Dzisiaj pies obudził mnie o 6.20 -nawet się nie wkurzyłem bo te wrześniowe poranki są naprawdę piękne. Wschodzące znad ściany lasu słońce rozświetla gęste poranne mgły opadające w dolinę rzeki.
Cisza spokój. Koleżanka małżonka śpi, psy snują się leniwie po podwórku a kawaleria remontu jeszcze nie nadciągnęła.
Korzystam więc z chwili spokoju by oddać się refleksji i doczytać wczorajszą gazetę.
Patrzę przez okno na powstające oczko wodne i zastanawiam się jak je zabezpieczyć kiedy dzieciaki staną się mobilne.
Mam kilka pomysłów. Niektóre zapewne bardzo kontrowersyjne,ale niewątpliwie skuteczne. Niebawem je opiszę.
Tym razem jednak chciałem skrobnąć o czymś innym.
W zeszłym tygodniu zaczęliśmy naukę w szkole rodzenia. Zajęcia jak zajęcia- momentami ciekawe a momentami niekoniecznie. Z przewagą ciekawych. Zresztą nieważne.
Najważniejsze jednak jest to,że już po pierwszym spotkaniu coś mi głowie przeskoczyło.
Nagle zdałem sobie sprawę z tego jak mało zostało czasu. Za trzy miesiące „będziemy” rodzić.
Koleżanka małżonka zareagowała najwyraźniej podobnie bo zaczęła się nerwowo dopytywać kiedy zakończą się działania budowlano- remontowe.
Zresztą określenie „dopytywała” to eufemizm.
Faceci doskonale znają tę formę wypowiedzi. Kobieta zadaje pytanie. Tylko pytanie. Za to ile w nim przekazanej treści. Na przykład:
„Kochanie, a nie miałbyś ochoty wynieść śmieci?”
Znaczy mniej więcej tyle:
„Ostatni raz wynosiłeś śmieci trzy dni temu. Śmierdzą jak jasna cholera i zaraz się shaftuję. Ty leniwy egoisto. Ja naprawdę nie rozumiem czy jesteś pozbawiony węchu, litości czy wyobraźni. Ty mnie chyba już w ogóle nie kochasz. Gdybyś kochał to na pewno już dawno byś się domyślił ,że te cholerne śmieci trzeba wynieść. Tyle o tym gadasz ,że „w ciąży jesteśmy razem”, ale jakoś tego po tobie nie widać. Tylko słowa. A jak trzeba się trochę wysilić i coś zrobić to już oczywiście zbyt wielki wysiłek. Ja oczywiście mogłabym sama wynieść te śmieci mimo ,że po drodze targałby mną torsje ,ale wybacz- zrobiłeś mi dziecko i teraz mam ogromny brzuch, który powoduje ,że nie widzę własnych stóp i trochę ciężko mi biegać po schodach. Każdy, normalny człowiek zrozumiałby to bez słów,ale tobie trzeba wszystko tłumaczyć i pokazywać palcem. Co się przewróci to już tak zostanie. Sam się nigdy nie domyślisz co należy zrobić.”
Tłumaczę oczywiście w dużym skrócie bo jak wiadomo męski umysł nie jest w stanie zrozumieć złożoności i subtelności treści wyrażanych przez przez płeć przeciwną.
Podsumowując do mojej żony też dotarło,że już za trzy miesiące skład naszej rodzinki się podwoi. I nasze życie już nigdy nie będzie takie samo.
Ma to oczywiście oznaczać zmiany na lepsze.
Również pod względem lokalowym. A remont idzie swoim tempem.
O dziwo całkiem niezłym.
Tak jak wcześniej nie mogliśmy się doprosić o przyspieszenie prac tak teraz nie możemy się pozbyć fachowców z domu. Jako ostatni, w blasku jupiterów, schodzą ze sceny- elektryk i glazurnik. W czwartek skończyli po północy.
Nawet student zatrudniany przez majstra do prostych , fizycznych robót -wystawił sobie na podjazd halogeny i przy ich świetle w nocy kończył zasypywanie ocieplonych fundamentów.
Nikt mu nie kazał. Ot tak po prostu poczuł chęć do pracy. Chyba pierwszy raz w życiu.
Zresztą ci studenci na budowie to odrębna historia tak zwanej „inteligencji alternatywnej”.
Najlepszy przykład? Proszę bardzo. Wczoraj obchodziliśmy z majstrem chałupę. Fachowiec z dumą pokazywał postęp prac przy ocieplaniu fundamentów i instalowaniu rur, które mają odprowadzać wodę z rynien.
Spojrzałem, pokiwałem głową i zadałem niewinne pytanie.
-A jak ja mam otwierać drzwi do garażu, kiedy rynny zostaną zainstalowane?
Majster spojrzał i zaklął szpetnie co do tej pory mu się nie zdarzało.
-Dobre pytanie- mruknął patrząc na spust rynnowy zainstalowany w połowie, otwierających się na zewnątrz, drzwi. Po czym zawołał autora tego dzieła. Ponieważ nie byłem pewny czy się głośno nie roześmieję odszedłem na bok by nie słuchać jak zwraca uwagę biednemu studentowi. Biedak pewnie jest najlepszy na roku z funkcji zespolonych, całkowania i innych rzeczy , o których nie mam pojęcia,ale z zajęć praktycznych to najwyraźniej ciągnie się w ogonie.
Zresztą dokładnie w tym samym miejscu ostatnio też „zasadził kwiatek”. Pod ścianą mieliśmy złożone różne elementy, które zostały po demontażu tradycyjnego kominka. Różne szybry, ruszty i całą masę żelastwa o nazwach, których nie znam a które trochę pieniędzy kosztuje.
Ponieważ miał odkopać fundament, przełożył je dwa metry od ściany i położył na ziemi. Po czym wyrzucając ziemię z wykopu starannie je zasypał.
Jak się domyślacie nie był zachwycony, kiedy usłyszał ,że pieniądze dostanie dopiero kiedy wszystko się odnajdzie.
Z kolei hydraulicy montując kaloryfer tradycyjnie zasłonili nim włączniki światła w salonie.
Jakież było ich zdziwienie, kiedy usłyszeli,że takie rozwiązanie nie zachwyca inwestora.
Oczywiście „inaczej się nie dało”. A jednak.
Tym razem inwestor się uparł a potem zaczął się dopytywać czy to może w wyznawanej przez nich religii są jakieś nakazy, które mówią,że instalacje wodno- kanalizacyjne należy tak montować by w miarę możliwości zepsuć jak najwięcej czyjeś pracy.
O dziwo tym razem inwestorowi udało się to zrobić z uśmiechem i grzecznie a jednak stanowczo.
Co jak na inwestora jest dużym osiągnięciem i świadczy o tym ,że zaczyna dorastać od roli rodzica.
sobota, 19 września 2009
czwartek, 17 września 2009
Parszywy cudzołożnik
Człowiek ciągle dowiaduje się o sobie nowych rzeczy. Z myślą o tym,że jako zwolennik in vitro jestem amoralną jednostką, która popiera mordowanie embrionów- jakoś się już oswoiłem.
Z pewnym osłupieniem przyjąłem natomiast informację o tym ,że zdradziłem koleżankę małżonkę.
Jestem naprawdę złym człowiekiem.
Zły, zły i jeszcze raz zły. Baaaardzo zły Garbaty.
To,że ja poczułem się mało komfortowo to jedno ,ale jak przekazać tę , delikatnie mówiąc niemiłą, informację koleżance małżonce?
Głupia sprawa. Żeby to chociaż było po pijaku, w jakimś amoku.
Niestety, tego nagannego moralnie czynu dopuściłem się w pełni świadomy. Kilkakrotnie. I jeszcze za tę rozrywkę zapłaciłem.
Pozwólcie ,że krzyknę samokrytycznie- "Garbaty- ty szmato!"
I nawet nie zamierzam się tłumaczyć ze swojego upadku.
Po prostu przedstawiam fakty.
Otóż przeczytałem wczoraj wywiad z niejaką Marią Smreczyńską, nazwy pisma nie wymienię bo nie zamierzam mu robić reklamy.
W każdym razie pani Smreczyńska jest lekarką i jednocześnie członkiem- korespondentem papieskiej akademii „Pro Vita”.
I czegóż to dowiedziałem się z uważnej lektury tego wywiadu, który przeprowadził ksiądz Jarosław Kwiecień?
Po pierwsze :
"...te same środowiska, które domagają się refundacji metody in vitro, również dość agresywnie postulują refundowanie środków antykoncepcyjnych, które niszczą płodność i stanowią jedną z przyczyn niepłodności".
Po drugie :
"Poczęcie dziecka ma być wynikiem miłości małżonków, ich osobowej jedności. Tak zaplanował Stwórca. W przypadku sztucznego zapłodnienia akt ten dokonywany jest za pomocą środków technicznych, poza osobową jednością rodziców. Jest ono wynikiem żądania niepłodnych par, które za wszelką cenę chcą mieć dziecko. […] Tymczasem nawet najbardziej szlachetne pragnienie nie oznacza prawa do jego spełnienia" .
Te wypowiedzi pozostawię bez komentarza, ale to nie koniec. Z dalszej lektury dowiedziałem się ,że sposoby pobierania materiału genetycznego jak i samo dokonanie zapłodnienia in vitro prowadzą do naruszenia szóstego przykazania : „Nie cudzołóż”.
Pisałem już kilkakrotnie na temat tego jak krępująca i upokarzająca może być ta procedura, ale do głowy mi nie przyszło ,że moje zmagania z plastikowymi pojemniczkami na „materiał” były tak naganne moralnie.
W sprawach wiary i religii staram się na ogół wypowiadać delikatnie,ale tym razem nie jest to łatwe.
Mógłbym po prostu bezlitośnie wyśmiać takie stwierdzenie, ale nie jest mi do śmiechu. Po przeczytaniu tego wywiadu śmiałem się radośnie i zacierałem ręce-”no teraz będę miał co napisać w poście, ale pojaaadęęęę...”.
A teraz jakoś para ze mnie uszła.
Koleżanka małżonka, ma lepszy humor.
Ona bardziej lubi ekstrawagancje i prowokacje.
Kiedy więc pokazałem jej ową publikacje ,która mnie tak zdruzgotała , natychmiast ją dogłębnie przeanalizowała i wyciągnęła wnioski.
Zgodnie z poglądami pani Smreczyńskiej podczas przeprowadzenia zabiegu in vitro nie tylko staliśmy się cudzołożnikami, ale co więcej braliśmy udział w grupowej orgii.
Ginekolog, embrionolog, pielęgniarka, pani Marzenka, koleżanka małżonka, ja i wieeeelka strzykawa!!!
Seks grupowy na całego. I do tego przy dzieciach bo w strzykawie siedziały nasze miniaturowe córeczki.
Naprawdę mógłbym się z tego śmiać.
Mógłbym, gdybym nie był tak wkurzony.
Bo co ja mam teraz zrobić, skoro większość ludzi, którzy znają nasze poglądy mówiła, że dla dobra dzieci powinniśmy je ochrzcić.
I co będzie potem? Lekcje religii, na których moje córki dowiedzą się ,że są „ludzkim śmieciem”, „ nasieniem zła”, „potworkami” i „owocem strasznego grzechu”!?
Nie, nie i jeszcze raz nie.
Zupełnie przypadkiem znalazłem dzisiaj w poczcie newsletter portalu racjonalista.pl
Dowiedziałem się z niego,że na 10 października zaplanowano w Krakowie Marsz Ateistów i Agnostyków.
Organizatorzy chcą pokazać, że bycie ateistą czy agnostykiem nie oznacza amoralności, zła czy zwyrodnienia co niestety stanowi krzywdzący stereotyp z jakim się spotykają.
I chociaż sam nie deklaruję się oficjalnie jako ateista czy agnostyk to takiemu pomysłowi mogę tylko przyklasnąć.
Jeżeli już mam się deklarować to jako zdecydowany przeciwnik głupoty, zaślepienia, fanatyzmu i braku tolerancji.
Czego i Państwu życzę.
A miało dzisiaj być na śmiesznie psiakrew.
Cóż może innym razem.
No to chociaż sobie gorzko porechoczę: He, he, he, he...
He.
He, he.
Kurwa, he.
Z pewnym osłupieniem przyjąłem natomiast informację o tym ,że zdradziłem koleżankę małżonkę.
Jestem naprawdę złym człowiekiem.
Zły, zły i jeszcze raz zły. Baaaardzo zły Garbaty.
To,że ja poczułem się mało komfortowo to jedno ,ale jak przekazać tę , delikatnie mówiąc niemiłą, informację koleżance małżonce?
Głupia sprawa. Żeby to chociaż było po pijaku, w jakimś amoku.
Niestety, tego nagannego moralnie czynu dopuściłem się w pełni świadomy. Kilkakrotnie. I jeszcze za tę rozrywkę zapłaciłem.
