Wczoraj cały dzień byłem jakiś niezdrowo nabuzowany.Nerwowa atmosfera w pracy, jakieś bezsensowne gierki i intrygi. Do tego ekipa remontowa , która bez ostrzeżenia postanowiła sobie zrobić wolny dzień. Żeby odreagować, w drodze do domu, wsadziłem do odtwarzacza w samochodzie płytkę z solidną porcją starego dobrego heavy metalu. Przy takim hałasie naprawdę trudno zebrać myśli więc odpoczywam psychicznie. Niestety, zanim zadziałało trafiłem na roboty drogowe. Przymknąłem więc szybę żeby nie wyglądać na miłośnika "wietrzenia łokcia", który uważa ,że cały świat powinien słuchać jego, jedynie słusznej, muzyki.
Między pachołkami kręcili się dobrze zbudowani panowie-jeden z nich z lizakiem do kierowania ruchem.Stał obok koparki. Kiedy podjechałem do niej bliżej i zamierzałem wyminąć- pan odwrócił się w moja stronę i jak oparzony skoczył mi przed maskę po czym zaczął wymachiwać rękami i coś krzyczeć.
Ale muza grała głośno więc widziałem tylko poruszające się usta.Nie jestem mistrzem w czytaniu z ruchu warg,ale kilka podstawowych wulgaryzmów potrafię rozpoznać.
Ponieważ nie wydawało mi się bym zasługiwał na takie traktowanie ściszyłem odtwarzacz, opuściłem szybę i zagadnąłem o co chodzi.Wiem,że na chamstwo najlepiej odpowiadać inteligentnie i kulturalnie bo wtedy człowiek jest moralnym zwycięzcą, ale nie dałem rady.Moje pytanie nie było zbyt grzeczne jeżeli domyślacie się co mam na myśli.
Potem nastąpiła krótka ,ale treściwa wymiana poglądów. Pan w pomarańczowej kamizelce wyraził swoje zastrzeżenia co do mojej jazdy a ja przekazałem mu parę uwag na temat ludzi, którzy powinni kierować ruchem,ale najwyraźniej przerasta to ich możliwości intelektualne.
Była to prawdziwie męska rozmowa pozbawiona niepotrzebnych zwrotów grzecznościowych. Za to w celu podkreślenia ekspresji okraszona wieloma słowami uznawanymi powszechnie za obraźliwe i wulgarne.
Kiedy skończyliśmy naszą burzę mózgów mój rozmówca dalej stał i nie zdradzał ochoty posłużenia się lizakiem. Spytałem więc przesłodzonym tonem:
-Drogi łaskawco czy teraz można już jechać?
Ponieważ odpowiedź na moje pytanie była długa, nieuprzejma i utrzymana w konwencji całej naszej rozmowy, pozwoliłem sobie odpowiedzieć w podobnym tonie.
Na szczęście udało mi się odjechać zanim pan drogowiec postanowił wyciągnąć mnie z samochodu i przejść od gadania do działania.W przeciwnym wypadku musiałbym zbierać wybite zęby połamanymi rekami.
Ponieważ jechałem przez teren niezabudowany szyba poszła w dół, potencjometr na full, słonko świeciło, wiatr rozwiewał włosy a świat stał się jakiś lepszy.
Mimo,że chyba nigdy w życiu nie użyłem publicznie (tak licznie i tak głośno) podobnego słownictwa nie czułem wyrzutów sumienia.
Chociaż pewnie powinienem.
Z drugiej strony to mogła być ostatnia okazja by zachować się jak stereotypowy ultra macho.
Kiedy na tylnym siedzeniu pojawią się dwa foteliki na pewno sobie na to nie pozwolę.
Po powrocie do domu zrelacjonowałem przy obiedzie swoją przygodę koleżance małżonce a potem zabrałem się wreszcie do koszenia trawy w ogrodzie.
Ponieważ ostatnio mocno zaniedbałem te pracę uznałem ,że najpierw w ruch musi pójść kosa spalinowa. Ponieważ to cholerstwo jest strasznie głośne w uszy wsadziłem słuchawki odtwarzacza i zabrałem się do roboty.
Trawa była mokra więc szło opornie,ale przy dźwiękach Body Count jakoś szło. Ice T bluzgał i śpiewał o zabijaniu policjantów, dziwkach i dyskryminacji afroamerykanów a ja czułem ,że wreszcie schodzi ze mnie para.
Kosząc i rozkoszując się muzyką zacząłem zastanawiać się co odpowiem dzieciom kiedy za kilka lat spytają:
-A czego słuchasz tatusiu? O czym ten pan tak krzyczy?
Co mam im odpowiedzieć? Że to piosenki o miłości?
A co jak będą chciały wiedzieć co znaczy nazwa jednego z moich ulubionych zespołów SUICIDAL TENDENCIES?
Bycie rodzicem jest znacznie bardziej skomplikowane niż mi się wydawało.
Jadąc dzisiaj do pracy słuchałem PJ Harvey ("Uh Huh, Her").
wtorek, 21 lipca 2009
niedziela, 19 lipca 2009
Różowa dyktatura
Ostatnio coraz częściej znajomi pytają nas czy już wiemy jakiej płci będą dzieci. Oczywiście jeszcze na to za wcześnie, ale po ostatniej wizycie u lekarza zaczęliśmy się nastawiać,że o będą dziewczynki. Oczywiście wmawiamy sobie ,że żadne nastawianie się nie ma sensu, ale myśli sam dryfują.
Kilka dni temu zajrzeliśmy do sporego sklepu z odzieżą ciążową i dziecięcymi ciuszkami.
Poszliśmy tam bo koleżanka małżonka szukała krótkich spodenek, ale oczywiście skończyliśmy wśród wieszaków i półek z odzieżą w rozmiarze XXXXXS.
Dopiero tam zdałem sobie sprawę z tego,ze dotychczas zerkałem właściwie tylko na ubrania dla chłopców.
Korzystając z tego ,że ona była zajęta przymierzaniem ruszyłem do krainy falbanek, kokardek i biedronek wpinanych we włosy.
Szedłem między półkami i jakoś nie moglem skupić się na żadnej konkretnej rzeczy. Miałem wrażenie ,że stoję przed jedną wielką różową ścianą.
Wcześniej w dziale dla „nie za dużych mężczyzn” było zupełnie inaczej. Tam co chwilę mój wzrok przyciągała jakaś fajna bluza z kapturem, czaderskie spodenki albo śpioszki wyglądające jak dżinsy.
Nie przejąłem się jednak tym,że nie widzę nic ciekawego do ubrania dla dziewczynek bo w kwestii damskiej mody jestem porażająco beznadziejny.
Nie chodzi mi o to,że jest mi obojętne w co się ubiera moja druga połówka. Wręcz przeciwnie. W odróżnieniu do większości facetów kwestia koloru nie jest dla mnie terra incognita. W końcu z moją przyszłą małżonką poznaliśmy się na egzaminie wstępnym z malarstwa. Kolorystą jestem słabym,ale umiem odróżnić trochę więcej kolorów niż podstawowe ;-) wiem co mi się podoba a co nie.
Jednak jedną z najgorszych rzeczy, która może mi się przydarzyć jest towarzyszenie podczas tekstylnych zakupów.
Te ciągłe i głównie retoryczne pytania typu „a w tym nie z grubo”? Albo „w której lepiej wyglądam w tej czy w tamtej czarnej”? I co tu odpowiedzieć skoro wcześniej moja najlepsza z żon przymierzyła ćwierć miliona różnych czarnych ciuchów. A podpowiedzi w stylu „no ta z...” (i tu padają jakieś dziwne, obce określenia o jakiś wcięciach i innych popierdółkach) wywołują tylko dezorientację i popłoch.
W takim sklepie nigdy nie wiem , w którym miejscu stanąć by nie zostać podeptanym przez łowczynie cenowych okazji i poszukiwaczki właściwych rozmiarów.
Najdziwniejsze jednak jest to,że mogę biec przez godzinę,rąbać drewno albo przez pół dnia pływać na windsurfingu i czuję się świetnie.
Wystarczy jednak dziesięć minut na zakupach i zaczyna mnie boleć kręgosłup, puchną mi nogi, ćmi głowa i robię się rozdrażniony, zniecierpliwiony i kwękający.
Reasumujac- nie zdziwiło mnie to,że szukanie sukienek i śpioszków dla małolatów jakoś mnie nie wciągnęło.
Zacząłem się martwić dopiero wtedy gdy między tymi samymi regałami przeszła się koleżanka małżonka.
Rozejrzała się, pochyliła ze dwa razy, wzięła do reki jakąś szmatkę i po chwili odłożyła z odrazą.
-Czy w tym kraju naprawdę każda dziewczynka musi być ubrana na różowo?- jęknęła- Czy naprawdę nie ma innych kolorów? Nie chcę by moje dziecko wyglądało jak jakaś idiotyczna mała Barbie!
-Nie martw się poszukamy jakiś fajnych... CZARNYCH śpioszków- zażartowałem.
Nie pozostało nam nic innego jak rozpocząć poszukiwania w internecie.
Niestety to zajęcie okazało się równie stresujące. „Welcome in the pink world”- psiakrew.
Oczywiście można znaleźć fajne oryginalne i ładne ciuchy np. w moim ulubionym kolorze indygo. Tyle,że w Mediolanie.
