do domu.
Cała akcja „lekarz” przebiegła zaskakująco szybko i sprawnie.
Pani doktor stwierdziła,że nic złego się nie dzieje, zaordynowała oszczędnie medykamenty i uspokojeni mogliśmy wrócić do domu.
Nasze pierwsze dziecięce przeziębienie.
Chyba trochę niepotrzebnie spanikowaliśmy.
Do pracy tatulo zwany jako Garbaty Zdechlak vel Angina wracał znacznie spokojniejszy.
Krótkotrwałe to uspokojenie było bo z tego wszystkiego zapomniałem o pewnym ważnym spotkaniu, na które co gorsza umówiła mnie szefowa.
Byłem wściekły sam na siebie, ale do cholery od kilku tygodni nie miałem ani jednego wolnego dnia, w nocy nie śpię, wstaję przed szóstą więc chyba trudno oczekiwać po mnie jakiejś nadzwyczajnej mobilizacji?
Zresztą komu ja się skarżę, sami widzicie co się z blogiem dzieje.
Niepokoi mnie jednak to,że wcale się tym wszystkim nie przejmuję.
Kompletnie.
I ledwo powstrzymuję się by nie odwarknąć szefowej:
„Czym ty mi głowę zawracasz?! Przecież moja córka MA KATAR!!!!
Naprawdę nie chciałbym wyjść na malkontenta,ale to co się ostatnio wyrabia w pogodzie to chyba lekka przesada.
Najgorsze jest to,że do pracy jadę klimatyzowanym samochodem by potem część dnia spędzić w klimatyzowanych pomieszczeniach.
Tym samym moje dziewczyny, a zwłaszcza koleżanka małżonka, zakładają z góry, że powinienem wrócić do domu rześki i wypoczęty.
I kiedy widzę je wymęczone upałem to nawet nie chce mi się tłumaczyć,że przecież „robocza” rzeczywistość nie jest tak różowa.
Że, na przykład, wczoraj najadłem się wstydu bo na oficjalne spotkanie wpadłem z kompromitującymi mokrymi plamami na koszuli.
Ta mniejsza była na pół pleców.
Żenujące.
Ale rzeczywiście w domu jest znacznie gorzej. Mamy już opracowany szczegółowy grafik otwierania i zamykania konkretnych drzwi i okien, który pozwala osiągnąć jak najniższą temperaturę.
Całą sztuka polega na tym by wpuścić do domu jak najwięcej chłodniejszego porannego powietrza a kiedy jego temperatura wzrośnie w porę uszczelnić chałupę.
W teorii proste,ale z każdym dniem mury są coraz bardziej nagrzane i kiedy wczoraj nad ranem karmiłem dzieciaki to na zewnątrz było 21 stopni a w domu 28.
No rzeź niewiniątek po prostu.
Trudno się dziwić księżniczkom,że wieczorem nie chcą zasnąć, a potem ciągle marudzą i praktycznie od 5.00 już są aktywne.
Staramy się im ulżyć jak możemy. Kupiłem wielki wentylator, codziennie zmieniamy wodę w ich baseniku ogrodowym, a czasem obkładamy je zmoczonymi pieluchami.
Tyle,że cały czas człowiek zastanawia się czy te rozpaczliwe próby nie przyniosą więcej szkody niż pożytku. No „bo przeciąg”, no bo „żeby nie przewiało”, „czy woda w wannie aby nie za chłodna”.
No się doczekaliśmy.
Kiedy rano, po karmieniu, puściłem dziewczynki na matę jedna z nich zaczęła podejrzanie pociągać nosem.
Kiedy godzinę później jechałem do pracy odebrałem telefon od koleżanki małżonki.
Hmm, stwierdzenie „odebrałem” trochę upraszcza sytuację. Ostatnio zestaw głośnomówiący w samochodzie działa w taki dziwny sposób,że ja słyszę rozmówcę ,ale on mnie nie.
Żeby pogadać muszę się zatrzymać, wyłączyć silnik, wyjąć kluczyk ze stacyjki, poczekać aż rozłączy się bluetooth i oddzwonić w tradycyjny sposób.
No życia to bynajmniej nie ułatwia i większość rozmów zaczynam już nieźle zirytowany.
A tym razem ręce naprawdę mi opadły.
-Rany boskie! Przeziębiliśmy dziecko! Cała zasmarkana, oczka czerwone i ma kłopoty z przełykaniem. Pewnie ją gardło boli.
Jako dziecko na drugie imię miałem „zdechlak” a na trzecie „angina” więc doskonale wiedziałem o czym mówi.
Zakląłem więc szpetnie ignorując spojrzenia innych kierowców, którzy najwyraźniej zastanawiali się „poco ten idiota zatrzymał się w takim kretyńskim miejscu”.
Miałem ogromną ochotę pokazać im międzynarodowy znak pokoju. Ten , w którym wykorzystuje się głównie środkowy palec.
Tyle,że statecznemu ojcu rodziny to już jakby trochę nie wypada.
A może jednak?
Te rozważania przerwała dalsza część wypowiedzi koleżanki małżonki:
-Zarejestrowała je do lekarza na dziesiątą- tylko wtedy jest wolne miejsce. Dasz radę się wyrwać?
-Muszę- odpowiedziałem jękliwym głosem bo i bez konieczności powrotu do domu, zgarnięcia pociech, zawiezienia do lekarza, nieuniknionej wizyty w aptece i odwiezienia dziewczyn do domu czekał mnie delikatnie mówiąc przesrany dzień w pracy.
Ale trzeba mieć jakieś priorytety.
Szybko odwaliłem to co musiałem, wytłumaczyłem się szefowej i ze świadomością,że i tak będę miał przerąbane pognałem do domu.
Cała akcja „lekarz” przebiegła zaskakująco szybko i sprawnie.
Pani doktor stwierdziła,że nic złego się nie dzieje, zaordynowała oszczędnie medykamenty i uspokojeni mogliśmy wrócić do domu.
Nasze pierwsze dziecięce przeziębienie.
Chyba trochę niepotrzebnie spanikowaliśmy.
Do pracy tatulo zwany jako Garbaty Zdechlak vel Angina wracał znacznie spokojniejszy.
Krótkotrwałe to uspokojenie było bo z tego wszystkiego zapomniałem o pewnym ważnym spotkaniu, na które co gorsza umówiła mnie szefowa.
Byłem wściekły sam na siebie, ale do cholery od kilku tygodni nie miałem ani jednego wolnego dnia, w nocy nie śpię, wstaję przed szóstą więc chyba trudno oczekiwać po mnie jakiejś nadzwyczajnej mobilizacji?
Zresztą komu ja się skarżę, sami widzicie co się z blogiem dzieje.
Niepokoi mnie jednak to,że wcale się tym wszystkim nie przejmuję.
Kompletnie.
I ledwo powstrzymuję się by nie odwarknąć szefowej:
„Czym ty mi głowę zawracasz?! Przecież moja córka MA KATAR!!!!
środa, 7 lipca 2010
Refleksje literacko-przyrodnicze
Wyraziste sformatowanie moich córek zaczęło mnie ostatnio niepokoić.
Bo skoro jedna gada a druga się przemieszcza to istnieje niebezpieczeństwem,że tak im już zostanie.
A wolałbym by Dzieci Frankensteina były trochę bardziej wszechstronne.
Chociaż z drugiej strony doskonale się uzupełniają.
Koleżanka małżonka żartuje nawet, że niedługo może to wyglądać tak, że jedna stwierdzi:
-Te siora. Możesz mi przynieść grzechotkę? Bo chodzić nie umiem a rączki za krótkie!
Odpowiedzią drugiej będzie natomiast tylko radosne chrząkanie i tupot małych stópek.
A jednak wczoraj zaobserwowałem coś co rozwiewa moje obawy o to,że jedna będzie intelektualistką a druga „fizolką”.
Niby nic się nie zmieniło. Jedna mówi a druga się wierci i przemieszcza.
Ważne jednak w jakim kierunku się udaje.
Ostatnio zdarza mi się,że siadam przy leżaczkach na podłodze i czytam książkę.
Dzieci są zajęte swoimi zabawkami i zadowolone,że tata jest blisko.
A ja cieszę się lekturą, której tak bardzo mi brakowało.
Od kilku dni muszę jednak siadać trochę dalej niż dotychczas.
Zaczęło się od tego,że bardziej ruchliwa latorośl zaczęła wyciągać ręce w stronę grubego tomiszcza leżącego na moich kolanach.
Najwyraźniej zainteresował ją ten dziwny przedmiot.
Co bardzo mnie ucieszyło ponieważ pierwszą zabawką jaką kupiłem dzieciakom jeszcze przed ich urodzeniem była właśnie małą szeleszcząca, miękka książeczka składająca się z czterech kartek.
W strony są wszyte takie fajne elementy materiału, które dziecko może odsłaniać i odkryć ,że chowają się za nimi różne stworzenia i tak dalej.
Urzekła mnie od pierwszego spojrzenia. Uznałem ,że to wspaniały pomysł i z dumą zaprezentowałem ten nabytek rodzinie, która wykazał się znacznie mniejszym entuzjazmem.
-Dziwne, to takie. A ile kosztowało?
Tu podałem cenę.
-Ile!!! Za takie...
Te miny mówiły wszystko. W oczach najbliższych byłem frajerem, który kupił drogi i prawdopodobnie bezużyteczny gadżet.
Dlatego drugi zakup- lwa- książeczkę (takiego z kilkoma „kartkami” przyszytymi do brzucha) pokazałem już pewną rezygnacją.
Odpowiedzią były wysoko uniesione brwi.
No to teraz wyobraźcie sobie jaką satysfakcję poczuł garbaty tatulo kiedy okazało się ,że owe potencjalnie bezużyteczne gadżety okazały się ulubionymi zabawkami pociech.
Nie oszukujmy się -z czytaniem te ich zabawy zbyt wiele wspólnego nie miały. Raczej było to radosne memłanie, ugniatanie i ślinienie.
Ale jednak.
Od pewnego czasu zauważyłem, że dziecięca fascynacja tymi przedmiotami mija.