Pozwólcie ,że krzyknę samokrytycznie- "Garbaty- ty szmato!"
I nawet nie zamierzam się tłumaczyć ze swojego upadku.
Po prostu przedstawiam fakty.
Otóż przeczytałem wczoraj wywiad z niejaką Marią Smreczyńską, nazwy pisma nie wymienię bo nie zamierzam mu robić reklamy.
W każdym razie pani Smreczyńska jest lekarką i jednocześnie członkiem- korespondentem papieskiej akademii „Pro Vita”.
I czegóż to dowiedziałem się z uważnej lektury tego wywiadu, który przeprowadził ksiądz Jarosław Kwiecień?
Po pierwsze :
"...te same środowiska, które domagają się refundacji metody in vitro, również dość agresywnie postulują refundowanie środków antykoncepcyjnych, które niszczą płodność i stanowią jedną z przyczyn niepłodności".
Po drugie :
"Poczęcie dziecka ma być wynikiem miłości małżonków, ich osobowej jedności. Tak zaplanował Stwórca. W przypadku sztucznego zapłodnienia akt ten dokonywany jest za pomocą środków technicznych, poza osobową jednością rodziców. Jest ono wynikiem żądania niepłodnych par, które za wszelką cenę chcą mieć dziecko. […] Tymczasem nawet najbardziej szlachetne pragnienie nie oznacza prawa do jego spełnienia" .
Te wypowiedzi pozostawię bez komentarza, ale to nie koniec. Z dalszej lektury dowiedziałem się ,że sposoby pobierania materiału genetycznego jak i samo dokonanie zapłodnienia in vitro prowadzą do naruszenia szóstego przykazania : „Nie cudzołóż”.
Pisałem już kilkakrotnie na temat tego jak krępująca i upokarzająca może być ta procedura, ale do głowy mi nie przyszło ,że moje zmagania z plastikowymi pojemniczkami na „materiał” były tak naganne moralnie.
W sprawach wiary i religii staram się na ogół wypowiadać delikatnie,ale tym razem nie jest to łatwe.
Mógłbym po prostu bezlitośnie wyśmiać takie stwierdzenie, ale nie jest mi do śmiechu. Po przeczytaniu tego wywiadu śmiałem się radośnie i zacierałem ręce-”no teraz będę miał co napisać w poście, ale pojaaadęęęę...”.
A teraz jakoś para ze mnie uszła.
Koleżanka małżonka, ma lepszy humor.
Ona bardziej lubi ekstrawagancje i prowokacje.
Kiedy więc pokazałem jej ową publikacje ,która mnie tak zdruzgotała , natychmiast ją dogłębnie przeanalizowała i wyciągnęła wnioski.
Zgodnie z poglądami pani Smreczyńskiej podczas przeprowadzenia zabiegu in vitro nie tylko staliśmy się cudzołożnikami, ale co więcej braliśmy udział w grupowej orgii.
Ginekolog, embrionolog, pielęgniarka, pani Marzenka, koleżanka małżonka, ja i wieeeelka strzykawa!!!
Seks grupowy na całego. I do tego przy dzieciach bo w strzykawie siedziały nasze miniaturowe córeczki.
Naprawdę mógłbym się z tego śmiać.
Mógłbym, gdybym nie był tak wkurzony.
Bo co ja mam teraz zrobić, skoro większość ludzi, którzy znają nasze poglądy mówiła, że dla dobra dzieci powinniśmy je ochrzcić.
I co będzie potem? Lekcje religii, na których moje córki dowiedzą się ,że są „ludzkim śmieciem”, „ nasieniem zła”, „potworkami” i „owocem strasznego grzechu”!?
Nie, nie i jeszcze raz nie.
Zupełnie przypadkiem znalazłem dzisiaj w poczcie newsletter portalu racjonalista.pl
Dowiedziałem się z niego,że na 10 października zaplanowano w Krakowie Marsz Ateistów i Agnostyków.
Organizatorzy chcą pokazać, że bycie ateistą czy agnostykiem nie oznacza amoralności, zła czy zwyrodnienia co niestety stanowi krzywdzący stereotyp z jakim się spotykają.
I chociaż sam nie deklaruję się oficjalnie jako ateista czy agnostyk to takiemu pomysłowi mogę tylko przyklasnąć.
Jeżeli już mam się deklarować to jako zdecydowany przeciwnik głupoty, zaślepienia, fanatyzmu i braku tolerancji.
Czego i Państwu życzę.
A miało dzisiaj być na śmiesznie psiakrew.
Cóż może innym razem.
No to chociaż sobie gorzko porechoczę: He, he, he, he...
He.
He, he.
Kurwa, he.
środa, 16 września 2009
Rykowisko
Dzisiaj w nocy nasz kochany husky postanowił otrzeć się o granicę śmierci testując naszą cierpliwość i wyrozumiałość.
Ostatnio nabrał irytującego zwyczaju budzenia mnie o dziwnych porach- najczęściej między piątą a szóstą rano. Bo on chce siku.
Robi to gnojek tak regularnie ,że i ja zacząłem tak wstawać co jest zupełnie bez sensu. Bo mnie się siku wcale nie chce i wychodzić nie muszę . Za to wiele satysfakcji daje mi gdy obudzę się przed nim i tarmosząc go za ucho mruczę złośliwie,że pora wstawać.
Zdarza mi się,że przed wyjściem do pracy zdążę posprzątać kuchnię, pozmywać, napisać posta, poczytać gazetę, zjeść śniadanie i wypić kawę. A potem jeszcze wziąć prysznic i jeszcze mieć masę czasu. W końcu jadę do pracy, do której przyjeżdżam o pół godziny za wcześnie i strażnik na portierni zaczyna na mnie patrzeć jak na jakiegoś pracoholika. Tym bardziej,że niestety często muszę pracować również w dni wolne.
Zresztą praca to ostatnio drażliwy temat więc wróćmy do wątku głównego.
Efekt porannego wstawania jest taki,że łażę ciągle niedospany i rozkojarzony i nawet podczas meczu siatkarzy walczących o złoto na Mistrzostwach Europy musiałem walczyć z opadającymi powiekami.
Katastrofa.
A jednak powoli się do tego przyzwyczaiłem.
Husky jednak są uparte i inteligentne. A nasz chyba postanowił napisać pracę doktorską na temat „Ludzka cierpliwość-jej granice i techniki ich przekraczania”.
Ponieważ wczoraj mieliśmy bardzo męczący dzień zarówno psychicznie jak i fizycznie a do tego doszła pewna bardzo przykra kwestia (pozwólcie ,że pisanie o niektórych sprawach, nie związanych bezpośrednio z „mamo- tato -cierzyństwem” jednak sobie tutaj podaruję) do łóżka położyliśmy się naprawdę zmordowani.
W pewnym momencie obudziło mnie lekkie szturchnięcie i jęknięcie żony:
-Wypuścisz go?
Rzeczywiście teraz usłyszałem psie marudzenie w przedpokoju. Pies stosował już trzeci stopień budzenia. Pierwszy to głośne „trzepanie się”. Drugi to głośne „westchnięcio- gwizdnięcia” przez nos. Teraz już „wizgał”.
Zwlokłem się z wyra i spojrzałem na zegarek. Było pięć po drugiej.
-Zwariował chyba. Porąbało tego psa.
No,ale skoro tak marudzi to pewnie wyjść musi.
Normalnie kiedy budzi mnie nad ranem to wypuszczam go swobodnie do ogrodu. Jednak o tej porze bałem się to zrobić bo za naszym potem na bank kręcą się jakieś sarenki a nie chciałem żeby gnojek uciekł.Bo gonienie wszystkiego co go się rusza to jego pasja życiowa.Obojętnie czy jest to łoś czy mucha.
Co było robić. Klapki na nogi , pies na smycz i idziemy.
On w podskokach a ja nieprzytomny, wkurzony i pełen żalu do życia, które mnie tak chłoszcze.
Takie przebudzenie po zaledwie dwóch godzinach snu to nie jest nic fajnego.
Noc jednak była całkiem przyjemna.
Potykając się o różne deski, profile, listwy i cegły przeszliśmy przez podjazd i weszliśmy do ogrodu.
Było całkiem ciepło. Niebo pełne gwiazd. Dawno nie było takiej widoczności. Pokontemplowałem chwilę gwiazdozbiory i drogę mleczną a kiedy wiaterek zaczął przewiewać piżamę zarządziłem odwrót do domu.
O dziwo pies podporządkował się bez dyskusji.
Nagle obaj usłyszeliśmy basowe beczenie. A więc zaczęło się rykowisko- pomyślałem. I już wiedziałem co tak podeskscytowało psa. Wcale nie o siku mu chodziło.
Po powrocie do domu zamknąłem drzwi balkonowe w pokoju, w którym sypia nasz haszczak. Miałem nadzieję,że kiedy odgłosy dobiegające z zewnątrz będą przytłumione to i on się jakoś wyluzuje.
Potem przyłożyłem głowę do poduszki i od razu zasnąłem.
Obudziło mnie histeryczne popiskiwanie na granicy skowytu.
Rzut oka na zegarek- druga dwadzieścia! Mam to w dupie- pomyślałem i przewróciłem się na drugi bok przykrywając głowę poduszką- ze świadomością , że i tak długo tak nie wytrzymam.
Prorok jaki czy co?
A jednak byłem twardy. Do wstania zmobilizowały mnie dopiero rozpaczliwe prośby koleżanki małżonki, która domagała się rozwiązania problemu.
O tak, miałem wiele pomysłów na jego rozwiązanie- wszystkie bardzo krwawe.
Pies jednak miał taką minę jakby naprawdę musiał wyjść. Poprzednio podekscytowany odgłosami rykowiska nie przyłożył się specjalnie do załatwienia swoich potrzeb fizjologicznych.
W obawie,że tym razem może chcieć nie tylko siku sięgnąłem po smycz i poczłapałem do wyjścia.
Słuchając godowych nawoływań byków i patrząc jakie wrażenie robiły na psie widziałem już,że noc lekka nie będzie.
Nie było sensu ciągnąć go do domu tylko po to żeby znowu mieć pobudkę za kwadrans. Tym bardziej,że cały czas słyszał ujadanie naszej suki, która noce spędza w budzie na dworze. Ona trzyma się domu więc nie ma potrzeby ani jej uwiązywać ani zabierać na noc do chałupy.
Uwiązuję ją tylko wtedy jak przyjeżdża hydraulik bo facet boi się psów. Tym razem w tym miejscu uwiązałem husky'ego i poszedłem spać. A niech się w ogrodzie awanturuje do woli.
Znowu zasnąłem prawie natychmiast.
Tyle,że teraz śniły mi się nasze szczekające psy. We śnie chodziłem sprawdzić czy, któremuś się coś nie stało, czy haszczak nie zaplątał się w linkę itd.
Kolejne przebudzenie nastąpiło o czwartej. Pies skowyczał tak rozpaczliwie,że byłem pewien,że coś mu się stało.
Chwyciłem latarkę i pognałem do ogrodu.
Oczywiście nic się nie stało. Po prostu był sfrustrowany,że „sarenki są tak blisko a on nie może ich gonić”.
A wierzcie mi- husky potrafi wyrażać frustrację.
Wydaje wtedy irytujące dźwięki od których człowiek dostaje szczękościsku a oczy przesłanie czerwona mgiełka.
A więc pomysł z nocowaniem w ogrodzie nie zadziałał.
Zrezygnowany zaciągnąłem wyrywającego się psa do domu i kazałem położyć się pod stołem w kuchni. Klnąc cicho pod nosem powlokłem się do sypialni.
Pospałem do szóstej.
Kolejna pobudka.
Było już jasno i na dworze się uspokoiło więc uznałem,że mogę psa puścić luzem.
Wypuszczając go do ogrodu miałem ogromną ochotę wymierzyć mu kopa w zadek. Jakoś się jednak powstrzymałem.
Teraz nie miałem już nawet siły kląć.
Padłem jak kłoda na łóżko, wtuliłem twarz w poduszkę i łykając łzy próbowałem zasnąć.
Boże! Czy z dziećmi będzie tak samo?!
Nie dostałem odpowiedzi na to pytanie- więc zasnąłem.
Godzinę później obudził mnie dobijający się do drzwi majster.
Gość nigdy się nie dowie jak blisko był śmierci w ten piękny, słoneczny,wrześniowy poranek.
Spojrzałem przez okno na podwórko.
Pies spał smacznie- zwinięty w kłębek.
Uchyliłem okno i krzyknąłem:
-Eeeee tyyyy, a siku nie chcesz!!!
Poderwał się i zatoczył dookoła nieprzytomnym wzrokiem.
Z mojego gardła wydobył się złośliwy chichot.
Ostatnio nabrał irytującego zwyczaju budzenia mnie o dziwnych porach- najczęściej między piątą a szóstą rano. Bo on chce siku.