A jednak kiedy poziom naszej frustracji osiągnął poziom krytyczny i koleżanka małżonka zaczęła głośno kląć a ja zrezygnowany tylko udawałem,że zerkam jej przez ramię na monitor- a tak naprawdę oglądałem jakieś głupoty w telewizji- nastąpił przełom.
-Znalazłam!!! -usłyszałem triumfalny okrzyk- CZARNE ŚPIOSZKI! Z logo.... Metalliki!!!!
Ale czad!
Nie sadzę by dziecko ubrane w coś takiego wyglądało szczególnie atrakcyjnie, ale zobaczyć miny tych wszystkich cioć-bezcenne!
Kilka dni temu zajrzeliśmy do sporego sklepu z odzieżą ciążową i dziecięcymi ciuszkami.
Poszliśmy tam bo koleżanka małżonka szukała krótkich spodenek, ale oczywiście skończyliśmy wśród wieszaków i półek z odzieżą w rozmiarze XXXXXS.
Dopiero tam zdałem sobie sprawę z tego,ze dotychczas zerkałem właściwie tylko na ubrania dla chłopców.
Korzystając z tego ,że ona była zajęta przymierzaniem ruszyłem do krainy falbanek, kokardek i biedronek wpinanych we włosy.
Szedłem między półkami i jakoś nie moglem skupić się na żadnej konkretnej rzeczy. Miałem wrażenie ,że stoję przed jedną wielką różową ścianą.
Wcześniej w dziale dla „nie za dużych mężczyzn” było zupełnie inaczej. Tam co chwilę mój wzrok przyciągała jakaś fajna bluza z kapturem, czaderskie spodenki albo śpioszki wyglądające jak dżinsy.
Nie przejąłem się jednak tym,że nie widzę nic ciekawego do ubrania dla dziewczynek bo w kwestii damskiej mody jestem porażająco beznadziejny.
Nie chodzi mi o to,że jest mi obojętne w co się ubiera moja druga połówka. Wręcz przeciwnie. W odróżnieniu do większości facetów kwestia koloru nie jest dla mnie terra incognita. W końcu z moją przyszłą małżonką poznaliśmy się na egzaminie wstępnym z malarstwa. Kolorystą jestem słabym,ale umiem odróżnić trochę więcej kolorów niż podstawowe ;-) wiem co mi się podoba a co nie.
Jednak jedną z najgorszych rzeczy, która może mi się przydarzyć jest towarzyszenie podczas tekstylnych zakupów.
Te ciągłe i głównie retoryczne pytania typu „a w tym nie z grubo”? Albo „w której lepiej wyglądam w tej czy w tamtej czarnej”? I co tu odpowiedzieć skoro wcześniej moja najlepsza z żon przymierzyła ćwierć miliona różnych czarnych ciuchów. A podpowiedzi w stylu „no ta z...” (i tu padają jakieś dziwne, obce określenia o jakiś wcięciach i innych popierdółkach) wywołują tylko dezorientację i popłoch.
W takim sklepie nigdy nie wiem , w którym miejscu stanąć by nie zostać podeptanym przez łowczynie cenowych okazji i poszukiwaczki właściwych rozmiarów.
Najdziwniejsze jednak jest to,że mogę biec przez godzinę,rąbać drewno albo przez pół dnia pływać na windsurfingu i czuję się świetnie.
Wystarczy jednak dziesięć minut na zakupach i zaczyna mnie boleć kręgosłup, puchną mi nogi, ćmi głowa i robię się rozdrażniony, zniecierpliwiony i kwękający.
Reasumujac- nie zdziwiło mnie to,że szukanie sukienek i śpioszków dla małolatów jakoś mnie nie wciągnęło.
Zacząłem się martwić dopiero wtedy gdy między tymi samymi regałami przeszła się koleżanka małżonka.
Rozejrzała się, pochyliła ze dwa razy, wzięła do reki jakąś szmatkę i po chwili odłożyła z odrazą.
-Czy w tym kraju naprawdę każda dziewczynka musi być ubrana na różowo?- jęknęła- Czy naprawdę nie ma innych kolorów? Nie chcę by moje dziecko wyglądało jak jakaś idiotyczna mała Barbie!
-Nie martw się poszukamy jakiś fajnych... CZARNYCH śpioszków- zażartowałem.
Nie pozostało nam nic innego jak rozpocząć poszukiwania w internecie.
Niestety to zajęcie okazało się równie stresujące. „Welcome in the pink world”- psiakrew.
Oczywiście można znaleźć fajne oryginalne i ładne ciuchy np. w moim ulubionym kolorze indygo. Tyle,że w Mediolanie.
A jednak kiedy poziom naszej frustracji osiągnął poziom krytyczny i koleżanka małżonka zaczęła głośno kląć a ja zrezygnowany tylko udawałem,że zerkam jej przez ramię na monitor- a tak naprawdę oglądałem jakieś głupoty w telewizji- nastąpił przełom.
-Znalazłam!!! -usłyszałem triumfalny okrzyk- CZARNE ŚPIOSZKI! Z logo.... Metalliki!!!!
Ale czad!
Nie sadzę by dziecko ubrane w coś takiego wyglądało szczególnie atrakcyjnie, ale zobaczyć miny tych wszystkich cioć-bezcenne!
sobota, 18 lipca 2009
Kontakt
Wracając do tematu resetowania to wczoraj zaliczyłem trzecie nieudane podejście do filmu pt. „Kontakt”.A tak chciałem go wreszcie obejrzeć w całości :-(
Nie pomogło mocne postanowienie, mocna herbata i mocne poszturchiwanie przez koleżankę małżonkę. Tradycyjnie najpierw wydawało mi się,że tylko mrugnąłem i wcale nie straciłem wątku. Potem były kolejne mrugnięcia. Coraz dłuższe. Ostatnie trwało chyba z godzinę.
W połowie mojego mrugania żona odpuściła szturchanie (które sam zamówiłem w swojej determinacji) bo bała się,że rano będę miał jeden bok cały czarny od siniaków.
A skąd wzięła się moja desperacka chęć obejrzenia tego filmu?
Otóż po pierwszej nieudanej próbie obejrzenia go -kilka lat temu- bardzo mnie zaintrygowało streszczenie dokonane przez moją ładniejsza połówkę. Tak bardzo ,że kupiłem książkę Carla Sagana, na podstawie której powstał.
I książka owa zrobiła na mnie duże wrażenie bo wbrew pozorom nie jest to jakaś historyjka science fiction. To mądra opowieść, w której kontakt ludzkości z cywilizacją pozaziemską jest pretekstem o rozważań o nauce, Bogu itd.
Czytając ją miałem ochotę podkreślać co drugie zdanie i uczyć się ich na pamięć.
Jeden z moich ulubionych cytatów pojawia się również w filmie- rozważania na temat możliwości istnienie obcych cywilizacji kończy konkluzja,że jeżeli we wszechświecie ich nie ma „to w takim razie jest to straszne marnotrawstwo przestrzeni”.
Tak sobie myślę o tej dwuosobowej cywilizacji, która powstaje w bebzunku koleżanki małżonki i dochodzę do wniosku, że życie bez jeżyków też byłoby cholernym marnotrawstwem przestrzeni nie tylko na naszej planecie,ale i w mojej głowie :-)
W porównaniu z tym ile teraz różnych myśli mi się w niej pojawia to... wcześniej sprawiała wrażenie pustawej.
Nie pomogło mocne postanowienie, mocna herbata i mocne poszturchiwanie przez koleżankę małżonkę. Tradycyjnie najpierw wydawało mi się,że tylko mrugnąłem i wcale nie straciłem wątku. Potem były kolejne mrugnięcia. Coraz dłuższe. Ostatnie trwało chyba z godzinę.
W połowie mojego mrugania żona odpuściła szturchanie (które sam zamówiłem w swojej determinacji) bo bała się,że rano będę miał jeden bok cały czarny od siniaków.
A skąd wzięła się moja desperacka chęć obejrzenia tego filmu?
Otóż po pierwszej nieudanej próbie obejrzenia go -kilka lat temu- bardzo mnie zaintrygowało streszczenie dokonane przez moją ładniejsza połówkę. Tak bardzo ,że kupiłem książkę Carla Sagana, na podstawie której powstał.
I książka owa zrobiła na mnie duże wrażenie bo wbrew pozorom nie jest to jakaś historyjka science fiction. To mądra opowieść, w której kontakt ludzkości z cywilizacją pozaziemską jest pretekstem o rozważań o nauce, Bogu itd.
Czytając ją miałem ochotę podkreślać co drugie zdanie i uczyć się ich na pamięć.
Jeden z moich ulubionych cytatów pojawia się również w filmie- rozważania na temat możliwości istnienie obcych cywilizacji kończy konkluzja,że jeżeli we wszechświecie ich nie ma „to w takim razie jest to straszne marnotrawstwo przestrzeni”.
Tak sobie myślę o tej dwuosobowej cywilizacji, która powstaje w bebzunku koleżanki małżonki i dochodzę do wniosku, że życie bez jeżyków też byłoby cholernym marnotrawstwem przestrzeni nie tylko na naszej planecie,ale i w mojej głowie :-)
W porównaniu z tym ile teraz różnych myśli mi się w niej pojawia to... wcześniej sprawiała wrażenie pustawej.
piątek, 17 lipca 2009
Miękki reset-twarde konsekwencje
Nooooo naprawdę usiadłem do kompa z poczucia obowiązku i dręczony wyrzutami sumienia. Po tym jak we wtorek zlałem się potem poprawiając tylko literówki w starych tekstach nie mogłem się zmusić do pisania.