Kiedy podaję im książeczkę albo lewka to po kilku sekundach ląduje na podłodze i jakoś nikt nie protestuje.
Małe oczka świdrują mnie z wyraźnym pytaniem:
„Dasz wreszcie coś nowego do zabawy?”
No to daję.
Ale są do kroćset jakieś granice.
Ja rozumiem ,że lektura powinna być dostosowana do wieku dziecka. Mam też świadomość, że rodzice zawsze są zaskoczeni tym jak szybko dorastają ich dzieci.
Ale lektura „Millenium” to chyba lekka przesada.
Wydaje mi się ,że zanim moje córki wezmą się za czytanie ponurych, mrocznych i cynicznych kryminałów powinny przejść przez etap lektur, w których drobne przestępstwa popełniają misie, kotki, pieski, żółwie...
A czarnym charakterem jest jakiś, w sumie całkiem sympatyczny, mięsożerca.
Na przykład tygrysek, który troszkę dokucza małej zebrze:
-E ty ,ale jesteś blada pod tymi paskami!
-Spójrz lepiej na te swoje niechlujne wąsy paskudny kocie!!!-odpowiada tamta.
No coś w tym stylu.
Tylko jak to wytłumaczyć siedmiomiesięcznej córce, której zainteresowanie tą, całkowicie dla niej nieodpowiednią, lekturą rośnie w postępie geometrycznym.
Wczoraj nieopatrznie odłożyłem książkę na podłogę i poszedłem po coś do picia.
Chwile później dziecko trzymało w garści szeleszczące strony.
Kiedy wyrywałem z małych łapek swoją lekturę spotkałem się z gwałtownymi wyrazami niezadowolenia. Pełne dezaprobaty fukanie i wyciągnięte rączki z rozczapierzonymi palcami.
Mowa ciała aż nadto zrozumiała.
„Oddaj mi to dziadu”-mówiło dziecko całą sobą.
Postanowiłem zrobić pewien eksperyment i położyłem książkę w odległości jakiegoś metra.
Dotarcie do nie zajęło dzieciakowi kilka sekund.
Znowu odsunąłem.
I znowu pościg trwał zaskakująco krótko.
Postanowiłem poeksperymentować i poprowadziłem córkę bardziej skomplikowaną trasą.
Taką z zakrętami, pętlami i przez przeszkody w postaci maty edukacyjnej.
Niesamowite jest to zdalne sterowanie.
Czułem się jak rybak holujący marlina na niewidzialnej żyłce.
Tylko czy ktoś widział kiedyś stękającego i przebierającego energicznie kończynami marlina?
A styl w jakim moja mała ofiara pokonała mate edukacyjna był doprawdy imponujący.
Wpadła na nią niczym miniaturowy czołg. Poroztrącała zabawki, namierzyła ściganą książkę, wykonała zwrot bojowy i buksując kończynami ruszyła do ostatecznego ataku.
Tyle,że mata ślizgała się po podłodze.
Co bynajmniej nie powstrzymało tego dziwnego dziecka.
Ona po prostu włączyła wyższy bieg. „Przemieliła” matę pod sobą tak jakby biegła po ruchomej bieżni.
A kiedy ta wreszcie się skończyła, i dziecko odzyskało przyczepność oraz sterowność, polowanie błyskawicznie się zakończyło.
Dopadła „Millenium” Stiega Larrsona niczym waran starego i nieruchawego kurczaka.
Musiałbym być świnią żeby w tym momencie wyrwać jej książkę.
Nie po takim wysiłku.
Z pogniecionych kartek w końcu też da się coś odczytać.
Bo skoro jedna gada a druga się przemieszcza to istnieje niebezpieczeństwem,że tak im już zostanie.
A wolałbym by Dzieci Frankensteina były trochę bardziej wszechstronne.
Chociaż z drugiej strony doskonale się uzupełniają.
Koleżanka małżonka żartuje nawet, że niedługo może to wyglądać tak, że jedna stwierdzi:
-Te siora. Możesz mi przynieść grzechotkę? Bo chodzić nie umiem a rączki za krótkie!
Odpowiedzią drugiej będzie natomiast tylko radosne chrząkanie i tupot małych stópek.
A jednak wczoraj zaobserwowałem coś co rozwiewa moje obawy o to,że jedna będzie intelektualistką a druga „fizolką”.
Niby nic się nie zmieniło. Jedna mówi a druga się wierci i przemieszcza.
Ważne jednak w jakim kierunku się udaje.
Ostatnio zdarza mi się,że siadam przy leżaczkach na podłodze i czytam książkę.
Dzieci są zajęte swoimi zabawkami i zadowolone,że tata jest blisko.
A ja cieszę się lekturą, której tak bardzo mi brakowało.
Od kilku dni muszę jednak siadać trochę dalej niż dotychczas.
Zaczęło się od tego,że bardziej ruchliwa latorośl zaczęła wyciągać ręce w stronę grubego tomiszcza leżącego na moich kolanach.
Najwyraźniej zainteresował ją ten dziwny przedmiot.
Co bardzo mnie ucieszyło ponieważ pierwszą zabawką jaką kupiłem dzieciakom jeszcze przed ich urodzeniem była właśnie małą szeleszcząca, miękka książeczka składająca się z czterech kartek.
W strony są wszyte takie fajne elementy materiału, które dziecko może odsłaniać i odkryć ,że chowają się za nimi różne stworzenia i tak dalej.
Urzekła mnie od pierwszego spojrzenia. Uznałem ,że to wspaniały pomysł i z dumą zaprezentowałem ten nabytek rodzinie, która wykazał się znacznie mniejszym entuzjazmem.
-Dziwne, to takie. A ile kosztowało?
Tu podałem cenę.
-Ile!!! Za takie...
Te miny mówiły wszystko. W oczach najbliższych byłem frajerem, który kupił drogi i prawdopodobnie bezużyteczny gadżet.
Dlatego drugi zakup- lwa- książeczkę (takiego z kilkoma „kartkami” przyszytymi do brzucha) pokazałem już pewną rezygnacją.
Odpowiedzią były wysoko uniesione brwi.
No to teraz wyobraźcie sobie jaką satysfakcję poczuł garbaty tatulo kiedy okazało się ,że owe potencjalnie bezużyteczne gadżety okazały się ulubionymi zabawkami pociech.
Nie oszukujmy się -z czytaniem te ich zabawy zbyt wiele wspólnego nie miały. Raczej było to radosne memłanie, ugniatanie i ślinienie.
Ale jednak.
Od pewnego czasu zauważyłem, że dziecięca fascynacja tymi przedmiotami mija.
Kiedy podaję im książeczkę albo lewka to po kilku sekundach ląduje na podłodze i jakoś nikt nie protestuje.
Małe oczka świdrują mnie z wyraźnym pytaniem:
„Dasz wreszcie coś nowego do zabawy?”
No to daję.
Ale są do kroćset jakieś granice.
Ja rozumiem ,że lektura powinna być dostosowana do wieku dziecka. Mam też świadomość, że rodzice zawsze są zaskoczeni tym jak szybko dorastają ich dzieci.
Ale lektura „Millenium” to chyba lekka przesada.
Wydaje mi się ,że zanim moje córki wezmą się za czytanie ponurych, mrocznych i cynicznych kryminałów powinny przejść przez etap lektur, w których drobne przestępstwa popełniają misie, kotki, pieski, żółwie...
A czarnym charakterem jest jakiś, w sumie całkiem sympatyczny, mięsożerca.
Na przykład tygrysek, który troszkę dokucza małej zebrze:
-E ty ,ale jesteś blada pod tymi paskami!
-Spójrz lepiej na te swoje niechlujne wąsy paskudny kocie!!!-odpowiada tamta.
No coś w tym stylu.
Tylko jak to wytłumaczyć siedmiomiesięcznej córce, której zainteresowanie tą, całkowicie dla niej nieodpowiednią, lekturą rośnie w postępie geometrycznym.
Wczoraj nieopatrznie odłożyłem książkę na podłogę i poszedłem po coś do picia.
Chwile później dziecko trzymało w garści szeleszczące strony.
Kiedy wyrywałem z małych łapek swoją lekturę spotkałem się z gwałtownymi wyrazami niezadowolenia. Pełne dezaprobaty fukanie i wyciągnięte rączki z rozczapierzonymi palcami.
Mowa ciała aż nadto zrozumiała.
„Oddaj mi to dziadu”-mówiło dziecko całą sobą.
Postanowiłem zrobić pewien eksperyment i położyłem książkę w odległości jakiegoś metra.
Dotarcie do nie zajęło dzieciakowi kilka sekund.
Znowu odsunąłem.
I znowu pościg trwał zaskakująco krótko.
Postanowiłem poeksperymentować i poprowadziłem córkę bardziej skomplikowaną trasą.
Taką z zakrętami, pętlami i przez przeszkody w postaci maty edukacyjnej.
Niesamowite jest to zdalne sterowanie.
Czułem się jak rybak holujący marlina na niewidzialnej żyłce.
Tylko czy ktoś widział kiedyś stękającego i przebierającego energicznie kończynami marlina?
A styl w jakim moja mała ofiara pokonała mate edukacyjna był doprawdy imponujący.
Wpadła na nią niczym miniaturowy czołg. Poroztrącała zabawki, namierzyła ściganą książkę, wykonała zwrot bojowy i buksując kończynami ruszyła do ostatecznego ataku.
Tyle,że mata ślizgała się po podłodze.
Co bynajmniej nie powstrzymało tego dziwnego dziecka.
Ona po prostu włączyła wyższy bieg. „Przemieliła” matę pod sobą tak jakby biegła po ruchomej bieżni.
A kiedy ta wreszcie się skończyła, i dziecko odzyskało przyczepność oraz sterowność, polowanie błyskawicznie się zakończyło.
Dopadła „Millenium” Stiega Larrsona niczym waran starego i nieruchawego kurczaka.
Musiałbym być świnią żeby w tym momencie wyrwać jej książkę.
Nie po takim wysiłku.
