Deficyt snu to jedno a potrzeba by czasem pobyć samemu ze sobą to drugie. Należę do ludzi, którzy czasem potrzebują trochę samotności.
Ponieważ zawsze wstawałem wcześniej niż koleżanka małżonka to nie było z tym problemów.
Niestety teraz rano wstaję razem z tłumem rozgadanych i szalenie absorbujących dziewcząt.
To nawet miłe,ale jednak brakuje chwili dla siebie.
Ostatni, któregoś ranka otworzyłem oczy i poczułem się dziwnie.
Jeszcze nie rozbudzony do końca zastanawiałem się o co chodzi.
Leżałem wsłuchiwałem się w ciche oddechy żony i córek i wpatrywałem się w zegarek, który wskazywał za kwadrans siódmą.
Momentalnie otrzeźwiałem i bezszelestnie zsunąłem się z łóżka na podłogę. Przy takiej technice sprężyny materaca prawie nie skrzypią.
Wstałem i stąpając na palcach przekradłem się do kuchni.
Nastawiłem czajnik i już po chwili z kubkiem kawy rozpuszczalnej rozkoszowałem się na balkonie chwilą spokoju.
Spokoju to nie znaczy ciszy.
Ranek był chłodny,ale w przyrodzie trwała gorączkowa krzątanina. W powietrzu było aż gęsto od kwiczołów, szpaków, rudzików i innej skrzydlatej hołoty, która była zajęta polowaniem na rozmaite owady i dostarczaniem ich zwłok prosto do dziobów swoich pociech.
Prawdziwa kotłowanina.
Ranek był naprawdę chłodny i szybko zacząłem marznąć ,ale mimo zziębniętych bosych stóp nie zamierzałem wracać do domu żeby nie tracić ani jednej z tych bezcennych sekund kiedy nikt niczego ode mnie nie chce.
Bo rano gorączkowa krzątanina przed wyjazdem do pracy, potem praca, potem powrót i zajmowanie się dzieciakami, potem jakaś robota domowa, sprzątnie, ogarnianie , niespokojny przerywany sen i tak w kółko.
Doszło do tego,że niedawno wracając do domu pojechałem kawałek dalej, stanąłem na parkingu, odchyliłem oparcie fotela i zasnąłem.
I nie przeszkadzały mi ani przejeżdżające obok samochody, ani przechodzący obok ludzie ani słońce świecące prosto w oczy.
To była raczej krótka drzemka, ale poczułem,że została przekroczona jakaś granica.
A jednak tego ranka zamiast kwadransa snu wybrałem dygotanie na balkonie.
Patrzyłem na szpaki, które na zmianę dostarczały do swoich budek złowione owady.
I widziałem jak sprawnie im to idzie. Gdybym ja z takim zapałem biegł rano po butelki z mlekiem to skończyłoby się to tym,że dzieciaki obudziłby huk jaki towarzyszy przekraczaniu bariery dźwięku.
A jednak dla piskląt ciągle było za wolno, za mało, za ślamazarnie.
Stojąc na balkonie słyszałem harmider dobiegający z budek mimo,że najbliższa z nich wisiała w odległości co najmniej trzydziestu metrów.
Siorbiąc gorąca kawę myślałem o tym jak to miło czasem w spokoju popatrzeć sobie jak inni zmagają się rozpaczliwie ze swoim rodzicielstwem.
sobota, 11 czerwca 2011
piątek, 10 czerwca 2011
Bajka bez morału
No proszę-sejmowa podkomisja rozpoczęła przedwczoraj prace nad projektem ustawy ws. in vitro. Ciekawe jest to,że członkowie podkomisji uznali , że projekt zgłoszony przez Marka Balickiego z SLD „ jest bardziej kompletny od propozycji Małgorzaty Kidawy-Błońskiej (PO), dlatego jest projektem wiodącym”. Trzeba przyznać,że projekt ustawy transplantacyjnej, który dopuszcza m.in. tworzenie i zamrażanie wielu zarodków oraz licencjonowanie lecznic, trochę w sejmie przeleżał ponieważ Balicki złożył go w 2009 roku.
Na stronie „Wyborczej” można przeczytać ,że:
"Projekt Balickiego to projekt stricte tkankowy - techniczny, medyczny, pomija zupełnie kwestie bioetyczne".
Oraz:
"Mimo że jesteśmy - członkowie PO - współautorami projektu Kidawy-Błońskiej, to przyjęliśmy, że projekt posła Balickiego jest doskonalszy" - podkreślił Katulski, który przewodniczy pracom podkomisji. Dodał, że projekt Balickiego "wydaje się bardziej kompletny".
Projekt zakłada m.in., że z in vitro, które będzie „świadczeniem licencjonowanym” będą mogły korzystać nie tylko pary,ale i jednostki.
Projekt nie zajmuje się kwestiami etycznymi- i słusznie- ponieważ to reguluje Konwencja Bioetyczna Rady Europy.
Czyżby miało to oznaczać,że opadną emocje i zacznie się rzeczowa dyskusja? Oby, chociaż kiedy przyjdzie do sejmowych dyskusji i głosowań to pewnie tradycyjnie znajdzie się kilku niedouczonych ignorantów, którzy uznają za stosowne zabrać głos w tej sprawie.
W każdym razie nurtuje mnie kwestia „licencjonowania świadczenia”. Rzeczywiście wydaje się to rozwiązaniem wartym przedyskutowania ponieważ w niektórych klinikach dzieją się dziwne rzeczy. Może jest to jednak opinia laika? No i czy licencjonowanie będzie również oznaczać refundację?
A propos kontekstu ekonomicznego debaty na temat ewentualnej refundacji in vitro pozwolę sobie przytoczyć kilka cytatów:
„In vitro nie może być ekskluzywnym przywilejem ludzi zamożnych”-premier Donald Tusk w listopadzie 2008.
„In vitro w Polsce jest dostępne tylko dla bogatych. Chcę, żeby to się zmieniło”- Ewa Kopacz w październiku ubiegłego roku.
„Rząd znajdzie pieniądze na finansowanie in vitro. To nie są duże kwoty” - minister finansów Jacek Rostowski, 6 lipca 2010 roku.
A pamiętacie wyliczenia wykazujące,że każdy człowiek urodzony dzięki in vitro „zwróci się państwu” po kilkunastu latach pracy i płacenia podatków?
Pytanie tylko na cholerę w ogóle nam państwo skoro mimo opłacania składek na ubezpieczenie zdrowotne musimy korzystać z prywatnej opieki medycznej.
Chorowanie w ogóle jest dla bogatych. I wyrozumiałych.
Inni albo zdechną pod płotem albo ich krew zaleje.
A wracając do powyższych cytatów to zbliżają się wybory.
Ciekawe jakie bajki tym razem usłyszymy. Bo w tym kraju rzeczywiście żyje się jak w bajce.
Tyle,że to nie Brzechwa.
To coś pomiędzy braćmi Grimm i Monty Pythonem.
Ze szczyptą Tarantino.
Niby fajnie, tylko dlaczego tak się to kiepsko czyta?
Na stronie „Wyborczej” można przeczytać ,że:
"Projekt Balickiego to projekt stricte tkankowy - techniczny, medyczny, pomija zupełnie kwestie bioetyczne".
Oraz:
"Mimo że jesteśmy - członkowie PO - współautorami projektu Kidawy-Błońskiej, to przyjęliśmy, że projekt posła Balickiego jest doskonalszy" - podkreślił Katulski, który przewodniczy pracom podkomisji. Dodał, że projekt Balickiego "wydaje się bardziej kompletny".
Projekt zakłada m.in., że z in vitro, które będzie „świadczeniem licencjonowanym” będą mogły korzystać nie tylko pary,ale i jednostki.
Projekt nie zajmuje się kwestiami etycznymi- i słusznie- ponieważ to reguluje Konwencja Bioetyczna Rady Europy.
Czyżby miało to oznaczać,że opadną emocje i zacznie się rzeczowa dyskusja? Oby, chociaż kiedy przyjdzie do sejmowych dyskusji i głosowań to pewnie tradycyjnie znajdzie się kilku niedouczonych ignorantów, którzy uznają za stosowne zabrać głos w tej sprawie.
W każdym razie nurtuje mnie kwestia „licencjonowania świadczenia”. Rzeczywiście wydaje się to rozwiązaniem wartym przedyskutowania ponieważ w niektórych klinikach dzieją się dziwne rzeczy. Może jest to jednak opinia laika? No i czy licencjonowanie będzie również oznaczać refundację?
A propos kontekstu ekonomicznego debaty na temat ewentualnej refundacji in vitro pozwolę sobie przytoczyć kilka cytatów:
„In vitro nie może być ekskluzywnym przywilejem ludzi zamożnych”-premier Donald Tusk w listopadzie 2008.
„In vitro w Polsce jest dostępne tylko dla bogatych. Chcę, żeby to się zmieniło”- Ewa Kopacz w październiku ubiegłego roku.
„Rząd znajdzie pieniądze na finansowanie in vitro. To nie są duże kwoty” - minister finansów Jacek Rostowski, 6 lipca 2010 roku.
A pamiętacie wyliczenia wykazujące,że każdy człowiek urodzony dzięki in vitro „zwróci się państwu” po kilkunastu latach pracy i płacenia podatków?
Pytanie tylko na cholerę w ogóle nam państwo skoro mimo opłacania składek na ubezpieczenie zdrowotne musimy korzystać z prywatnej opieki medycznej.
Chorowanie w ogóle jest dla bogatych. I wyrozumiałych.
Inni albo zdechną pod płotem albo ich krew zaleje.
A wracając do powyższych cytatów to zbliżają się wybory.
Ciekawe jakie bajki tym razem usłyszymy. Bo w tym kraju rzeczywiście żyje się jak w bajce.
Tyle,że to nie Brzechwa.
To coś pomiędzy braćmi Grimm i Monty Pythonem.
Ze szczyptą Tarantino.
Niby fajnie, tylko dlaczego tak się to kiepsko czyta?
czwartek, 9 czerwca 2011
Sinusoida
Koleżanka małżonka wyczytała ostatnio, że mężczyźni, którym brakuje snu mają mniej testosteronu. Dodała do tego jeszcze komentarz, którego tutaj nie przytoczę.
Bo nie.
W każdym razie może to dlatego moje pióro, czy klawiatura raczej, zrobiło się trochę obłe.
Znaczy przytępiło się co nieco.
O tylu rzeczach kiedyś pisałem. Poruszałem tyle spraw.
A teraz za każdym razem gdy do pisania siadam to o spaniu chcę napisać. Tyle,że jestem zbyt nieprzytomny by myśli zebrać i albo tekstu nie jestem w stanie dokończyć,albo uznaję ,że jest słaby albo zapomnę go na blog wrzucić a po6tem nie pamiętam gdzie go zapisałem.
Kurcze normalnie chyba mi się jakaś renta należy.
O kciuku już nie wspomnę.
Nauczyłem się już dawni,że jak trafi się kilka dobrze przespanych nocy to lepiej się nie cieszyć. A już po żadnym warunkiem nie wolno o tym głośno mówić.
A już publiczne chwalenie się to doprawdy proszenie się o kłopoty.
Wspominałem już,że jestem głupi?
No właśnie.
Zawsze miałem kłopoty z matematyką,ale co to jest sinusoida akurat doskonale rozumiem.
A jednak zawsze dam się nabrać.
Jak frajer.
-Kurczę, całkiem nieźle ostatnio nocki wyglądają nie?-zagadnąłem koleżankę małżonkę podczas porannego golenia.
To znaczy żeby nie było niedomówień to ja się goliłem podczas gdy ładniejsza połowa naszego małżeństwa odprawiała te wszystkie swoje poranne rytuały mające pogłębić przepaść pomiędzy jej wyglądem a moim.
-Nooo- odpowiedziała ostrożnie.
Bo chociaż z matematyki jest jeszcze gorsza niż ja to pamięć ma chyba lepszą i o sinusoidzie pamięta.
-No bo patrz, właściwie wystarczy tylko jednej dać koło piątej butle mleka a drugą przed siódma przytulić i to właściwie wszystko.
-Nooo...-rozgadała się żona.
-Fajnie nie?-zapytałem retorycznie-Chociaż pewnie za wcześnie by się cieszyć?
-Nooo...
Czy ona próbuje mi coś dać do zrozumienia?
-Ale co, nie jest źle, nie?
-Misiek!-jej ostry ton przywołał mnie do porządku i poprawił pamięć.
-Tak, tak sinusoida- mruknąłem potulnie i poszedłem otworzyć drzwi niani.
Wtedy nie wiedziałem jeszcze jak ciężka będzie następna noc.
Bo była. Nie opiszę tego dokładniej bo minęło kilka dni i najwyraźniej zadziałał mechanizm wyparcia.
Nie pamiętam już szczegółów po prostu.
Kilka następnych nocy też było dosyć meczących.
W końcu w swojej desperacji postanowiliśmy „zamęczyć małe gadziny”.
Mimo,że cały dzień były na dworze z nianią zaraz po powrocie z pracy zabraliśmy je nad jezioro na naprawdę długi spacer.
W drodze powrotnej były nieprzytomne i zaczęły nam zasypiać w wózku.
-Psiakrew nie możemy na to pozwolić!-jęknęła koleżanka małżonka i zaczęła je zabawiać podszczypywać ,łaskotać, zagadywać i tarmosić.
Oraz dopytywać się czy naprawdę nie da się szybciej pchać tego cholernego wózka.
Nie dało się bo strasznie dokuczała mi stopa, którą za przyczyną naszego majstra prawie dwa lata temu konałem w krzesło.