Ale mam teorię:po prostu przegrzewa mi się procesor w mózgu.Pewnie przydałoby się nawiercić jakiś niewielki otworek w czaszce i wstawić jakieś chłodzenie-wiatraczek,albo coolera z ciekłym azotem. No bo jak wytłumaczyć to zupełnie nieoczekiwane resetowanie?
Przychodzę z pracy,siorbię przepyszny chłodnik poprawiam drugim daniem, siadam przed telewizorem żeby z koleżanką małżonką zobaczyć końcówkę etapu Tour De France gdy wtem...jest już dwie godziny później. W głowie wata, nogi miękkie a koleżanka małżonka rzuca jakieś uwagi o mężczyznach, którzy jak nikt potrafią zabawić swoje kobiety.
Znaczy,że niby mam mieć wyrzuty sumienia?
Pewnie tak.
Tylko co zrobić? Nawet teraz czuję ,że oczy zaczynają mi się kleić.
No to żeby nie zasnąć opowiem o najnowszych zachciankach mojej drugiej połówki.
Już drugi raz z rzędu miała takowe. Pod supermarketem! No, kurczę-po prostu wchodzę, kupuję i wracam-cała operacja trwa 4 i pół minuty. I to już? To maja być te legendarne zachcianki kobiet w ciąży? Jak ja spojrzę w oczy kolegom, którzy w środku mroźnej nocy, w śniegu po kolana musieli szukać... bo ja wiem... lodów o smaku pizzy. Albo na odwrót-pizzy miętowej albo innego absurdalnego wynalazku kulinarnego.
Naprawdę coś w tym jest. Odkąd jesteśmy w ciąży nasza karma się odwróciła i jakoś los zaczyna nam sprzyjać.Bo wcześniej większość naszego życia przebiegała według podstawowego prawa Murphy'ego mówiącego,że to co tylko może się sp...lić na pewno się sp...znaczy zepsuje się.
Ale żeby nie był tak różowo.
Ostatnio kiedy wracam z pracy-totalnie odmóżdżony, odwodniony i marzę tylko o tym by stracić przytomność i ocknąć się w jakimś klimatyzowanym pomieszczeniu musze odpowiadać na trudne pytania.
To znaczy pytania są proste tylko odpowiedzi trudno udzielić. Właściwie to udzielić jest łatwo, ale trudność polega na tym by była ona cenzuralna.
Pytania są następujące:
a) kiedy umyjemy okna (A po co? Przecież już kiedyś myliśmy)
b) czy nie mam ochoty skosić trawnika (a i owszem, najlepiej dynamitem)
c) czy pójdziemy na spacer (bardzo chętnie, po warunkiem,że ktoś będzie pchał wózek, na którym będę siedział podłączony do kroplówki z zimnym piwem)
d) czy zamierzam wreszcie napisać jakiegoś posta na blog ( a chętnie,ale żeby dorwać się do kompa muszę poczekać aż padnie serwer ,na którym wisi "nasz-bocian" :-))
Mam wymieniać dalej?
Myślę,że się rozumiemy.
Dobra, na razie przerywam pisanie bo laptop mnie strasznie grzeje w uda ;-)
Ale mam teorię:po prostu przegrzewa mi się procesor w mózgu.Pewnie przydałoby się nawiercić jakiś niewielki otworek w czaszce i wstawić jakieś chłodzenie-wiatraczek,albo coolera z ciekłym azotem. No bo jak wytłumaczyć to zupełnie nieoczekiwane resetowanie?
Przychodzę z pracy,siorbię przepyszny chłodnik poprawiam drugim daniem, siadam przed telewizorem żeby z koleżanką małżonką zobaczyć końcówkę etapu Tour De France gdy wtem...jest już dwie godziny później. W głowie wata, nogi miękkie a koleżanka małżonka rzuca jakieś uwagi o mężczyznach, którzy jak nikt potrafią zabawić swoje kobiety.
Znaczy,że niby mam mieć wyrzuty sumienia?
Pewnie tak.
Tylko co zrobić? Nawet teraz czuję ,że oczy zaczynają mi się kleić.
No to żeby nie zasnąć opowiem o najnowszych zachciankach mojej drugiej połówki.
Już drugi raz z rzędu miała takowe. Pod supermarketem! No, kurczę-po prostu wchodzę, kupuję i wracam-cała operacja trwa 4 i pół minuty. I to już? To maja być te legendarne zachcianki kobiet w ciąży? Jak ja spojrzę w oczy kolegom, którzy w środku mroźnej nocy, w śniegu po kolana musieli szukać... bo ja wiem... lodów o smaku pizzy. Albo na odwrót-pizzy miętowej albo innego absurdalnego wynalazku kulinarnego.
Naprawdę coś w tym jest. Odkąd jesteśmy w ciąży nasza karma się odwróciła i jakoś los zaczyna nam sprzyjać.Bo wcześniej większość naszego życia przebiegała według podstawowego prawa Murphy'ego mówiącego,że to co tylko może się sp...lić na pewno się sp...znaczy zepsuje się.
Ale żeby nie był tak różowo.
Ostatnio kiedy wracam z pracy-totalnie odmóżdżony, odwodniony i marzę tylko o tym by stracić przytomność i ocknąć się w jakimś klimatyzowanym pomieszczeniu musze odpowiadać na trudne pytania.
To znaczy pytania są proste tylko odpowiedzi trudno udzielić. Właściwie to udzielić jest łatwo, ale trudność polega na tym by była ona cenzuralna.
Pytania są następujące:
a) kiedy umyjemy okna (A po co? Przecież już kiedyś myliśmy)
b) czy nie mam ochoty skosić trawnika (a i owszem, najlepiej dynamitem)
c) czy pójdziemy na spacer (bardzo chętnie, po warunkiem,że ktoś będzie pchał wózek, na którym będę siedział podłączony do kroplówki z zimnym piwem)
d) czy zamierzam wreszcie napisać jakiegoś posta na blog ( a chętnie,ale żeby dorwać się do kompa muszę poczekać aż padnie serwer ,na którym wisi "nasz-bocian" :-))
Mam wymieniać dalej?
Myślę,że się rozumiemy.
Dobra, na razie przerywam pisanie bo laptop mnie strasznie grzeje w uda ;-)
czwartek, 16 lipca 2009
poniedziałek, 13 lipca 2009
Kurczak w łzawym sosie
Wczoraj mieliśmy „dzień otwartych drzwi”-jedni znajomi wyjeżdżali a drudzy przyjeżdżali :-))
Ponieważ w domu pierdolnik związany z remontem, gości przyjmowaliśmy w ogrodzie. I fajnie bo pogoda była całkiem przyjemna. Niezobowiązujący grill i pogaduchy pod modrzewiem.
Oj, nasłuchaliśmy się trochę o tym jak to genialnie było w tym roku na Openerze. O tym jakie to wspaniałe koncerty dały Prodigy i Faith No More.
Kolega , który pogował pod sceną twierdzi,że przepocił nawet gips. Swoją drogą szacun- pogowanie ze złamanym obojczykiem to zabawa dla prawdziwych twardzieli.
No cóż- takie rozrywki na razie nie dla nas. Chociaż.... za dwa tygodnie na Hunterfeście gra Motorhead ;-) i chyba dostanę „zwolnienie warunkowe”.
Ale właściwie to miałem napisać o czymś innym.
W drugiej „zmianie gości”odwiedzili nas- autor owego robiącego furorę bon motu o nieistniejącym cholesterolu i jego małżonka- też lekarka. Jak już wspominałem rodzice trójki dzieci. Była więc wspólna platforma porozumienia.
W pewnym momencie rozmowa zeszła na kwestie rozchwiania emocjonalnego podczas ciąży. Koleżanka małżonka opowiedziała jak to ostatnio rozpłakała się wyglądając przez okno bo wzruszyło ja to,że mieszkamy w tak pięknych okolicznościach przyrody.
Została jednak przebita dykteryjką o łzach wzruszenia lejących się podczas przygotowywania obiadu. A konkretnie w trakcie mycia dwukilogramowego kurczaka-bo „ważył tyle ile dziecko” :-))))))))))))
Teraz podczas konsumpcji drobiu będę się czuł jak kanibal.
Ponieważ w domu pierdolnik związany z remontem, gości przyjmowaliśmy w ogrodzie. I fajnie bo pogoda była całkiem przyjemna. Niezobowiązujący grill i pogaduchy pod modrzewiem.
Oj, nasłuchaliśmy się trochę o tym jak to genialnie było w tym roku na Openerze. O tym jakie to wspaniałe koncerty dały Prodigy i Faith No More.
Kolega , który pogował pod sceną twierdzi,że przepocił nawet gips. Swoją drogą szacun- pogowanie ze złamanym obojczykiem to zabawa dla prawdziwych twardzieli.
No cóż- takie rozrywki na razie nie dla nas. Chociaż.... za dwa tygodnie na Hunterfeście gra Motorhead ;-) i chyba dostanę „zwolnienie warunkowe”.