Z pogniecionych kartek w końcu też da się coś odczytać.
poniedziałek, 5 lipca 2010
Nocny upgrade
No i mamy prezydenta. Jakoś trudno mi się tym ekscytować.
Czas pokaże czy „gajowy” dalej będzie popełniał gafy w stylu mistrza gatunku Georga W. Busha.
Zbyt rzadko przebywam w tym świecie równoległym by przywiązywać do tego wagę.
Jakiś czas temu przeanalizowałem w jaki sposób rzeczywistość polityczna wpływa na nasze życie i doszedłem do wniosku ,że bezpośredniego przełożenia praktycznie nie ma.
Bicie piany, nowe ustawy, ich projekty, powstające i rozpadające się koalicje, słowa, słowa, słowa.
I tyle.
Za to trzymam Pana Bronka za słowo w kwestii refundacji in vitro, którą obiecał społeczeństwu.
Jak jednak wspomniałem obserwowaniu wydarzeń na scenie politycznej nie towarzyszą specjalne emocje.
Pogląd na obu kandydatów miałem na tyle wyrobiony ,że nawet podczas telewizyjnych debat ostentacyjnie czytałem książkę.
Jak tu przywiązywać wagę do kłamstw wyborczych kiedy dzieciaki przechodzą kolejny skok rozwojowy.
Swoja droga ciekawe skąd wzięło się to cokolwiek dziwaczne powiedzenie o „przywiązywaniu wagi”. A niby do czego? I czym?
I właściwie po cholerę przywiązywać?
No nieważne, o dzieciakach miało być.
Dzieci frankensteina to prawdziwe mistrzynie suspensu.
Potrafią uspokoić człowieka codzienna monotonia, morderczą wręcz rutyną...
Gdy wtem!
Są chyba tylko dwie rzeczy, których najbardziej nienawidzę.
Pierwsza to bezinteresowna i bezrefleksyjna ludzka głupota a druga to rutyna właśnie.
Już w podstawówce walczyłem z nią zmieniając co chwila trasę którą chodziłem do szkoły.
Teoretycznie do wyboru miałem tylko dwie ulice ,ale jak człowiek dobrze pokombinował i jednego dnia poszedł za śmietnikiem a drugiego po dachach garaży...
W każdym razie teraz nie muszę wkładać tyle wysiłku w urozmaicanie sobie życia.
Ponieważ córki codziennie mnie czymś zaskakują.
Czasem mama wrażenie,ze kiedy tylko przykładam głowę do poduszki to koleżanka małżonka podłącza je do neta i przeprowadza upgrade.
Bo jak inaczej wytłumaczyć to ,że dziecko , które wczoraj umiało tylko robić bańki ze śliny dizisiaj na mój widok stwierdziło rzeczowo:
-Tata. Tatatatatatatata!
Nie od razu do mnie dotarło. Potem myślałem,że się przesłyszałem.
A potem westchnąłem;
-Ja pierdzielę jaki dzisiaj upał! Nawet oczy mi się pocą!!!
A córka jakby nigdy nic wyszczerzyła dziąsła i przytaknęła:
-Tata!
Zachwycający jest ten nowy soft mojej córki.
To chyba jakaś wersja „Talking-PRO”.
Ciekawe jaki ma system operacyjny?
Bo druga chyba na windows'ie chodzi.
Jakoś podejrzanie często się zawiesza.
Za to chyba hardware ma lepszy i jakąś jego mobilną wersję bo wygląda na to,że w ciągu dwóch dni zacznie raczkować do przodu.
Czas pokaże czy „gajowy” dalej będzie popełniał gafy w stylu mistrza gatunku Georga W. Busha.
Zbyt rzadko przebywam w tym świecie równoległym by przywiązywać do tego wagę.
Jakiś czas temu przeanalizowałem w jaki sposób rzeczywistość polityczna wpływa na nasze życie i doszedłem do wniosku ,że bezpośredniego przełożenia praktycznie nie ma.
Bicie piany, nowe ustawy, ich projekty, powstające i rozpadające się koalicje, słowa, słowa, słowa.
I tyle.
Za to trzymam Pana Bronka za słowo w kwestii refundacji in vitro, którą obiecał społeczeństwu.
Jak jednak wspomniałem obserwowaniu wydarzeń na scenie politycznej nie towarzyszą specjalne emocje.
Pogląd na obu kandydatów miałem na tyle wyrobiony ,że nawet podczas telewizyjnych debat ostentacyjnie czytałem książkę.
Jak tu przywiązywać wagę do kłamstw wyborczych kiedy dzieciaki przechodzą kolejny skok rozwojowy.
Swoja droga ciekawe skąd wzięło się to cokolwiek dziwaczne powiedzenie o „przywiązywaniu wagi”. A niby do czego? I czym?
I właściwie po cholerę przywiązywać?
No nieważne, o dzieciakach miało być.
Dzieci frankensteina to prawdziwe mistrzynie suspensu.
Potrafią uspokoić człowieka codzienna monotonia, morderczą wręcz rutyną...
Gdy wtem!
Są chyba tylko dwie rzeczy, których najbardziej nienawidzę.
Pierwsza to bezinteresowna i bezrefleksyjna ludzka głupota a druga to rutyna właśnie.
Już w podstawówce walczyłem z nią zmieniając co chwila trasę którą chodziłem do szkoły.
Teoretycznie do wyboru miałem tylko dwie ulice ,ale jak człowiek dobrze pokombinował i jednego dnia poszedł za śmietnikiem a drugiego po dachach garaży...
W każdym razie teraz nie muszę wkładać tyle wysiłku w urozmaicanie sobie życia.
Ponieważ córki codziennie mnie czymś zaskakują.
Czasem mama wrażenie,ze kiedy tylko przykładam głowę do poduszki to koleżanka małżonka podłącza je do neta i przeprowadza upgrade.
Bo jak inaczej wytłumaczyć to ,że dziecko , które wczoraj umiało tylko robić bańki ze śliny dizisiaj na mój widok stwierdziło rzeczowo:
-Tata. Tatatatatatatata!
Nie od razu do mnie dotarło. Potem myślałem,że się przesłyszałem.
A potem westchnąłem;
-Ja pierdzielę jaki dzisiaj upał! Nawet oczy mi się pocą!!!
A córka jakby nigdy nic wyszczerzyła dziąsła i przytaknęła:
-Tata!
Zachwycający jest ten nowy soft mojej córki.
To chyba jakaś wersja „Talking-PRO”.
Ciekawe jaki ma system operacyjny?
Bo druga chyba na windows'ie chodzi.
Jakoś podejrzanie często się zawiesza.
Za to chyba hardware ma lepszy i jakąś jego mobilną wersję bo wygląda na to,że w ciągu dwóch dni zacznie raczkować do przodu.
środa, 30 czerwca 2010
Polityczna niepoprawność medialna
No cóż po takiej przerwie czuję się jak debiutant. Tym bardziej ,że przeczytałem wczoraj kilka cierpkich komentarzy.
Przyznaję,że trochę mnie ruszyło.
Inna sprawa,że nie byłem zaskoczony. Nawet trochę bałem się wpisując adres blogu w wyszukiwarce :-)
Na zarzut o lekceważeniu mogę odpowiedzieć bardzo prosto: właśnie z szacunku do czytelników „nie ubierałem w słowa tego,że nie miałem nic do powiedzenia” :-)
Cytat może niezbyt dokładny bo z głowy.
Ale niewątpliwie trafny.
Czuje się ostatnio jakbym żył naraz w kilku równoległych światach.
Między 5.00 a 6.00 z bezkresnych mroków czarnej dziury wzywa mnie jękliwe wołanie którejś z księżniczek. I tym samym przenoszę się do świata jasności i dualnej monarchii.
Bardzo lubię te chwile o poranku. Karmie dzieciaki a kiedy najedzone przydrzemią siadam z kawą i przez kilkanaście minut czytam kilka stron książki.
Taaa... nieżyjący już Stieg Larson i jego trylogia „Milenium” to chyba jeden z powodów ostatniego milczenia...
Koło ósmej wsiadam w samochód i ląduję w krainie mroku i szarości. Świata , w którym słońce nigdy nie wschodzi i nie zachodzi. Resztę przemilczę bo cholera wie kto to z mojej firmy czyta ;-)
Wracając do księżniczek niestety muszę jeszcze po drodze odwiedzić kamieniołomy w naszym ogrodzie.
Koleżanka małżonka dosyć jasno wyraziła się na temat zbyt długiego oczekiwania na dokończenie balkonu i tarasu. Dobrze,ze chociaż szwagier betoniarkę pożyczył.
Taki tryb życia powoduje ,że ostatnio wyspecjalizowałem się w zasypianiu podczas najbardziej dramatycznych momentów meczów.
Ostatnio przydrzemałem podczas.... karnych!
Więc naprawdę nie miejcie żalu.
Tym bardziej,że każdą wolna chwile spędzam z dzieciakami.
Naprawdę potrafią dać w kość, ale obserwowanie tego jak rozwijają się z dnia na dzień jest fascynujące i rozczulające.
Nasz „bliźniak drugi” właśnie bardzo na serio przymierza się do raczkowania a „bliźniak pierwszy” nauczył się mówić „mama”.
I oddaje się temu zajęciu z niesłabnącym entuzjazmem.
A jednak to wspaniałe doświadczenie kiedy od drugiej do trzeciej w nocy człowiek słucha słodko monotonnej mantry:
„mamamamamaamamamamamamamaaaaamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamaaama....”
Fajne jest to tacierzyństwo.
Dzisiaj byliśmy na kolejnym spotkaniu z panią rehabilitantką.
Równie miłym co , moim zdaniem, całkiem niepotrzebnym. Bo chodzenie tylko po to żeby usłyszeć, że wszystko jest super ,ale „lepiej jeszcze poćwiczyć” jest chyba bez sensu.
Kiedy opowiadam o tym koledze lekarzowi ten tylko uśmiecha się i cynicznie stwierdza:
-A co się dziwisz. Oddział rehabilitacji z czegoś musi żyć.