Robi to gnojek tak regularnie ,że i ja zacząłem tak wstawać co jest zupełnie bez sensu. Bo mnie się siku wcale nie chce i wychodzić nie muszę . Za to wiele satysfakcji daje mi gdy obudzę się przed nim i tarmosząc go za ucho mruczę złośliwie,że pora wstawać.
Zdarza mi się,że przed wyjściem do pracy zdążę posprzątać kuchnię, pozmywać, napisać posta, poczytać gazetę, zjeść śniadanie i wypić kawę. A potem jeszcze wziąć prysznic i jeszcze mieć masę czasu. W końcu jadę do pracy, do której przyjeżdżam o pół godziny za wcześnie i strażnik na portierni zaczyna na mnie patrzeć jak na jakiegoś pracoholika. Tym bardziej,że niestety często muszę pracować również w dni wolne.
Zresztą praca to ostatnio drażliwy temat więc wróćmy do wątku głównego.
Efekt porannego wstawania jest taki,że łażę ciągle niedospany i rozkojarzony i nawet podczas meczu siatkarzy walczących o złoto na Mistrzostwach Europy musiałem walczyć z opadającymi powiekami.
Katastrofa.
A jednak powoli się do tego przyzwyczaiłem.
Husky jednak są uparte i inteligentne. A nasz chyba postanowił napisać pracę doktorską na temat „Ludzka cierpliwość-jej granice i techniki ich przekraczania”.
Ponieważ wczoraj mieliśmy bardzo męczący dzień zarówno psychicznie jak i fizycznie a do tego doszła pewna bardzo przykra kwestia (pozwólcie ,że pisanie o niektórych sprawach, nie związanych bezpośrednio z „mamo- tato -cierzyństwem” jednak sobie tutaj podaruję) do łóżka położyliśmy się naprawdę zmordowani.
W pewnym momencie obudziło mnie lekkie szturchnięcie i jęknięcie żony:
-Wypuścisz go?
Rzeczywiście teraz usłyszałem psie marudzenie w przedpokoju. Pies stosował już trzeci stopień budzenia. Pierwszy to głośne „trzepanie się”. Drugi to głośne „westchnięcio- gwizdnięcia” przez nos. Teraz już „wizgał”.
Zwlokłem się z wyra i spojrzałem na zegarek. Było pięć po drugiej.
-Zwariował chyba. Porąbało tego psa.
No,ale skoro tak marudzi to pewnie wyjść musi.
Normalnie kiedy budzi mnie nad ranem to wypuszczam go swobodnie do ogrodu. Jednak o tej porze bałem się to zrobić bo za naszym potem na bank kręcą się jakieś sarenki a nie chciałem żeby gnojek uciekł.Bo gonienie wszystkiego co go się rusza to jego pasja życiowa.Obojętnie czy jest to łoś czy mucha.
Co było robić. Klapki na nogi , pies na smycz i idziemy.
On w podskokach a ja nieprzytomny, wkurzony i pełen żalu do życia, które mnie tak chłoszcze.
Takie przebudzenie po zaledwie dwóch godzinach snu to nie jest nic fajnego.
Noc jednak była całkiem przyjemna.
Potykając się o różne deski, profile, listwy i cegły przeszliśmy przez podjazd i weszliśmy do ogrodu.
Było całkiem ciepło. Niebo pełne gwiazd. Dawno nie było takiej widoczności. Pokontemplowałem chwilę gwiazdozbiory i drogę mleczną a kiedy wiaterek zaczął przewiewać piżamę zarządziłem odwrót do domu.
O dziwo pies podporządkował się bez dyskusji.
Nagle obaj usłyszeliśmy basowe beczenie. A więc zaczęło się rykowisko- pomyślałem. I już wiedziałem co tak podeskscytowało psa. Wcale nie o siku mu chodziło.
Po powrocie do domu zamknąłem drzwi balkonowe w pokoju, w którym sypia nasz haszczak. Miałem nadzieję,że kiedy odgłosy dobiegające z zewnątrz będą przytłumione to i on się jakoś wyluzuje.
Potem przyłożyłem głowę do poduszki i od razu zasnąłem.
Obudziło mnie histeryczne popiskiwanie na granicy skowytu.
Rzut oka na zegarek- druga dwadzieścia! Mam to w dupie- pomyślałem i przewróciłem się na drugi bok przykrywając głowę poduszką- ze świadomością , że i tak długo tak nie wytrzymam.
Prorok jaki czy co?
A jednak byłem twardy. Do wstania zmobilizowały mnie dopiero rozpaczliwe prośby koleżanki małżonki, która domagała się rozwiązania problemu.
O tak, miałem wiele pomysłów na jego rozwiązanie- wszystkie bardzo krwawe.
Pies jednak miał taką minę jakby naprawdę musiał wyjść. Poprzednio podekscytowany odgłosami rykowiska nie przyłożył się specjalnie do załatwienia swoich potrzeb fizjologicznych.
W obawie,że tym razem może chcieć nie tylko siku sięgnąłem po smycz i poczłapałem do wyjścia.
Słuchając godowych nawoływań byków i patrząc jakie wrażenie robiły na psie widziałem już,że noc lekka nie będzie.
Nie było sensu ciągnąć go do domu tylko po to żeby znowu mieć pobudkę za kwadrans. Tym bardziej,że cały czas słyszał ujadanie naszej suki, która noce spędza w budzie na dworze. Ona trzyma się domu więc nie ma potrzeby ani jej uwiązywać ani zabierać na noc do chałupy.
Uwiązuję ją tylko wtedy jak przyjeżdża hydraulik bo facet boi się psów. Tym razem w tym miejscu uwiązałem husky'ego i poszedłem spać. A niech się w ogrodzie awanturuje do woli.
Znowu zasnąłem prawie natychmiast.
Tyle,że teraz śniły mi się nasze szczekające psy. We śnie chodziłem sprawdzić czy, któremuś się coś nie stało, czy haszczak nie zaplątał się w linkę itd.
Kolejne przebudzenie nastąpiło o czwartej. Pies skowyczał tak rozpaczliwie,że byłem pewien,że coś mu się stało.
Chwyciłem latarkę i pognałem do ogrodu.
Oczywiście nic się nie stało. Po prostu był sfrustrowany,że „sarenki są tak blisko a on nie może ich gonić”.
A wierzcie mi- husky potrafi wyrażać frustrację.
Wydaje wtedy irytujące dźwięki od których człowiek dostaje szczękościsku a oczy przesłanie czerwona mgiełka.
A więc pomysł z nocowaniem w ogrodzie nie zadziałał.
Zrezygnowany zaciągnąłem wyrywającego się psa do domu i kazałem położyć się pod stołem w kuchni. Klnąc cicho pod nosem powlokłem się do sypialni.
Pospałem do szóstej.
Kolejna pobudka.
Było już jasno i na dworze się uspokoiło więc uznałem,że mogę psa puścić luzem.
Wypuszczając go do ogrodu miałem ogromną ochotę wymierzyć mu kopa w zadek. Jakoś się jednak powstrzymałem.
Teraz nie miałem już nawet siły kląć.
Padłem jak kłoda na łóżko, wtuliłem twarz w poduszkę i łykając łzy próbowałem zasnąć.
Boże! Czy z dziećmi będzie tak samo?!
Nie dostałem odpowiedzi na to pytanie- więc zasnąłem.
Godzinę później obudził mnie dobijający się do drzwi majster.
Gość nigdy się nie dowie jak blisko był śmierci w ten piękny, słoneczny,wrześniowy poranek.
Spojrzałem przez okno na podwórko.
Pies spał smacznie- zwinięty w kłębek.
Uchyliłem okno i krzyknąłem:
-Eeeee tyyyy, a siku nie chcesz!!!
Poderwał się i zatoczył dookoła nieprzytomnym wzrokiem.
Z mojego gardła wydobył się złośliwy chichot.
poniedziałek, 14 września 2009
Money for nothing
Dawno nie relacjonowałem postępu prac remontowo budowlanych. pewnie dlatego,że ostatnio szły swoim trybem bez specjalnych problemów, opóźnień i traumatycznych przeżyć.
Po bardzo poważnej i szczerej rozmowie z majstrem,w której wykazałem się znajomością stawek za poszczególne prace, jego wyceny też stały się jakieś takie bardziej normalne.
Coś mi jednak wygląda na to,że ten etap się kończy i zaraz znowu będzie nerwowo.
Wczoraj rano wszystkim skoczyło ciśnienie. To znaczy małżonce, majstrowi i mnie bo na skutek myślenia w stylu "o rzeczach oczywistych to nie warto nawet mówić" mamy teraz spory zgryz z łazienką.
Nad szczegółami się nie rozpisuję bo są mało istotne.
Istotne natomiast jest to, że glazura i terakota, które według sprzedawcy "oczywiście są dostępne od ręki, mamy wszystko w magazynie" przestały takie być w momencie ,w którym powiedzieliśmy "no to, potrzebujemy tyle i tyle metrów tej, oraz...".
Podobnie jak z płytą osb na dach, przy próbie kupna gontu usłyszeliśmy "...ale fabryka się spaliła!" a potem nastąpiły wyjaśnienia o tym,że producent ściąga towar ze swoich zagranicznych fabryk,ale nikt nie jest w stanie powiedzieć kiedy będzie dostarczony-"najlepiej zamówić i czekać"-no jasne, już biegnę. A dach pokryję chyba strzechą.
I nawet elektryk, którym do tej pory byliśmy zachwyceni, bo jak robi to myśli i jeszcze w naszych myślach czyta, tym razem pokazał bardziej mroczne oblicze i zostawił nas na cały weekend pogrążonych w ciemności.
Kończąc pracę w piątek poinformował mnie,że do poniedziałku nie będziemy mieli światła w łazience bo on musi pędzić odebrać dzieciaki z przedszkola.
No trudno, jakoś damy radę.
Wykąpaliśmy się przy świecach i było naprawdę fajnie.
Ponieważ okazało się,że przedpokoju też nie mamy światła podciągnąłem przedłużacz z piwnicy i podłączyłem do niego stojącą lampkę.
Tym samym sytuację uznałem za opanowaną.
Kiedy jednak okazało się ,że w sypialni prądu też nie ma -zacząłem kląć.
A ja nie zasnę, jak nie przeczytam chociaż pół strony książki.
Tu jednak pomógł mi stopień komplikacji sieci elektrycznej w naszym domu i okazało się,że w jednym gniazdku, jakimś cudem, prąd jest.Pokombinowałem trochę z kolejnym przedłużaczem i udało mi się podłączyć chociaż jedną lampkę nocną.
A już myślałem,że będę musiał czytać przy latarce.
Dzisiaj mamy wtorek a my w dalszym ciągu jesteśmy "unplugged".
Coraz mniej to śmieszne.Mam już naprawdę dosyć remontu.
Zresztą z zakupami też robi się pod górkę.Kiedy znajdziemy na przykład lampę, która nam się podoba i mówimy ,że potrzebujemy trzy to odpowiedź zazwyczaj brzmi "ale mamy tylko dwie". I tak jest ze wszystkim. A trudno całe wyposażenie domu kupić przez internet. Pewnych rzeczy człowiek chciałby jednak najpierw dotknąć przed zakupem.
Poziom mojej frustracji osiągnął stan zbliżony do krytycznego.
Uspokoiła mnie dopiero wizyta pana, który robi nam zabudowę do kuchni i przesuwane drzwi do nowej sypialni i łazienki.Dla niego nic nie stanowi problemu, wszystko "da się zrobić", większość można zrobić "równie dobrze ,ale taniej" a dotrzymanie terminów to "żaden problem".
Ponieważ jednak podczas naszej rozmowy koszykarze stracili prowadzenie w meczu ze Słowenią- by w końcu ponieść porażkę-znowu zrobiłem się markotny.
Po dwudziestej musiałem pojechać do kumpla, który miał mi pomóc w pewnej prawie związanej z pracą.
Wypiłem więc trzecia puszkę napoju energetyzującego i pojechałem przez lasy i pola do miasta.
Naszła mnie ochota na Dire Straits-włożyłem więc do odtwarzacza moja ulubiona płytkę "Brothers in arms".
Głośność na full, track nr 2 i jazda!
"Money for nothing"-świetny kawałek z jednym z najlepszych intro w historii rocka.No i szczekającym Stingiem.
Strasznie lubię ten utwór a owego intro mogę słuchać w nieskończoność.
Jechałem ostrożnie bo tej porze na drogę lubią wychodzić różne leśne zwierzaki i słuchałem genialnej gitary Marka Knopflera.
Dopiero po dłuższej chwili otarło do mnie jak adekwatny do naszej sytuacji jest tekst tej piosenki.