Ale właściwie to miałem napisać o czymś innym.
W drugiej „zmianie gości”odwiedzili nas- autor owego robiącego furorę bon motu o nieistniejącym cholesterolu i jego małżonka- też lekarka. Jak już wspominałem rodzice trójki dzieci. Była więc wspólna platforma porozumienia.
W pewnym momencie rozmowa zeszła na kwestie rozchwiania emocjonalnego podczas ciąży. Koleżanka małżonka opowiedziała jak to ostatnio rozpłakała się wyglądając przez okno bo wzruszyło ja to,że mieszkamy w tak pięknych okolicznościach przyrody.
Została jednak przebita dykteryjką o łzach wzruszenia lejących się podczas przygotowywania obiadu. A konkretnie w trakcie mycia dwukilogramowego kurczaka-bo „ważył tyle ile dziecko” :-))))))))))))
Teraz podczas konsumpcji drobiu będę się czuł jak kanibal.
sobota, 11 lipca 2009
Takie malutkie różności
Mam wrażenie,że wczoraj miałem pierwszy „interaktywny kontakt” z jeżykami.
Pewnie tylko się łudzę,ale....
Otóż ,jak się dowiedziałem kilka dni temu, zanim kobieta w ciąży poczuje pierwsze ruchy dzieciaków odczuwa coś w rodzaju burczenia w brzuchu.
I kiedy w sobotę zamruczałem do pępka koleżanki małżonki ze środka dobyło się właśnie burczenie. I to na dwa głosy!
Wieeem, pewnie tylko się łudzę,ale może jednak?
Fajnie by było. Chociaż wiem ,że to raczej za wcześnie.
Ale może jednak?
Myślicie,że nie?
Na pewno?
A może!?
No,dobra ,już dobra.
W każdym razie wczoraj wreszcie przetestowałem na wodzie nową deskę windsurfingową. Było zaje... to znaczy fajnie było. Bardzo fajnie.
Czy chwaliłem się,że to deska określana jako „progresywna deska rodzinna” ;-)))?
A pierwsze kroki w windsurfingu mogą już robić pięciolatki!
Na takim właśnie sprzęcie. Tyle,że z „takim malutkim żagielkiem” i w „takim malutkim kapoczku” :-))))))
Jaaaaaa pierniczę!!!
Pewnie tylko się łudzę,ale....
Otóż ,jak się dowiedziałem kilka dni temu, zanim kobieta w ciąży poczuje pierwsze ruchy dzieciaków odczuwa coś w rodzaju burczenia w brzuchu.
I kiedy w sobotę zamruczałem do pępka koleżanki małżonki ze środka dobyło się właśnie burczenie. I to na dwa głosy!
Wieeem, pewnie tylko się łudzę,ale może jednak?
Fajnie by było. Chociaż wiem ,że to raczej za wcześnie.
Ale może jednak?
Myślicie,że nie?
Na pewno?
A może!?
No,dobra ,już dobra.
W każdym razie wczoraj wreszcie przetestowałem na wodzie nową deskę windsurfingową. Było zaje... to znaczy fajnie było. Bardzo fajnie.
Czy chwaliłem się,że to deska określana jako „progresywna deska rodzinna” ;-)))?
A pierwsze kroki w windsurfingu mogą już robić pięciolatki!
Na takim właśnie sprzęcie. Tyle,że z „takim malutkim żagielkiem” i w „takim malutkim kapoczku” :-))))))
Jaaaaaa pierniczę!!!
Lekko wstrząśnięci i lekko zmieszani
Oboje z koleżanką małżonką jesteśmy naprawdę słabi w temacie pt. „oszczędzanie”.I dlatego właśnie nasza chata wygląda tak jak wygląda. Tak się do tej pory składało,że wszystkie oszczędności zamiast np. na remont łazienki szły na wakacyjne wyjazdy. Teraz jednak sytuacja się zmieniła. Postanowiliśmy być rozważnymi, zapobiegliwymi i odpowiedzialnymi dorosłymi ludźmi.
Dlatego ostatnio zbieramy... pięciozłotówki.
Taaak wiem,że to nie obligacje ani lokata terminowa czy jednostki funduszu inwestycyjnego, ale od czegoś trzeba zacząć.
Zresztą mam wrażenie ,że przez kilka tygodni w skarbonce uzbierała się już całkiem niezła kwota. Chociaż nie mamy pojęcia jaka. Bo właśnie o to chodzi w zbieraniu pięciozłotówek. Pozbycie się z portmonetki jednej monety raz na jakiś czas specjalnie nie boli. Pięć złotych łatwiej wrzucić do skarbonki niż dychę. A dwie piątki to przecież tyle samo. A dwadzieścia piątek to już stówa. I tak dalej. Po dwóch latach może się okazać ,że uzbieraliśmy na niezłe wakacje.
A dlaczego o tym opowiadam? Już wyjaśniam.
Moja żona, która do tej pory była osobą spontaniczną i żyjącą chwilą ostatnio zmienia się w inna kobietę. Do kwestii przyszłego macierzyństwa podchodzi cholernie poważnie.
Na przykład przygotowała listę tego co będzie nam potrzebne zaraz po urodzeniu dzieciaków. Lista jest długa. Naprawdę długa. Szczegółowa. I długa. Dłuuuga jak jasna cholera.
I kosztowna.
No, na to pięciozłotówki nie wystarczą.
W każdym razie kiedy w czwartek byliśmy u ginekologa ten po dokładnym obejrzeniu obrazu na USG stwierdził,że co prawda jest trochę wcześnie na wyrokowanie,ale nie wyklucza ,że Jeżyki to dziewczynki. Trochę nas to zaskoczyło i dopiero wtedy zdaliśmy sobie sprawę,że właściwie takiej ewentualności nie braliśmy pod uwagę.
Staraliśmy się nie nastawiać na żadną „konfigurację”. Jednak kiedy usłyszeliśmy słowa lekarza dotarło do nas,że trochę podświadomie już się nastawiliśmy na chłopca i dziewczynkę. A koleżanka małżonka stwierdziła,że nawet myślała o dwóch synach.
Oczywiście nie mieszkamy w Chinach i dwa „dziurawce” to żaden problem a raczej wprost przeciwnie :-))
Przecież zawsze mówiłem ,że łatwiej mi się dogadać z kobietami.
Aaaaa jednak.
Kiedy wracaliśmy do domu koleżanka małżonka była dziwnie milcząca i zadumana.
W końcu westchnęła.
- A wyobrażasz, co będzie jak będziemy musieli wyprawić dwa wesela?!
Ręce spociły mi się na kierownicy.
-Ty zbieraj lepiej te cholerne pięciozłotówki- mruknąłem- I zastanów się jak my przeżyjemy towarzystwo dwóch takich stworzeń porozumiewających się ultradźwiękami.
Taki dziewczęcy pisk jest dla mnie jednym z najbardziej irytujących dźwięków.
Oczami wyobraźni zobaczyłem siebie za dwadzieścia lat.
Lekko wyalienowany, prawie sześćdziesięciolatek o szklistym spojrzeniu. Otoczony babami. Niby szczęśliwy, ale jakby zagubiony we własnym domu :-))
Po prostu pan Bennett z „Dumy i Uprzedzenia” :-)))))
Oby tylko ten grany przez Donalda Sutherlanda z wersji kinowej. Bo ten przynajmniej miał w sobie trochę ikry ;-)))
Dwie dziewuchy. No, kto by pomyślał.
Inna sprawa,że ta diagnoza może się jeszcze zmienić kilkakrotnie więc nie ma co się nastawiać.
Dlatego ostatnio zbieramy... pięciozłotówki.
Taaak wiem,że to nie obligacje ani lokata terminowa czy jednostki funduszu inwestycyjnego, ale od czegoś trzeba zacząć.
Zresztą mam wrażenie ,że przez kilka tygodni w skarbonce uzbierała się już całkiem niezła kwota. Chociaż nie mamy pojęcia jaka. Bo właśnie o to chodzi w zbieraniu pięciozłotówek. Pozbycie się z portmonetki jednej monety raz na jakiś czas specjalnie nie boli. Pięć złotych łatwiej wrzucić do skarbonki niż dychę. A dwie piątki to przecież tyle samo. A dwadzieścia piątek to już stówa. I tak dalej. Po dwóch latach może się okazać ,że uzbieraliśmy na niezłe wakacje.
A dlaczego o tym opowiadam? Już wyjaśniam.
Moja żona, która do tej pory była osobą spontaniczną i żyjącą chwilą ostatnio zmienia się w inna kobietę. Do kwestii przyszłego macierzyństwa podchodzi cholernie poważnie.
Na przykład przygotowała listę tego co będzie nam potrzebne zaraz po urodzeniu dzieciaków. Lista jest długa. Naprawdę długa. Szczegółowa. I długa. Dłuuuga jak jasna cholera.
I kosztowna.
No, na to pięciozłotówki nie wystarczą.
W każdym razie kiedy w czwartek byliśmy u ginekologa ten po dokładnym obejrzeniu obrazu na USG stwierdził,że co prawda jest trochę wcześnie na wyrokowanie,ale nie wyklucza ,że Jeżyki to dziewczynki. Trochę nas to zaskoczyło i dopiero wtedy zdaliśmy sobie sprawę,że właściwie takiej ewentualności nie braliśmy pod uwagę.