No tak, pracy niewiele, koszty żadne a punkty do NFZ się nabija.
Pozostaje tylko wzruszyć ramionami.
Trudno za to tak lekko potraktować kampanię wyborczą, w której kwestia in vitro pojawia się bardzo regularnie.
Przygnębia mnie ta kampania prezydencka. Z kilku względów.
Po raz kolejny przychodzi podjąć decyzję czy zagłosować na kandydata bardzo złego czy bardzo złego inaczej.
Właśnie oglądam drugą debatę między „Małym Bratem” a „Nadętym Gajowym”.
Te pierwszy jest zdecydowanym przeciwnikiem in vitro ( „jestem katolikiem”) a drugi niby za ,ale reprezentuje partię, która cynicznie próbuje zniszczyć mój zakład pracy.
No i masz tu wybór Polaku.
Tym bardziej,że te wszystkie medialne działania mają jeszcze drugie i trzecie dno.
Chyba jeszcze nigdy koledzy dziennikarze tak mocno nie zaangażowali się w kampanię.
Ostatnio ze znajomymi śmialiśmy się tłumacząc skróty stacji telewizyjnych jako TVPis oraz Tusk Vision Network.
O ile jednak publiczna tv stara się zachować jakieś tam pozory to TVN jedzie po bandzie.
Z biznesowego punktu widzenia takie działanie jest zrozumiałe bo Platforma robi dużo by osłabić pozycję TVP, która jest poważnym konkurentem na rynku reklamowym.
A jednak jako dziennikarz brzydzę się takimi cynicznymi manipulacjami.
I chociaż jako widza bawią mnie często te medialne złośliwostki pod adresem Małego Brata to jednak jako dziennikarz nie mogę pozbyć się niesmaku.
Zresztą z prasą jest podobnie.
No cóż. Agora też od lat szuka dla siebie miejsca na rynku mediów elektronicznych...
Kiedy czytam wspomniany ostatnio kryminał Stiega Larsona to dochodzę do wniosku,że jeżeli chodzi o standardy i etykę dziennikarską to jeszcze przed nami dłuuuga droga.
Przyznaję,że trochę mnie ruszyło.
Inna sprawa,że nie byłem zaskoczony. Nawet trochę bałem się wpisując adres blogu w wyszukiwarce :-)
Na zarzut o lekceważeniu mogę odpowiedzieć bardzo prosto: właśnie z szacunku do czytelników „nie ubierałem w słowa tego,że nie miałem nic do powiedzenia” :-)
Cytat może niezbyt dokładny bo z głowy.
Ale niewątpliwie trafny.
Czuje się ostatnio jakbym żył naraz w kilku równoległych światach.
Między 5.00 a 6.00 z bezkresnych mroków czarnej dziury wzywa mnie jękliwe wołanie którejś z księżniczek. I tym samym przenoszę się do świata jasności i dualnej monarchii.
Bardzo lubię te chwile o poranku. Karmie dzieciaki a kiedy najedzone przydrzemią siadam z kawą i przez kilkanaście minut czytam kilka stron książki.
Taaa... nieżyjący już Stieg Larson i jego trylogia „Milenium” to chyba jeden z powodów ostatniego milczenia...
Koło ósmej wsiadam w samochód i ląduję w krainie mroku i szarości. Świata , w którym słońce nigdy nie wschodzi i nie zachodzi. Resztę przemilczę bo cholera wie kto to z mojej firmy czyta ;-)
Wracając do księżniczek niestety muszę jeszcze po drodze odwiedzić kamieniołomy w naszym ogrodzie.
Koleżanka małżonka dosyć jasno wyraziła się na temat zbyt długiego oczekiwania na dokończenie balkonu i tarasu. Dobrze,ze chociaż szwagier betoniarkę pożyczył.
Taki tryb życia powoduje ,że ostatnio wyspecjalizowałem się w zasypianiu podczas najbardziej dramatycznych momentów meczów.
Ostatnio przydrzemałem podczas.... karnych!
Więc naprawdę nie miejcie żalu.
Tym bardziej,że każdą wolna chwile spędzam z dzieciakami.
Naprawdę potrafią dać w kość, ale obserwowanie tego jak rozwijają się z dnia na dzień jest fascynujące i rozczulające.
Nasz „bliźniak drugi” właśnie bardzo na serio przymierza się do raczkowania a „bliźniak pierwszy” nauczył się mówić „mama”.
I oddaje się temu zajęciu z niesłabnącym entuzjazmem.
A jednak to wspaniałe doświadczenie kiedy od drugiej do trzeciej w nocy człowiek słucha słodko monotonnej mantry:
„mamamamamaamamamamamamamaaaaamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamamaaama....”
Fajne jest to tacierzyństwo.
Dzisiaj byliśmy na kolejnym spotkaniu z panią rehabilitantką.
Równie miłym co , moim zdaniem, całkiem niepotrzebnym. Bo chodzenie tylko po to żeby usłyszeć, że wszystko jest super ,ale „lepiej jeszcze poćwiczyć” jest chyba bez sensu.
Kiedy opowiadam o tym koledze lekarzowi ten tylko uśmiecha się i cynicznie stwierdza:
-A co się dziwisz. Oddział rehabilitacji z czegoś musi żyć.
No tak, pracy niewiele, koszty żadne a punkty do NFZ się nabija.
Pozostaje tylko wzruszyć ramionami.
Trudno za to tak lekko potraktować kampanię wyborczą, w której kwestia in vitro pojawia się bardzo regularnie.
Przygnębia mnie ta kampania prezydencka. Z kilku względów.
Po raz kolejny przychodzi podjąć decyzję czy zagłosować na kandydata bardzo złego czy bardzo złego inaczej.
Właśnie oglądam drugą debatę między „Małym Bratem” a „Nadętym Gajowym”.
Te pierwszy jest zdecydowanym przeciwnikiem in vitro ( „jestem katolikiem”) a drugi niby za ,ale reprezentuje partię, która cynicznie próbuje zniszczyć mój zakład pracy.
No i masz tu wybór Polaku.
Tym bardziej,że te wszystkie medialne działania mają jeszcze drugie i trzecie dno.
Chyba jeszcze nigdy koledzy dziennikarze tak mocno nie zaangażowali się w kampanię.
Ostatnio ze znajomymi śmialiśmy się tłumacząc skróty stacji telewizyjnych jako TVPis oraz Tusk Vision Network.
O ile jednak publiczna tv stara się zachować jakieś tam pozory to TVN jedzie po bandzie.
Z biznesowego punktu widzenia takie działanie jest zrozumiałe bo Platforma robi dużo by osłabić pozycję TVP, która jest poważnym konkurentem na rynku reklamowym.
A jednak jako dziennikarz brzydzę się takimi cynicznymi manipulacjami.
I chociaż jako widza bawią mnie często te medialne złośliwostki pod adresem Małego Brata to jednak jako dziennikarz nie mogę pozbyć się niesmaku.
Zresztą z prasą jest podobnie.
No cóż. Agora też od lat szuka dla siebie miejsca na rynku mediów elektronicznych...
Kiedy czytam wspomniany ostatnio kryminał Stiega Larsona to dochodzę do wniosku,że jeżeli chodzi o standardy i etykę dziennikarską to jeszcze przed nami dłuuuga droga.
środa, 9 czerwca 2010
AC/DC-część 3
Pod lotnisko, na którym ma odbyć się koncert, zajeżdżamy zaskakująco szybko.
Miny nam jednak rzedną kiedy zaczyna się mozolne szukanie miejsca do zaparkowania.
Samochody są wszędzie -na chodnikach, trawnikach podjazdach do sklepów.
W pewnym momencie sugeruję kierowcy żeby zaparkował w środku myjni samochodowej.
Jakoś nie wydaje mi się by jakiś klient odważył się dzisiaj do niej przyjechać.
Mój żart nie zostaje jednak doceniony.
Nie to nie. Siadam naburmuszony i siorbię piwo z puszki. Chciałem dobrze.
W końcu policjanci pozwalają nam zaparkować przy przystanku autobusowym. Ulica i tak zostanie zaraz zamknięta.
Nadszedł czas dramatycznej decyzji.
-To co będzie padało czy nie? Zakładamy kalosze czy nie?-patrzymy na siebie pytająco z koleżanką małżonką.
-W dupie! Nie bierzemy! Żyje się raz!
Ależ jesteśmy szaleni.
Przypomina mi się jeden z rysunków Garfielda, na którym Jon Arbuckle krzyczy -
„Jestem szalony! Założyłem nakolanniki na łokcie!!!”.
Po chwili jednak wchodzimy w gęsty tłum zmierzający do bramek.
Po drodze za dwie dychy kupujemy jeszcze dwie pary świecących diabelskich rogów.
Patrzymy na siebie krytycznie z koleżanka małżonką i zgodnie oceniamy,że ta cepeliada uczyniła z nas „najrasowszych” fanów AC/DC.
W pewnym momencie podchodzi do mnie dwóch kolesi. Ten wyższy pyta zaczepnie wskazując na moje świecące poroże:
-Pożyczysz, czy mam ci odebrać?
-Próbuj! - proponuję buńczucznie co wywołuje jego wesołość.
W końcu jest tylko dwa razy większy ode mnie.
Gratuluje mi właściwej postawy i rozchodzimy się w zgodzie.
Czuję,że zaczyna mnie cisnąć pęcherz.
Tego się obawiałem.
A potem się zaczyna.
Jedna bramka,kolejka do toi- toia.
Druga bramka i kolejna kolejka do toi -toia.
Wreszcie trzecia bramka i nasz sektor. Okazuje się ,że tu kolejek do toalet nie ma. Ale przecież nie po to zapłaciłem tyle za bilet, żeby teraz nie skorzystać. No to idę po raz trzeci.
Zastanawiając się po drodze czy to tylko wina wypitego piwa czy tez może warto pomyśleć o zbadaniu prostaty.
Kiedy wchodziliśmy na stadion, ktoś z tłumu mruknął:
-Eee, myślałem,że scena będzie większa.