Opisywałem to zdarzenie obszernie, a jednak gdy dotarło do mnie,że to „już prawie dwa lata” to lekko osłupiałem. Kiedy to minęło? Jeżeli czas w takim tempie będzie mi umykał to zanim się zorientuję sam będę na wózku wożony. A browara trzeba będzie mi będzie podawać dożylnie chyba.
Tak mnie to ruszyło,że zdjąłem japonki i nie zważając na ból stopy pogalopowałem z wózkiem do domu.
„Muszę zdążyć się wyspać zanim mnie starość dopadnie” myślałem plaskając bosymi stopami po rozgrzanym asfalcie.
Szybko plaskałem. Naprawdę szybko.
Koleżanka małżonka już po chwili została z tyłu.
Poczułem lekką satysfakcję, która jednak zniknęła gdy zauważyłem kiwające się na boki główki pociech.
„Nic to zaraz dobiegnę do furtki i szczekanie naszych psów je obudzi”-pomyślałem i zwiększyłem częstotliwość plaskania.
Au.
Au.Au.Au.
Nasza droga to nie jest bynajmniej równy, gładki „dywanik asfaltowy”.
Dobiegłem pod dom i z fasonem, w lekkim poślizgu, zatrzymałem wózek kilka centymetrów przed nosem naszej ,wielkiej i zazwyczaj hałaśliwej, suki.
Zmarszczyła go lekko i leniwie machnęła ogonem.
Raz.
Spojrzałem wyczekująco na naszego mistrza jojczenia, króla szczeku i cesarza wycia rasy husky.
Dyszał patrząc na mnie swoim obojętnym wzrokiem.
No tak te „głupie ludzkie sprawy”. On jest ponadto.
Po chwili nabiegła koleżanka małżonka i wtargaliśmy przelewające się przez ręce dzieci do domu.
-No laski a teraz do wanienki, do waszych gumowych kaczuszek, potem mleczko i do łóżek-przedstawiłem im swoją propozycję harmonogramu tego uroczego wieczoru.
Przytaknęły ochoczo główkami i podreptały do łazienki.
A potem zrealizowaliśmy plan pracy.
Problemy zaczęły się przy realizacji ostatniego punktu.
Tego o spaniu w łóżeczkach.
Najwyraźniej do pełnej regeneracji wystarczyło i m te kilka minut snu wózku.
Walczyliśmy z nimi do 22.00.
W końcu padły.
Zmordowany zrobiłem kanapki, otworzyłem nam po piwie i usiedliśmy na balkonie.
Był cudownie ciepły wieczór.
-No po czymś takim to chyba będą spały do rana-spróbowałem zaklinania rzeczywistości.
Zmęczenie i piwo szybko zagoniły nas do łóżka. Padliśmy przed 23.00.
Bajkowy „sen o śnie” skończył się o 4.26.
Obudziło mnie wycie starszej córki. Utuliłem, pogłaskałem i zaniosłem do naszego łóżka.
Wtuliła się w poduszkę i zamknęła oczy.
Wtedy „odpaliła” druga. Jej natarczywe zawodzenie można było przetłumaczyć mniej więcej tak:
„Kelner! Mleko !!! BIEGIEM!!!”.
No to pobiegłem.
Wróciłem wcisnąłem w łapy mleko i powlokłem się do łóżka.
Położyłem głowę na poduszkę i próbowałem zasnąć.
Coś było nie tak.
Ostrożnie otworzyłem oczy.
Tak żeby broń boże nie zrobić hałasu.
I napotkałem świdrujące spojrzenie drugiej pociechy.
Chociaż określenie „pociechy” w tym kontekście trąci lekką ironią.
Spojrzenie owo mówiło wyraźnie co dziecko sądzi o ojcu, który jedną córkę poi mlekiem a drugiej pozwala konać z głodu.
W jej gardle narastało oskarżające wycie.
Zerwałem się i „poplaskałem” świńskim truchtem po drugą butlę.
Kiedy wróciłem okazało się,że druga córa już skończyła konsumpcję i też przyszła do naszego łóżka.
Wtedy już wiedziałem,że nie pośpię.
Zatkałem butelką dziób jednej a drugą przytuliłem do boku i desperacko próbowałem błyskawicznie zasnąć.
Sen jakoś nie przychodził.
Ciekawe czemu?
Czyżby przyczyną mogło być to,że jedna z córek walnęła mnie czołem w łuk brwiowy, druga kopała obunóż w splot słoneczny, mleko z butelki rozlało się po pościeli a dzieci śmiały się radośnie?
Niemożliwe.
Przecież była PIĄTA RANO!!!
Bo nie.
W każdym razie może to dlatego moje pióro, czy klawiatura raczej, zrobiło się trochę obłe.
Znaczy przytępiło się co nieco.
O tylu rzeczach kiedyś pisałem. Poruszałem tyle spraw.
A teraz za każdym razem gdy do pisania siadam to o spaniu chcę napisać. Tyle,że jestem zbyt nieprzytomny by myśli zebrać i albo tekstu nie jestem w stanie dokończyć,albo uznaję ,że jest słaby albo zapomnę go na blog wrzucić a po6tem nie pamiętam gdzie go zapisałem.
Kurcze normalnie chyba mi się jakaś renta należy.
O kciuku już nie wspomnę.
Nauczyłem się już dawni,że jak trafi się kilka dobrze przespanych nocy to lepiej się nie cieszyć. A już po żadnym warunkiem nie wolno o tym głośno mówić.
A już publiczne chwalenie się to doprawdy proszenie się o kłopoty.
Wspominałem już,że jestem głupi?
No właśnie.
Zawsze miałem kłopoty z matematyką,ale co to jest sinusoida akurat doskonale rozumiem.
A jednak zawsze dam się nabrać.
Jak frajer.
-Kurczę, całkiem nieźle ostatnio nocki wyglądają nie?-zagadnąłem koleżankę małżonkę podczas porannego golenia.
To znaczy żeby nie było niedomówień to ja się goliłem podczas gdy ładniejsza połowa naszego małżeństwa odprawiała te wszystkie swoje poranne rytuały mające pogłębić przepaść pomiędzy jej wyglądem a moim.
-Nooo- odpowiedziała ostrożnie.
Bo chociaż z matematyki jest jeszcze gorsza niż ja to pamięć ma chyba lepszą i o sinusoidzie pamięta.
-No bo patrz, właściwie wystarczy tylko jednej dać koło piątej butle mleka a drugą przed siódma przytulić i to właściwie wszystko.
-Nooo...-rozgadała się żona.
-Fajnie nie?-zapytałem retorycznie-Chociaż pewnie za wcześnie by się cieszyć?
-Nooo...
Czy ona próbuje mi coś dać do zrozumienia?
-Ale co, nie jest źle, nie?
-Misiek!-jej ostry ton przywołał mnie do porządku i poprawił pamięć.
-Tak, tak sinusoida- mruknąłem potulnie i poszedłem otworzyć drzwi niani.
Wtedy nie wiedziałem jeszcze jak ciężka będzie następna noc.
Bo była. Nie opiszę tego dokładniej bo minęło kilka dni i najwyraźniej zadziałał mechanizm wyparcia.
Nie pamiętam już szczegółów po prostu.
Kilka następnych nocy też było dosyć meczących.
W końcu w swojej desperacji postanowiliśmy „zamęczyć małe gadziny”.
Mimo,że cały dzień były na dworze z nianią zaraz po powrocie z pracy zabraliśmy je nad jezioro na naprawdę długi spacer.
W drodze powrotnej były nieprzytomne i zaczęły nam zasypiać w wózku.
-Psiakrew nie możemy na to pozwolić!-jęknęła koleżanka małżonka i zaczęła je zabawiać podszczypywać ,łaskotać, zagadywać i tarmosić.
Oraz dopytywać się czy naprawdę nie da się szybciej pchać tego cholernego wózka.
Nie dało się bo strasznie dokuczała mi stopa, którą za przyczyną naszego majstra prawie dwa lata temu konałem w krzesło.
Opisywałem to zdarzenie obszernie, a jednak gdy dotarło do mnie,że to „już prawie dwa lata” to lekko osłupiałem. Kiedy to minęło? Jeżeli czas w takim tempie będzie mi umykał to zanim się zorientuję sam będę na wózku wożony. A browara trzeba będzie mi będzie podawać dożylnie chyba.
Tak mnie to ruszyło,że zdjąłem japonki i nie zważając na ból stopy pogalopowałem z wózkiem do domu.
„Muszę zdążyć się wyspać zanim mnie starość dopadnie” myślałem plaskając bosymi stopami po rozgrzanym asfalcie.
Szybko plaskałem. Naprawdę szybko.
Koleżanka małżonka już po chwili została z tyłu.
Poczułem lekką satysfakcję, która jednak zniknęła gdy zauważyłem kiwające się na boki główki pociech.
„Nic to zaraz dobiegnę do furtki i szczekanie naszych psów je obudzi”-pomyślałem i zwiększyłem częstotliwość plaskania.
Au.
Au.Au.Au.
Nasza droga to nie jest bynajmniej równy, gładki „dywanik asfaltowy”.
Dobiegłem pod dom i z fasonem, w lekkim poślizgu, zatrzymałem wózek kilka centymetrów przed nosem naszej ,wielkiej i zazwyczaj hałaśliwej, suki.
Zmarszczyła go lekko i leniwie machnęła ogonem.
Raz.
Spojrzałem wyczekująco na naszego mistrza jojczenia, króla szczeku i cesarza wycia rasy husky.
Dyszał patrząc na mnie swoim obojętnym wzrokiem.
No tak te „głupie ludzkie sprawy”. On jest ponadto.
Po chwili nabiegła koleżanka małżonka i wtargaliśmy przelewające się przez ręce dzieci do domu.
-No laski a teraz do wanienki, do waszych gumowych kaczuszek, potem mleczko i do łóżek-przedstawiłem im swoją propozycję harmonogramu tego uroczego wieczoru.
Przytaknęły ochoczo główkami i podreptały do łazienki.
A potem zrealizowaliśmy plan pracy.
Problemy zaczęły się przy realizacji ostatniego punktu.
Tego o spaniu w łóżeczkach.
Najwyraźniej do pełnej regeneracji wystarczyło i m te kilka minut snu wózku.
Walczyliśmy z nimi do 22.00.
W końcu padły.
Zmordowany zrobiłem kanapki, otworzyłem nam po piwie i usiedliśmy na balkonie.
Był cudownie ciepły wieczór.
-No po czymś takim to chyba będą spały do rana-spróbowałem zaklinania rzeczywistości.
Zmęczenie i piwo szybko zagoniły nas do łóżka. Padliśmy przed 23.00.
Bajkowy „sen o śnie” skończył się o 4.26.
Obudziło mnie wycie starszej córki. Utuliłem, pogłaskałem i zaniosłem do naszego łóżka.
Wtuliła się w poduszkę i zamknęła oczy.
Wtedy „odpaliła” druga. Jej natarczywe zawodzenie można było przetłumaczyć mniej więcej tak:
„Kelner! Mleko !!! BIEGIEM!!!”.
No to pobiegłem.
Wróciłem wcisnąłem w łapy mleko i powlokłem się do łóżka.
Położyłem głowę na poduszkę i próbowałem zasnąć.
Coś było nie tak.
Ostrożnie otworzyłem oczy.
Tak żeby broń boże nie zrobić hałasu.
I napotkałem świdrujące spojrzenie drugiej pociechy.
Chociaż określenie „pociechy” w tym kontekście trąci lekką ironią.
Spojrzenie owo mówiło wyraźnie co dziecko sądzi o ojcu, który jedną córkę poi mlekiem a drugiej pozwala konać z głodu.
W jej gardle narastało oskarżające wycie.
Zerwałem się i „poplaskałem” świńskim truchtem po drugą butlę.
Kiedy wróciłem okazało się,że druga córa już skończyła konsumpcję i też przyszła do naszego łóżka.
Wtedy już wiedziałem,że nie pośpię.
Zatkałem butelką dziób jednej a drugą przytuliłem do boku i desperacko próbowałem błyskawicznie zasnąć.
Sen jakoś nie przychodził.
Ciekawe czemu?
Czyżby przyczyną mogło być to,że jedna z córek walnęła mnie czołem w łuk brwiowy, druga kopała obunóż w splot słoneczny, mleko z butelki rozlało się po pościeli a dzieci śmiały się radośnie?
Niemożliwe.
Przecież była PIĄTA RANO!!!
środa, 8 czerwca 2011
Na własne życzenie
Do niedawna miałem nadzieję,że jak dziewczynki trochę podrosną i zaczną lepiej spać to będę miał więcej czasu na pisanie. A jednak miał rację kolega bloger twierdząc,że to nie takie proste i,że kryzys jest nieunikniony a drugi oddech złapię jak dzieciaki pójdą do przedszkola.
Codziennie siadam na chwilę przy kompie i myślę o tym, że wypada coś napisać.
I nagle mam zupełną pustkę w głowie. Identyczną jak wtedy gdy koleżanka małżonka żartobliwie prosi „opowiedz mi coś ciekawego”.
Normalnie mogę tokować i tokować a po takiej prośbie następuje absolutna blokada.
Strasznie odmóżdżająca jest ta codzienna rutyna opiekowania się maluchami.
A rutynę zawsze źle znosiłem.
Z drugiej strony kuzynka , która czyta blog i akurat wysłuchiwała mojej kolejnej opowieści mruknęła ironicznie,że ja to ciągle mam „pod górkę i pod wiatr”.
Coś w tym jest.
Mistrz narzekania i skarżenia się na los.