Staraliśmy się nie nastawiać na żadną „konfigurację”. Jednak kiedy usłyszeliśmy słowa lekarza dotarło do nas,że trochę podświadomie już się nastawiliśmy na chłopca i dziewczynkę. A koleżanka małżonka stwierdziła,że nawet myślała o dwóch synach.
Oczywiście nie mieszkamy w Chinach i dwa „dziurawce” to żaden problem a raczej wprost przeciwnie :-))
Przecież zawsze mówiłem ,że łatwiej mi się dogadać z kobietami.
Aaaaa jednak.
Kiedy wracaliśmy do domu koleżanka małżonka była dziwnie milcząca i zadumana.
W końcu westchnęła.
- A wyobrażasz, co będzie jak będziemy musieli wyprawić dwa wesela?!
Ręce spociły mi się na kierownicy.
-Ty zbieraj lepiej te cholerne pięciozłotówki- mruknąłem- I zastanów się jak my przeżyjemy towarzystwo dwóch takich stworzeń porozumiewających się ultradźwiękami.
Taki dziewczęcy pisk jest dla mnie jednym z najbardziej irytujących dźwięków.
Oczami wyobraźni zobaczyłem siebie za dwadzieścia lat.
Lekko wyalienowany, prawie sześćdziesięciolatek o szklistym spojrzeniu. Otoczony babami. Niby szczęśliwy, ale jakby zagubiony we własnym domu :-))
Po prostu pan Bennett z „Dumy i Uprzedzenia” :-)))))
Oby tylko ten grany przez Donalda Sutherlanda z wersji kinowej. Bo ten przynajmniej miał w sobie trochę ikry ;-)))
Dwie dziewuchy. No, kto by pomyślał.
Inna sprawa,że ta diagnoza może się jeszcze zmienić kilkakrotnie więc nie ma co się nastawiać.
piątek, 10 lipca 2009
Sex, szkiełko i Rock'n'Roll
Myślę ,że na jakiś czas dość egzystencjalnych tematów :-) Fakt,że trochę nie było o czym pisać bo drugi trymestr to taka "mała stabilizacja". Nic specjalnego się nie dzieje, emocje opadają, stres odchodzi. Człowiek jest już trochę oswojony z całą sytuacją.Od czasu do czasu pogadam troch koleżance małżonce do pępka co ją nieodmiennie bawi:-)
Wczoraj byliśmy u nowego ginekologa. Do zmiany lekarza podeszliśmy bez specjalnego entuzjazmu,ale nawet nasza dotychczasowa "doktórka" poradziła by zacząć kolaborować z kimś kto pracuje w szpitalu, w którym zamierzamy rodzić. Ot taka polska rzeczywistość.
Nie byliśmy tym zdziwieni,ale z panią doktor rozstaliśmy się z żalem.Trudno się nie zżyć z kimś, do kogo wpada się regularnie przez kilka lat na pogaduchy, USG i .... oddawanie materiału. Czyli czynność dość intymną :-)
Tak przy okazji to przypomniała mi się sytuacja przed transferem-pan doktor w białostockiej klinice odprowadził nas do drzwi i poinformował nas ,że koleżanka małżonka teraz ma iść na badanie a ja pouprawiać trochę seksu z kubeczkiem i ,że "pani Marzenka wszystkim się zajmie". Wszystkim? Przez głowę zaczęły mi przelatywać różne, niekoniecznie przyzwoite myśli :-)) Na szczęście "wszystko" okazało się pojęciem użytym na wyrost i jednak z "większością" musiałem sobie poradzić....
No co się będę rozpisywał, wszyscy jesteśmy dorośli.
Tak było podczas badania kontrolnego "materiału", ale prawdziwy dramat przeżyłem kiedy procedurę trzeba było powtórzyć pod koniec protokołu.
Dostałem, kubek, płytę dvd i raźnym krokiem ruszyłem do sekretnego pokoiku. generalnie wyluzowany bo co tu ukrywać w przypadku faceta procedura jest znacznie przyjemniejsza niż u przyszłej matki.Przecież nikt mi nic nigdzie nie będzie wkładał, wbijał ani usypiał.Luuuuuuzik.Make sex don't war.
A więc wpadam do pokoiku odpalam odtwarzacz i tu pojawia się lekki problem.
Coś jest zepsute i ekran jest podzielony na pół w taki sposób,że lewa strona obrazu jest po prawej stronie ekranu a prawa wprost przeciwnie. a pośrodku gruba kreska.
Stukanie, walenie, potrząsanie, resetowanie i inne wyrafinowane sposoby usuwania usterek nie podziałały.
Cóż było robić? Pozostało tylko, jak to podobno w poznańskim mówią "nadusić plej".
I co? Maaaaaaaaaasakra!!!!!!!!!!
Nie dość,że obraz wyglądał tak jak wyglądał i od wpatrywania się w niego aż kręciło się w głowie to jeszcze ten film....
od produkcji tego typu zazwyczaj wymaga się by hmm...aktorki reprezentowały sobą jakiś poziom... no nazwijmy go "artystycznym".
Tymczasem to co zobaczyłem na ekranie sprawiło,że odechciało mi się wszelkiego seksu i pojawiło się poważne zagrożenie, że cały nasz misterny plan pójdzie w p.... no nie uda się.
Panie aktorki były tak potwornie odrażające, że po prostu ręce mi opadły. A niestety o ile przy "seksie tradycyjnym" można się bez nich swobodnie obejść to przy tej procedurze trochę ciężko.
Ale w końcu, że zacytuję klasyka:
" I am Ironman tudududu tu du duuuu"
To Black Sabbath jakby ktoś miał wątpliwości. A skoro o muzie mowa to nasz nowy doktor strasznie głośno radia w gabinecie słucha. Trochę to irytujące bo sam mówi bardzo cicho,ale przynajmniej muza u niego leci całkiem do zniesienia.
W każdym razie USG robiliśmy m.in przy dźwiękach Metalliki i mam wrażenie,że Jeżykom się podobało :-)))))))))
Wczoraj byliśmy u nowego ginekologa. Do zmiany lekarza podeszliśmy bez specjalnego entuzjazmu,ale nawet nasza dotychczasowa "doktórka" poradziła by zacząć kolaborować z kimś kto pracuje w szpitalu, w którym zamierzamy rodzić. Ot taka polska rzeczywistość.
Nie byliśmy tym zdziwieni,ale z panią doktor rozstaliśmy się z żalem.Trudno się nie zżyć z kimś, do kogo wpada się regularnie przez kilka lat na pogaduchy, USG i .... oddawanie materiału. Czyli czynność dość intymną :-)
Tak przy okazji to przypomniała mi się sytuacja przed transferem-pan doktor w białostockiej klinice odprowadził nas do drzwi i poinformował nas ,że koleżanka małżonka teraz ma iść na badanie a ja pouprawiać trochę seksu z kubeczkiem i ,że "pani Marzenka wszystkim się zajmie". Wszystkim? Przez głowę zaczęły mi przelatywać różne, niekoniecznie przyzwoite myśli :-)) Na szczęście "wszystko" okazało się pojęciem użytym na wyrost i jednak z "większością" musiałem sobie poradzić....
No co się będę rozpisywał, wszyscy jesteśmy dorośli.
Tak było podczas badania kontrolnego "materiału", ale prawdziwy dramat przeżyłem kiedy procedurę trzeba było powtórzyć pod koniec protokołu.
Dostałem, kubek, płytę dvd i raźnym krokiem ruszyłem do sekretnego pokoiku. generalnie wyluzowany bo co tu ukrywać w przypadku faceta procedura jest znacznie przyjemniejsza niż u przyszłej matki.Przecież nikt mi nic nigdzie nie będzie wkładał, wbijał ani usypiał.Luuuuuuzik.Make sex don't war.
A więc wpadam do pokoiku odpalam odtwarzacz i tu pojawia się lekki problem.
Coś jest zepsute i ekran jest podzielony na pół w taki sposób,że lewa strona obrazu jest po prawej stronie ekranu a prawa wprost przeciwnie. a pośrodku gruba kreska.
Stukanie, walenie, potrząsanie, resetowanie i inne wyrafinowane sposoby usuwania usterek nie podziałały.
Cóż było robić? Pozostało tylko, jak to podobno w poznańskim mówią "nadusić plej".
I co? Maaaaaaaaaasakra!!!!!!!!!!
Nie dość,że obraz wyglądał tak jak wyglądał i od wpatrywania się w niego aż kręciło się w głowie to jeszcze ten film....
od produkcji tego typu zazwyczaj wymaga się by hmm...aktorki reprezentowały sobą jakiś poziom... no nazwijmy go "artystycznym".
Tymczasem to co zobaczyłem na ekranie sprawiło,że odechciało mi się wszelkiego seksu i pojawiło się poważne zagrożenie, że cały nasz misterny plan pójdzie w p.... no nie uda się.
Panie aktorki były tak potwornie odrażające, że po prostu ręce mi opadły. A niestety o ile przy "seksie tradycyjnym" można się bez nich swobodnie obejść to przy tej procedurze trochę ciężko.