Jednak okazało się to złudne, bo z każdym krokiem scena rosła i robiła coraz większe wrażenie.

A na scenie Dżem. Po śmierci Ryśka Riedla przez wielu traktowany jak przyzwoity coverband.
A jednak miło było posłuchać starych dobrych kawałków, które brzmiały naprawdę dobrze i
soczyście.
I kiedy kiwaliśmy się przy „Wehikule Czasu” ktoś mruknął:
-Jeżeli teraz jest tak fajnie to wyobraźcie sobie co będzie później.
Aż ciary przeszły po plecach.
A właściwie przegalopowały. O mało nie odbijając mi nerek.
Najwyraźniej były to metalowe ciary ubrane w glany.
Masując obolałe plecy obserwowałem krzątaninę ekipy technicznej, która szykowała scenę na występ gwiazdy wieczoru.
Poszło im zaskakująco sprawnie i szybko. Punktualnie o 21.00 rozbłysły światła a na telebimach pojawił się film animowany , którego akcja rozgrywała się w rozpędzonym pociągu.
Akcja robiła się coraz bardziej dramatyczna a muzyka narastała. Ciary na moich plecach przestały galopować. Teraz używały już naprawdę ciężkiego sprzętu.
A potem zaczęło się szaleństwo. I po moich plecach przejechała dywizja czołgów.
Huk eksplozji, dymy, rozbłysk świateł i rozpędzona lokomotywa wjeżdżająca na scenę.