Muszę pomyśleć na swoim wizerunkiem bo wygląda,że może ze mnie wyrosnąć wyjątkowo upierdliwy dziadunio.
Im gorzej tym dla blogu lepiej-to stara prawda.
A ostatnio Księżniczki ze szkiełka zrobiły się już naprawdę komunikatywne i spędzanie z nimi czasu jest coraz fajniejsze. I kiedy tak sobie razem siedzimy to wiele innych rzeczy staje się mniej ważnych.
Na przykład to,że pewien znany poseł lewicy poszedł w ministry do partii centroprawicowej pozostawia mnie doskonale obojętnym. Chociaż trochę jestem ciekaw rozwoju sytuacji ponieważ jako lewicowiec był m.in. za refundacją in vitro. To jest jeszcze jako tako zgodne z linią partii , do której przeszedł,ale już kwestia uregulowań prawnych dotyczących związków homoseksualnych to będzie niezły orzech do zgryzienia bo jego dotychczasowe poglądy raczej nie są po linii nowej partii.
Za to „podgotowała” mnie ostatnio pani minister Kopacz, która kilka miesięcy temu, nieco zaskakująco w kontekście kryzysu, oświadczyła,że pieniądze na refundację zapłodnienia pozaustrojowego są.
A teraz w równie zaskakujący sposób postawiła nas przed kwestią „albo in vitro, albo chemioterapia”.
Przepraszam za wyrażenie, ale droga pani minister trzeba być doprawdy demagogiczną (...)* by tak stawiać sprawę.
W ostatnim wywiadzie szef MSZ stwierdził,że podobnie jak większość osób w partii rządzącej jest za in vitro,ale bez refundacji -„Bo na zdrowie zawsze jest ograniczona ilość pieniędzy. Tak długo, jak brakuje nam na ratowanie życia, to ci, którym naprawdę zależy na dziecku, uciułają na zabieg.”
Mógłbym się poznęcać nad takim sformułowaniem,ale jakoś nie mam siły.
Jakby człowiek walił łbem w mur.
Już wydawało się,że umysły niektórych zaczęły się otwierać a tu znowu krótkowzroczne prymitywne i demagogiczne gadanie.
I jakoś nawet trudno teraz mi się zdobyć na wielkie krytykanctwo. BO trochę na własne życzenie teraz się wkurzam.
Dawno dawno temu w całkiem nieodległej galaktyce, w której premier i prezydent byli blisko spokrewnieni a Platforma kreowała swój wizerunek jako partii fachowców wkurzałem się,że na własne życzenie przegrywają wybory bo są zbyt szczerzy nie uciekają się do populizmu. A nasz wyborca szczerości jeszcze nie nauczył się doceniać.
No to teraz mam.
I pozwólcie,że tu postawię kropkę bo się zaraz zacietrzewię i znowu będę musiał się autocenzurować i po gwiazdki sięgać.
W każdym razie premier obiecał dzisiaj w wywiadzie dla Interii ,że będzie pilnował:
„ Aby nie wprowadzić żadnych przepisów, które utrudniłyby ludziom dostęp do in vitro albo zakazały tej procedury. Zaznaczył też, że przygotowując regulacje prawne dotyczące in vitro należy mieć na uwadze, aby nie spowodowały one tylko "kłopotów i nieszczęść", np. nie spowodowały wydłużenia czasu oczekiwania na taki zabieg.”
*ten fragment usunięto na wniosek autocenzury-w ramach akcji pod hasłem „Jako ojciec musisz dawać dobry przykład.
Pierwotnie było tam słowo „mendą”.
Codziennie siadam na chwilę przy kompie i myślę o tym, że wypada coś napisać.
I nagle mam zupełną pustkę w głowie. Identyczną jak wtedy gdy koleżanka małżonka żartobliwie prosi „opowiedz mi coś ciekawego”.
Normalnie mogę tokować i tokować a po takiej prośbie następuje absolutna blokada.
Strasznie odmóżdżająca jest ta codzienna rutyna opiekowania się maluchami.
A rutynę zawsze źle znosiłem.
Z drugiej strony kuzynka , która czyta blog i akurat wysłuchiwała mojej kolejnej opowieści mruknęła ironicznie,że ja to ciągle mam „pod górkę i pod wiatr”.
Coś w tym jest.
Mistrz narzekania i skarżenia się na los.
Muszę pomyśleć na swoim wizerunkiem bo wygląda,że może ze mnie wyrosnąć wyjątkowo upierdliwy dziadunio.
Im gorzej tym dla blogu lepiej-to stara prawda.
A ostatnio Księżniczki ze szkiełka zrobiły się już naprawdę komunikatywne i spędzanie z nimi czasu jest coraz fajniejsze. I kiedy tak sobie razem siedzimy to wiele innych rzeczy staje się mniej ważnych.
Na przykład to,że pewien znany poseł lewicy poszedł w ministry do partii centroprawicowej pozostawia mnie doskonale obojętnym. Chociaż trochę jestem ciekaw rozwoju sytuacji ponieważ jako lewicowiec był m.in. za refundacją in vitro. To jest jeszcze jako tako zgodne z linią partii , do której przeszedł,ale już kwestia uregulowań prawnych dotyczących związków homoseksualnych to będzie niezły orzech do zgryzienia bo jego dotychczasowe poglądy raczej nie są po linii nowej partii.
Za to „podgotowała” mnie ostatnio pani minister Kopacz, która kilka miesięcy temu, nieco zaskakująco w kontekście kryzysu, oświadczyła,że pieniądze na refundację zapłodnienia pozaustrojowego są.
A teraz w równie zaskakujący sposób postawiła nas przed kwestią „albo in vitro, albo chemioterapia”.
Przepraszam za wyrażenie, ale droga pani minister trzeba być doprawdy demagogiczną (...)* by tak stawiać sprawę.
W ostatnim wywiadzie szef MSZ stwierdził,że podobnie jak większość osób w partii rządzącej jest za in vitro,ale bez refundacji -„Bo na zdrowie zawsze jest ograniczona ilość pieniędzy. Tak długo, jak brakuje nam na ratowanie życia, to ci, którym naprawdę zależy na dziecku, uciułają na zabieg.”
Mógłbym się poznęcać nad takim sformułowaniem,ale jakoś nie mam siły.
Jakby człowiek walił łbem w mur.
Już wydawało się,że umysły niektórych zaczęły się otwierać a tu znowu krótkowzroczne prymitywne i demagogiczne gadanie.
I jakoś nawet trudno teraz mi się zdobyć na wielkie krytykanctwo. BO trochę na własne życzenie teraz się wkurzam.
Dawno dawno temu w całkiem nieodległej galaktyce, w której premier i prezydent byli blisko spokrewnieni a Platforma kreowała swój wizerunek jako partii fachowców wkurzałem się,że na własne życzenie przegrywają wybory bo są zbyt szczerzy nie uciekają się do populizmu. A nasz wyborca szczerości jeszcze nie nauczył się doceniać.
No to teraz mam.
I pozwólcie,że tu postawię kropkę bo się zaraz zacietrzewię i znowu będę musiał się autocenzurować i po gwiazdki sięgać.
W każdym razie premier obiecał dzisiaj w wywiadzie dla Interii ,że będzie pilnował:
„ Aby nie wprowadzić żadnych przepisów, które utrudniłyby ludziom dostęp do in vitro albo zakazały tej procedury. Zaznaczył też, że przygotowując regulacje prawne dotyczące in vitro należy mieć na uwadze, aby nie spowodowały one tylko "kłopotów i nieszczęść", np. nie spowodowały wydłużenia czasu oczekiwania na taki zabieg.”
*ten fragment usunięto na wniosek autocenzury-w ramach akcji pod hasłem „Jako ojciec musisz dawać dobry przykład.
Pierwotnie było tam słowo „mendą”.
piątek, 27 maja 2011
Post scriptum
Kilka dni po napisaniu poprzedniego postu zadzwonił telefon.
Zerknąłem na wyświetlacz-”numer prywatny”.
To rzadko oznacza coś miłego. W najlepszym razie upierdliwą rozmowę z kimś kto chce mi cos wmusić. Na przykład sto osiemnastą polisę. Jakby było mało ,że mama ubezpieczony dom samochód i nawet wykupione OC na te nasze cholerne psy.
W gorszym przypadku taki „numer prywatny” może oznaczać kogoś kto uważa,że wisimy mu jakieś pieniądze.
Ale nie, to było to pierwsze.
-Dzień dobry dzwonię z firmy Polkomtel...
Och cóż za radość.
-... dotarła do nas informacja o pana rezygnacji z iPlusa i chciałam spytać o przyczynę.
-Jakość usługi.-no tak nie ułatwiałem jej tej rozmowy.
-Pod jakim względem jakość tej usługi panu nie odpowiada.
-A pod takim, że płacę za dostęp do internetu a wasza firma przestawiła nadajnik i pozbawiła mnie zasięgu a tym samym możliwości korzystania z waszych usług. I w tej sprawie zamierzam...
-Oczywiście może pan złożyć reklamację, ale to nie u mnie bo ja dzwonie w sprawie rezygnacji i chciałabym się dowiedzieć w jaki sposób mogłabym zachęcić pana do pozostania w naszej sieci.
Prawie się wzruszyłem.
-To będzie trudne ponieważ już korzystam z oferty konkurencji i jestem zachwycony jakością ich usługi.
-Ale może jednak, może jakaś atrakcyjna oferta na preferencyjnych warunkach...?
-Wie pani nawet chętnie gdybym miał zasięg.
-Rozumiem a może jakiś atrakcyjny telefon?
-Tylko co ja z nim zrobię skoro pozbawiliście mnie możliwości korzystania z waszych usług.
-No to w każdym razie gdyby się pan namyślił...
Ja pierniczę. Ja naprawdę rozumiem,że dziewczyna ma narzucone standardy takiej rozmowy, musi odfajkować kolejne punkty i za taką upierdliwość jej płacą. Taka praca.
Ale są chyba jakieś granice tego absurdu.
Byłem jednak uprzejmy bo przecież to nie jej wina.
A jednak kiedy oglądam najnowszą kampanię reklamową Plusa i kilka razy dziennie głos z telewizora stwierdza radośnie,że „teraz internet w iPlusie jest jeszcze szybszy to się nieco wkurwiam.
Zerknąłem na wyświetlacz-”numer prywatny”.
To rzadko oznacza coś miłego. W najlepszym razie upierdliwą rozmowę z kimś kto chce mi cos wmusić. Na przykład sto osiemnastą polisę. Jakby było mało ,że mama ubezpieczony dom samochód i nawet wykupione OC na te nasze cholerne psy.
W gorszym przypadku taki „numer prywatny” może oznaczać kogoś kto uważa,że wisimy mu jakieś pieniądze.
Ale nie, to było to pierwsze.
-Dzień dobry dzwonię z firmy Polkomtel...
Och cóż za radość.
-... dotarła do nas informacja o pana rezygnacji z iPlusa i chciałam spytać o przyczynę.
-Jakość usługi.-no tak nie ułatwiałem jej tej rozmowy.
-Pod jakim względem jakość tej usługi panu nie odpowiada.
-A pod takim, że płacę za dostęp do internetu a wasza firma przestawiła nadajnik i pozbawiła mnie zasięgu a tym samym możliwości korzystania z waszych usług. I w tej sprawie zamierzam...
-Oczywiście może pan złożyć reklamację, ale to nie u mnie bo ja dzwonie w sprawie rezygnacji i chciałabym się dowiedzieć w jaki sposób mogłabym zachęcić pana do pozostania w naszej sieci.
Prawie się wzruszyłem.
-To będzie trudne ponieważ już korzystam z oferty konkurencji i jestem zachwycony jakością ich usługi.
-Ale może jednak, może jakaś atrakcyjna oferta na preferencyjnych warunkach...?
-Wie pani nawet chętnie gdybym miał zasięg.
-Rozumiem a może jakiś atrakcyjny telefon?
-Tylko co ja z nim zrobię skoro pozbawiliście mnie możliwości korzystania z waszych usług.
-No to w każdym razie gdyby się pan namyślił...
Ja pierniczę. Ja naprawdę rozumiem,że dziewczyna ma narzucone standardy takiej rozmowy, musi odfajkować kolejne punkty i za taką upierdliwość jej płacą. Taka praca.
Ale są chyba jakieś granice tego absurdu.
Byłem jednak uprzejmy bo przecież to nie jej wina.
A jednak kiedy oglądam najnowszą kampanię reklamową Plusa i kilka razy dziennie głos z telewizora stwierdza radośnie,że „teraz internet w iPlusie jest jeszcze szybszy to się nieco wkurwiam.
wtorek, 17 maja 2011
Polkomtel ty świnio!
Ladies and gentelman przedstaaaaawiam, głównego spoooooonsora mojej przerwy w bloooooogowaniuuuu otooooo
POLKOMTEEEEEEEL!!!
Firma, której działania są tak żenująco kompromitujące iż po kilkunastu latach postanowiłem zrezygnować z jej usług. Niestety z telefonem muszę się jeszcze pomęczyć, ale modem poszedł już do śmieci.
I mogę wreszcie zapomnieć o tym gównie jakim w moim przypadku okazał się iPLus.
Ja naprawdę wiem,że w dużych miastach jest 3G i wszystko hula. Ja naprawdę rozumiem, że na zadupiu nie ma co oczekiwać cudów.
Wiem również,że Polkomtel celowo przestawił nadajnik by poprawić zasięg w sąsiedniej miejscowości. Tym samym pozbawiając mnie możliwości korzystania z jego usług.
Ale faktury gnoje przysyłają.
I w mediach chwalą się tym jak to inwestują w infrastrukturę.