Ale w końcu, że zacytuję klasyka:
" I am Ironman tudududu tu du duuuu"
To Black Sabbath jakby ktoś miał wątpliwości. A skoro o muzie mowa to nasz nowy doktor strasznie głośno radia w gabinecie słucha. Trochę to irytujące bo sam mówi bardzo cicho,ale przynajmniej muza u niego leci całkiem do zniesienia.
W każdym razie USG robiliśmy m.in przy dźwiękach Metalliki i mam wrażenie,że Jeżykom się podobało :-)))))))))
czwartek, 9 lipca 2009
O obłudzie
Wspomniałem ostatnio o tych egzystencjalnych klimatach i rozmyślaniu o religii.
Próbowałem sobie przypomnieć kiedy ostatecznie pożegnałem się z religią.
Byłem standardowym produktem polskiego społeczeństwa, wychowanym w zdecydowanej opozycji do "czerwonego reżimu" i -delikatnie mówiąc- niechęci do Jaruzela, Urbana i Milicji Obywatelskiej a zwłaszcza ZOMO. Nauczony paciorka, ochrzczony z zaliczonym bierzmowaniem i ślubem kościelnym a jednocześnie kompletnie pozbawiony wiary czuję się momentami trochę nie na miejscu w swoim własnym życiu.
"Zakłamany" to na pewno nie jest właściwe słowo.Obchodzę święta kościelne,ale traktuję je raczej kulturowo. zresztą jak tu żyć bez gwiazdki? Wielkanocy? Mam świadomość , że dla osoby wierzącej jest to absurd, ale przestałem się już tym przejmować. Krzywdy nikomu nie robię.
Kiedy ,przy okazji ślubów czy chrzcin, uczestniczę w mszy to wstaję kiedy trzeba, kiedy trzeba klękam i "przeżegnuję" się. Koleżanka małżonka twierdzi,że moje zachowanie jest obłudne. Ja jednak uważam,że w ten sposób wyrażam swój szacunek dla ludzi wierzących. Dlatego też np. zwiedzając meczet zdejmuję buty. Po prostu.
I nawet zgadzam się ,że zorganizowanie koncertu Madonny w takim a nie innym terminie można nazwać "nietaktem", ale z drugiej strony to całe "halo" wokół tego wydaje mi się niewspółmierne do rangi wydarzenia. Ot koncert piosenkarki, która lubi czasem prowokować.Nikt nikomu nie karze uczestniczyć w tym wydarzeniu i tu dyskusja powinna się zakończyć. W końcu ludzie, którzy chcą pójść na koncert też mają swoje prawa? To trochę tak jakbym ja się oburzał ,że zespół grający np. "katolickiego rocka" daje koncert w dniu, który nie jest świętem kościelnym.
Ale nie rozpisujmy się za bardzo o czymś o czym dyskusja chyba jednak nie ma sensu i nic dobrego nie przyniesie.
Moja wiara ulotniła się ostatecznie chyba w szkole średniej i nie sądzę by powróciła. Chociaż życie jest długie i z ludźmi dzieją się różne rzeczy.
I wyjaśnijmy sobie jedno-nie jestem jakoś specjalnie dumny ze swojego ateizmu. Wręcz krępuje mnie mówienie o tych sprawach. Kiedy -przyparty do muru- muszę coś na ten temat powiedzieć w obecności osób wierzących, jest mi wręcz przykro, że mogę im sprawić przykrość moją postawą.
Ciekawe czy oni zastanawiają się nad tym co ja czuję, gdy mówią mi o tym "że dzieci i tak powinienem ochrzcić bo tak im będzie łatwiej w życiu".
Pewnie,że to prawda.
Tyle,że to byłaby właśnie obłuda.
I kolejne pytanie-co jest ważniejsze, dobre samopoczucie i poczucie godności rodziców czy bezpieczne "wtopienie się w większość" dzieci ?
Próbowałem sobie przypomnieć kiedy ostatecznie pożegnałem się z religią.
Byłem standardowym produktem polskiego społeczeństwa, wychowanym w zdecydowanej opozycji do "czerwonego reżimu" i -delikatnie mówiąc- niechęci do Jaruzela, Urbana i Milicji Obywatelskiej a zwłaszcza ZOMO. Nauczony paciorka, ochrzczony z zaliczonym bierzmowaniem i ślubem kościelnym a jednocześnie kompletnie pozbawiony wiary czuję się momentami trochę nie na miejscu w swoim własnym życiu.
"Zakłamany" to na pewno nie jest właściwe słowo.Obchodzę święta kościelne,ale traktuję je raczej kulturowo. zresztą jak tu żyć bez gwiazdki? Wielkanocy? Mam świadomość , że dla osoby wierzącej jest to absurd, ale przestałem się już tym przejmować. Krzywdy nikomu nie robię.
Kiedy ,przy okazji ślubów czy chrzcin, uczestniczę w mszy to wstaję kiedy trzeba, kiedy trzeba klękam i "przeżegnuję" się. Koleżanka małżonka twierdzi,że moje zachowanie jest obłudne. Ja jednak uważam,że w ten sposób wyrażam swój szacunek dla ludzi wierzących. Dlatego też np. zwiedzając meczet zdejmuję buty. Po prostu.
I nawet zgadzam się ,że zorganizowanie koncertu Madonny w takim a nie innym terminie można nazwać "nietaktem", ale z drugiej strony to całe "halo" wokół tego wydaje mi się niewspółmierne do rangi wydarzenia. Ot koncert piosenkarki, która lubi czasem prowokować.Nikt nikomu nie karze uczestniczyć w tym wydarzeniu i tu dyskusja powinna się zakończyć. W końcu ludzie, którzy chcą pójść na koncert też mają swoje prawa? To trochę tak jakbym ja się oburzał ,że zespół grający np. "katolickiego rocka" daje koncert w dniu, który nie jest świętem kościelnym.
Ale nie rozpisujmy się za bardzo o czymś o czym dyskusja chyba jednak nie ma sensu i nic dobrego nie przyniesie.
Moja wiara ulotniła się ostatecznie chyba w szkole średniej i nie sądzę by powróciła. Chociaż życie jest długie i z ludźmi dzieją się różne rzeczy.
I wyjaśnijmy sobie jedno-nie jestem jakoś specjalnie dumny ze swojego ateizmu. Wręcz krępuje mnie mówienie o tych sprawach. Kiedy -przyparty do muru- muszę coś na ten temat powiedzieć w obecności osób wierzących, jest mi wręcz przykro, że mogę im sprawić przykrość moją postawą.
Ciekawe czy oni zastanawiają się nad tym co ja czuję, gdy mówią mi o tym "że dzieci i tak powinienem ochrzcić bo tak im będzie łatwiej w życiu".
Pewnie,że to prawda.
Tyle,że to byłaby właśnie obłuda.
I kolejne pytanie-co jest ważniejsze, dobre samopoczucie i poczucie godności rodziców czy bezpieczne "wtopienie się w większość" dzieci ?
środa, 8 lipca 2009
Naiwne pytania
Właśnie przeczytałem wypowiedź posła Piechy, który uważa,że "celem in vitro nie jest powołanie do życia nowego człowieka, tylko spełnienie marzeń rodziców".
I muszę przyznać, że sporo mnie kosztuje by w tym poście nie u żyć słów uznawanych powszechnie za obraźliwe, obelżywe i generalnie wulgarne.
Właściwie nie używam ich tylko dlatego,że nie chcę się zniżyć do poziomu takich ludzi.
Żałosne, aroganckie i przygnębiające to wszystko, ale tylko utwierdza mnie w przekonaniu,że warto prowadzić ten blog.
Teraz kiedy trochę już ochłonąłem zastanawiam się nad tym dlaczego zdaniem tego pana spełnianie marzeń ma oznaczać zaprzeczenie powoływania do życia nowych ludzi?
Właściwie może nie powinienem poświęcać takim wypowiedziom czasu i energii?
Ten wybitny polityk stwierdził również,że jego zdaniem niepłodność nie jest jednostką chorobową tylko efektem różnych schorzeń. O tym można by nawet podyskutować, ale na odpowiednim poziomie. Tu nie czuję się przeciwnikiem do dyskusji dla posła Piechy bo nie mam wykształcenia medycznego.
Na inne tematy natomiast nawet nie chciałbym z nim rozmawiać bo po prostu brzydzę się takimi ludźmi.
W takich momentach zastanawiam się czy nie czas by samemu wziąć się za politykę. Co jest ważniejsze-wstręt do tego świata oślizgłych i kłamliwych małych ludzi czy odpowiedzialność i chęć zrobienia czegoś dobrego?
I muszę przyznać, że sporo mnie kosztuje by w tym poście nie u żyć słów uznawanych powszechnie za obraźliwe, obelżywe i generalnie wulgarne.
Właściwie nie używam ich tylko dlatego,że nie chcę się zniżyć do poziomu takich ludzi.
Żałosne, aroganckie i przygnębiające to wszystko, ale tylko utwierdza mnie w przekonaniu,że warto prowadzić ten blog.
Teraz kiedy trochę już ochłonąłem zastanawiam się nad tym dlaczego zdaniem tego pana spełnianie marzeń ma oznaczać zaprzeczenie powoływania do życia nowych ludzi?
Właściwie może nie powinienem poświęcać takim wypowiedziom czasu i energii?