Knopfler napisał ją zainspirowany rozmową pewnego małżeństwa podsłuchaną w sklepie RTV AGD :-)
"We gotta install microwave ovens
Custom kitchen deliveries
We gotta move these refrigerators
We gotta move these colour TV's"
Ostatnio podczas rozmowy z koleżanką małżonką zażartowałem, że w porównaniu z tym pierdolnikiem jaki mamy podczas remontu to czas po urodzeniu dzieci będzie czystym relaksem.
Bo może i człowiek będzie niewyspany i zmęczony, ale nastawienie psychiczne będzie zupełnie inne.
No i nie sadzę by nasze dzieciaki były w stanie dobić mnie tak jak panowie z ekipy. I -przynajmniej na początku- nie będą wyciągały od tatusia tyle kasy.
Niestety- po ostatniej nocy zaczynam zmieniać zdanie, ale o tym... w następnym odcinku.
Po bardzo poważnej i szczerej rozmowie z majstrem,w której wykazałem się znajomością stawek za poszczególne prace, jego wyceny też stały się jakieś takie bardziej normalne.
Coś mi jednak wygląda na to,że ten etap się kończy i zaraz znowu będzie nerwowo.
Wczoraj rano wszystkim skoczyło ciśnienie. To znaczy małżonce, majstrowi i mnie bo na skutek myślenia w stylu "o rzeczach oczywistych to nie warto nawet mówić" mamy teraz spory zgryz z łazienką.
Nad szczegółami się nie rozpisuję bo są mało istotne.
Istotne natomiast jest to, że glazura i terakota, które według sprzedawcy "oczywiście są dostępne od ręki, mamy wszystko w magazynie" przestały takie być w momencie ,w którym powiedzieliśmy "no to, potrzebujemy tyle i tyle metrów tej, oraz...".
Podobnie jak z płytą osb na dach, przy próbie kupna gontu usłyszeliśmy "...ale fabryka się spaliła!" a potem nastąpiły wyjaśnienia o tym,że producent ściąga towar ze swoich zagranicznych fabryk,ale nikt nie jest w stanie powiedzieć kiedy będzie dostarczony-"najlepiej zamówić i czekać"-no jasne, już biegnę. A dach pokryję chyba strzechą.
I nawet elektryk, którym do tej pory byliśmy zachwyceni, bo jak robi to myśli i jeszcze w naszych myślach czyta, tym razem pokazał bardziej mroczne oblicze i zostawił nas na cały weekend pogrążonych w ciemności.
Kończąc pracę w piątek poinformował mnie,że do poniedziałku nie będziemy mieli światła w łazience bo on musi pędzić odebrać dzieciaki z przedszkola.
No trudno, jakoś damy radę.
Wykąpaliśmy się przy świecach i było naprawdę fajnie.
Ponieważ okazało się,że przedpokoju też nie mamy światła podciągnąłem przedłużacz z piwnicy i podłączyłem do niego stojącą lampkę.
Tym samym sytuację uznałem za opanowaną.
Kiedy jednak okazało się ,że w sypialni prądu też nie ma -zacząłem kląć.
A ja nie zasnę, jak nie przeczytam chociaż pół strony książki.
Tu jednak pomógł mi stopień komplikacji sieci elektrycznej w naszym domu i okazało się,że w jednym gniazdku, jakimś cudem, prąd jest.Pokombinowałem trochę z kolejnym przedłużaczem i udało mi się podłączyć chociaż jedną lampkę nocną.
A już myślałem,że będę musiał czytać przy latarce.
Dzisiaj mamy wtorek a my w dalszym ciągu jesteśmy "unplugged".
Coraz mniej to śmieszne.Mam już naprawdę dosyć remontu.
Zresztą z zakupami też robi się pod górkę.Kiedy znajdziemy na przykład lampę, która nam się podoba i mówimy ,że potrzebujemy trzy to odpowiedź zazwyczaj brzmi "ale mamy tylko dwie". I tak jest ze wszystkim. A trudno całe wyposażenie domu kupić przez internet. Pewnych rzeczy człowiek chciałby jednak najpierw dotknąć przed zakupem.
Poziom mojej frustracji osiągnął stan zbliżony do krytycznego.
Uspokoiła mnie dopiero wizyta pana, który robi nam zabudowę do kuchni i przesuwane drzwi do nowej sypialni i łazienki.Dla niego nic nie stanowi problemu, wszystko "da się zrobić", większość można zrobić "równie dobrze ,ale taniej" a dotrzymanie terminów to "żaden problem".
Ponieważ jednak podczas naszej rozmowy koszykarze stracili prowadzenie w meczu ze Słowenią- by w końcu ponieść porażkę-znowu zrobiłem się markotny.
Po dwudziestej musiałem pojechać do kumpla, który miał mi pomóc w pewnej prawie związanej z pracą.
Wypiłem więc trzecia puszkę napoju energetyzującego i pojechałem przez lasy i pola do miasta.
Naszła mnie ochota na Dire Straits-włożyłem więc do odtwarzacza moja ulubiona płytkę "Brothers in arms".
Głośność na full, track nr 2 i jazda!
"Money for nothing"-świetny kawałek z jednym z najlepszych intro w historii rocka.No i szczekającym Stingiem.
Strasznie lubię ten utwór a owego intro mogę słuchać w nieskończoność.
Jechałem ostrożnie bo tej porze na drogę lubią wychodzić różne leśne zwierzaki i słuchałem genialnej gitary Marka Knopflera.
Dopiero po dłuższej chwili otarło do mnie jak adekwatny do naszej sytuacji jest tekst tej piosenki.
Knopfler napisał ją zainspirowany rozmową pewnego małżeństwa podsłuchaną w sklepie RTV AGD :-)
"We gotta install microwave ovens
Custom kitchen deliveries
We gotta move these refrigerators
We gotta move these colour TV's"
Ostatnio podczas rozmowy z koleżanką małżonką zażartowałem, że w porównaniu z tym pierdolnikiem jaki mamy podczas remontu to czas po urodzeniu dzieci będzie czystym relaksem.
Bo może i człowiek będzie niewyspany i zmęczony, ale nastawienie psychiczne będzie zupełnie inne.
No i nie sadzę by nasze dzieciaki były w stanie dobić mnie tak jak panowie z ekipy. I -przynajmniej na początku- nie będą wyciągały od tatusia tyle kasy.
Niestety- po ostatniej nocy zaczynam zmieniać zdanie, ale o tym... w następnym odcinku.
sobota, 12 września 2009
Kościół poprze doktora Frankensteina?
Hmmm, a to ciekawych czasów dożyliśmy. Po ostatnim meczu: przeciwnicy in vitro contra zdroworosądkowe podejście do życia, który zakończył się wynikiem 1:3 pokonani, mają ochotę na dogrywkę. Tylko,że kwadratową piłką.
Do czego piję?
Otóż po odrzuceniu projektu zakazującego zapłodnienia pozaustrojowego hierarchowie kościelni zapowiadają poparcie dla projektu Piechy a gdyby i ten przepadł to prawdopodobnie poprą projekt Gowina.
Jest to o tyle ciekawe,że przed sejmowym głosowaniem Rada Episkopatu ds. Rodziny wysłała apel do parlamentarzystów, w którym pisze że in vitro jest moralnie naganne, gdyż "poczęcie dziecka metodą in vitro powoduje śmierć jego braci i sióstr w stanie embrionalnym".
Po porażce w sejmie ks. Longchamps de Berier- który miał opracować stanowisko Episkopatu w sprawach etycznych- powiedział, że teraz trzeba brać pod uwagę możliwość rozwiązania kompromisowego, a jest nim projekt posła Gowina.
Ku przypomnieniu-projekt pana posła zakłada zakaz tworzenia dodatkowych zarodków, zakaz ich niszczenia i nakazuje by wszystkie, które powstały zostały wszczepione kobiecie.
Pozwólcie, że nad tymi zapisami tym razem się nie pochylę.
Przyklęknę za to by przyjrzeć się w skali makro pewnemu drobiazgowi.
Otóż projekt ów zakłada dostępność in vitro dla małżeństw.
No to jeszcze powtórzę ów cytat z listu episkopatu:
"poczęcie dziecka metodą in vitro powoduje śmierć jego braci i sióstr w stanie embrionalnym".
Ciesz szalony doktorze Frankenstein!
Jednak będziesz mógł tworzyć swoje potworki!!! Ha,ha ,ha, ha!!!-(to śmiech z taką diaboliczną i lekko szalona modulacją-jak z kiepskich horrorów :-)
Nie bardzo wyobrażam sobie w jaki sposób kościół wyjaśni teraz dlaczego zdecydował się na poparcie procedury umożliwiającej tworzenie "tego czegoś" co do tej pory nie zasługiwało nawet na ochrzczenie.
Właściwie to powinienem się cieszyć bo naprawdę trudno o lepszy czas na pisanie o in vitro i blog sam "się robi".
Domyślam się ,że pojawią się argumenty typu "mniejsze zło".
Nie wydaje mi się by były one sensowne w sytuacji sporów o pryncypia.
Ostatnio jedna z forumowiczek "bociana" opisywała jak to ksiądz spowiednik odmówił jej rozgrzeszenia bo nie dość ,że popełniła rzecz straszną to jeszcze wcale nie żałuje!!!
Ta zła, zła i jeszcze raz zła kobieta urodziła "dzieciaka ze szkiełka"!
Cóż za amoralny występek. Rzeczywiście mogła przynajmniej powiedzieć,że żałuje iż została matką. Wtedy zgodnie z nauczaniem kościoła miałaby chociaż cień szansy na zbawienie.
Tak czysto teoretycznie-gdyby skłamała czy jej grzech nie byłby przypadkiem mniejszy?
Chyba lepiej być kłamczuchem niż osobą, która przyczyniła się do powstania potwora urągającego swoim istnieniem woli boskiej?
I żeby byłą jasność-nie znęcam się tutaj nad religią tylko nad instytucją, która uważa się za administratora owej.
Chyba bardziej wkurzyła mnie ta wolta kościoła niż jego wtrącanie się w moje życie.
Bo to,że ktoś ma niezłomne zasady- sprzeczne z moimi przekonaniami potrafię uszanować.
Z punktu widzenia osoby, która w imię najwyższych wartości broni ludzkiego życia i jego godności moja zgoda na in vitro, to rzeczywiście szukanie "wytrychów moralnych".
I nasze racje są raczej nie do pogodzenia.
Do czego piję?
Otóż po odrzuceniu projektu zakazującego zapłodnienia pozaustrojowego hierarchowie kościelni zapowiadają poparcie dla projektu Piechy a gdyby i ten przepadł to prawdopodobnie poprą projekt Gowina.
Jest to o tyle ciekawe,że przed sejmowym głosowaniem Rada Episkopatu ds. Rodziny wysłała apel do parlamentarzystów, w którym pisze że in vitro jest moralnie naganne, gdyż "poczęcie dziecka metodą in vitro powoduje śmierć jego braci i sióstr w stanie embrionalnym".
Po porażce w sejmie ks. Longchamps de Berier- który miał opracować stanowisko Episkopatu w sprawach etycznych- powiedział, że teraz trzeba brać pod uwagę możliwość rozwiązania kompromisowego, a jest nim projekt posła Gowina.
Ku przypomnieniu-projekt pana posła zakłada zakaz tworzenia dodatkowych zarodków, zakaz ich niszczenia i nakazuje by wszystkie, które powstały zostały wszczepione kobiecie.
Pozwólcie, że nad tymi zapisami tym razem się nie pochylę.
Przyklęknę za to by przyjrzeć się w skali makro pewnemu drobiazgowi.
Otóż projekt ów zakłada dostępność in vitro dla małżeństw.
No to jeszcze powtórzę ów cytat z listu episkopatu:
"poczęcie dziecka metodą in vitro powoduje śmierć jego braci i sióstr w stanie embrionalnym".
Ciesz szalony doktorze Frankenstein!
Jednak będziesz mógł tworzyć swoje potworki!!! Ha,ha ,ha, ha!!!-(to śmiech z taką diaboliczną i lekko szalona modulacją-jak z kiepskich horrorów :-)
Nie bardzo wyobrażam sobie w jaki sposób kościół wyjaśni teraz dlaczego zdecydował się na poparcie procedury umożliwiającej tworzenie "tego czegoś" co do tej pory nie zasługiwało nawet na ochrzczenie.
Właściwie to powinienem się cieszyć bo naprawdę trudno o lepszy czas na pisanie o in vitro i blog sam "się robi".
Domyślam się ,że pojawią się argumenty typu "mniejsze zło".
Nie wydaje mi się by były one sensowne w sytuacji sporów o pryncypia.
Ostatnio jedna z forumowiczek "bociana" opisywała jak to ksiądz spowiednik odmówił jej rozgrzeszenia bo nie dość ,że popełniła rzecz straszną to jeszcze wcale nie żałuje!!!
Ta zła, zła i jeszcze raz zła kobieta urodziła "dzieciaka ze szkiełka"!