Oto historia dziwna. Bardzo dziwna. Tym bardziej ,że przyjdzie mi w niej pochwalić firmę związaną z Tepsą (za przeproszeniem). Koniec świata.
No dobra. Zaczynajmy.
Za górami za lasami mieszkał frajer, który uważał, że jak za coś płaci to to dostanie. Był wierny. Bo przecież tyle lat współpracy, bo znajomi w biurze obsługi klienta, w dziale technicznym (sorry kochani do was nic nie ma :-)) itd.
Od pewnego czasu działanie naszego iPlusowego łącza irytująco się pogarszało.
Jednak znajomy z Polkomtela pocieszał,że wkrótce będą przestawiać nadajnik i sytuacja powinna ulec zmianie.
No dobra. Uzbroiliśmy się w cierpliwość i czekaliśmy.
Koleżanka małżonka rozbroiła się znacznie wcześniej niż ja.
-.......urrrrrrrwaaaaaanyyyyy KUUUUUBEK- warczała waląc wściekle w klawiaturę komputera.
-.......eeeeeerrrrrrdoooooolllony internet-doprecyzowywała co chwilę źródło swego wzburzenia.
- Jak mam powysyłać oferty do klientów skoro to gówno w ogóle nie działa!!!!
Waliła coraz mocniej.
-Uspokój się bo dzieci obudzisz-spróbowałem być odważny.
I głupi.
-MISIEK CZEMU NIC NIE ZROBISZ!!!-jej wściekłe spojrzenie miało taka temperaturę,że zacząłem obawiać się czy nie wyląduję na oddziale w Siemianowicach Śląskich.
-A co mam do cholery zrobić- burknąłem urażony-Jak nie chcesz Gównostrady od Tepsy to tylko to badziewie z iPlusa nam zostało.
-MISIEK ZRÓB COŚ ZANIM WYLEWU DOSTANĘ!!!
Tak oczywiście to moja wina. Mocno mnie to uraziło.
Tak mocno,że ośmieliłem się zwerbalizować.
Ech, odważny ,ale głupi.
Resztę wieczoru spędziliśmy w milczeniu.
Co nie oznacza,że w ciszy.
Walenie w klawiaturę było coraz głośniejsze.
Wkurzało mnie to niepomiernie,ale czułem,że jeżeli się odezwę to koleżanka małżonka przestanie walić w klawiaturę.
Będzie zbyt zajęta okładaniem mnie.
Ot wieczór jakich ostatnio wiele.
Dziewczynki po dwudziestej zasypiają, ja zabieram się za ogarnięcie chałupy a żona siada do pracy. I przez następne kilka godzin próbuje wysłać kilka służbowych maili. Najczęściej bezskutecznie.
W końcu , po północy, wkurzona odpuszcza i kładzie się spać.
Następnego dnia sytuacja się powtarza. I następnego. I kolejnego.
Rzeczywiście szlag może człowieka trafić.
Do tej pory, w nerwach,ale jakoś korzystać z internetu się dało.
Jednak od jakiegoś czasu praktycznie płacimy za usługę, której usługodawca nie świadczy.
No, ale czekamy na to mityczne przestawienie nadajnika. Niech stanie się cud.
W końcu któregoś wieczora nie wytrzymałem i zadzwoniłem na infolinię. Oczywiście nie udało mi się połączyć z konsultantem ponieważ okazało się ,że pracują do 22.00 a była 21.59.
Usłyszałem jednak informację,że Polkomtel oferuje teraz również iPlusa w nowszej technologii CDMA.
Ot taka mała radość frajera, który nie chce zmieniać firmy i cieszy się,że może wymienić gówniany produkt na trochę lepszy.
Frajer szybko sprawdził mapę zasięgu i następnego dnia podpisał umowę na nową usługę.
Na szczęście na próbę.
Spisanie dokumentów trwało półtorej godziny. Zirytowany pracownik tłumaczył,że do obsługi tej usługi mają nowy program, z którym wszyscy mają problemy.
Frajer wiedział o tym wcześniej bo na forach internetowych sporo o tym czytał. Więc był wyrozumiały.
W końcu się udało i mógł wrócić do domu. Uśmiechnięty i pełen nadziei.
Podpięcie nowego modemu i instalacja sterowników zajęła chwilę. Następne kilka godzin frajer ów spędził na konferowaniu ze wsparciem technicznym, które nie potrafiło mu wyjaśnić czemu modem nie chce się połączyć z siecią.
Żmudne grzebanie w panelu sterowania itd. nic nie dało.
Drugiego dnia walka wciąż trwała.
Aż nagle kolejnego konsultanta olśniło.
-A jakiego koloru świeci się dioda na modemie? -zapytał
-Czerwona.
-A ,to wszystko jasne, nie ma pan zasięgu.
-Jak to? Wskaźnik pokazuje trzy kreski?
-Ja wiem,ale one tylko tak pokazują.
-To znaczy?
-To znaczy, że czerwona lampka świadczy o tym,że modem w ogóle nie łapie sygnału. Powinna się świecić niebieska.
Frajer chwycił laptop i wyszedł z nim na balkon. Jego przekrwione od wpatrywania się w ekran oczy poraziło niebieskie światełko modemu, który momentalnie połączył się z internetem.
Frajer zaklął.
Zapakował modem powstrzymując się przed roztrzaskaniem go o ścianę.
Następnego dnia rozwiązał umowę na iPlusa oraz na iPlusa CDMA.
-Wie pan, to dziwne,że wszyscy to zwracają-zadumał się pan przyjmujący rezygnację.
-I ten zwykły iPlus też u pana nie działa?-kontynuował niepomiernie zdziwiony-To dziwne bo odkąd przestawiliśmy nadajnik w tej okolicy jest super.
-Odkąd przestawiliście nadajnik u mnie jest wprost przeciwnie-zaburczał frajer.
A potem poszedł do salonu Orange.
Spisanie umowy i aktywacja trwało piętnaście minut.
Było miło i nawet, przez moment, śmiesznie:
-A nie chce pan Neostrady?
-Nie.
-A można wiedzieć dlaczego?
-Bo to Tepsa.
-No tak rozumiem. W przeszłości różnie się zdarzało, ale teraz firma dużo robi by przekonać do siebie klientów, którzy się do nie zrazili.
-Świetnie. Tylko jak kilka lat temu wymieniali u są kable to zamiast obiecanego światłowodu pociągnęli zwykły kabel i teraz oferują zawrotną prędkość dwóch mega za cenę prawdziwej Neostrady. Nie wydaje się pani,że w tym wypadku technologia mobilna ma ciut więcej zalet?
Frajer nie był zadowolony, że musiał podpisać umowę z firmą powiązaną z „Telekomuną”.
I nawet wkurzało go to,że oferowany przez nią internet zapieprzał u niego w domu jak dziki.
A już kompletnie dobiło go to,że modem u nowego dostawcy był tańszy o połowę niż u dotychczasowego.
A ręce opadły mu ostatecznie gdy okazało się, że ma wbudowany router, za który w iPlusie musiałby zapłacić prawie 150 złotych.
Był wściekły bo firma, której był tyle lat wierny potraktowała go nieuczciwie i bezczelnie.
A piany dostawał bo na blogu musiał napisać, że coś czego dotknęła Tepsa jest dobre.
Bo jest. Psiakrew.
A teraz kochani zwróćcie uwagę na to,że w tym tekście praktycznie nie ma wulgaryzmów.
Ostatnio trochę mi się za nie oberwało.
A jednak uważam,że w tym tekście powinny się znaleźć.
Ci którzy ich nie lubią mogą teraz przerwać lekturę.
A dla tych, którym nie przeszkadzają ,mam pakiet autoryzowanych licencjonowanych przekleństw:
„Pie.....dolony”- sztuk 10- do wstawienia w tekście przed słowami „Polkomtel”, „iPlus” oraz „iPlus CDMA”.
„K........rwa”- sztuk 15 do wstawienia w dowolnych miejscach celem zwiększenia ekspresji wypowiedzi.
Udzielam też licencji na wstawienie sobie do tekstu około piętnastu innych, dowolnych wulgaryzmów.
Wtedy ten tekst będzie mniej więcej wyglądał tak jak powinien :-))))
A kto nie chce ten nie musi.
POLKOMTEEEEEEEL!!!
Firma, której działania są tak żenująco kompromitujące iż po kilkunastu latach postanowiłem zrezygnować z jej usług. Niestety z telefonem muszę się jeszcze pomęczyć, ale modem poszedł już do śmieci.
I mogę wreszcie zapomnieć o tym gównie jakim w moim przypadku okazał się iPLus.
Ja naprawdę wiem,że w dużych miastach jest 3G i wszystko hula. Ja naprawdę rozumiem, że na zadupiu nie ma co oczekiwać cudów.
Wiem również,że Polkomtel celowo przestawił nadajnik by poprawić zasięg w sąsiedniej miejscowości. Tym samym pozbawiając mnie możliwości korzystania z jego usług.
Ale faktury gnoje przysyłają.
I w mediach chwalą się tym jak to inwestują w infrastrukturę.
Oto historia dziwna. Bardzo dziwna. Tym bardziej ,że przyjdzie mi w niej pochwalić firmę związaną z Tepsą (za przeproszeniem). Koniec świata.
No dobra. Zaczynajmy.
Za górami za lasami mieszkał frajer, który uważał, że jak za coś płaci to to dostanie. Był wierny. Bo przecież tyle lat współpracy, bo znajomi w biurze obsługi klienta, w dziale technicznym (sorry kochani do was nic nie ma :-)) itd.
Od pewnego czasu działanie naszego iPlusowego łącza irytująco się pogarszało.
Jednak znajomy z Polkomtela pocieszał,że wkrótce będą przestawiać nadajnik i sytuacja powinna ulec zmianie.
No dobra. Uzbroiliśmy się w cierpliwość i czekaliśmy.
Koleżanka małżonka rozbroiła się znacznie wcześniej niż ja.
-.......urrrrrrrwaaaaaanyyyyy KUUUUUBEK- warczała waląc wściekle w klawiaturę komputera.
-.......eeeeeerrrrrrdoooooolllony internet-doprecyzowywała co chwilę źródło swego wzburzenia.
- Jak mam powysyłać oferty do klientów skoro to gówno w ogóle nie działa!!!!
Waliła coraz mocniej.
-Uspokój się bo dzieci obudzisz-spróbowałem być odważny.
I głupi.
-MISIEK CZEMU NIC NIE ZROBISZ!!!-jej wściekłe spojrzenie miało taka temperaturę,że zacząłem obawiać się czy nie wyląduję na oddziale w Siemianowicach Śląskich.
-A co mam do cholery zrobić- burknąłem urażony-Jak nie chcesz Gównostrady od Tepsy to tylko to badziewie z iPlusa nam zostało.
-MISIEK ZRÓB COŚ ZANIM WYLEWU DOSTANĘ!!!
Tak oczywiście to moja wina. Mocno mnie to uraziło.
Tak mocno,że ośmieliłem się zwerbalizować.
Ech, odważny ,ale głupi.
Resztę wieczoru spędziliśmy w milczeniu.
Co nie oznacza,że w ciszy.
Walenie w klawiaturę było coraz głośniejsze.
Wkurzało mnie to niepomiernie,ale czułem,że jeżeli się odezwę to koleżanka małżonka przestanie walić w klawiaturę.
Będzie zbyt zajęta okładaniem mnie.
Ot wieczór jakich ostatnio wiele.
Dziewczynki po dwudziestej zasypiają, ja zabieram się za ogarnięcie chałupy a żona siada do pracy. I przez następne kilka godzin próbuje wysłać kilka służbowych maili. Najczęściej bezskutecznie.
W końcu , po północy, wkurzona odpuszcza i kładzie się spać.
Następnego dnia sytuacja się powtarza. I następnego. I kolejnego.
Rzeczywiście szlag może człowieka trafić.
Do tej pory, w nerwach,ale jakoś korzystać z internetu się dało.
Jednak od jakiegoś czasu praktycznie płacimy za usługę, której usługodawca nie świadczy.
No, ale czekamy na to mityczne przestawienie nadajnika. Niech stanie się cud.
W końcu któregoś wieczora nie wytrzymałem i zadzwoniłem na infolinię. Oczywiście nie udało mi się połączyć z konsultantem ponieważ okazało się ,że pracują do 22.00 a była 21.59.
Usłyszałem jednak informację,że Polkomtel oferuje teraz również iPlusa w nowszej technologii CDMA.
Ot taka mała radość frajera, który nie chce zmieniać firmy i cieszy się,że może wymienić gówniany produkt na trochę lepszy.
Frajer szybko sprawdził mapę zasięgu i następnego dnia podpisał umowę na nową usługę.
Na szczęście na próbę.
Spisanie dokumentów trwało półtorej godziny. Zirytowany pracownik tłumaczył,że do obsługi tej usługi mają nowy program, z którym wszyscy mają problemy.
Frajer wiedział o tym wcześniej bo na forach internetowych sporo o tym czytał. Więc był wyrozumiały.
W końcu się udało i mógł wrócić do domu. Uśmiechnięty i pełen nadziei.
Podpięcie nowego modemu i instalacja sterowników zajęła chwilę. Następne kilka godzin frajer ów spędził na konferowaniu ze wsparciem technicznym, które nie potrafiło mu wyjaśnić czemu modem nie chce się połączyć z siecią.
Żmudne grzebanie w panelu sterowania itd. nic nie dało.
Drugiego dnia walka wciąż trwała.
Aż nagle kolejnego konsultanta olśniło.
-A jakiego koloru świeci się dioda na modemie? -zapytał
-Czerwona.