Ten wybitny polityk stwierdził również,że jego zdaniem niepłodność nie jest jednostką chorobową tylko efektem różnych schorzeń. O tym można by nawet podyskutować, ale na odpowiednim poziomie. Tu nie czuję się przeciwnikiem do dyskusji dla posła Piechy bo nie mam wykształcenia medycznego.
Na inne tematy natomiast nawet nie chciałbym z nim rozmawiać bo po prostu brzydzę się takimi ludźmi.
W takich momentach zastanawiam się czy nie czas by samemu wziąć się za politykę. Co jest ważniejsze-wstręt do tego świata oślizgłych i kłamliwych małych ludzi czy odpowiedzialność i chęć zrobienia czegoś dobrego?
Śpioszki, Madonna i Jacko
Ostatnio popadam w klimaty trochę bardziej egzystencjalne. Takie tam rozmyślania o życiu, wszechświecie i całej reszcie.Pewnie spory wpływ na to mają próby ingerencji "pewnych środowisk" w moją wolność osobistą. Zresztą sporo myślę o religii-bo i ten cały zgiełk medialny wokół in vitro, protesty przeciw koncertowi Madonny i tan trochę groteskowy spektakl związany ze śmiercią Michaela Jacksona.
Z drugiej strony sporo pozytywnych emocji związanych z nadciągającym "tupotem małych nóżek" (nie mylić z tupotem białych mew ;-).
Kiedy kilka dni temu rozpakowaliśmy paczkę z pierwszymi kupionymi ciuchami (przy okazji dzięki "koleżanko-bocianowiczko" za gratisy :-)))- to na sercu jakoś tak ciepło się zrobiło. No, absolutnie nie jak macho się poczułem.
Taka dziwna ta męska, ojcowska emocja. Trudno ją nazwać. Poczułem w sobie coś co do tej pory wyczuwałem w swoim tacie. Nie wiem czy potrafię to jaśniej wytłumaczyć. Taka mieszanina wspomnień z dzieciństwa-łącznie z zapachem ojcowej piżamy, z którą lubiłem spać kiedy rodzice zostawiali mnie samego w domu i wieczorem robiło się trochę straszno.
Jednym słowem czułem się jakbym "wskoczył w skórę własnego ojca" jakkolwiek dziwacznie by to nie zabrzmiało.
Fajne uczucie.
Zresztą mam wrażenie ,że teraz nasze relacje z tatą trochę się zmieniają. Nie rozmawiamy o tym, bo i tata nie jest "mistrzem wyrażania emocji",ale wydaje mi się, że dopiero teraz przestałem być dla niego dzieckiem :-)(z mama tak łatwo nie będzie-pewnie nawet jak będę miał 50-siatkę to usłyszę "uczesz włoski"-jakie włoski do cholery, przecież mam lśniącą glacę mamo?".
W każdym razie kiedy wyciągnęliśmy z paczki te kaftaniki i inne gadgety, których nazwy pewnie niedługo już poznam ;-) to, no... rozczuliłem się po prostu.
Żeby wrócić do równowagi musiałem sobie zapuścić Motorhead ;-))))
"Here we go again, on a 747,
Looking at the clouds
From the other side of heaven,
Smoking & drinking, never gonna stop,
Reading magazines,
Stop me looking at the clock,
Wanna watch the movie,can't keep still,
Flying down to Rio, going to Brazil...."
Z drugiej strony sporo pozytywnych emocji związanych z nadciągającym "tupotem małych nóżek" (nie mylić z tupotem białych mew ;-).
Kiedy kilka dni temu rozpakowaliśmy paczkę z pierwszymi kupionymi ciuchami (przy okazji dzięki "koleżanko-bocianowiczko" za gratisy :-)))- to na sercu jakoś tak ciepło się zrobiło. No, absolutnie nie jak macho się poczułem.
Taka dziwna ta męska, ojcowska emocja. Trudno ją nazwać. Poczułem w sobie coś co do tej pory wyczuwałem w swoim tacie. Nie wiem czy potrafię to jaśniej wytłumaczyć. Taka mieszanina wspomnień z dzieciństwa-łącznie z zapachem ojcowej piżamy, z którą lubiłem spać kiedy rodzice zostawiali mnie samego w domu i wieczorem robiło się trochę straszno.
Jednym słowem czułem się jakbym "wskoczył w skórę własnego ojca" jakkolwiek dziwacznie by to nie zabrzmiało.
Fajne uczucie.
Zresztą mam wrażenie ,że teraz nasze relacje z tatą trochę się zmieniają. Nie rozmawiamy o tym, bo i tata nie jest "mistrzem wyrażania emocji",ale wydaje mi się, że dopiero teraz przestałem być dla niego dzieckiem :-)(z mama tak łatwo nie będzie-pewnie nawet jak będę miał 50-siatkę to usłyszę "uczesz włoski"-jakie włoski do cholery, przecież mam lśniącą glacę mamo?".
W każdym razie kiedy wyciągnęliśmy z paczki te kaftaniki i inne gadgety, których nazwy pewnie niedługo już poznam ;-) to, no... rozczuliłem się po prostu.
Żeby wrócić do równowagi musiałem sobie zapuścić Motorhead ;-))))
"Here we go again, on a 747,
Looking at the clouds
From the other side of heaven,
Smoking & drinking, never gonna stop,
Reading magazines,
Stop me looking at the clock,
Wanna watch the movie,can't keep still,
Flying down to Rio, going to Brazil...."
niedziela, 5 lipca 2009
Czas zdementować pogłoski
Wracając do kwestii mojej ostatniej przerwy w pisaniu to naprawdę mi tego brakowało. Bo to już prawie dwa miesiące odkąd zacząłem się realizować bloggersko. A mimo zmęczenia, upału i zaaferowania remontem pomysłów na posty mi nie brakowało. W końcu zacząłem je zapisywać na kartce,ale mi gdzieś podczas porządków zniknęła. Wziąłem więc kolejną jednak tę też gdzieś wcięło podczas lekko histerycznego ogarniania chałupy przed wizytą moich rodziców oraz pani inspektor z banku, która w sobotę o 7.15 zadzwoniła z pytaniem czy może wpaść zrobić fotki.
Ale, ale! Właśnie mi się przypomniało coś o czym miałem naskrobać (hmm...nastukać raczej?)
Otóż w piątek po naprawdę cholernie ciężkim dniu zwierzyłem się koleżance małżonce z tego ,ze naprawdę ciesze się z tego,że ze względu na „Jeżykigate” postanowiłem na razie odstawić procenty.
Bo normalnie po takim dniu przyczłapałbym do domu walnął kilka piw, zmulił się i pewnie zasnął przed telewizorem. W międzyczasie pewnie siorbnąłbym koniaczku pod pretekstem „stawiania się na nogi”.
A tak wyżłopałem pół litra soku grejpfrutowego,zjadłem obiad, popiłem „Nałęczowianką” i powoli zacząłem dochodzić do siebie.
Po wysłuchaniu moich wynurzeń „pani jeżykowa” poprosiła mnie bym napisał o tym na blogu bo podobno społeczeństwo uważa,że:
a) zostałem do abstynencji zmuszony podstępem i groźbą
b) autorka owych gróźb i podstępów ma natychmiast odwołać prohibicję
c) ja mam się natychmiast nawalić!
Odpowiadając od końca- nie, nie nawalę się bo nie chcę i nie potrzebuję a abstynencja to tylko i wyłącznie moja inicjatywa.
I naprawdę jestem normalny! I naprawdę, brakuje mi czasem winka do obiadu, zimnego piwka i koniaczku kiedy „zmulizm dopada”.
Silniejsza jednak jest teraz ciekawość tego czy mi się uda wytrzymać w postanowieniu.
I nawet kiedy koleżanka małżonka mówi ,że jej zdaniem mógłbym czasem odpuścić i napić się np. piwka kolegą doktorem- to jestem nieprzejednany!
Ludzie, mnie to tez dziwi! Bo jeszcze kilka miesięcy temu kiedy ze względu na ów „nieistniejący a wysoki” cholesterol usłyszałem od lekarki,że czas pożegnać się z piwkiem to zrobiłem taką minę jaką zazwyczaj ma nasz pies kiedy orientuje się ,że to co miało być spacerem okazało się wycieczką do weterynarza.
Wielokrotnie próbowałem ograniczyć spożycie tego złocistego napoju i zawsze bezskutecznie.
Pamiętam nawet jak któregoś dnia się zadumałem-”Łał tu już trzy dni bez piwa! A więc jednak potrafię. Da się! To się dzieje naprawdę!”
Po czym przypomniałem sobie ,że dzień wcześniej „obaliłem dwa browary”.
A teraz? Teraz jest inaczej.
Wszystko się zmienia.
A jednak kiedy pomyślę o tym jak będzie smakował ten pierwszy, dłuuuuuugi łyk po przerwie. Kiedy w gardle poczuję goryczkę a bąbelki zaszczypią w przełyku....
To i owszem, ślinka cieknie,ale wiem,że swojego postanowienia dotrzymam.
Ale, ale! Właśnie mi się przypomniało coś o czym miałem naskrobać (hmm...nastukać raczej?)
Otóż w piątek po naprawdę cholernie ciężkim dniu zwierzyłem się koleżance małżonce z tego ,ze naprawdę ciesze się z tego,że ze względu na „Jeżykigate” postanowiłem na razie odstawić procenty.