Cóż za amoralny występek. Rzeczywiście mogła przynajmniej powiedzieć,że żałuje iż została matką. Wtedy zgodnie z nauczaniem kościoła miałaby chociaż cień szansy na zbawienie.
Tak czysto teoretycznie-gdyby skłamała czy jej grzech nie byłby przypadkiem mniejszy?
Chyba lepiej być kłamczuchem niż osobą, która przyczyniła się do powstania potwora urągającego swoim istnieniem woli boskiej?
I żeby byłą jasność-nie znęcam się tutaj nad religią tylko nad instytucją, która uważa się za administratora owej.
Chyba bardziej wkurzyła mnie ta wolta kościoła niż jego wtrącanie się w moje życie.
Bo to,że ktoś ma niezłomne zasady- sprzeczne z moimi przekonaniami potrafię uszanować.
Z punktu widzenia osoby, która w imię najwyższych wartości broni ludzkiego życia i jego godności moja zgoda na in vitro, to rzeczywiście szukanie "wytrychów moralnych".
I nasze racje są raczej nie do pogodzenia.
piątek, 11 września 2009
"Contra" do kosza
Wbrew tytułowi nie jest to post na temat sukcesów naszych koszykarzy. Chociaż ostatnie trzy mecze ekipy Gortata, Lampego i Logana przeżywałem bardzo mocno :-)))
Jesteśmy po sejmowym głosowaniu projektu ustawy zakazującej in vitro. Zgodnie z przewidywaniami projekt przepadł mimo apeli jego twórców o szybkie działanie by „każdego dnia nie przybywało kolejnych embrionów, z którymi nie wiadomo, co potem zrobić”.
Projekt zakładał tylko zmiany w prawie karnym co już samo w sobie jest absurdalne. Jak już pisałem przewidywał karę do trzech lat za przeprowadzenie zabiegu. Natomiast za eksperymenty na embrionach do 25 lat a za handel nimi powyżej trzech.
Co ciekawe za odrzuceniem projektu głosowało 244 posłów a za jego przyjęciem, aż 162.
Więc powodów do radości nie ma. Skoro tak wielu parlamentarzystów popiera tak zły projekt. Rozumiem,że kierowali się wyznawanymi zasadami etycznymi, moralnymi i pewnie nauką kościoła.
To jednak nie usprawiedliwia psucia prawa. Nawet projekt fundamentalistyczny można napisać lepiej.
Pozostałe projekty „prawdziwych ustaw” trafią do sejmu w przyszłym miesiącu.
Pozostaje mieć nadzieję,że te z których zapisami osobiście się nie zgodzę będą chociaż sensownie napisane.
Bo tłumaczenie pana Skurzaka, że to właściwie nie jest projekt ustawy tylko swoiste „moratorium na in vitro” i ,że chodzi w nim nie o sprawy „teologiczne tylko antropologiczne i o to kim jest człowiek” -do mnie jakoś nie przemawia.
No i jeszcze tłumaczenie ,że „embrion poza organizmem matki zawsze jest narażony na niebezpieczeństwo”.
Ten nasz chory kraj niewątpliwie potrzebuje sensownej ustawy bioetycznej.
Ciekawe tylko czy nie skończy się to tak jak z ustawami „anty i proaborcyjnymi”, które były zdecydowanie tematami zastępczymi. I były wyciągane jak królik z kapelusza wtedy gdy trzeba było odwrócić uwagę opinii publicznej od innych spraw.
Jest pewna nadzieja na happy end. Projekty firmowane przez Małgorzatę Kidawę- Błońską oraz lewicowy sprawiają wrażenie całkiem sensownych, ale na ostateczną ocenę trzeba jeszcze poczekać.
Swoją drogą ciekawe czy w przypadku gdyby- „pewne środowiska i wspierająca je potężna instytucja” kiedyś przeforsowały swoje pomysły -czy na takiej podstawie moglibyśmy poprosić o azyl?
Najlepiej w jakimś kraju leżącym w basenie morza Śródziemnego :-))))
A skoro na kwestie religijne zeszliśmy to ostatnio wyczytałem,ze iracki dziennikarz, który trafił do więzienia za rzucenie butem w prezydenta USA jest już ustawiony do końca życia.
Gość niedługo wyjdzie z mamra. Już czeka na niego dom wybudowany przez byłego pracodawcę. Jakiś biznesmem, z Maroka chyba, oferuje mu 10 (słownie dziesięć!!!) milionów dolarów za ową parę butów a kandydatek na zony i ofert pracy ma ów bohater świata muzułmańskiego na pęczki.
Humorystyczne to na pewno, ale jak się tak głębiej nad tym zastanowić...
Dziwny jest ten świat.
Jesteśmy po sejmowym głosowaniu projektu ustawy zakazującej in vitro. Zgodnie z przewidywaniami projekt przepadł mimo apeli jego twórców o szybkie działanie by „każdego dnia nie przybywało kolejnych embrionów, z którymi nie wiadomo, co potem zrobić”.
Projekt zakładał tylko zmiany w prawie karnym co już samo w sobie jest absurdalne. Jak już pisałem przewidywał karę do trzech lat za przeprowadzenie zabiegu. Natomiast za eksperymenty na embrionach do 25 lat a za handel nimi powyżej trzech.
Co ciekawe za odrzuceniem projektu głosowało 244 posłów a za jego przyjęciem, aż 162.
Więc powodów do radości nie ma. Skoro tak wielu parlamentarzystów popiera tak zły projekt. Rozumiem,że kierowali się wyznawanymi zasadami etycznymi, moralnymi i pewnie nauką kościoła.
To jednak nie usprawiedliwia psucia prawa. Nawet projekt fundamentalistyczny można napisać lepiej.
Pozostałe projekty „prawdziwych ustaw” trafią do sejmu w przyszłym miesiącu.
Pozostaje mieć nadzieję,że te z których zapisami osobiście się nie zgodzę będą chociaż sensownie napisane.
Bo tłumaczenie pana Skurzaka, że to właściwie nie jest projekt ustawy tylko swoiste „moratorium na in vitro” i ,że chodzi w nim nie o sprawy „teologiczne tylko antropologiczne i o to kim jest człowiek” -do mnie jakoś nie przemawia.
No i jeszcze tłumaczenie ,że „embrion poza organizmem matki zawsze jest narażony na niebezpieczeństwo”.
Ten nasz chory kraj niewątpliwie potrzebuje sensownej ustawy bioetycznej.
Ciekawe tylko czy nie skończy się to tak jak z ustawami „anty i proaborcyjnymi”, które były zdecydowanie tematami zastępczymi. I były wyciągane jak królik z kapelusza wtedy gdy trzeba było odwrócić uwagę opinii publicznej od innych spraw.
Jest pewna nadzieja na happy end. Projekty firmowane przez Małgorzatę Kidawę- Błońską oraz lewicowy sprawiają wrażenie całkiem sensownych, ale na ostateczną ocenę trzeba jeszcze poczekać.
Swoją drogą ciekawe czy w przypadku gdyby- „pewne środowiska i wspierająca je potężna instytucja” kiedyś przeforsowały swoje pomysły -czy na takiej podstawie moglibyśmy poprosić o azyl?
Najlepiej w jakimś kraju leżącym w basenie morza Śródziemnego :-))))
A skoro na kwestie religijne zeszliśmy to ostatnio wyczytałem,ze iracki dziennikarz, który trafił do więzienia za rzucenie butem w prezydenta USA jest już ustawiony do końca życia.
Gość niedługo wyjdzie z mamra. Już czeka na niego dom wybudowany przez byłego pracodawcę. Jakiś biznesmem, z Maroka chyba, oferuje mu 10 (słownie dziesięć!!!) milionów dolarów za ową parę butów a kandydatek na zony i ofert pracy ma ów bohater świata muzułmańskiego na pęczki.
Humorystyczne to na pewno, ale jak się tak głębiej nad tym zastanowić...
Dziwny jest ten świat.
czwartek, 10 września 2009
Tańcząca z kitlami
Tak się "podgotowałem" sprawą ustawy,że w końcu nie napisałem o aktualnościach znacznie ważniejszych z punktu widzenia naszej najmniejszej komórki społecznej.
A sytuacja jest ostatnio rozwojowa.
Pan doktor wysłał koleżankę małżonkę na badanie poziomu glukozy.Zawiozłem ją rano do laboratorium i pognałem do pracy. Biedna dziewczyna kwitła tam parę godzin. Najwyraźniej dostając szału z nudów. Wniosek ten wysnułem z ilości sms'ów, które dostawałem co chwilę. Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że będzie to trochę upierdliwe i musi potrwać. A jednak zderzenie z naszą służbą zdrowia to nieodmiennie coś z pogranicza Orwella i Monty Pytona.
Otóż po badaniu krwi na czczo nadszedł czas na tzw. "badanie pod obciążeniem". Polega ono na tym,że biedna ofiara naszego systemu ochrony zdrowia musi wypić kubas masakrycznie słodkiej cieczy. To już samo w sobie jest podobno ciężkim doświadczeniem bo po drugim łyku wszystko staje w gardle.
Ale najciekawsza okazała się procedura przygotowywania owej cieczy.
Najlepsza z zon stawiła się laboratorium z kupiona wcześniej glukozą, wodą i połówką cytryny, która podobno czyni owa słodka ambrozję łatwiejsza do przełknięcia.
Niestety po pierwszym badaniu żona usłyszała,że "teraz trzeba poczekać na panią, która przygotuje glukozę do wypicia". Na pytanie czy nie może tego zrobić sama usłyszała,że absolutnie nie ma takiej możliwości.
No cóż, widocznie jest to jakaś szalenie skomplikowana procedura , którą określają drobiazgowe wytyczne i przepisy-wysnuła wniosek Pani Bebzunkowa i cierpliwie czekała prawie godzinę.
W końcu specjalistka przybyła. I zaczęło się misterium.
Glukoza została wsypana do kubka, zalana wodą i... zamieszana.
Po czym Pani Glukozowa oświadczyła-"Gotowe".
Naprawdę warto było czekać żeby to zobaczyć.
Przez następne pół godziny koleżanka małżonka nie mogła się zdecydować czy udusić się ze śmiechu czy raczej zwrócić to co próbowała w siebie wmusić.
Oba rozwiązania były równie kuszące.
Niestety wykonać naraz obu czynności się nie dało :-)
Może ktoś wie jaki uniwersytet przygotowuje do zawodu "glukozowego" czy może raczej "gluto..." a przepraszam- "glukozoznawcy"?
Przyznacie,że to cholernie wąska specjalizacja.
Ale jak się domyślam jest to praca , która daje wiele satysfakcji.
Widzieć miny tych wszystkich ludzi, którzy godzinami czekali aż dokona się ta czynność z pogranicza alchemii-bezcenne!
dajmy już jednak spokój Pani Glukozowej.
Robotę wykonała profesjonalnie i po ponownym oddaniu krwi wyprowadziłem bladą połowicę na wolność.
W ramach głupich dowcipów zapytałem czy nie ma ochoty na loda albo jakieś inne łakocie.
I żyję. Nooo, nawet ja jestem tym zaskoczony.
Albo ciąża powoduje złagodzenie charakteru albo bidula była zbyt słaba by wymierzyć mi ,doprowadzający do porządku, strzał w potylicę.
Po odebraniu wyników udaliśmy się do naszego szepczącego ginekologa. Zrobił USG, stwierdził,że z dzieciakami wszystko super, wydrukował nam kolejną fotkę lemurów ,na której ni cholery nic nie widać, po czym zdiagnozował u mamy Jeżynek ciążową cukrzycę.
Wszystko to wiem od żony bo ona ma lepszy słuch i zrelacjonowała mi przebieg wizyty po tym jak oboje wyszliśmy z gabinetu.
Ze skierowaniem do poradni diabetologicznej psiakrew.
To znaczy z jego obietnicą. Bo pan doktor stwierdził,że skierowanie wystawi nam w poradni, w której pracuje na etacie.Mieliśmy nazajutrz rano zadzwonić do niego i dowiedzieć się, o której będzie do odebrania.
Rano telefon został wykonany, godzina podana i zgodnie ze wskazówkami stawiliśmy się o wyznaczonym czasie w wyznaczonym miejscu.
Po odczekaniu w kolejce i wysłuchaniu serii, kłótni o to, która z pań ma teraz wejść do gabinetu ("ale ja mam numerek na 12.30!-No to co, ja dłużej czekam!-A ja mam większy brzuch itd) koleżanka małżonka weszła do gabinetu gdzie usłyszała ,że skierowanie dostanie dopiero jak założy kartę. Niby logiczne,ale można było to chyba powiedzieć od razu?