-A ,to wszystko jasne, nie ma pan zasięgu.
-Jak to? Wskaźnik pokazuje trzy kreski?
-Ja wiem,ale one tylko tak pokazują.
-To znaczy?
-To znaczy, że czerwona lampka świadczy o tym,że modem w ogóle nie łapie sygnału. Powinna się świecić niebieska.
Frajer chwycił laptop i wyszedł z nim na balkon. Jego przekrwione od wpatrywania się w ekran oczy poraziło niebieskie światełko modemu, który momentalnie połączył się z internetem.
Frajer zaklął.
Zapakował modem powstrzymując się przed roztrzaskaniem go o ścianę.
Następnego dnia rozwiązał umowę na iPlusa oraz na iPlusa CDMA.
-Wie pan, to dziwne,że wszyscy to zwracają-zadumał się pan przyjmujący rezygnację.
-I ten zwykły iPlus też u pana nie działa?-kontynuował niepomiernie zdziwiony-To dziwne bo odkąd przestawiliśmy nadajnik w tej okolicy jest super.
-Odkąd przestawiliście nadajnik u mnie jest wprost przeciwnie-zaburczał frajer.
A potem poszedł do salonu Orange.
Spisanie umowy i aktywacja trwało piętnaście minut.
Było miło i nawet, przez moment, śmiesznie:
-A nie chce pan Neostrady?
-Nie.
-A można wiedzieć dlaczego?
-Bo to Tepsa.
-No tak rozumiem. W przeszłości różnie się zdarzało, ale teraz firma dużo robi by przekonać do siebie klientów, którzy się do nie zrazili.
-Świetnie. Tylko jak kilka lat temu wymieniali u są kable to zamiast obiecanego światłowodu pociągnęli zwykły kabel i teraz oferują zawrotną prędkość dwóch mega za cenę prawdziwej Neostrady. Nie wydaje się pani,że w tym wypadku technologia mobilna ma ciut więcej zalet?
Frajer nie był zadowolony, że musiał podpisać umowę z firmą powiązaną z „Telekomuną”.
I nawet wkurzało go to,że oferowany przez nią internet zapieprzał u niego w domu jak dziki.
A już kompletnie dobiło go to,że modem u nowego dostawcy był tańszy o połowę niż u dotychczasowego.
A ręce opadły mu ostatecznie gdy okazało się, że ma wbudowany router, za który w iPlusie musiałby zapłacić prawie 150 złotych.
Był wściekły bo firma, której był tyle lat wierny potraktowała go nieuczciwie i bezczelnie.
A piany dostawał bo na blogu musiał napisać, że coś czego dotknęła Tepsa jest dobre.
Bo jest. Psiakrew.
A teraz kochani zwróćcie uwagę na to,że w tym tekście praktycznie nie ma wulgaryzmów.
Ostatnio trochę mi się za nie oberwało.
A jednak uważam,że w tym tekście powinny się znaleźć.
Ci którzy ich nie lubią mogą teraz przerwać lekturę.
A dla tych, którym nie przeszkadzają ,mam pakiet autoryzowanych licencjonowanych przekleństw:
„Pie.....dolony”- sztuk 10- do wstawienia w tekście przed słowami „Polkomtel”, „iPlus” oraz „iPlus CDMA”.
„K........rwa”- sztuk 15 do wstawienia w dowolnych miejscach celem zwiększenia ekspresji wypowiedzi.
Udzielam też licencji na wstawienie sobie do tekstu około piętnastu innych, dowolnych wulgaryzmów.
Wtedy ten tekst będzie mniej więcej wyglądał tak jak powinien :-))))
A kto nie chce ten nie musi.
poniedziałek, 16 maja 2011
Powrót z czarnej dziury
Ale ten czas ucieka!
Mam taką teorię, że dzieci zakrzywiają czasoprzestrzeń.
No bo jak inaczej wytłumaczyć to,że zrobiłem sobie króciuteńką przerwę w pisaniu i nagle okazało się,że to już prawie miesiąc bez postu?
Tak na serio to myślę,że ta przerwa dobrze blogowi zrobi. W piątek minęły dwa lata od pierwszego wpisu i rozpoczęcia tego całego szaleństwa.
Szczerze mówiąc zastanawiałem się nawet czy nie jest to dobra data na zakończenie tego blogu.
Bo posty coraz częściej robią się wtórne, bo poseł Gowin popadł w partyjna niełaskę, prawdopodobnie nie będzie ustawy bioetycznej tylko po prostu Konwencja bioetyczna Rady Europy, którą Polska zamierza wreszcie ratyfikować .
Jednym słowem wygląda na to,że w tym chorym kraju robi się normalnie.
Za wcześnie by mówić o uzdrowieniu, ba o rehabilitacji nawet, ale postępy choroby zostały zatrzymane.
I trochę brakuje mi paliwa do pisania, które zaczęło się od ogromnej frustracji i niezgody na te naszą rzeczywistość.
Coraz częściej zapominam, że nasze córki to „Twory Frankesteina”.
Po prostu mamy fajne dzieciaki.
I oczywiście różne perypetie. Tyle,że gatunkowo odbiegające od tego o czym miałem tu pisać.
Dlatego mocno zastanawiałem się nad zakończeniem pisania Dzieci Frankensteina....
i rozpoczęcia kontynuacji pt. „Księżniczki ze szkiełka”.
Na razie zdecydowałem się tego nie robić bo szkoda mi trochę pracy włożonej w DF.
Tak więc nie obawiajcie się „plotki o rzekomej śmierci tego blogu są zdecydowanie przesadzone” :-)))
Mało ostatnio mam czasu na pisanie. Mało na cokolwiek. Więc o wyrozumiałość proszę.
Przy okazji jeszcze jedno wyjaśnienie.
Moje tak długie milczenie ma jeszcze jedną przyczynę. Jego głównym sponsorem jest mój nieuczciwy dostawca internetu.
I wkrótce zamierzam mu za to podziękować w osobnym poście, który mam nadzieję przeczyta sporo osób, które polecą go znajomym i wkrótce w wynikach wyszukiwarki Googla wystukanie nazwy tej firmy będzie skutkowało tzw. „Efektem Kominka”.
To moja autorska nazwa tego co przydarzyło się jednemu z najbardziej popularnych polskich blogerów.
A stał się popularny głównie dzięki temu, że internauci zaczęli kojarzyć nazwę pewnego wielkiego koncernu spożywczego z nazwą.... żeńskiego organu płciowego. Taką mniej medyczną.
A bardziej wulgarną.
A zaczęło się od tego,że blogerowi nie posmakował budyń.
Mnie też nie smakuje,że ktoś robi mnie w przysłowiowe zwierzę kopytne.
Mam taką teorię, że dzieci zakrzywiają czasoprzestrzeń.
No bo jak inaczej wytłumaczyć to,że zrobiłem sobie króciuteńką przerwę w pisaniu i nagle okazało się,że to już prawie miesiąc bez postu?
Tak na serio to myślę,że ta przerwa dobrze blogowi zrobi. W piątek minęły dwa lata od pierwszego wpisu i rozpoczęcia tego całego szaleństwa.
Szczerze mówiąc zastanawiałem się nawet czy nie jest to dobra data na zakończenie tego blogu.
Bo posty coraz częściej robią się wtórne, bo poseł Gowin popadł w partyjna niełaskę, prawdopodobnie nie będzie ustawy bioetycznej tylko po prostu Konwencja bioetyczna Rady Europy, którą Polska zamierza wreszcie ratyfikować .
Jednym słowem wygląda na to,że w tym chorym kraju robi się normalnie.
Za wcześnie by mówić o uzdrowieniu, ba o rehabilitacji nawet, ale postępy choroby zostały zatrzymane.
I trochę brakuje mi paliwa do pisania, które zaczęło się od ogromnej frustracji i niezgody na te naszą rzeczywistość.
Coraz częściej zapominam, że nasze córki to „Twory Frankesteina”.
Po prostu mamy fajne dzieciaki.
I oczywiście różne perypetie. Tyle,że gatunkowo odbiegające od tego o czym miałem tu pisać.
Dlatego mocno zastanawiałem się nad zakończeniem pisania Dzieci Frankensteina....
i rozpoczęcia kontynuacji pt. „Księżniczki ze szkiełka”.
Na razie zdecydowałem się tego nie robić bo szkoda mi trochę pracy włożonej w DF.
Tak więc nie obawiajcie się „plotki o rzekomej śmierci tego blogu są zdecydowanie przesadzone” :-)))
Mało ostatnio mam czasu na pisanie. Mało na cokolwiek. Więc o wyrozumiałość proszę.
Przy okazji jeszcze jedno wyjaśnienie.
Moje tak długie milczenie ma jeszcze jedną przyczynę. Jego głównym sponsorem jest mój nieuczciwy dostawca internetu.
I wkrótce zamierzam mu za to podziękować w osobnym poście, który mam nadzieję przeczyta sporo osób, które polecą go znajomym i wkrótce w wynikach wyszukiwarki Googla wystukanie nazwy tej firmy będzie skutkowało tzw. „Efektem Kominka”.
To moja autorska nazwa tego co przydarzyło się jednemu z najbardziej popularnych polskich blogerów.
A stał się popularny głównie dzięki temu, że internauci zaczęli kojarzyć nazwę pewnego wielkiego koncernu spożywczego z nazwą.... żeńskiego organu płciowego. Taką mniej medyczną.
A bardziej wulgarną.
A zaczęło się od tego,że blogerowi nie posmakował budyń.
Mnie też nie smakuje,że ktoś robi mnie w przysłowiowe zwierzę kopytne.
niedziela, 24 kwietnia 2011
Wesołych Świąt !
Wszystkiego "naj" i w najlepszym gatunku życzę :-)
Powoli kończąc mój blogowy urlop.
Co prawda dzisiaj siedzę w pracy co w najlepszy nastrój nie wprawia, ale jutro zaczynam długi weekend.W planach wyprawa na drugi koniec Polski do mojego rodzinnego miasta, w którym nie byłem już bardzo dawno.
Ostatnie dni były bardzo pracowite i takie oderwanie od codzienności powinno dobrze zrobić całej naszej ekipie.
Przyszły pokój dziewczynek jest już prawie wyremontowany. Gładzie schną i czekają na gruntowanie i malowanie.
Remont, gruntowne porządki w piwnicy, kołowrót w pracy, "boćkowy" zlot, dubeltowa jelitówka i jeszcze pradziadek DF w szpitalu-lista atrakcji ostatnich tygodni jest długa.
Ale zbliża się druga rocznica powstania blogu więc czas się znowu uaktywnić.
Tym bardziej,że los sam daje mi znaki, że czas zabrać się do roboty.
Los ubrany w kombinezon z logo znanego japońskiego koncernu motoryzacyjnego.
Zaintrygowani?
Mam nadzieję :-)
Powoli kończąc mój blogowy urlop.
Co prawda dzisiaj siedzę w pracy co w najlepszy nastrój nie wprawia, ale jutro zaczynam długi weekend.W planach wyprawa na drugi koniec Polski do mojego rodzinnego miasta, w którym nie byłem już bardzo dawno.
Ostatnie dni były bardzo pracowite i takie oderwanie od codzienności powinno dobrze zrobić całej naszej ekipie.
Przyszły pokój dziewczynek jest już prawie wyremontowany. Gładzie schną i czekają na gruntowanie i malowanie.
Remont, gruntowne porządki w piwnicy, kołowrót w pracy, "boćkowy" zlot, dubeltowa jelitówka i jeszcze pradziadek DF w szpitalu-lista atrakcji ostatnich tygodni jest długa.
Ale zbliża się druga rocznica powstania blogu więc czas się znowu uaktywnić.
Tym bardziej,że los sam daje mi znaki, że czas zabrać się do roboty.
Los ubrany w kombinezon z logo znanego japońskiego koncernu motoryzacyjnego.
Zaintrygowani?
Mam nadzieję :-)
środa, 23 marca 2011
Wieści, zapowiedzi, informacje, tłumaczenia.
Kochani dzisiaj tak na szybko i w skrócie bo nie chcę tak bez słowa waszej cierpliwości nadwyrężać.
Więc lojalnie uprzedzam, że przez kilka dni raczej nie ma co oczekiwać na blogu gejzerów mojej aktywności.
Od poniedziałku codziennie po pracy jeżdżę z połową Dzieci Frankensteina na hydroterapię. Codziennie po około pięć godzin ślęczę nad książką i sam nie wiem skąd mam na to siłę bo generalnie kryzys formy fizycznej mnie dopadł.
Zasypiam w wannie, przed telewizorem, na kanapie, na podłodze. Przypomina mi się rysunek z Garfieldem, który paradował z przywiązaną do głowy poduszką i twierdził ,że "cały świat to jego łóżko" ;-)
W każdym razie postanowiłem,że choćbym padł to do końca tygodnia książka ma być ukończona i wysłana do koleżanki, która zajmie się jej profesjonalną korektą.
A potem nadejdzie czas prawdy.
Oby nie była zbyt brutalna.
Jeżeli chodzi o wersję audio to na pewno wkrótce powstaną kolejne odcinki, ale jest tu pewna delikatna kwestia.
We wstępie wykorzystuję fragment utworu pt. "Hope" zespołu Orange The Juice i cały czas czekam na odpowiedź od ich menago czy nie mają nic przeciw temu.
Jedna demówka z paroma sekundami muzyki to moim zdaniem nic takiego,ale regularne wykorzystywanie tego i innych utworów (bo fajne są :-) to już inna sprawa.
Tak więc o odrobinę wyrozumiałości i cierpliwości proszę.