Bo normalnie po takim dniu przyczłapałbym do domu walnął kilka piw, zmulił się i pewnie zasnął przed telewizorem. W międzyczasie pewnie siorbnąłbym koniaczku pod pretekstem „stawiania się na nogi”.
A tak wyżłopałem pół litra soku grejpfrutowego,zjadłem obiad, popiłem „Nałęczowianką” i powoli zacząłem dochodzić do siebie.
Po wysłuchaniu moich wynurzeń „pani jeżykowa” poprosiła mnie bym napisał o tym na blogu bo podobno społeczeństwo uważa,że:
a) zostałem do abstynencji zmuszony podstępem i groźbą
b) autorka owych gróźb i podstępów ma natychmiast odwołać prohibicję
c) ja mam się natychmiast nawalić!
Odpowiadając od końca- nie, nie nawalę się bo nie chcę i nie potrzebuję a abstynencja to tylko i wyłącznie moja inicjatywa.
I naprawdę jestem normalny! I naprawdę, brakuje mi czasem winka do obiadu, zimnego piwka i koniaczku kiedy „zmulizm dopada”.
Silniejsza jednak jest teraz ciekawość tego czy mi się uda wytrzymać w postanowieniu.
I nawet kiedy koleżanka małżonka mówi ,że jej zdaniem mógłbym czasem odpuścić i napić się np. piwka kolegą doktorem- to jestem nieprzejednany!
Ludzie, mnie to tez dziwi! Bo jeszcze kilka miesięcy temu kiedy ze względu na ów „nieistniejący a wysoki” cholesterol usłyszałem od lekarki,że czas pożegnać się z piwkiem to zrobiłem taką minę jaką zazwyczaj ma nasz pies kiedy orientuje się ,że to co miało być spacerem okazało się wycieczką do weterynarza.
Wielokrotnie próbowałem ograniczyć spożycie tego złocistego napoju i zawsze bezskutecznie.
Pamiętam nawet jak któregoś dnia się zadumałem-”Łał tu już trzy dni bez piwa! A więc jednak potrafię. Da się! To się dzieje naprawdę!”
Po czym przypomniałem sobie ,że dzień wcześniej „obaliłem dwa browary”.
A teraz? Teraz jest inaczej.
Wszystko się zmienia.
A jednak kiedy pomyślę o tym jak będzie smakował ten pierwszy, dłuuuuuugi łyk po przerwie. Kiedy w gardle poczuję goryczkę a bąbelki zaszczypią w przełyku....
To i owszem, ślinka cieknie,ale wiem,że swojego postanowienia dotrzymam.
sobota, 4 lipca 2009
Jesteście tam jeszcze?
No ładnie- pięć dni bez posta. Nie myślcie tylko sobie,że lekceważę swoich czytelników. Wprost przeciwnie- codziennie męczyły mnie wyrzuty sumienia. Tyle,że zmęczenie było silniejsze. Tradycyjnie lipiec i sierpień to w mojej pracy czas wycięty z życiorysu. Połowa ludzi na urlopach a reszta musi robić za nich. Po dwóch tygodniach takiego zapieprzu czuję się zazwyczaj jak kandydat na emeryturę. Nie piszę tego żeby narzekać tylko naświetlić tło wydarzeń :-))
Jakby tego było mało ekipa remontowa rozkręciła się na dobre. Podczas pracy tylko odbieram telefony o tym co trzeba kupić, zamówić, zapłacić w sklepie , tartaku itd.
W każdym razie robota posuwa się do przodu, nasze oszczędności właśnie się kończą a kredytu jeszcze nie ma.
No i jeszcze ta cholerna pogoda. Najpierw czerwiec jak październik a teraz lipiec jak... lipiec -tyle,że w Egipcie. Przy takiej pogodzie wpadam w stan zbliżony do hibernacji. Tylko jak to nazwać „ahibernacja”? A może „przegrzalizm”? W każdym razie wracając do domu czuje się zrąbany, przegrzany i odwodniony a sama myśl o tym,że mam siąść przy kompie powoduje lekki odruch wymiotny.
Marzę tylko o tym,żeby pójść spać. Tyle,że na spanie jest za gorąco- no i tak w kółko.
Hmm, chyba jednak narzekam a miało być bez jęczenia.
W każdym razie dzisiaj pogoda jest już trochę bardziej do zniesienia. Zjedliśmy obiad, koleżanka małżonka zjechała do krainy kolorowych snów a ekipa remontowa powiedziała „do widzenia i miłego weekendu”. No, miły to on będzie jak cholera bo ja jutro idę do roboty.
Akurat mam prace, którą lubię i nawet daje mi sporo satysfakcji,ale stosunki międzyludzkie to prawdziwy temat rzeka. I to nie pierwszej klasy czystości tylko ściek właściwie.
Wczoraj szef wydarł się na mnie kiedy mu powiedziałem,że nie chcę brać urlopu w lecie tylko zostawić sobie wolne na czas po porodzie.
Najpierw usłyszałem ,że „ma to w dupie” i,że ze względu na kryzys itd. tak wymyślił,że mamy brać urlopy teraz i kropka.
Rozmowa była długa i generalnie nie chce mi się rozpisywać na ten temat bo tylko mnie smutne refleksje nachodzą.
Nasłuchałem się o sporym prawdopodobieństwie zwolnień grupowych i generalnie,że jest nieciekawie.
To naprawdę doskonałe wieści dla kogoś kto czeka na narodziny dwójki dzieciaków i lada dzień musi wziąć kredyt.
Pewnie zwróciliście uwagę na to,że o swojej pracy piszę dość enigmatycznie?
Kwestia prowadzenia blogu pod pseudonimem też pewnie kilka osób zastanowiła?
A więc może nadszedł czas żeby kilka spraw wyjaśnić.
Moja anonimowość nie wynika z nieśmiałości tylko z rozsądku i instynktu samozachowawczego.
Po pierwsze dobro dzieci. Szeroko pojęte. W owej szerokiej kategorii mieści się również kwestia zachowania pracy przez ich przyszłego ojca.
A pracuję w firmie, w której u władzy są ludzie mocno związani z kręgami, które zwykłem tu nazywać „pewnymi środowiskami”.
Tak naprawdę nie wiem jakie poglądy w sprawie in vitro mają moi przełożeni, ale wolę nie ryzykować.
Jakby tego było mało ekipa remontowa rozkręciła się na dobre. Podczas pracy tylko odbieram telefony o tym co trzeba kupić, zamówić, zapłacić w sklepie , tartaku itd.
W każdym razie robota posuwa się do przodu, nasze oszczędności właśnie się kończą a kredytu jeszcze nie ma.
No i jeszcze ta cholerna pogoda. Najpierw czerwiec jak październik a teraz lipiec jak... lipiec -tyle,że w Egipcie. Przy takiej pogodzie wpadam w stan zbliżony do hibernacji. Tylko jak to nazwać „ahibernacja”? A może „przegrzalizm”? W każdym razie wracając do domu czuje się zrąbany, przegrzany i odwodniony a sama myśl o tym,że mam siąść przy kompie powoduje lekki odruch wymiotny.
Marzę tylko o tym,żeby pójść spać. Tyle,że na spanie jest za gorąco- no i tak w kółko.
Hmm, chyba jednak narzekam a miało być bez jęczenia.
W każdym razie dzisiaj pogoda jest już trochę bardziej do zniesienia. Zjedliśmy obiad, koleżanka małżonka zjechała do krainy kolorowych snów a ekipa remontowa powiedziała „do widzenia i miłego weekendu”. No, miły to on będzie jak cholera bo ja jutro idę do roboty.
Akurat mam prace, którą lubię i nawet daje mi sporo satysfakcji,ale stosunki międzyludzkie to prawdziwy temat rzeka. I to nie pierwszej klasy czystości tylko ściek właściwie.
Wczoraj szef wydarł się na mnie kiedy mu powiedziałem,że nie chcę brać urlopu w lecie tylko zostawić sobie wolne na czas po porodzie.
Najpierw usłyszałem ,że „ma to w dupie” i,że ze względu na kryzys itd. tak wymyślił,że mamy brać urlopy teraz i kropka.
Rozmowa była długa i generalnie nie chce mi się rozpisywać na ten temat bo tylko mnie smutne refleksje nachodzą.
Nasłuchałem się o sporym prawdopodobieństwie zwolnień grupowych i generalnie,że jest nieciekawie.
To naprawdę doskonałe wieści dla kogoś kto czeka na narodziny dwójki dzieciaków i lada dzień musi wziąć kredyt.
Pewnie zwróciliście uwagę na to,że o swojej pracy piszę dość enigmatycznie?
Kwestia prowadzenia blogu pod pseudonimem też pewnie kilka osób zastanowiła?
A więc może nadszedł czas żeby kilka spraw wyjaśnić.
Moja anonimowość nie wynika z nieśmiałości tylko z rozsądku i instynktu samozachowawczego.
Po pierwsze dobro dzieci. Szeroko pojęte. W owej szerokiej kategorii mieści się również kwestia zachowania pracy przez ich przyszłego ojca.
A pracuję w firmie, w której u władzy są ludzie mocno związani z kręgami, które zwykłem tu nazywać „pewnymi środowiskami”.
Tak naprawdę nie wiem jakie poglądy w sprawie in vitro mają moi przełożeni, ale wolę nie ryzykować.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