No to poturlaliśmy się piętro niżej do rejestracji. Po odstaniu w kolejce kilkunastu minut trafiliśmy przed oblicze pani, która zaczęła się drzeć,że ona nie może założyć karty! Kiedy przerwała na chwilę swój bełkot, by wziąć wdech, żonie udało się wreszcie zadać pytanie o to w czym problem. Okazało się, że pani chce dostać dowód ubezpieczenia.
Jakby nie wystarczyło o niego poprosić.
Po wyduszeniu z niej tej ściśle tajnej informacji żona przekazała jej ów niezbędny dokument.
Droga do skierowania stanęła otworem. Tadaaam!!!
No to znowu w kolejkę a potem galopem do poradni diabetologicznej żeby zdążyć zanim lekarze uznają ,że mają dosyć pracy za nędzne grosze i spieprzą do swoich gabinetów prywatnych.
Udało się! Najpierw wizyta u pani, która zrobiła nam szkolenie z używania glukometru a potem u dietetyczki, która poinformowała biedną Panią Bebzunkową o tym czego jej jeść nie wolno (wszystkiego co dobre oczywiście). Potem jeszcze tylko wizyta u lekarki obrażonej ,że tak późno zawracamy jej głowę.I jeszcze na deser kolejne badanie krwi. Ufff... i kooooniec tego dnia pełnego wrażeń.
Trzeba mieć zdrowie żeby mieć kontakty ze służbą zdrowia.
A sytuacja jest ostatnio rozwojowa.
Pan doktor wysłał koleżankę małżonkę na badanie poziomu glukozy.Zawiozłem ją rano do laboratorium i pognałem do pracy. Biedna dziewczyna kwitła tam parę godzin. Najwyraźniej dostając szału z nudów. Wniosek ten wysnułem z ilości sms'ów, które dostawałem co chwilę. Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że będzie to trochę upierdliwe i musi potrwać. A jednak zderzenie z naszą służbą zdrowia to nieodmiennie coś z pogranicza Orwella i Monty Pytona.
Otóż po badaniu krwi na czczo nadszedł czas na tzw. "badanie pod obciążeniem". Polega ono na tym,że biedna ofiara naszego systemu ochrony zdrowia musi wypić kubas masakrycznie słodkiej cieczy. To już samo w sobie jest podobno ciężkim doświadczeniem bo po drugim łyku wszystko staje w gardle.
Ale najciekawsza okazała się procedura przygotowywania owej cieczy.
Najlepsza z zon stawiła się laboratorium z kupiona wcześniej glukozą, wodą i połówką cytryny, która podobno czyni owa słodka ambrozję łatwiejsza do przełknięcia.
Niestety po pierwszym badaniu żona usłyszała,że "teraz trzeba poczekać na panią, która przygotuje glukozę do wypicia". Na pytanie czy nie może tego zrobić sama usłyszała,że absolutnie nie ma takiej możliwości.
No cóż, widocznie jest to jakaś szalenie skomplikowana procedura , którą określają drobiazgowe wytyczne i przepisy-wysnuła wniosek Pani Bebzunkowa i cierpliwie czekała prawie godzinę.
W końcu specjalistka przybyła. I zaczęło się misterium.
Glukoza została wsypana do kubka, zalana wodą i... zamieszana.
Po czym Pani Glukozowa oświadczyła-"Gotowe".
Naprawdę warto było czekać żeby to zobaczyć.
Przez następne pół godziny koleżanka małżonka nie mogła się zdecydować czy udusić się ze śmiechu czy raczej zwrócić to co próbowała w siebie wmusić.
Oba rozwiązania były równie kuszące.
Niestety wykonać naraz obu czynności się nie dało :-)
Może ktoś wie jaki uniwersytet przygotowuje do zawodu "glukozowego" czy może raczej "gluto..." a przepraszam- "glukozoznawcy"?
Przyznacie,że to cholernie wąska specjalizacja.
Ale jak się domyślam jest to praca , która daje wiele satysfakcji.
Widzieć miny tych wszystkich ludzi, którzy godzinami czekali aż dokona się ta czynność z pogranicza alchemii-bezcenne!
dajmy już jednak spokój Pani Glukozowej.
Robotę wykonała profesjonalnie i po ponownym oddaniu krwi wyprowadziłem bladą połowicę na wolność.
W ramach głupich dowcipów zapytałem czy nie ma ochoty na loda albo jakieś inne łakocie.
I żyję. Nooo, nawet ja jestem tym zaskoczony.
Albo ciąża powoduje złagodzenie charakteru albo bidula była zbyt słaba by wymierzyć mi ,doprowadzający do porządku, strzał w potylicę.
Po odebraniu wyników udaliśmy się do naszego szepczącego ginekologa. Zrobił USG, stwierdził,że z dzieciakami wszystko super, wydrukował nam kolejną fotkę lemurów ,na której ni cholery nic nie widać, po czym zdiagnozował u mamy Jeżynek ciążową cukrzycę.
Wszystko to wiem od żony bo ona ma lepszy słuch i zrelacjonowała mi przebieg wizyty po tym jak oboje wyszliśmy z gabinetu.
Ze skierowaniem do poradni diabetologicznej psiakrew.
To znaczy z jego obietnicą. Bo pan doktor stwierdził,że skierowanie wystawi nam w poradni, w której pracuje na etacie.Mieliśmy nazajutrz rano zadzwonić do niego i dowiedzieć się, o której będzie do odebrania.
Rano telefon został wykonany, godzina podana i zgodnie ze wskazówkami stawiliśmy się o wyznaczonym czasie w wyznaczonym miejscu.
Po odczekaniu w kolejce i wysłuchaniu serii, kłótni o to, która z pań ma teraz wejść do gabinetu ("ale ja mam numerek na 12.30!-No to co, ja dłużej czekam!-A ja mam większy brzuch itd) koleżanka małżonka weszła do gabinetu gdzie usłyszała ,że skierowanie dostanie dopiero jak założy kartę. Niby logiczne,ale można było to chyba powiedzieć od razu?
No to poturlaliśmy się piętro niżej do rejestracji. Po odstaniu w kolejce kilkunastu minut trafiliśmy przed oblicze pani, która zaczęła się drzeć,że ona nie może założyć karty! Kiedy przerwała na chwilę swój bełkot, by wziąć wdech, żonie udało się wreszcie zadać pytanie o to w czym problem. Okazało się, że pani chce dostać dowód ubezpieczenia.
Jakby nie wystarczyło o niego poprosić.
Po wyduszeniu z niej tej ściśle tajnej informacji żona przekazała jej ów niezbędny dokument.
Droga do skierowania stanęła otworem. Tadaaam!!!
No to znowu w kolejkę a potem galopem do poradni diabetologicznej żeby zdążyć zanim lekarze uznają ,że mają dosyć pracy za nędzne grosze i spieprzą do swoich gabinetów prywatnych.
Udało się! Najpierw wizyta u pani, która zrobiła nam szkolenie z używania glukometru a potem u dietetyczki, która poinformowała biedną Panią Bebzunkową o tym czego jej jeść nie wolno (wszystkiego co dobre oczywiście). Potem jeszcze tylko wizyta u lekarki obrażonej ,że tak późno zawracamy jej głowę.I jeszcze na deser kolejne badanie krwi. Ufff... i kooooniec tego dnia pełnego wrażeń.
Trzeba mieć zdrowie żeby mieć kontakty ze służbą zdrowia.
Contra dla contry
Dzisiaj w sejmie ma się odbyć pierwsze czytanie ustawy "Contra in vitro". Projekt zakłada całkowity zakaz tworzenia embrionów. Kara? Do trzech lat więzienia.
Przy tej okazji zapunktował u mnie poseł Niesiołowski, który ironizuje,że jego zdaniem właściwe byłoby wsadzanie do więzień dzieci ze szkiełka.
Tak, powinny swoimi małymi rączkami łupać kamienie w kamieniołomach. Albo niech biskupi zagonią je do kopalni uranu.
W fajnej rzeczywistości przychodzi nam żyć.
Pozostaje tylko mieć nadzieję,że hałas medialny jest niewspółmierny do liczby zwolenników owej ustawy.
Zawsze kiedy czytam o ruchu "contra..." czuję dziwną mieszankę przygnębienia i wściekłości.
Może niepotrzebnie? Pewnie zdrowiej byłoby nie słuchać , nie czytać, olać, zignorować, zapomnieć.
Łatwo się mówi. Próbuję,ale ciągle po głowie krążą myśli skąd się w ludziach bi8erze coś takiego co pcha ich do takich działań. I w imię czego tak naprawdę?
W imię wiary? Zasad?
Jakoś w to nie wierzę.
Może mam szczęście, ale do tej pory nie spotkałem religijnej i inteligentnej osoby, która miałaby coś przeciw zapłodnieniu pozaustrojowemu.
Wszelkie głosy "contra" są na tak niskim poziomie i wykazują tak ogromną ignorancję, że aż szczękościsku dostaję bo z takimi ludźmi nie da się nawet dyskutować. nie ma szans na sensowną wymianę argumentów.
I znowu się cieszę,że piszę tu pod pseudonimem. Bo kto wie czy pod moimi drzwiami nie pojawiłaby się jakaś bojówka łysych chłopców w wielkich butach ze wzniosłymi hasłami o bogu, honorze i ojczyźnie oraz bejsbolami w łapach i wściekłymi grymasami na twarzach.
Na twarde dziewuchy musimy wychować nasze Jeżynki. I szybko biegające, bo w przypadku przeważającej siły wroga kopniak w krocze nie wystarczy i trzeba będzie uciekać.
Z bieganiem jest szansa bo i po dziadku i po tacie maja szansę mieć w genach tendencję do szybkiego przebierania odnóżami.
Zresztą na podstawie obserwacji tego co dzieje się w "dziecinnym pokoju" wewnątrz koleżanki małżonki ( nie wiem czy to nie zabrzmiało trochę za bardzo "uprzedmiotawiająco"?) to przynajmniej jedna z naszych córek machać kończynami lubi i potrafi.
I tu muszę wrócić do pewnego zagadnienia związanego z aktywnością w "świecie wewnętrznym", o którym nie napisałem ostatnio poruszając kwestię kopania w brzuchu.
Otóż kiedy aktywność naszych pociech wzrasta i ja pędzę by nawiązać z nimi "namacalny kontakt" to jak tylko przyłożę dłonie do brzucha wszystko się uspokaja.
Prawie za każdym razem.
i na nic zdają się wypowiadane kategorycznym tonem do "pępkowego mikrofonu" polecenia typu "proszę mi tu w tej chwili kopnąć tatusia!".
Zero odzewu.
Nasza przyjaciółka, z właściwą sobie tendencją do szukania jasnych stron życia, wysnuła teorię, że dzieciaki po prostu czuja respekt do ojca i uznały ,że kopanie go po dłoniach może być niestosowne.
Podoba mi się ten pomysł. tak jakbym zyskał trochę autorytetu.
Przynajmniej we własnych oczach.
Przy tej okazji zapunktował u mnie poseł Niesiołowski, który ironizuje,że jego zdaniem właściwe byłoby wsadzanie do więzień dzieci ze szkiełka.
Tak, powinny swoimi małymi rączkami łupać kamienie w kamieniołomach. Albo niech biskupi zagonią je do kopalni uranu.
W fajnej rzeczywistości przychodzi nam żyć.
Pozostaje tylko mieć nadzieję,że hałas medialny jest niewspółmierny do liczby zwolenników owej ustawy.
Zawsze kiedy czytam o ruchu "contra..." czuję dziwną mieszankę przygnębienia i wściekłości.
Może niepotrzebnie? Pewnie zdrowiej byłoby nie słuchać , nie czytać, olać, zignorować, zapomnieć.
Łatwo się mówi. Próbuję,ale ciągle po głowie krążą myśli skąd się w ludziach bi8erze coś takiego co pcha ich do takich działań. I w imię czego tak naprawdę?
W imię wiary? Zasad?
Jakoś w to nie wierzę.
Może mam szczęście, ale do tej pory nie spotkałem religijnej i inteligentnej osoby, która miałaby coś przeciw zapłodnieniu pozaustrojowemu.
Wszelkie głosy "contra" są na tak niskim poziomie i wykazują tak ogromną ignorancję, że aż szczękościsku dostaję bo z takimi ludźmi nie da się nawet dyskutować. nie ma szans na sensowną wymianę argumentów.
I znowu się cieszę,że piszę tu pod pseudonimem. Bo kto wie czy pod moimi drzwiami nie pojawiłaby się jakaś bojówka łysych chłopców w wielkich butach ze wzniosłymi hasłami o bogu, honorze i ojczyźnie oraz bejsbolami w łapach i wściekłymi grymasami na twarzach.
Na twarde dziewuchy musimy wychować nasze Jeżynki. I szybko biegające, bo w przypadku przeważającej siły wroga kopniak w krocze nie wystarczy i trzeba będzie uciekać.
Z bieganiem jest szansa bo i po dziadku i po tacie maja szansę mieć w genach tendencję do szybkiego przebierania odnóżami.
