czwartek, 20 stycznia 2011

Wigilia

Wigilię spędziliśmy głównie u moich rodziców. Zaczęło się od wzruszającej przemowy pradziadka i jednocześnie głównego sponsora „poczęcia dzieci frankensteina”.
A potem dalej było wzruszająco, bo widok dzieci przy choince, otoczonych prezentami to coś co sprawia,że powraca nieco już zapomniana magia świąt.
Chociaż nie było łatwo wczuć się w nastrój. Jak to celnie określiła koleżanka małżonka:
-W ogóle nie czuję,że to święta. Dziewczyny wrzeszczą tak jak każdego dnia, jedzą o tej samej porze, zasypiają tak jak zwykle. Normalny, nieco nużący, codzienny rytm dnia. Ale będzie coraz fajniej. Za dwa trzy lata to dopiero będą święta.
I tak było fajnie. Zwłaszcza jak dziadek księżniczek ze szkiełka rozpakował znaleziona pod choinką nową harmonijkę ustną i zaczął grać kolędy.
Dziewczynki były jednak tak absorbujące, że mimo,że zajmowała się nimi cała rodzina to i tak wracaliśmy solidnie zmęczeni.
Tym bardziej, że poprzedniego dnia położyliśmy się spać przed trzecią w nocy.
Tak to bywa kiedy za ustawianie i ubieranie choinki człowiek bierze się o północy.
Chcieliśmy jednak zobaczyć miny dziewczynek kiedy rano zobaczą to świecące, pachnące i kolorowe cudo.
Jakież było moje rozczarowanie kiedy rano efekt naszej pracy został praktycznie kompletnie zignorowany.
Ważniejsze były książeczki, misie, pieski, świnki...
Kiedy przez telefon skarżyłem się mojej mamie po raz kolejny wypomniała mi moją reakcję na widok morza:
-Patrz synku to jest morze-powiedzieliśmy ci. A ty na to-” Ale fajny wóz strażacki!” i odwróciłeś się do morza plecami.
No tak. Tradycja rodzinnych rozczarowań została podtrzymana.
Myślałem o tym w drodze powrotnej do domu wsłuchując się w posapywanie dzieciaków, które zasnęły w swoich fotelikach.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce delikatnie wyjęliśmy je z samochodu i ułożyliśmy w łóżeczkach.
Potem wyszedłem nakarmić psy i zająć się przenoszeniem z samochodu prezentów i świątecznego jedzenia.
Kiedy wreszcie skończyłem i wszedłem do salonu zobaczyłem wyszczerzoną w uśmiechu żonę.
-Nie uwierzysz! Włączyłam telewizor i pierwsze co zobaczyłam to naszą córkę!
Myślałem,że miała na myśli to, że w TV pokazywali dziecko bardzo podobne do naszego, ale wyprowadziła mnie z błędu.
-Nie to była ona! Naprawdę!
-Ale jak to?
-To było takie podsumowanie najważniejszych wydarzeń tego roku. Wiesz takie, w którym różne znane osoby się wypowiadają. I zaraz na początku mówili o nagrodzie Nobla za in vitro...
-No i...?
-I jako ilustrację pokazali fragment programu z waszym udziałem i naszą córkę! Sprawdziłam w programie i pojutrze jest powtórka to sobie obejrzyj.
Tak też zrobiłem. I rzeczywiście. Fajnie to było zmontowane ponieważ najpierw pokazali noblowskie uroczystości a potem nasz krajowy grajdoł-z rzucającymi klątwy duchownymi i bełkoczącymi z trybuny sejmowej zwolennikami ruchu „contra in vitro”. A potem garbaty tatulo dziękujący biskupowi za jakże inspirujące określenie „dzieci Frankensteina” i owo dziecię ubrane w rozczulający różowy (he, he) bezrękawnik. Potem jeszcze migawka pokazująca blog i Jacek Żakowski mówiący,że „biskup Hoser jest niemądrym człowiekiem i, że w kościele tak jak wszędzie są ludzie mądrzy i niemądrzy”.
Pięknie to było powiedziane. Z taką pauzą i zawahaniem świadczącą o tym, że publicyście znacznie bardziej dosadne słowa cisną się na usta.
I właśnie wtedy zrozumiałem,że czas udawania,że jesteśmy „normalną” rodziną dobiegł końca.
Że jeżeli coś się zaczęło to trzeba to skończyć.
I poczułem ukłucie żalu.
Bo tak fajnie było o tym zapomnieć.

1 komentarz:

  1. Jakoś tak poważnie się na zakończenie zrobiło...

    OdpowiedzUsuń