I przyznam szczerze ,że nie mogę się doczekać kiedy wreszcie pozbędę się "z głowy" książki i znowu zabiorę za swobodne blogowanie :-)))
ps.
Wracając do wersji audio to kolega trochę mi docina,że następnym razem to on zrobi wersję "efekciarską" i ciekawe jak wtedy podzielą się głosy. I ma rację :-))
Więc lojalnie uprzedzam, że przez kilka dni raczej nie ma co oczekiwać na blogu gejzerów mojej aktywności.
Od poniedziałku codziennie po pracy jeżdżę z połową Dzieci Frankensteina na hydroterapię. Codziennie po około pięć godzin ślęczę nad książką i sam nie wiem skąd mam na to siłę bo generalnie kryzys formy fizycznej mnie dopadł.
Zasypiam w wannie, przed telewizorem, na kanapie, na podłodze. Przypomina mi się rysunek z Garfieldem, który paradował z przywiązaną do głowy poduszką i twierdził ,że "cały świat to jego łóżko" ;-)
W każdym razie postanowiłem,że choćbym padł to do końca tygodnia książka ma być ukończona i wysłana do koleżanki, która zajmie się jej profesjonalną korektą.
A potem nadejdzie czas prawdy.
Oby nie była zbyt brutalna.
Jeżeli chodzi o wersję audio to na pewno wkrótce powstaną kolejne odcinki, ale jest tu pewna delikatna kwestia.
We wstępie wykorzystuję fragment utworu pt. "Hope" zespołu Orange The Juice i cały czas czekam na odpowiedź od ich menago czy nie mają nic przeciw temu.
Jedna demówka z paroma sekundami muzyki to moim zdaniem nic takiego,ale regularne wykorzystywanie tego i innych utworów (bo fajne są :-) to już inna sprawa.
Tak więc o odrobinę wyrozumiałości i cierpliwości proszę.
I przyznam szczerze ,że nie mogę się doczekać kiedy wreszcie pozbędę się "z głowy" książki i znowu zabiorę za swobodne blogowanie :-)))
ps.
Wracając do wersji audio to kolega trochę mi docina,że następnym razem to on zrobi wersję "efekciarską" i ciekawe jak wtedy podzielą się głosy. I ma rację :-))
piątek, 18 marca 2011
Premiera audio!
Tak, tak- wiem, że znowu wystawiłem na próbę cierpliwość czytelników.
Mam nadzieję jednak ,że uznacie iż warto było trochę poczekać.
Nadeszła wiekopomna chwila i Dzieci Frankensteina zyskały własny głos.
A nawet dwa głosy.
Jeden ludzki a drugi autora ;-)
Jak już wspominałem prace nad dwiema wersjami audio trwały równocześnie.
W końcu obaj z kumplem uznaliśmy,że czas poddać efekty naszej pracy krytyce.
Oby konstruktywnej.
Bo my mamy już dosyć krytykowania się nawzajem :-)))))
Kumpel, który ostatnio telefoniczne rozmowy ze mną zaczyna od:„Cześć! Tylko tym razem nie chcę o sobie czytać na twoim blogu!”- swoją wersję podcastową udostępnił już kilka dni temu.
Mnie praca zajęła trochę więcej czasu ponieważ zrealizowałem ją „barokowo”.
W końcu jednak skończyłem, nagrałem na płytkę i dałem do posłuchania koleżance małżonce.
Wzięła ją do samochodu i słuchała po drodze.
A ja czekałem niecierpliwie na werdykt.
Nie zdradzę jaki, ponieważ nie chcę Wam niczego sugerować.
W każdym razie nadszedł czas prezentacji.
Aby zachować chronologię na początek proponuję produkcję konkurencji.
Jest to wstęp i pierwszy rozdział powstającej ( no cóż, w bólach) książki:
Uważni czytelniko- słuchacze pewnie zwrócili uwagę na to,że powyższy fragment to kompilacja kilku postów i odrobiny nowej pisaniny.
Teraz więc absolutna premiera. Rozdział, który na blogu nigdy nie był prezentowany. To fragment całego nowego „papierowego” wątku, którego gwiazdą jest przyszywany szwagier :-)
Tu pojawia się tylko na moment, ale wierzcie mi wprowadzi do całości nową jakość.
A więc odcinek pt. „Nowa bryka” tadaaaaaam:
No i co?
Kto nie wpisze komentarza ten...
ps.
Jeżeli ktoś z jakiś przyczyn ma problemy z odsłuchaniem, albo wolałby posłuchać w samochodzie itd. to proszę o sygnał na „garbatego maila” i mogę podesłać.
Tyle,że obie empetrójki są dziesięciominutowe i mają po 10 mega.
Mam nadzieję jednak ,że uznacie iż warto było trochę poczekać.
Nadeszła wiekopomna chwila i Dzieci Frankensteina zyskały własny głos.
A nawet dwa głosy.
Jeden ludzki a drugi autora ;-)
Jak już wspominałem prace nad dwiema wersjami audio trwały równocześnie.
W końcu obaj z kumplem uznaliśmy,że czas poddać efekty naszej pracy krytyce.
Oby konstruktywnej.
Bo my mamy już dosyć krytykowania się nawzajem :-)))))
Kumpel, który ostatnio telefoniczne rozmowy ze mną zaczyna od:„Cześć! Tylko tym razem nie chcę o sobie czytać na twoim blogu!”- swoją wersję podcastową udostępnił już kilka dni temu.
Mnie praca zajęła trochę więcej czasu ponieważ zrealizowałem ją „barokowo”.
W końcu jednak skończyłem, nagrałem na płytkę i dałem do posłuchania koleżance małżonce.
Wzięła ją do samochodu i słuchała po drodze.
A ja czekałem niecierpliwie na werdykt.
Nie zdradzę jaki, ponieważ nie chcę Wam niczego sugerować.
W każdym razie nadszedł czas prezentacji.
Aby zachować chronologię na początek proponuję produkcję konkurencji.
Jest to wstęp i pierwszy rozdział powstającej ( no cóż, w bólach) książki:
Uważni czytelniko- słuchacze pewnie zwrócili uwagę na to,że powyższy fragment to kompilacja kilku postów i odrobiny nowej pisaniny.
Teraz więc absolutna premiera. Rozdział, który na blogu nigdy nie był prezentowany. To fragment całego nowego „papierowego” wątku, którego gwiazdą jest przyszywany szwagier :-)
Tu pojawia się tylko na moment, ale wierzcie mi wprowadzi do całości nową jakość.
A więc odcinek pt. „Nowa bryka” tadaaaaaam:
No i co?
Kto nie wpisze komentarza ten...
ps.
Jeżeli ktoś z jakiś przyczyn ma problemy z odsłuchaniem, albo wolałby posłuchać w samochodzie itd. to proszę o sygnał na „garbatego maila” i mogę podesłać.
Tyle,że obie empetrójki są dziesięciominutowe i mają po 10 mega.
czwartek, 10 marca 2011
Medialne ikony
Tydzień temu miałem okazję obejrzeć wystawę Ewy Harabasz pt. "Prasoreligia". Bardzo ciekawa artystka czerpiąca inspirację z malarstwa Caravaggia i sztuki bizantyjskiej a jednak...
Cholernie aktualna jest wymowa tych jej współczesnych ikon nieprawdaż?

Miałem okazję odbyć dłuższą rozmowę z artystką, która tłumaczyła mi, że stara się pokazać dwuznaczną rolę mediów we współczesnym świecie.To w jak efektowny, estetyczny i wykoncypowany sposób pokazują ludzkie cierpienie.
Dlatego tworząc swoje "współczesne ikony" wykorzystuje fotografie prasowe.

A jednak mam wrażenie,że tworząc te prace sama stawia się w trochę dwuznacznej sytuacji.
Wspominam o tej wystawie na swoim blogu m.in dlatego,że sporo miejsca poświęcam tutaj kwestiom tolerancji i jej braku. Oraz pewnym tarciom na styku naszej codzienności i religii.
Co ciekawe prace Ewy Harabasz żyją swoim życiem. Jak mówi, tę pracę powyżej często znajduje na różnych portalach katolickich gdzie jest reprodukowana jako "Współczesna Madonna".
Za to ta druga praca została "zawłaszczona" przez środowiska gejowskie, które z kolei wrzucają ją na swoje strony jako "gejowską pietę".
Chichot losu.
Cholernie aktualna jest wymowa tych jej współczesnych ikon nieprawdaż?

Miałem okazję odbyć dłuższą rozmowę z artystką, która tłumaczyła mi, że stara się pokazać dwuznaczną rolę mediów we współczesnym świecie.To w jak efektowny, estetyczny i wykoncypowany sposób pokazują ludzkie cierpienie.
Dlatego tworząc swoje "współczesne ikony" wykorzystuje fotografie prasowe.

A jednak mam wrażenie,że tworząc te prace sama stawia się w trochę dwuznacznej sytuacji.
Wspominam o tej wystawie na swoim blogu m.in dlatego,że sporo miejsca poświęcam tutaj kwestiom tolerancji i jej braku. Oraz pewnym tarciom na styku naszej codzienności i religii.
Co ciekawe prace Ewy Harabasz żyją swoim życiem. Jak mówi, tę pracę powyżej często znajduje na różnych portalach katolickich gdzie jest reprodukowana jako "Współczesna Madonna".
Za to ta druga praca została "zawłaszczona" przez środowiska gejowskie, które z kolei wrzucają ją na swoje strony jako "gejowską pietę".
Chichot losu.
środa, 9 marca 2011
Dobry człowiek po ciemnej stronie mocy c.d.
Okazało się,że owszem- lodówka w pionie teoretycznie się mieści. Tyle,że po skosie jest kilka centymetrów wyższa.
A tego nie wziąłem pod uwagę.
Ponieważ podłoga w piwnicy jest lekko skośna próbowaliśmy znaleźć miejsce , w którym uda się ją postawić pionowo.
Próbowaliśmy sposobem.
Próbowaliśmy na siłę.
Wszystko na darmo.
Pełen wyrzutów sumienia spojrzałem na kumpla.
Starał się nie okazywać emocji,ale zdawałem sobie sprawę z tego co czuje.
To co miało być szybką akcją zamieniało się w jakiś pieprzony koszmar geometry.
-Jaaaaa pierdzielę! Jak to możliwe-jęczałem płaczliwie.
A kolega, któremu najwyraźniej przyszło do głowy, że zaraz usłyszy „no trudno to musimy zanieść ja z powrotem na górę” napiął wszystkie mięśnie w daremnej, próbie wciśnięcia lodówki na miejsce.
Nie było na to szans.
-Dobra. Nie ma sensu się męczyć skoro i tak się spieszysz. Odpuśćmy. Oprzyjmy ją o ścianę i potem pomyślę jak sobie z tym poradzić.- westchnąłem rozczarowany.
Poszliśmy na górę.
-To co, napijesz się kawy? Świeżutko zrobiona!-zaproponowałem wiedząc ,że ją uwielbia.
Znowu zerknął na zegarek.
-Nieee, wiesz odpuszczę. Naprawdę muszę lecieć.-odpowiedział.
A mnie zrobiło się strasznie głupio.
Jeszcze gorzej poczułem się widząc jak pędzi do samochodu.
Zakląłem pod nosem i poszedłem szukać przecinaka. Łomu. I dużego młotka. Oraz wiertarki.
Jeszcze raz zmierzyłem lodówkę i pomieszczenie.
Narysowałem na podłodze kilka kresek i zabrałem się za wiercenie w betonie. Po dwudziestu minutach dziury wywiercone w podłodze wyznaczyły wąski prostokąt.
Teraz nadszedł czas na młotek.
Mam taki dziesięciokilogramowy.
Wystarczy go podnieść.
Sam spada.
Ot taka automatyzacja.
A jak spada to wszystko drży.
Lodówka. Ta stara.
Ta nowa.
I prawdopodobnie również ta u sąsiada.
Chwilę to trwało,ale w końcu w grubym betonie pojawiły się rysy pęknięć.
Sięgnąłem po przecinak oraz mniejszy młotek i zacząłem wykuwać głęboką bruzdę.
Trochę to trwało.
Po godzinie dziura w podłodze była gotowa.
Stękając zacząłem przemieszczać lodówkę w taki sposób by jedna z jej krawędzi wsunęła się w otwór.
Wyglądało na to,że może się udać.
I wtedy usłyszałem niepokojący zgrzyt.
Okazało się, że tym razem przeszkadza lampa umieszczona na ścianie.
Wygłosiłem siarczysty monolog godny weterana walk ze smokami.
I zdecydowałem się na desperacki krok.
Sięgnąłem po śrubokręt i zdemontowałem lampę.
Jedyną w tym pomieszczeniu.
W całkowitej ciemności ponownie wlazłem pod opartą o ścianę lodówkę i naparłem.
Zgrzytając i trzeszcząc zaczęła zbliżać się do pionu.
Aż wreszcie poczułem,że już nie muszę jej podtrzymywać.
W świetle latarki mogłem przyjrzeć się dowodowi mego geometrycznego geniuszu.
Sam nie wierzyłem,że się udało.
Przesunąłem lodówkę pod samą ścianę i z powrotem zamontowałem lampę.
O dziwo nawet nie przeszkadzała w otwieraniu drzwiczek.
Popatrzyłem na spora dziurę w podłodze.
Wypadałoby ją zamurować.
Tyle,że pewnie przyjdzie kiedyś taki dzień, że trzeba będzie ją wynieść.
Przy moim szczęściu zaraz po tym jak załatam dziurę.
Postanowiłem więc z tym poczekać.