Zresztą na podstawie obserwacji tego co dzieje się w "dziecinnym pokoju" wewnątrz koleżanki małżonki ( nie wiem czy to nie zabrzmiało trochę za bardzo "uprzedmiotawiająco"?) to przynajmniej jedna z naszych córek machać kończynami lubi i potrafi.
I tu muszę wrócić do pewnego zagadnienia związanego z aktywnością w "świecie wewnętrznym", o którym nie napisałem ostatnio poruszając kwestię kopania w brzuchu.
Otóż kiedy aktywność naszych pociech wzrasta i ja pędzę by nawiązać z nimi "namacalny kontakt" to jak tylko przyłożę dłonie do brzucha wszystko się uspokaja.
Prawie za każdym razem.
i na nic zdają się wypowiadane kategorycznym tonem do "pępkowego mikrofonu" polecenia typu "proszę mi tu w tej chwili kopnąć tatusia!".
Zero odzewu.
Nasza przyjaciółka, z właściwą sobie tendencją do szukania jasnych stron życia, wysnuła teorię, że dzieciaki po prostu czuja respekt do ojca i uznały ,że kopanie go po dłoniach może być niestosowne.
Podoba mi się ten pomysł. tak jakbym zyskał trochę autorytetu.
Przynajmniej we własnych oczach.
wtorek, 8 września 2009
Zderzenie z rzeczywistością
Ostatnio nasze dziewczyny zdecydowanie stały się bardziej aktywne. Godzinami kopią matkę ile tylko się da.
Mam nadzieję ,że z takich zachowań się wyrasta? Nie chciałbym na starość ukrywać się w piwnicy czy zamykać w łazience żeby mnie własne dzieci na buty nie wzięły ;-)
Te kopnięcia to już nawet ja czuję i nie muszę z grzeczności udawać, że rzeczywiście coś zarejestrowałem.
To już nie są delikatne muśnięcia, które można było pomylić z lekkim napięciem jakiegoś mięśnia.
O nie, to konkret, który od razu nasuwa skojarzenia z pierwsza częścią „Obcego” .
A ponieważ jak już wspomniałem dzieciaki mają ostatnio dużo energii to regularnie słyszę wołanie:
-Misieeeeeek, choooooodź, koooopiąąąąąą!!!
No to wtedy gnam, żeby podłączyć swoje dłonie do coraz bardziej okazałego brzucha koleżanki małżonki.
Czasem biegnę klnąc bo łapy mam w smarze, płynie do mycia naczyń, impregnacie do drewna czy cholernie brudzącej i klejącej nalewce porzeczkowej, którą właśnie filtrowałem.
No, naprawdę te wezwania są czasem bardzo nie w porę. Ale gnam, bo jak tu odmówić swoim pociechom?
Swoją drogą dopiero teraz zdałem sobie sprawę ze znaczenia tego słowa.
„Pociecha” -mam nadzieję ,że naprawdę nią będą.
Na razie samo „zaciążenie” wpłynęło na mnie bardzo pozytywnie. Staram się szukać jaśniejszych stron życia, pozytywnych aspektów i tak dalej.
To nie znaczy ,że zawsze znajduję, ale przynajmniej humor mam lepszy i nie ciskam się bez sensu i potrzeby.
Bo ostatni rok to.... ech szkoda gadać . Te wszystkie nieudane inseminacje a potem emocje przed i potransferowe.
Emocjonalna huśtawka. I chociaż bardzo się starałem to czasem było tego zbyt wiele i nerwy puszczały.
Pamiętam jak raz pokłóciliśmy się w samochodzie. Najlepsza z żon doprowadziła mnie do takiego stanu wrzenia ,że wydarłem się tak, że aż się przestraszyłem.
Byłem prawie pewny,że co najmniej naderwałem struny głosowe.
No to byłyby jaja. Bo w pewnym sensie głos jest moim narzędziem pracy :-)
Teraz ten okres wydaje mi się taki daleki. Tak jakby transfer był nie pół roku temu tylko jakby minęły od niego ze trzy lata.
I jakkolwiek banalnie i górnolotnie by to nie zabrzmiało teraz naprawdę czuję się innym człowiekiem.
A piszę o tym też dlatego,że wczoraj nasi przyjaciele przemejlowali nam urocza dykteryjkę.
Para ta nie ma jeszcze potomstwa. I nie wiem jakie mają względem jego posiadania plany. To ich sprawa a my pomni owego doprowadzającego do szału „a wy kiedyyyyyy?” na pewno im tego pytania nie zadamy :-)
Ponieważ jednak należą do tych nielicznych osób, z którymi możemy naprawdę szczerze porozmawiać to są mocno w temacie naszej „walki o posiadanie spadkobierców”.
No i to najwyraźniej pobudza do pewnych refleksji.
Otóż kilka dni temu jechali autobusem i w pewnym momencie P. wygłosił dosyć długi monolog na temat tego jak to fajnie jest mieć dzieci. Jak to w zdrowy sposób zmieniają się priorytety w życiu, które się bardziej stabilizuje, człowiek staje się bardziej zrównoważony i spokojny. Nie tetryczeje,ale nabiera dystansu do pracy i tak dalej.
Wywód był całkiem długi i logiczny. Spójny i rozsądny.
Tyle,że w połowie został przerwany wrzaskiem z drugiego końca autobusu. Jakiś kilkulatek z uporem maniaka nadawał:
- Wieje wiatr. Wieje wiatr. Wieje wiatr. Wieje wiatr. Wieje wiatr.
By po chwili przejść w fazę nadawania jeszcze bardziej monotonną
-Wiejewiatr, wiejewiatr, wiejewiatr, wiejewiatr, wiejewiatr, wiejewiatr, wiejewiatr,wiejewiatr, wiejewiatr, wiejewiatr,wiejewiatr, wiejewiatr, wiejewiatr....
Która z kolei przeszła po kilku minutach w:
Wiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatr...
...wiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatr...
...wiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatr...
...wiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatr...
...wiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatr...
...wiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatr...
...wiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatr...
...wiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatr...
...wiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatr...
To naprawę trwało baaardzo długo. Podobno co najmniej dwadzieścia minut.
W każdym razie wysiadając z autobusu P. stwierdził z rezygnacją:
-Z tym spokojem i wyciszeniem to chyba jednak przesadziłem.
Taaak, nie mam złudzeń,że lekko nie będzie i pewnie przyjdzie taki moment,że regularnie będę sobie przypominał kawał o twardzielu z Teksasu.
„Chuck Norris lubi dzieci. Tylko strasznie długo się gotują”.
Mam nadzieję ,że z takich zachowań się wyrasta? Nie chciałbym na starość ukrywać się w piwnicy czy zamykać w łazience żeby mnie własne dzieci na buty nie wzięły ;-)
Te kopnięcia to już nawet ja czuję i nie muszę z grzeczności udawać, że rzeczywiście coś zarejestrowałem.
To już nie są delikatne muśnięcia, które można było pomylić z lekkim napięciem jakiegoś mięśnia.
O nie, to konkret, który od razu nasuwa skojarzenia z pierwsza częścią „Obcego” .
A ponieważ jak już wspomniałem dzieciaki mają ostatnio dużo energii to regularnie słyszę wołanie:
-Misieeeeeek, choooooodź, koooopiąąąąąą!!!
No to wtedy gnam, żeby podłączyć swoje dłonie do coraz bardziej okazałego brzucha koleżanki małżonki.
Czasem biegnę klnąc bo łapy mam w smarze, płynie do mycia naczyń, impregnacie do drewna czy cholernie brudzącej i klejącej nalewce porzeczkowej, którą właśnie filtrowałem.
No, naprawdę te wezwania są czasem bardzo nie w porę. Ale gnam, bo jak tu odmówić swoim pociechom?
Swoją drogą dopiero teraz zdałem sobie sprawę ze znaczenia tego słowa.
„Pociecha” -mam nadzieję ,że naprawdę nią będą.
Na razie samo „zaciążenie” wpłynęło na mnie bardzo pozytywnie. Staram się szukać jaśniejszych stron życia, pozytywnych aspektów i tak dalej.
To nie znaczy ,że zawsze znajduję, ale przynajmniej humor mam lepszy i nie ciskam się bez sensu i potrzeby.
Bo ostatni rok to.... ech szkoda gadać . Te wszystkie nieudane inseminacje a potem emocje przed i potransferowe.
Emocjonalna huśtawka. I chociaż bardzo się starałem to czasem było tego zbyt wiele i nerwy puszczały.
Pamiętam jak raz pokłóciliśmy się w samochodzie. Najlepsza z żon doprowadziła mnie do takiego stanu wrzenia ,że wydarłem się tak, że aż się przestraszyłem.
Byłem prawie pewny,że co najmniej naderwałem struny głosowe.
No to byłyby jaja. Bo w pewnym sensie głos jest moim narzędziem pracy :-)
Teraz ten okres wydaje mi się taki daleki. Tak jakby transfer był nie pół roku temu tylko jakby minęły od niego ze trzy lata.
I jakkolwiek banalnie i górnolotnie by to nie zabrzmiało teraz naprawdę czuję się innym człowiekiem.
A piszę o tym też dlatego,że wczoraj nasi przyjaciele przemejlowali nam urocza dykteryjkę.
Para ta nie ma jeszcze potomstwa. I nie wiem jakie mają względem jego posiadania plany. To ich sprawa a my pomni owego doprowadzającego do szału „a wy kiedyyyyyy?” na pewno im tego pytania nie zadamy :-)
Ponieważ jednak należą do tych nielicznych osób, z którymi możemy naprawdę szczerze porozmawiać to są mocno w temacie naszej „walki o posiadanie spadkobierców”.
No i to najwyraźniej pobudza do pewnych refleksji.
Otóż kilka dni temu jechali autobusem i w pewnym momencie P. wygłosił dosyć długi monolog na temat tego jak to fajnie jest mieć dzieci. Jak to w zdrowy sposób zmieniają się priorytety w życiu, które się bardziej stabilizuje, człowiek staje się bardziej zrównoważony i spokojny. Nie tetryczeje,ale nabiera dystansu do pracy i tak dalej.
Wywód był całkiem długi i logiczny. Spójny i rozsądny.
Tyle,że w połowie został przerwany wrzaskiem z drugiego końca autobusu. Jakiś kilkulatek z uporem maniaka nadawał:
- Wieje wiatr. Wieje wiatr. Wieje wiatr. Wieje wiatr. Wieje wiatr.
By po chwili przejść w fazę nadawania jeszcze bardziej monotonną
-Wiejewiatr, wiejewiatr, wiejewiatr, wiejewiatr, wiejewiatr, wiejewiatr, wiejewiatr,wiejewiatr, wiejewiatr, wiejewiatr,wiejewiatr, wiejewiatr, wiejewiatr....
Która z kolei przeszła po kilku minutach w:
Wiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatr...
...wiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatr...
...wiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatr...
...wiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatr...
...wiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatr...
...wiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatr...
...wiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatr...
...wiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatr...
...wiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatrwiejewiatr...
To naprawę trwało baaardzo długo. Podobno co najmniej dwadzieścia minut.
W każdym razie wysiadając z autobusu P. stwierdził z rezygnacją:
-Z tym spokojem i wyciszeniem to chyba jednak przesadziłem.
Taaak, nie mam złudzeń,że lekko nie będzie i pewnie przyjdzie taki moment,że regularnie będę sobie przypominał kawał o twardzielu z Teksasu.
„Chuck Norris lubi dzieci. Tylko strasznie długo się gotują”.
niedziela, 6 września 2009
Między słowami
Pływając dzisiaj na windsurfingu zdałem sobie sprawę z tego, że wyniku złej diagnozy połowę sezonu spędziłem na desce ze złamanym palcem .Mógłbym teraz pozgrywać macho tyle,że akurat przy pływaniu kciuk nie bolał. A więc powodów do chwały nie mam.
Kiedy tak o tym myślę przypomina mi się powiedzenie,że „jeżeli po czterdziestce nic cię nie boli to znaczy,że nie żyjesz”.
Coś w tym jest. Do czterdziechy jeszcze mi trochę brakuje,ale rzeczywiście czuję ,że mimo aktywności fizycznej „sparciałem”. Od dwóch lat faktycznie nie ma dnia by nie doskwierała mi jakaś bolesna kontuzja. Jak nie „łokieć tenisisty” to kręgosłup, albo naciągnięte ścięgno achillesa, wspomniany wcześniej kciuk czy jakiś inny fragment ciała.
Na szczęście lekarstwem na większość dolegliwości jest ruch, co stanowi dodatkową motywację do aktywności fizycznej. Robię się niezłym fachowcem w dziedzinie rehabilitacji.
Nie piszę o tym by narzekać i użalać się nad sobą tylko dlatego,że takie urazy boleśnie uświadamiają człowiekowi upływ czasu.