Z moich ust mimowolnie wyrwało się jedno głośne słowo. Takie z wyrazistym „r” w środku , które w naszym języku służy do wyrażania całej palety emocji. Najczęściej skrajnych.
Zginęło ono jednak w huku utworu „Rock'n roll train”.

A potem było coraz lepiej.

Trzeci numer koncertu to „Back in black” i kompletne szaleństwo.
Sześćdziesięcioletni Brian Johnston biegał z mikrofonem a 55-latek Angus Young robił wszystko by udowodnić,że pogłoski o jego wieku są mocno przesadzone.

Ostra jak żyleta muza, bicie w wielki dzwon przy Hells Bells, solidna 10-minutowa solówka i gardło zdarte do szczętu przy ryczeniu Highway to Hell.
Aczkolwiek po tych harcach Angus wyglądał na dećko wykończonego.

Kiedy muzyka wreszcie ucichła i światła zgasły poczułem ,że mam miękkie nogi.
Okazało się ,że nie ja jeden.
Nucąc chrapliwymi, zdartymi głosami finałowe „For those about to rock” człapaliśmy w lekko zataczającym się tłumie.
Przez głowę przeleciała mi myśl,że właśnie kończy się jeden z najwspanialszych wieczorów w moim życiu. Potem jednak poczułem ukłucie żalu na myśl o tym,że taki wieczór już się pewnie nie powtórzy.
Kolejne ukłucie żalu, tym razem do losu- poczułem kiedy okazało się,że jedna osoba z naszego busa zaginęła gdzieś w akcji.
Umówiliśmy się,że godzinę po koncercie wszyscy mają być już na swoich miejscach. Tyle,że jeden z kolesi miał inne plany. Kiedy w końcu raczył odebrać telefon oświadczył bełkotliwym głosem,że siedzi na krawężniku przy stacji benzynowej w towarzystwie jakiś przemiłych i równie pijanych ludzi. Najwyraźniej nie spieszyło mu się do nas.
Kiedy po ponad godzinie wreszcie się pojawił ci którzy tego ranka mieli iść do pracy złożyli mu serdeczne podziękowania.
Większość z nich zaczynała się od słów … których po namyśle postanowiłem tu nie przytaczać.
Zresztą owe oświadczenia nie tylko zaczynały się niecenzuralnie.
Ona całe stanowiły totalny manifest „niecenzuralności”.
Winowajca nie sprawiał wrażenia specjalnie poruszonego.
Zatoczył dookoła nieprzytomnym wzrokiem a potem zwalił się na swoje miejsce i słodko zasnął.
Co było robić? Spróbowaliśmy pójść w jego ślady.
Do domu dotarliśmy nad ranem. Nastawiłem budzik i straciłem przytomność jeszcze zanim moja głowa dotknęła poduszki. Niestety praktycznie w tym samym momencie budzik zadzwonił.
Zerknąłem na zegarek i ze zdziwieniem stwierdziłem,że w rzeczywistości minęły dwie godziny.
Klnąc paskudnie pod nosem poszedłem się ogolić. Na zrobienie sobie śniadania nie miałem już ani siły ani czasu.
Jadąc do pracy kupiłem półtoralitrową butelkę coli. Następne osiem godzin spędziłem popijając nią kolejne kubki kawy.
„Co nie zabije uczyni cię mocniejszym! Stary metal nie rdzewieje!!!” -powtarzałem sobie w duchu próbując zogniskować wzrok na obrazie wyświetlanym przez monitor komputera.
To było cholernie długie osiem godzin.
Miny nam jednak rzedną kiedy zaczyna się mozolne szukanie miejsca do zaparkowania.
Samochody są wszędzie -na chodnikach, trawnikach podjazdach do sklepów.
W pewnym momencie sugeruję kierowcy żeby zaparkował w środku myjni samochodowej.
Jakoś nie wydaje mi się by jakiś klient odważył się dzisiaj do niej przyjechać.
Mój żart nie zostaje jednak doceniony.
Nie to nie. Siadam naburmuszony i siorbię piwo z puszki. Chciałem dobrze.
W końcu policjanci pozwalają nam zaparkować przy przystanku autobusowym. Ulica i tak zostanie zaraz zamknięta.
Nadszedł czas dramatycznej decyzji.
-To co będzie padało czy nie? Zakładamy kalosze czy nie?-patrzymy na siebie pytająco z koleżanką małżonką.
-W dupie! Nie bierzemy! Żyje się raz!
Ależ jesteśmy szaleni.
Przypomina mi się jeden z rysunków Garfielda, na którym Jon Arbuckle krzyczy -
„Jestem szalony! Założyłem nakolanniki na łokcie!!!”.
Po chwili jednak wchodzimy w gęsty tłum zmierzający do bramek.
Po drodze za dwie dychy kupujemy jeszcze dwie pary świecących diabelskich rogów.
Patrzymy na siebie krytycznie z koleżanka małżonką i zgodnie oceniamy,że ta cepeliada uczyniła z nas „najrasowszych” fanów AC/DC.
W pewnym momencie podchodzi do mnie dwóch kolesi. Ten wyższy pyta zaczepnie wskazując na moje świecące poroże:
-Pożyczysz, czy mam ci odebrać?
-Próbuj! - proponuję buńczucznie co wywołuje jego wesołość.
W końcu jest tylko dwa razy większy ode mnie.
Gratuluje mi właściwej postawy i rozchodzimy się w zgodzie.
Czuję,że zaczyna mnie cisnąć pęcherz.
Tego się obawiałem.
A potem się zaczyna.
Jedna bramka,kolejka do toi- toia.
Druga bramka i kolejna kolejka do toi -toia.
Wreszcie trzecia bramka i nasz sektor. Okazuje się ,że tu kolejek do toalet nie ma. Ale przecież nie po to zapłaciłem tyle za bilet, żeby teraz nie skorzystać. No to idę po raz trzeci.
Zastanawiając się po drodze czy to tylko wina wypitego piwa czy tez może warto pomyśleć o zbadaniu prostaty.
Kiedy wchodziliśmy na stadion, ktoś z tłumu mruknął:
-Eee, myślałem,że scena będzie większa.

Jednak okazało się to złudne, bo z każdym krokiem scena rosła i robiła coraz większe wrażenie.

A na scenie Dżem. Po śmierci Ryśka Riedla przez wielu traktowany jak przyzwoity coverband.
A jednak miło było posłuchać starych dobrych kawałków, które brzmiały naprawdę dobrze i
soczyście.
I kiedy kiwaliśmy się przy „Wehikule Czasu” ktoś mruknął:
-Jeżeli teraz jest tak fajnie to wyobraźcie sobie co będzie później.
Aż ciary przeszły po plecach.
A właściwie przegalopowały. O mało nie odbijając mi nerek.
Najwyraźniej były to metalowe ciary ubrane w glany.
Masując obolałe plecy obserwowałem krzątaninę ekipy technicznej, która szykowała scenę na występ gwiazdy wieczoru.
Poszło im zaskakująco sprawnie i szybko. Punktualnie o 21.00 rozbłysły światła a na telebimach pojawił się film animowany , którego akcja rozgrywała się w rozpędzonym pociągu.
Akcja robiła się coraz bardziej dramatyczna a muzyka narastała. Ciary na moich plecach przestały galopować. Teraz używały już naprawdę ciężkiego sprzętu.
A potem zaczęło się szaleństwo. I po moich plecach przejechała dywizja czołgów.
Huk eksplozji, dymy, rozbłysk świateł i rozpędzona lokomotywa wjeżdżająca na scenę.

Z moich ust mimowolnie wyrwało się jedno głośne słowo. Takie z wyrazistym „r” w środku , które w naszym języku służy do wyrażania całej palety emocji. Najczęściej skrajnych.
Zginęło ono jednak w huku utworu „Rock'n roll train”.

A potem było coraz lepiej.

Trzeci numer koncertu to „Back in black” i kompletne szaleństwo.
Sześćdziesięcioletni Brian Johnston biegał z mikrofonem a 55-latek Angus Young robił wszystko by udowodnić,że pogłoski o jego wieku są mocno przesadzone.

Ostra jak żyleta muza, bicie w wielki dzwon przy Hells Bells, solidna 10-minutowa solówka i gardło zdarte do szczętu przy ryczeniu Highway to Hell.
Aczkolwiek po tych harcach Angus wyglądał na dećko wykończonego.

Kiedy muzyka wreszcie ucichła i światła zgasły poczułem ,że mam miękkie nogi.
Okazało się ,że nie ja jeden.
Nucąc chrapliwymi, zdartymi głosami finałowe „For those about to rock” człapaliśmy w lekko zataczającym się tłumie.
Przez głowę przeleciała mi myśl,że właśnie kończy się jeden z najwspanialszych wieczorów w moim życiu. Potem jednak poczułem ukłucie żalu na myśl o tym,że taki wieczór już się pewnie nie powtórzy.
Kolejne ukłucie żalu, tym razem do losu- poczułem kiedy okazało się,że jedna osoba z naszego busa zaginęła gdzieś w akcji.
Umówiliśmy się,że godzinę po koncercie wszyscy mają być już na swoich miejscach. Tyle,że jeden z kolesi miał inne plany. Kiedy w końcu raczył odebrać telefon oświadczył bełkotliwym głosem,że siedzi na krawężniku przy stacji benzynowej w towarzystwie jakiś przemiłych i równie pijanych ludzi. Najwyraźniej nie spieszyło mu się do nas.
Kiedy po ponad godzinie wreszcie się pojawił ci którzy tego ranka mieli iść do pracy złożyli mu serdeczne podziękowania.
Większość z nich zaczynała się od słów … których po namyśle postanowiłem tu nie przytaczać.
Zresztą owe oświadczenia nie tylko zaczynały się niecenzuralnie.
Ona całe stanowiły totalny manifest „niecenzuralności”.
Winowajca nie sprawiał wrażenia specjalnie poruszonego.
Zatoczył dookoła nieprzytomnym wzrokiem a potem zwalił się na swoje miejsce i słodko zasnął.
Co było robić? Spróbowaliśmy pójść w jego ślady.
Do domu dotarliśmy nad ranem. Nastawiłem budzik i straciłem przytomność jeszcze zanim moja głowa dotknęła poduszki. Niestety praktycznie w tym samym momencie budzik zadzwonił.
Zerknąłem na zegarek i ze zdziwieniem stwierdziłem,że w rzeczywistości minęły dwie godziny.
Klnąc paskudnie pod nosem poszedłem się ogolić. Na zrobienie sobie śniadania nie miałem już ani siły ani czasu.
Jadąc do pracy kupiłem półtoralitrową butelkę coli. Następne osiem godzin spędziłem popijając nią kolejne kubki kawy.
„Co nie zabije uczyni cię mocniejszym! Stary metal nie rdzewieje!!!” -powtarzałem sobie w duchu próbując zogniskować wzrok na obrazie wyświetlanym przez monitor komputera.
To było cholernie długie osiem godzin.
AC/DC-część 2
Jak zwykle wydawało nam się ,że mamy masę czasu dopóki nie zaczęliśmy się zbierać. Wtedy zaczęło robić się nerwowo.
Jakie ciuchy dla dziewczynek zostawić dziadkom? Czy będzie ciepło, czy zimno? A może średnio?
No to szykujemy je na wszystkie opcje pogodowe. prognozy meteorologiczne na różnych kanałach bardzo różnią się od siebie a niektóre są wręcz sprzeczne.
Jedną ze stacji zaczynam wręcz podejrzewać o to,że zamiast stawiać na mityczny parametr „sprawdzalności” zaczynają po prostu obiecywać taką pogodę jakiej życzyłaby sobie większość społeczeństwa.
-Kurczę żeby tylko nie padało!-jęczy koleżanka małżonka
-Moja droga- tłumaczę jej pełen zapału- Zapewniam cię ,że już przy trzecim utworze pogoda przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie! Zabrzmi „Back in Black” i wszyscy odlecimy w kosmos!!!
Kiwa głową, ale nie wygląda na specjalnie przekonaną.
Nie ma czasu na dłuższe dyskusje bo czas ucieka.
Zaczynam nosić do samochodu sprzęt jakiego moi rodzice będą potrzebowali do serwisowania dziewczynek.
Najpierw wózek, potem wanienka, potem leżaczki...i w tym momencie okazuje się ,że na resztę zabrakło już miejsca. A więc wyciągam wszystkie graty z bagażnika i zaczynam od nowa starając się jak najlepiej wykorzystać przestrzeń bagażową.
O dziwo jakoś się udaje.