Zamiast tego zadzwoniłem do kumpla żeby poinformować go iż dokonałem niemożliwego.
To był krótki i zwięzły komunikat.
Po żołniersku.
Nie cytuję bo i tak autocenzura pozbawiłaby go większości tekstu.
A tego nie wziąłem pod uwagę.
Ponieważ podłoga w piwnicy jest lekko skośna próbowaliśmy znaleźć miejsce , w którym uda się ją postawić pionowo.
Próbowaliśmy sposobem.
Próbowaliśmy na siłę.
Wszystko na darmo.
Pełen wyrzutów sumienia spojrzałem na kumpla.
Starał się nie okazywać emocji,ale zdawałem sobie sprawę z tego co czuje.
To co miało być szybką akcją zamieniało się w jakiś pieprzony koszmar geometry.
-Jaaaaa pierdzielę! Jak to możliwe-jęczałem płaczliwie.
A kolega, któremu najwyraźniej przyszło do głowy, że zaraz usłyszy „no trudno to musimy zanieść ja z powrotem na górę” napiął wszystkie mięśnie w daremnej, próbie wciśnięcia lodówki na miejsce.
Nie było na to szans.
-Dobra. Nie ma sensu się męczyć skoro i tak się spieszysz. Odpuśćmy. Oprzyjmy ją o ścianę i potem pomyślę jak sobie z tym poradzić.- westchnąłem rozczarowany.
Poszliśmy na górę.
-To co, napijesz się kawy? Świeżutko zrobiona!-zaproponowałem wiedząc ,że ją uwielbia.
Znowu zerknął na zegarek.
-Nieee, wiesz odpuszczę. Naprawdę muszę lecieć.-odpowiedział.
A mnie zrobiło się strasznie głupio.
Jeszcze gorzej poczułem się widząc jak pędzi do samochodu.
Zakląłem pod nosem i poszedłem szukać przecinaka. Łomu. I dużego młotka. Oraz wiertarki.
Jeszcze raz zmierzyłem lodówkę i pomieszczenie.
Narysowałem na podłodze kilka kresek i zabrałem się za wiercenie w betonie. Po dwudziestu minutach dziury wywiercone w podłodze wyznaczyły wąski prostokąt.
Teraz nadszedł czas na młotek.
Mam taki dziesięciokilogramowy.
Wystarczy go podnieść.
Sam spada.
Ot taka automatyzacja.
A jak spada to wszystko drży.
Lodówka. Ta stara.
Ta nowa.
I prawdopodobnie również ta u sąsiada.
Chwilę to trwało,ale w końcu w grubym betonie pojawiły się rysy pęknięć.
Sięgnąłem po przecinak oraz mniejszy młotek i zacząłem wykuwać głęboką bruzdę.
Trochę to trwało.
Po godzinie dziura w podłodze była gotowa.
Stękając zacząłem przemieszczać lodówkę w taki sposób by jedna z jej krawędzi wsunęła się w otwór.
Wyglądało na to,że może się udać.
I wtedy usłyszałem niepokojący zgrzyt.
Okazało się, że tym razem przeszkadza lampa umieszczona na ścianie.
Wygłosiłem siarczysty monolog godny weterana walk ze smokami.
I zdecydowałem się na desperacki krok.
Sięgnąłem po śrubokręt i zdemontowałem lampę.
Jedyną w tym pomieszczeniu.
W całkowitej ciemności ponownie wlazłem pod opartą o ścianę lodówkę i naparłem.
Zgrzytając i trzeszcząc zaczęła zbliżać się do pionu.
Aż wreszcie poczułem,że już nie muszę jej podtrzymywać.
W świetle latarki mogłem przyjrzeć się dowodowi mego geometrycznego geniuszu.
Sam nie wierzyłem,że się udało.
Przesunąłem lodówkę pod samą ścianę i z powrotem zamontowałem lampę.
O dziwo nawet nie przeszkadzała w otwieraniu drzwiczek.
Popatrzyłem na spora dziurę w podłodze.
Wypadałoby ją zamurować.
Tyle,że pewnie przyjdzie kiedyś taki dzień, że trzeba będzie ją wynieść.
Przy moim szczęściu zaraz po tym jak załatam dziurę.
Postanowiłem więc z tym poczekać.
Zamiast tego zadzwoniłem do kumpla żeby poinformować go iż dokonałem niemożliwego.
To był krótki i zwięzły komunikat.
Po żołniersku.
Nie cytuję bo i tak autocenzura pozbawiłaby go większości tekstu.
wtorek, 8 marca 2011
Dobry człowiek po ciemnej stronie mocy
Pod koniec ubiegłego tygodnia, w ramach odpoczynku od pracy nad audiobookiem, znowu zabrałem się za wielkie porządki w domu.
Okazja ku temu była dobra ponieważ koleżanka-małżonka znowu wyjechała na dwudniowe szkolenie a dzieci frankensteina były z wizytą u dziadków.
Przyszły pokój dzieciaków w trakcie naszego Wielkiego Remontu zamienił się w monstrualną i przerażającą graciarnię.
No, różne tam są rzeczy. O pewnych wolę nie mówić bo trochę wstyd.
Całkiem sporo miejsca zajmują puszki po mleku.
Dużo puszek, z którymi naprawdę nie wiem co robić. Nie mam gdzie tego wyrzucać bo kosz na śmieci i tak jest przepełniony. Do tego stopnia,że co kilka dni worki z pieluchami pakuję do bagażnika i wyrzucam do śmietnika pod firmą.
To naprawdę jest problem.
Na początku jeszcze jakoś sobie radziłem.
-O super! Wreszcie posegreguję wszystkie gwoździe,śruby, nakrętki, zszywki, nity i całe to barachło w garażu!-cieszyłem się.
Przez dwa tygodnie.
-O! Wreszcie mamy pojemniki na różne rodzaje mąki, cukier puder, tartą mąkę, płatki owsiane, siemię lniane...-cieszyła się koleżanka małżonka.
Przez następne dwa tygodnie.
A potem góra tego cholerstwa zaczęła rosnąć.
I rosnąć.
Powoli przykrywając pozostałe graty w pokoju.
Przyznaję ze wstydem,że ostatnio już nawet przestałem się bawić w jakieś ich ustawiania, pakowanie do worków i tak dalej.
Po prostu uchylam drzwi, wrzucam puszkę i szybko zamykam pokój starając się nie widzieć tego co tam się dzieje.
Teraz przyszło zapłacić za to lenistwo.
Robię też porządki w pomieszczeniu, które swego czasu zostało zaadaptowane na tymczasową kuchnię.
Ot taka prowizorka.
Gdybym wtedy wiedział,że potrwa prawie dziesięć lat...
W pomieszczeniu owym w dalszym ciągu stała nasza stara lodówka.
Ma dziesięć lat i planowaliśmy oddać ją do komisu, ale były problemy z transportem i zniesieniem po schodach ponieważ jest naprawdę duża.
A ponieważ zamrażarka w nowej jest znacznie mniejsza w końcu przekonałem żonę ,że zamiast sprzedawać lepiej po prostu wstawić ją do piwnicy. Zawsze może się przydać na czarną godzinę.
Zresztą mam do niej ogromny sentyment.
Kupiliśmy ją dwa dni po ślubie.
W poniedziałek przed południem zameldowaliśmy się w sklepie z gospodarstwem domowym ściskając w łapach kopertę z pieniędzmi. Koleżanka małżonka jeszcze w „ślubnym koku”.
Nieco zdemolowanym, ale fryzjerka zrobiła go naprawdę „na sztywno”.
Likwidacja tej fryzury miała potem skończyć się działaniami, do których o mało nie trzeba było używać dynamitu.
Jednym słowem lodówka pełna miłych wspomnień została z nami.
Tyle,że w dalszym ciągu do rozwiązania pozostała kwestia zniesienia jej do piwnicy.
Tym trudniejsza, że teraz schody otacza barierka.
Stałem właśnie i patrzyłem na tę naszą pamiątkową landarę gdy znowu zdzwonił telefon.
Tym razem nie był to głos Mego Słomianego Zapału vel Sumienia.
Dzwonił inny kumpel, który trzyma u nas drewno do kominka i co jakiś czas wpada by wypakować nim bagażnik służbowego samochodu.
-Jesteś w domu?-spytał.
-Jasne. A co chcesz wpaść po opał?
-No właśnie. Właśnie ruszam w trasę i byłbym za jakieś dwie godzinki jeżeli ci pasuje.
Zerknąłem na zegarek. Miałem co prawdą do załatwienia parę spraw w mieście,ale mogły poczekać.
-Spoko. Czekam na ciebie-odpowiedziałem a w mojej głowie zaczął kiełkować chytry plan.
We dwóch powinniśmy dać radę-pomyślałem patrząc na lodówkę.
I zabrałem się gorączkowo za robienie miejsca w piwnicy, usuwanie ze schodów różnych szpargałów oraz przygotowywanie lodówki do zniesienia.
Na szczęście temperatura na dworze była ujemna i mogłem bez większego ryzyka opróżnić zamrażarkę.
Zdążyłem w sama porę. Właśnie miałem zdzwonić do kumpla żeby zapytać, na którą nastawić ekspres do kawy kiedy usłyszałem szczekanie naszych psów.
Przyjechał.
Wypakowaliśmy drewnem jego limuzynę po sam dach.
-To co teraz kawka?-zaproponowałem.
Zerknął na zegarek i chwilę się zastanowił.
-Nooo, dobra. Chyba zdążę.
-A co? Bardzo się spieszysz?
-No wiesz oficjalnie jestem w pracy-wytłumaczył.
Trudno się było nie domyślić skoro podczas ładowania drewna co chwilę odbierał służbowe telefony.
-To pewnie nie masz czasu żeby pomóc mi znieść lodówkę?-zapytałem bezczelnie.
-A niee, spoko. Żaden problem.
Pomyślałem sobie jednak,że odpowiedział tak ponieważ czuje się zobowiązany do rewanżu.
-Ty słuchaj. Jak nie masz czasu to może odpuśćmy? Tyle czasu na górze stała to jeszcze postoi. Nie pali się...
-Żaden problem!-uciął dyskusję zdecydowanym tonem.
Sumienie miałem więc czyste.
Poszliśmy do domu.
Jeszcze raz zmierzyłem lodówkę i wysokość pomieszczenia, do którego chciałem ja wstawić.
Było kilka centymetrów zapasu.
Zmierzyłem jeszcze raz. Dla pewności.
I zabraliśmy się do roboty.
Do pokonania mieliśmy dwie kondygnacje i kilka wyjątkowo upierdliwych zakrętów na schodach.
Manewrowanie lodówką o wysokości dwóch metrów nie było łatwym zadaniem.
W końcu jednak wtaszczyliśmy sprzęt do miejsca przeznaczenia.
-Ale byłyby jaja gdyby jednak się nie zmieściła!-zażartowałem.
A potem zaczęliśmy z trudem manewrować w ciasnym i niskim pomieszczeniu. W końcu jakoś się udało. Teraz pozostało tylko ustawić lodówkę w pionie.
Stęknęliśmy obaj. Mięśnie zagrały nam pod skórą.
Musieliśmy w tym momencie wyglądać szalenie męsko i seksownie.
Chwilę później usłyszeliśmy odgłos blachy trącej o sufit.
Czy naprawdę muszę cytować jak męsko i seksownie zaczęliśmy się obaj wyrażać?
Naprawdę seksownie.
O ile kogoś kręcą mundury i twarde żołnierskie słowa.
CDN
Okazja ku temu była dobra ponieważ koleżanka-małżonka znowu wyjechała na dwudniowe szkolenie a dzieci frankensteina były z wizytą u dziadków.
Przyszły pokój dzieciaków w trakcie naszego Wielkiego Remontu zamienił się w monstrualną i przerażającą graciarnię.
No, różne tam są rzeczy. O pewnych wolę nie mówić bo trochę wstyd.
Całkiem sporo miejsca zajmują puszki po mleku.
Dużo puszek, z którymi naprawdę nie wiem co robić. Nie mam gdzie tego wyrzucać bo kosz na śmieci i tak jest przepełniony. Do tego stopnia,że co kilka dni worki z pieluchami pakuję do bagażnika i wyrzucam do śmietnika pod firmą.
To naprawdę jest problem.
Na początku jeszcze jakoś sobie radziłem.
-O super! Wreszcie posegreguję wszystkie gwoździe,śruby, nakrętki, zszywki, nity i całe to barachło w garażu!-cieszyłem się.
Przez dwa tygodnie.
-O! Wreszcie mamy pojemniki na różne rodzaje mąki, cukier puder, tartą mąkę, płatki owsiane, siemię lniane...-cieszyła się koleżanka małżonka.
Przez następne dwa tygodnie.
A potem góra tego cholerstwa zaczęła rosnąć.
I rosnąć.
Powoli przykrywając pozostałe graty w pokoju.
Przyznaję ze wstydem,że ostatnio już nawet przestałem się bawić w jakieś ich ustawiania, pakowanie do worków i tak dalej.
Po prostu uchylam drzwi, wrzucam puszkę i szybko zamykam pokój starając się nie widzieć tego co tam się dzieje.
Teraz przyszło zapłacić za to lenistwo.
Robię też porządki w pomieszczeniu, które swego czasu zostało zaadaptowane na tymczasową kuchnię.
Ot taka prowizorka.
Gdybym wtedy wiedział,że potrwa prawie dziesięć lat...
W pomieszczeniu owym w dalszym ciągu stała nasza stara lodówka.
Ma dziesięć lat i planowaliśmy oddać ją do komisu, ale były problemy z transportem i zniesieniem po schodach ponieważ jest naprawdę duża.