Jednak kiedy wracam do domu dowiaduję się, że muszę jeszcze upchnąć w samochodzie dwie torby z ekwipunkiem dla dzieciaków. No i oczywiście nasze bambetle.
I znowu , ku mojemu zaskoczeniu, jakoś się udaje. Co prawda samochód wygląda tak jakby znalazły się w nim bagaże 12 osobowej ekipy wybierającej się na wielomiesięczny rajd dookoła globu, ale trudno się temu dziwić.
My też musimy być przygotowani na różne warunki pogodowe.
To już nie te czasy kiedy człowiekowi wystarczało to co ma na grzbiecie i kilka groszy w kieszeni.
Chociaż nie ukrywam,że trochę mi tęskno za tamtym okresem.
Nie mam jednak czasu na smętne rozważania.
Upychamy wszystko w samochodzie, pakujemy dzieciaki do fotelików i grzejemy do dziadków.
Po drodze koleżanka małżonka desantuje się pod sklepem.
Zadanie- „znaleźć i zakupić”.
Cel- „mokre i z procentami”.
Środki- „wszystkie niezbędne- łącznie z eliminacją przeciwnika”.
Podczas gdy żona buszuje w spożywczaku ja zajeżdżam pod dom rodziców.
Oczywiście zamiast skoncentrować się na wyładunku dziecięcego ekwipunku muszę odpowiadać na pytania o to „dlaczego przyjechałem bez żony”.
Na szczęście obiekt pytań już po chwili nadciąga dźwigając podzwaniającą torbę.
Teraz ona przejmuje obowiązki rzecznika prasowego a ja mogę skoncentrować się na swojej nowej ścieżce kariery.
Czyli pracy wysoko wykwalifikowanego tragarza.
Kilkanaście minut później pędzimy już na miejsce zbiórki.
-Wiesz myślałam ,że będę się cieszyć. Że wolność i swoboda i w ogóle. A tak mi jakoś bez nich smętnie.
-Tak, ja też już tęsknię. Właściwie to od wczoraj- kiwam głową i wkładam do odtwarzacza „Black Ice”.
Dźwięk gitary Angusa Younga tnie powietrze a ja mimowolnie mocniej naciskam pedał gazu.
„Ale byłaby wtopa jakbyśmy teraz zaliczyli stłuczkę i przez to spóźnili się na koncert”-przelatuje mi przez głowę i zwalniam.
A więc tak wygląda nadciągająca starość? Rozsądek, przewidywalność, ostrożność?
„E tam zaraz starość, wiek dojrzały po prostu. No... dojrzewający” -staram się pocieszyć w duchu.
Na parkingu czeka już kilka osób. Raczej trudno się pomylić chociaż znam tylko kilka twarzy.
Czarne koszulki, z charakterystycznym logo, opinające wypięte brzuchy, długie włosy przerzedzające się niebezpiecznie na czubkach głów.
Tak wyglądają ludzie zakonserwowani ostrym graniem.
Witamy się mimowolnie zauważając upływ lat u niektórych znajomych. Większość z nich spotykam co kilka lat przy okazji wyjazdu na jakiś koncert. Dla niektórych czas jest łaskawy.
Przez moment zastanawiam się jak ja wyglądam w ich oczach. Szybko jednak daję spokój- przecież do cholery mam w domu lustro.
Po chwili zajeżdża nasz bus i ładujemy się do środka.
Jeszcze nie zdążyłem upchnąć plecaka pod fotelem gdy usłyszałem znajomy syk otwieranych puszek i bulgotanie płynu przelewanego z butelki do gardła. Bez pośrednictwa niepotrzebnych akcesoriów.
Po przejechaniu kilkunastu kilometrów jest już naprawdę wesoło.
Jestem tylko niemiło zaskoczony muzyką dobiegającą z odtwarzacza kierowcy.
Dobra tradycja nakazuje grać twórczość zespołu na koncert którego się udajemy.
Tymczasem w głośnikach rozbrzmiewa Chris Rea.
Pociągam solidny łyk z puszki i wzdycham teatralnie:
-Niech ktoś wreszcie panu kierowcy wytłumaczy,że „Road to Hell” i „Highway to Hell” to wbrew pozorom dwa różne kawałki.
Odpowiadają mi ironiczne rechoty.
Kilkanaście puszek dalej radzimy sobie już sami.
„For those about to rock. We salute you”-ryczy kilkanaście gardeł.
Specjalista od przelewania przeźroczystego, wysokoprocentowego płynu z pustego w swe próżne ciało leży już nieprzytomny na podłodze.
Jego koledzy przez chwilę oddają się rozważaniom pod tytułem -”będzie rzygał czy nie?”.
Ponieważ jednak obiekt ich zainteresowania jest nieprzytomny rozpoczynają dyskusję o muzyce.
-Ja proszę ciebie to nie uznaję żadnego wydziwiania! Rock to są dwie gitary, bas i perka. Nic więcej nie potrzeba!-peroruje ktoś z tyłu autobusu bełkotliwym głosem.
-Stary! Black Sabbath, Deep Purple, Led Zeppelin- to było granie!!
Teraz wybucha spór o to który z gigantów rocka był największy.
-Żądnych klawiszy. Po co to!? Dwie gitary, perkusja, bas...-tłumaczy swoje stanowisko bełkotliwy głos.
-Ech pijmy za wokalistę DIO- świętej pamięci!-ktoś wznosi uroczysty toast.
-Noo, to był głos! Deep Purple i Dio- moje ulubione kapele- kontynuuje „bełkotliwy”.
Zaraz jednak przypomina:
-Wokal, dwie gitary, perkusja i bas. Nic więcej nie uznaję!!!
Swym ortodoksyjnym oświadczeniem wywołuje prawdziwy aplauz podpitego towarzystwa.
Jednak kiedy wrzask przycicha ktoś z tyłu stwierdza cicho.
-Deep Purple przecież używali klawiszy.
Zapada bardzo niezręczna cisza.
Na szczęście chwilę później zatrzymujemy się na rozprostowanie kości.

Przeciwnik syntezatorów znika w krzakach aby rozprostować a raczej opróżnić swój podtruty układ trawienny.
Po chwili dołącza do niego kolega, który spał na podłodze.
Po kilkunastu minutach ruszamy w dalszą drogę.
Teraz postoje robią się coraz częstsze. Moczopędny napój gazowany zrobił swoje.
Zaczynam się martwić o to czy w ogóle zdążymy na koncert.
Na szczęście podczas jednego z przystanków wyżebraliśmy od ekipy jadącej drugim busem kilka płyt. Zgrzytnięcie pierwszych dźwięków gitar powoduje, że towarzystwo trzeźwieje i przypomina sobie po co w ogóle została zorganizowana ta wyprawa.
Niestety przed wjazdem do stolicy kierowca ścisza odtwarzacz bo „teraz to on się musi skoncentrować”.
Jego niestosowne zachowanie wywołuje kilka niechętnych,ale niezbyt głośnych komentarzy.
CDN...jutro finał
Jakie ciuchy dla dziewczynek zostawić dziadkom? Czy będzie ciepło, czy zimno? A może średnio?
No to szykujemy je na wszystkie opcje pogodowe. prognozy meteorologiczne na różnych kanałach bardzo różnią się od siebie a niektóre są wręcz sprzeczne.
Jedną ze stacji zaczynam wręcz podejrzewać o to,że zamiast stawiać na mityczny parametr „sprawdzalności” zaczynają po prostu obiecywać taką pogodę jakiej życzyłaby sobie większość społeczeństwa.
-Kurczę żeby tylko nie padało!-jęczy koleżanka małżonka
-Moja droga- tłumaczę jej pełen zapału- Zapewniam cię ,że już przy trzecim utworze pogoda przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie! Zabrzmi „Back in Black” i wszyscy odlecimy w kosmos!!!
Kiwa głową, ale nie wygląda na specjalnie przekonaną.
Nie ma czasu na dłuższe dyskusje bo czas ucieka.
Zaczynam nosić do samochodu sprzęt jakiego moi rodzice będą potrzebowali do serwisowania dziewczynek.
Najpierw wózek, potem wanienka, potem leżaczki...i w tym momencie okazuje się ,że na resztę zabrakło już miejsca. A więc wyciągam wszystkie graty z bagażnika i zaczynam od nowa starając się jak najlepiej wykorzystać przestrzeń bagażową.
O dziwo jakoś się udaje.

Jednak kiedy wracam do domu dowiaduję się, że muszę jeszcze upchnąć w samochodzie dwie torby z ekwipunkiem dla dzieciaków. No i oczywiście nasze bambetle.
I znowu , ku mojemu zaskoczeniu, jakoś się udaje. Co prawda samochód wygląda tak jakby znalazły się w nim bagaże 12 osobowej ekipy wybierającej się na wielomiesięczny rajd dookoła globu, ale trudno się temu dziwić.
My też musimy być przygotowani na różne warunki pogodowe.
To już nie te czasy kiedy człowiekowi wystarczało to co ma na grzbiecie i kilka groszy w kieszeni.
Chociaż nie ukrywam,że trochę mi tęskno za tamtym okresem.
Nie mam jednak czasu na smętne rozważania.
Upychamy wszystko w samochodzie, pakujemy dzieciaki do fotelików i grzejemy do dziadków.
Po drodze koleżanka małżonka desantuje się pod sklepem.
Zadanie- „znaleźć i zakupić”.
Cel- „mokre i z procentami”.
Środki- „wszystkie niezbędne- łącznie z eliminacją przeciwnika”.
Podczas gdy żona buszuje w spożywczaku ja zajeżdżam pod dom rodziców.
Oczywiście zamiast skoncentrować się na wyładunku dziecięcego ekwipunku muszę odpowiadać na pytania o to „dlaczego przyjechałem bez żony”.
Na szczęście obiekt pytań już po chwili nadciąga dźwigając podzwaniającą torbę.
Teraz ona przejmuje obowiązki rzecznika prasowego a ja mogę skoncentrować się na swojej nowej ścieżce kariery.
Czyli pracy wysoko wykwalifikowanego tragarza.
Kilkanaście minut później pędzimy już na miejsce zbiórki.
-Wiesz myślałam ,że będę się cieszyć. Że wolność i swoboda i w ogóle. A tak mi jakoś bez nich smętnie.
-Tak, ja też już tęsknię. Właściwie to od wczoraj- kiwam głową i wkładam do odtwarzacza „Black Ice”.
Dźwięk gitary Angusa Younga tnie powietrze a ja mimowolnie mocniej naciskam pedał gazu.
„Ale byłaby wtopa jakbyśmy teraz zaliczyli stłuczkę i przez to spóźnili się na koncert”-przelatuje mi przez głowę i zwalniam.
A więc tak wygląda nadciągająca starość? Rozsądek, przewidywalność, ostrożność?
„E tam zaraz starość, wiek dojrzały po prostu. No... dojrzewający” -staram się pocieszyć w duchu.
Na parkingu czeka już kilka osób. Raczej trudno się pomylić chociaż znam tylko kilka twarzy.
Czarne koszulki, z charakterystycznym logo, opinające wypięte brzuchy, długie włosy przerzedzające się niebezpiecznie na czubkach głów.
Tak wyglądają ludzie zakonserwowani ostrym graniem.
Witamy się mimowolnie zauważając upływ lat u niektórych znajomych. Większość z nich spotykam co kilka lat przy okazji wyjazdu na jakiś koncert. Dla niektórych czas jest łaskawy.
Przez moment zastanawiam się jak ja wyglądam w ich oczach. Szybko jednak daję spokój- przecież do cholery mam w domu lustro.
Po chwili zajeżdża nasz bus i ładujemy się do środka.
Jeszcze nie zdążyłem upchnąć plecaka pod fotelem gdy usłyszałem znajomy syk otwieranych puszek i bulgotanie płynu przelewanego z butelki do gardła. Bez pośrednictwa niepotrzebnych akcesoriów.
Po przejechaniu kilkunastu kilometrów jest już naprawdę wesoło.
Jestem tylko niemiło zaskoczony muzyką dobiegającą z odtwarzacza kierowcy.
Dobra tradycja nakazuje grać twórczość zespołu na koncert którego się udajemy.
Tymczasem w głośnikach rozbrzmiewa Chris Rea.
Pociągam solidny łyk z puszki i wzdycham teatralnie:
-Niech ktoś wreszcie panu kierowcy wytłumaczy,że „Road to Hell” i „Highway to Hell” to wbrew pozorom dwa różne kawałki.
Odpowiadają mi ironiczne rechoty.
Kilkanaście puszek dalej radzimy sobie już sami.
„For those about to rock. We salute you”-ryczy kilkanaście gardeł.
Specjalista od przelewania przeźroczystego, wysokoprocentowego płynu z pustego w swe próżne ciało leży już nieprzytomny na podłodze.
Jego koledzy przez chwilę oddają się rozważaniom pod tytułem -”będzie rzygał czy nie?”.
Ponieważ jednak obiekt ich zainteresowania jest nieprzytomny rozpoczynają dyskusję o muzyce.
-Ja proszę ciebie to nie uznaję żadnego wydziwiania! Rock to są dwie gitary, bas i perka. Nic więcej nie potrzeba!-peroruje ktoś z tyłu autobusu bełkotliwym głosem.
-Stary! Black Sabbath, Deep Purple, Led Zeppelin- to było granie!!
Teraz wybucha spór o to który z gigantów rocka był największy.
-Żądnych klawiszy. Po co to!? Dwie gitary, perkusja, bas...-tłumaczy swoje stanowisko bełkotliwy głos.
-Ech pijmy za wokalistę DIO- świętej pamięci!-ktoś wznosi uroczysty toast.
-Noo, to był głos! Deep Purple i Dio- moje ulubione kapele- kontynuuje „bełkotliwy”.
Zaraz jednak przypomina:
-Wokal, dwie gitary, perkusja i bas. Nic więcej nie uznaję!!!
Swym ortodoksyjnym oświadczeniem wywołuje prawdziwy aplauz podpitego towarzystwa.
Jednak kiedy wrzask przycicha ktoś z tyłu stwierdza cicho.
-Deep Purple przecież używali klawiszy.
Zapada bardzo niezręczna cisza.
Na szczęście chwilę później zatrzymujemy się na rozprostowanie kości.

Przeciwnik syntezatorów znika w krzakach aby rozprostować a raczej opróżnić swój podtruty układ trawienny.
Po chwili dołącza do niego kolega, który spał na podłodze.
Po kilkunastu minutach ruszamy w dalszą drogę.
Teraz postoje robią się coraz częstsze. Moczopędny napój gazowany zrobił swoje.
Zaczynam się martwić o to czy w ogóle zdążymy na koncert.
Na szczęście podczas jednego z przystanków wyżebraliśmy od ekipy jadącej drugim busem kilka płyt. Zgrzytnięcie pierwszych dźwięków gitar powoduje, że towarzystwo trzeźwieje i przypomina sobie po co w ogóle została zorganizowana ta wyprawa.
Niestety przed wjazdem do stolicy kierowca ścisza odtwarzacz bo „teraz to on się musi skoncentrować”.
Jego niestosowne zachowanie wywołuje kilka niechętnych,ale niezbyt głośnych komentarzy.
CDN...jutro finał
Subskrybuj:
Posty (Atom)