A ponieważ zamrażarka w nowej jest znacznie mniejsza w końcu przekonałem żonę ,że zamiast sprzedawać lepiej po prostu wstawić ją do piwnicy. Zawsze może się przydać na czarną godzinę.
Zresztą mam do niej ogromny sentyment.
Kupiliśmy ją dwa dni po ślubie.
W poniedziałek przed południem zameldowaliśmy się w sklepie z gospodarstwem domowym ściskając w łapach kopertę z pieniędzmi. Koleżanka małżonka jeszcze w „ślubnym koku”.
Nieco zdemolowanym, ale fryzjerka zrobiła go naprawdę „na sztywno”.
Likwidacja tej fryzury miała potem skończyć się działaniami, do których o mało nie trzeba było używać dynamitu.
Jednym słowem lodówka pełna miłych wspomnień została z nami.
Tyle,że w dalszym ciągu do rozwiązania pozostała kwestia zniesienia jej do piwnicy.
Tym trudniejsza, że teraz schody otacza barierka.
Stałem właśnie i patrzyłem na tę naszą pamiątkową landarę gdy znowu zdzwonił telefon.
Tym razem nie był to głos Mego Słomianego Zapału vel Sumienia.
Dzwonił inny kumpel, który trzyma u nas drewno do kominka i co jakiś czas wpada by wypakować nim bagażnik służbowego samochodu.
-Jesteś w domu?-spytał.
-Jasne. A co chcesz wpaść po opał?
-No właśnie. Właśnie ruszam w trasę i byłbym za jakieś dwie godzinki jeżeli ci pasuje.
Zerknąłem na zegarek. Miałem co prawdą do załatwienia parę spraw w mieście,ale mogły poczekać.
-Spoko. Czekam na ciebie-odpowiedziałem a w mojej głowie zaczął kiełkować chytry plan.
We dwóch powinniśmy dać radę-pomyślałem patrząc na lodówkę.
I zabrałem się gorączkowo za robienie miejsca w piwnicy, usuwanie ze schodów różnych szpargałów oraz przygotowywanie lodówki do zniesienia.
Na szczęście temperatura na dworze była ujemna i mogłem bez większego ryzyka opróżnić zamrażarkę.
Zdążyłem w sama porę. Właśnie miałem zdzwonić do kumpla żeby zapytać, na którą nastawić ekspres do kawy kiedy usłyszałem szczekanie naszych psów.
Przyjechał.
Wypakowaliśmy drewnem jego limuzynę po sam dach.
-To co teraz kawka?-zaproponowałem.
Zerknął na zegarek i chwilę się zastanowił.
-Nooo, dobra. Chyba zdążę.
-A co? Bardzo się spieszysz?
-No wiesz oficjalnie jestem w pracy-wytłumaczył.
Trudno się było nie domyślić skoro podczas ładowania drewna co chwilę odbierał służbowe telefony.
-To pewnie nie masz czasu żeby pomóc mi znieść lodówkę?-zapytałem bezczelnie.
-A niee, spoko. Żaden problem.
Pomyślałem sobie jednak,że odpowiedział tak ponieważ czuje się zobowiązany do rewanżu.
-Ty słuchaj. Jak nie masz czasu to może odpuśćmy? Tyle czasu na górze stała to jeszcze postoi. Nie pali się...
-Żaden problem!-uciął dyskusję zdecydowanym tonem.
Sumienie miałem więc czyste.
Poszliśmy do domu.
Jeszcze raz zmierzyłem lodówkę i wysokość pomieszczenia, do którego chciałem ja wstawić.
Było kilka centymetrów zapasu.
Zmierzyłem jeszcze raz. Dla pewności.
I zabraliśmy się do roboty.
Do pokonania mieliśmy dwie kondygnacje i kilka wyjątkowo upierdliwych zakrętów na schodach.
Manewrowanie lodówką o wysokości dwóch metrów nie było łatwym zadaniem.
W końcu jednak wtaszczyliśmy sprzęt do miejsca przeznaczenia.
-Ale byłyby jaja gdyby jednak się nie zmieściła!-zażartowałem.
A potem zaczęliśmy z trudem manewrować w ciasnym i niskim pomieszczeniu. W końcu jakoś się udało. Teraz pozostało tylko ustawić lodówkę w pionie.
Stęknęliśmy obaj. Mięśnie zagrały nam pod skórą.
Musieliśmy w tym momencie wyglądać szalenie męsko i seksownie.
Chwilę później usłyszeliśmy odgłos blachy trącej o sufit.
Czy naprawdę muszę cytować jak męsko i seksownie zaczęliśmy się obaj wyrażać?
Naprawdę seksownie.
O ile kogoś kręcą mundury i twarde żołnierskie słowa.
CDN
poniedziałek, 7 marca 2011
Głos sumienia
No cóż, znowu kazałem Wam trochę czekać.
Tym razem jednak mam dobre wytłumaczenie.
I winnego.
Winnego, którym wreszcie nie jestem ja.
Od zawsze mam ze sobą taki problem,że wszystko chcę robić sam. W związku z czym to za co się zabieram trwa. Trwaaaaaa. Trwaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa.
I czasem się nie kończy.
Odkąd jednak regularnie odbieram maile, telefony i esemesy od swojego sumienia sytuacja uległa pewnej zmianie.
Chociaż sumienie moje woli by je tytułować w następujący sposób:
-Cześć! Dzwoni Twój Słomiany Zapał!
Co zresztą też jest dosyć trafnym określeniem. Więc nie pozostaje mi nic innego jak grzecznie się przywitać i posłuchać co Słomiany Zapał vel. Sumienie ma mi do powiedzenia.
A ma zazwyczaj sporo.
I nie są to słowa, które łatwo mogę zignorować.
Zaczęło się to jakiś tydzień temu.
Zadzwonił telefon. Zerknąłem na wyświetlacz i lekko się zdziwiłem.
-Proszę, proszę.-mruknąłem zaintrygowany-Halo? Witam dawno nie słyszanego kolegę.
Odpowiedział mi śmiech w słuchawce.
-No cześć! Słuchaj dzwonię do ciebie jako do autora „słynnego” blogu.
Udając,że nie słyszę lekkiej ironii w jego głosie cały zamieniłem się w słuch.
Niestety nie dzwonił żeby mi powiedzieć,że jego wujek jest obrzydliwie bogatym producentem filmowym, który na podstawie mojej pisaniny chce nakręcić pretensjonalny i cukierkowy serial, który będzie skazany na sukces komercyjny.
Oczywiście po zmienieniu trzech czwartych tekstu, wyrzuceniu wszystkich fragmentów o in vitro, wulgaryzmów i tak dalej.
Na co zresztą pewnie chętnie bym przystał. Byle tylko spłacić monstrualny kredyt zaciągnięty na remont.
Ech...
Ale jak wspomniałem kolega zadzwonił w innej sprawie.
-Słuchaj, nagrywam ostatnio różne teksty, jako demo na swoją stronę internetową i chciałbym nagrać któryś z twoich postów. Jeżeli nie masz nic przeciw temu.
Nie miałem. Bo niby czemu.
-A wiesz,że trafiłeś całkiem nieźle ze swoją propozycją?-ucieszyłem się-Od pewnego czasu pracuję nad demówką blogu w wersji audio. Tyle,że to co nagrałem „własnym odgłosem paszczowym” jakoś mnie nie zadowala i robota stanęła.
-No widzisz! To może teraz ruszy.
I rzeczywiście.
Nie oczekiwałem jednak ,że tak szybko.
-No to prześlij mi od razu fragmenty, które chcesz żebym ci naczytał i porównamy obie wersje.
-Dobra.-zgodziłem się myśląc już o czymś innym.
-No to czekam na mailu.
Zaraz, zaraz. Tak od razu? Już? Teraz?
-Bo wiesz, chcę to jeszcze dzisiaj nagrać, zmontować i wysłać ci do odsłuchania.
I tak minął mi cały tydzień:
„Ej ty. Nagrywam to co mi wysłałeś, ale znalazłem kilka błędów, których sam nie chciałem poprawiać. Szczegóły masz na mejlu. No to czekam na szybką odpowiedź. Pa!”
„Masz na mailu link do pierwszej wersji. Odsłuchaj i daj mi znać co zmienić albo poprawić”
„Wiesz co? Czytam ten tekst i mam kilka uwag...”
„Ej! Cały czas czekam na te twoje poprawki!”
„Wiesz co, obawiam się ,że jak będziesz pracował w takim tempie to możemy tego nigdy nie skończyć”.
„Dzień dobry dzwoni Pański Słomiany Zapał. Czekam na nową wersję tego fragmentu, o który cię prosiłem”.
I tak dalej.
W międzyczasie okazało się, że obaj mamy trochę inną wizję tego jak owa wersja audiobookowa powinna wyglądać. Ja postawiłem raczej na ilustrację muzyczną- lekko okraszoną efektami dźwiękowymi a mój współpracownik wprost przeciwnie.
Sam jestem ciekaw dokąd nas to zaprowadzi.
Jednym z efektów tej gorączkowej pracy jest to ,że znowu zabrałem się za intensywną pracę nad książką.
Nie mam wyjścia.
Sumienie ciągle mnie męczy.
I ciągle dzwoni.
Tym razem jednak mam dobre wytłumaczenie.
I winnego.
Winnego, którym wreszcie nie jestem ja.
Od zawsze mam ze sobą taki problem,że wszystko chcę robić sam. W związku z czym to za co się zabieram trwa. Trwaaaaaa. Trwaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa.
I czasem się nie kończy.
Odkąd jednak regularnie odbieram maile, telefony i esemesy od swojego sumienia sytuacja uległa pewnej zmianie.
Chociaż sumienie moje woli by je tytułować w następujący sposób:
-Cześć! Dzwoni Twój Słomiany Zapał!
Co zresztą też jest dosyć trafnym określeniem. Więc nie pozostaje mi nic innego jak grzecznie się przywitać i posłuchać co Słomiany Zapał vel. Sumienie ma mi do powiedzenia.
A ma zazwyczaj sporo.
I nie są to słowa, które łatwo mogę zignorować.
Zaczęło się to jakiś tydzień temu.
Zadzwonił telefon. Zerknąłem na wyświetlacz i lekko się zdziwiłem.
-Proszę, proszę.-mruknąłem zaintrygowany-Halo? Witam dawno nie słyszanego kolegę.
Odpowiedział mi śmiech w słuchawce.
-No cześć! Słuchaj dzwonię do ciebie jako do autora „słynnego” blogu.
Udając,że nie słyszę lekkiej ironii w jego głosie cały zamieniłem się w słuch.
Niestety nie dzwonił żeby mi powiedzieć,że jego wujek jest obrzydliwie bogatym producentem filmowym, który na podstawie mojej pisaniny chce nakręcić pretensjonalny i cukierkowy serial, który będzie skazany na sukces komercyjny.
Oczywiście po zmienieniu trzech czwartych tekstu, wyrzuceniu wszystkich fragmentów o in vitro, wulgaryzmów i tak dalej.
Na co zresztą pewnie chętnie bym przystał. Byle tylko spłacić monstrualny kredyt zaciągnięty na remont.
Ech...
Ale jak wspomniałem kolega zadzwonił w innej sprawie.
-Słuchaj, nagrywam ostatnio różne teksty, jako demo na swoją stronę internetową i chciałbym nagrać któryś z twoich postów. Jeżeli nie masz nic przeciw temu.
Nie miałem. Bo niby czemu.
-A wiesz,że trafiłeś całkiem nieźle ze swoją propozycją?-ucieszyłem się-Od pewnego czasu pracuję nad demówką blogu w wersji audio. Tyle,że to co nagrałem „własnym odgłosem paszczowym” jakoś mnie nie zadowala i robota stanęła.
-No widzisz! To może teraz ruszy.
I rzeczywiście.
Nie oczekiwałem jednak ,że tak szybko.
-No to prześlij mi od razu fragmenty, które chcesz żebym ci naczytał i porównamy obie wersje.
-Dobra.-zgodziłem się myśląc już o czymś innym.
-No to czekam na mailu.
Zaraz, zaraz. Tak od razu? Już? Teraz?
-Bo wiesz, chcę to jeszcze dzisiaj nagrać, zmontować i wysłać ci do odsłuchania.
I tak minął mi cały tydzień:
„Ej ty. Nagrywam to co mi wysłałeś, ale znalazłem kilka błędów, których sam nie chciałem poprawiać. Szczegóły masz na mejlu. No to czekam na szybką odpowiedź. Pa!”
„Masz na mailu link do pierwszej wersji. Odsłuchaj i daj mi znać co zmienić albo poprawić”
„Wiesz co? Czytam ten tekst i mam kilka uwag...”
„Ej! Cały czas czekam na te twoje poprawki!”
„Wiesz co, obawiam się ,że jak będziesz pracował w takim tempie to możemy tego nigdy nie skończyć”.
„Dzień dobry dzwoni Pański Słomiany Zapał. Czekam na nową wersję tego fragmentu, o który cię prosiłem”.
I tak dalej.
W międzyczasie okazało się, że obaj mamy trochę inną wizję tego jak owa wersja audiobookowa powinna wyglądać. Ja postawiłem raczej na ilustrację muzyczną- lekko okraszoną efektami dźwiękowymi a mój współpracownik wprost przeciwnie.
Sam jestem ciekaw dokąd nas to zaprowadzi.
Jednym z efektów tej gorączkowej pracy jest to ,że znowu zabrałem się za intensywną pracę nad książką.
Nie mam wyjścia.
Sumienie ciągle mnie męczy.
I ciągle dzwoni.
Subskrybuj:
Posty (Atom)