Mentalnie nie przekroczyłem trzydziestki,ale ciało zużywa się znacznie szybciej. A muszę o siebie dbać jeżeli zamierzam potańczyć (hmm radośnie pokuśtykać raczej) na weselach Jeżynek :-))
Taki jesienny egzystencjalizm mnie ogarnia. Sporo myślę o przemijaniu, upływie czasu i sensie życia. A raczej jego braku. Bo już w podstawówce doszedłem do wniosku,że życie samo w sobie sensu specjalnego raczej nie ma. Można jednak próbować jakiś sens mu nadać. Niewesołe to myśli,ale jestem pewny,że narodziny dziewczynek sporo zmienią na lepsze w moim myśleniu.
Już czas najwyższy na przestawienie priorytetów i zajęcie myśli innymi sprawami niż własne schizy.
Zresztą zbliżające się narodziny nie tylko mnie wprawiają w taki nastrój.
Byliśmy dzisiaj na obiedzie u moich rodziców. Zazwyczaj i ja i mój tato pomagamy dziewczynom w kuchni,ale tym razem zostaliśmy wygonieni. Skłamałbym mówiąc,że byliśmy z tego powodu zdruzgotani.
Przynajmniej mogliśmy spokojnie porozmawiać o sporcie. Akurat tematów nie brakuje bo i „orły Beenhakkera” (sępy chyba) odniosły kolejny remis, który jest porażką a z kolei siatkarze w niezłym stylu wygrali trzeci mecz. No i jeszcze pech naszej kolarki górskiej.
Potem rozmowa zeszła na targi ogrodnicze, które właśnie odbywały się w ten weekend. Na targach oprócz sadzonek i gadżetów dla wyznawców ogródkowizmu można kupić również sporo różnych pysznych rzeczy do picia i jedzenia.
No i tata „nabył drogą kupna” butlę wypasionego miodu pitnego z przeznaczeniem do konsumpcji podczas osiemnastki Jeżynek. Mówiąc mi o tym mruknął tylko:
-Pytanie tylko czy dożyję?
Nie wiedziałem co powiedzieć. Nic mądrego nie przyszło mi do głowy a obaj nie lubimy „słodkiego pierdzenia” gładkimi, okrągłymi słowami.
Czasem lepiej pomilczeć.
Zresztą z tatą zazwyczaj rozmawiamy tak raczej między wierszami. Nie mówimy wprost o uczuciach.
Zazwyczaj właśnie rozmawiamy o sporcie, polityce, pracy, przyrodzie.
I raczej sposób w jaki rozmawiamy na jakiś temat i nasz stosunek do niego jest ważniejszy od pozornego głównego tematu rozmowy. Gdzieś tam między słowami wyrażamy swoje emocje i uczucia.
Niezbyt często patrząc sobie w oczy.
I w sumie jakoś ten system komunikacji działa.
Chociaż pewnie są prostsze i bardziej wydajne.
Ech... faceci.
Kiedy tak o tym myślę przypomina mi się powiedzenie,że „jeżeli po czterdziestce nic cię nie boli to znaczy,że nie żyjesz”.
Coś w tym jest. Do czterdziechy jeszcze mi trochę brakuje,ale rzeczywiście czuję ,że mimo aktywności fizycznej „sparciałem”. Od dwóch lat faktycznie nie ma dnia by nie doskwierała mi jakaś bolesna kontuzja. Jak nie „łokieć tenisisty” to kręgosłup, albo naciągnięte ścięgno achillesa, wspomniany wcześniej kciuk czy jakiś inny fragment ciała.
Na szczęście lekarstwem na większość dolegliwości jest ruch, co stanowi dodatkową motywację do aktywności fizycznej. Robię się niezłym fachowcem w dziedzinie rehabilitacji.
Nie piszę o tym by narzekać i użalać się nad sobą tylko dlatego,że takie urazy boleśnie uświadamiają człowiekowi upływ czasu.
Mentalnie nie przekroczyłem trzydziestki,ale ciało zużywa się znacznie szybciej. A muszę o siebie dbać jeżeli zamierzam potańczyć (hmm radośnie pokuśtykać raczej) na weselach Jeżynek :-))
Taki jesienny egzystencjalizm mnie ogarnia. Sporo myślę o przemijaniu, upływie czasu i sensie życia. A raczej jego braku. Bo już w podstawówce doszedłem do wniosku,że życie samo w sobie sensu specjalnego raczej nie ma. Można jednak próbować jakiś sens mu nadać. Niewesołe to myśli,ale jestem pewny,że narodziny dziewczynek sporo zmienią na lepsze w moim myśleniu.
Już czas najwyższy na przestawienie priorytetów i zajęcie myśli innymi sprawami niż własne schizy.
Zresztą zbliżające się narodziny nie tylko mnie wprawiają w taki nastrój.
Byliśmy dzisiaj na obiedzie u moich rodziców. Zazwyczaj i ja i mój tato pomagamy dziewczynom w kuchni,ale tym razem zostaliśmy wygonieni. Skłamałbym mówiąc,że byliśmy z tego powodu zdruzgotani.
Przynajmniej mogliśmy spokojnie porozmawiać o sporcie. Akurat tematów nie brakuje bo i „orły Beenhakkera” (sępy chyba) odniosły kolejny remis, który jest porażką a z kolei siatkarze w niezłym stylu wygrali trzeci mecz. No i jeszcze pech naszej kolarki górskiej.
Potem rozmowa zeszła na targi ogrodnicze, które właśnie odbywały się w ten weekend. Na targach oprócz sadzonek i gadżetów dla wyznawców ogródkowizmu można kupić również sporo różnych pysznych rzeczy do picia i jedzenia.
No i tata „nabył drogą kupna” butlę wypasionego miodu pitnego z przeznaczeniem do konsumpcji podczas osiemnastki Jeżynek. Mówiąc mi o tym mruknął tylko:
-Pytanie tylko czy dożyję?
Nie wiedziałem co powiedzieć. Nic mądrego nie przyszło mi do głowy a obaj nie lubimy „słodkiego pierdzenia” gładkimi, okrągłymi słowami.
Czasem lepiej pomilczeć.
Zresztą z tatą zazwyczaj rozmawiamy tak raczej między wierszami. Nie mówimy wprost o uczuciach.
Zazwyczaj właśnie rozmawiamy o sporcie, polityce, pracy, przyrodzie.
I raczej sposób w jaki rozmawiamy na jakiś temat i nasz stosunek do niego jest ważniejszy od pozornego głównego tematu rozmowy. Gdzieś tam między słowami wyrażamy swoje emocje i uczucia.
Niezbyt często patrząc sobie w oczy.
I w sumie jakoś ten system komunikacji działa.
Chociaż pewnie są prostsze i bardziej wydajne.
Ech... faceci.
Tak jak w kinie
Ostatnie badanie USG lekarz zgrał nam na płytkę DVD- wcześniej nie było takiej możliwości. Więc zaraz po wizycie zajechaliśmy do mojego taty pokazać mu filmik. Mama była akurat w rozjazdach więc urzędował sam z dziadkiem. Taki męski weekend.
Bardzo się ucieszył kiedy usłyszał,że będzie mógł zobaczyć wnuczki. Tyle,że film był taki jak i badanie- o czym wspominałem wcześniej. Nie było za dużo widać. Przyszły dziadek nie wyglądał jednak na rozczarowanego.
Inna sprawa ,że w konkurencji „okazywanie uczuć” to na olimpiadzie tatulo nie załapaliby się raczej na podium :-).
Pooglądał, pokiwał głową pouśmiechał się poczęstował nas ciastem i kawą. Pogadaliśmy trochę o tym jakie to teraz „cuda techniki” i polecieliśmy dalej- załatwiać różne sprawy.
Mama miała wrócić nazajutrz.
Zaraz po przyjeździe zadzwoniła i oświadczyła, że „ona natychmiast i kategorycznie chce też zobaczyć ten film!”
Okazało się, że ojciec na peronie powitał ją słowami- „A ja widziałem nasze wnuczki!”.
Znam go już tyle lat a ciągle mnie zaskakuje tym jak bardzo przeżywa pewne sprawy a jak mało po nim tego widać.
Ja poszedłem w mamę. Po mnie widać wszystko i od razu. Kłamać nie umiem na polityka się nie nadaję.
Zresztą ostatnio sporo się zastanawiam na kogo w ogóle się nadaję.
Do tej pory wydawało mi się ,ze w mojej aktualnej pracy znalazłem swoje miejsce na świecie.
Tyle,że stosunki interpersonalne powodują,że naprawdę ma dosyć.
Dwa razy w tygodniu dostaję newsletter z jednego z portali z ofertami pracy. Ostatnio zdałem sobie sprawę, z tego że za każdym razem kiedy otwieram maila to czuję się jakbym sprawdzał wyniki totolotka.
Za każdym razem tłucze się pogłowie jedno pytanie-”czy znajdę w środku coś o zmieni moje życie”?
I nie chodzi o to,że źle mi we własnym życiu.
Jestem wobec siebie bardzo samokrytyczny i ciągle pełen niepewności.
Więc skoro ja czuję,że stać mnie na znacznie więcej to coś w tym musi być.
Trochę nieskładnie chyba piszę, ale koleżanka małżonka, która dopiero teraz dopuściła mnie do kompa ciągle mnie rozprasza.
Strasznie wzburzyła się dyskusją na forum internetowym. I teraz ciągle przeżywa. Poszło o to,że nie zamierza rodzić naturalnie tylko przez cesarkę. I doczekała się kilku przykrych słów na temat własnego egoizmu i takich tam.Przeczytała m.in ,że skoro nastawia się na cesarkę to stawia się w roli inkubatora, który zaraz po urodzeniu dziecka z chęcią przekaże potomstwo w ręce niani.
No cóż nie ma sensu powtarzać tych samych tekstów na temat tolerancji. Szkoda słów,
szkoda niepotrzebnych nerwów.
Ja za to po raz pierwszy od kilku tygodni czuję się wyluzowany. Dzisiaj naprawdę mocno wieje i już kilka minut po dziewiątej byłem na wodzie. Naszarpałem się trochę ze sprzętem i pływanie zacząłem trochę skwaszony. Wystarczył jednak jeden solidny szkwał i humor zmienił się diametralnie. W takim niesamowitym ślizgu jeszcze nie pływałem. Cudowna mieszanka euforii i strzału adrenaliny.
Tego się nie da opisać.
Po godzinie takiego pływania i roztaklowaniu sprzętu poczułem si,ę cudownie odprężony. Mięśnie zmęczone,ale głowa wolna od głupich myśli.
Po powrocie lekkie śniadanie z koleżanką małżonką przed telewizorem- niestety nie zdążyłem na film przyrodniczy, ale potem był Makłowicz na Islandii a po nim Kinomaniak i zapowiedzi kinowe. Wygląda na to,że może wreszcie będzie na co pójść do kina bo tak tragicznego okresu wakacyjnego nie pamiętam. Wiadomo,żer podczas wakacji dystrybutorzy wprowadzają tylko komerchę. Tyle,że nawet kino rozrywkowe może przecież być na jakimś poziomie. A tym razem naprawdę nie było na co pójść do kina.
Strasznie chce obejrzeć „Wino truskawkowe”,ale niestety u nas jest wyświetlane tylko w kinie studyjnym, którego fotele zdecydowanie nie nadają się dla „ciężarówki”.
Pozostaje tylko czekać na jakiś cud, premierę DVD albo tak zwaną „dystrybucję alternatywną” ;-)
Bardzo się ucieszył kiedy usłyszał,że będzie mógł zobaczyć wnuczki. Tyle,że film był taki jak i badanie- o czym wspominałem wcześniej. Nie było za dużo widać. Przyszły dziadek nie wyglądał jednak na rozczarowanego.
Inna sprawa ,że w konkurencji „okazywanie uczuć” to na olimpiadzie tatulo nie załapaliby się raczej na podium :-).
Pooglądał, pokiwał głową pouśmiechał się poczęstował nas ciastem i kawą. Pogadaliśmy trochę o tym jakie to teraz „cuda techniki” i polecieliśmy dalej- załatwiać różne sprawy.
Mama miała wrócić nazajutrz.
Zaraz po przyjeździe zadzwoniła i oświadczyła, że „ona natychmiast i kategorycznie chce też zobaczyć ten film!”
Okazało się, że ojciec na peronie powitał ją słowami- „A ja widziałem nasze wnuczki!”.
Znam go już tyle lat a ciągle mnie zaskakuje tym jak bardzo przeżywa pewne sprawy a jak mało po nim tego widać.
Ja poszedłem w mamę. Po mnie widać wszystko i od razu. Kłamać nie umiem na polityka się nie nadaję.
Zresztą ostatnio sporo się zastanawiam na kogo w ogóle się nadaję.
Do tej pory wydawało mi się ,ze w mojej aktualnej pracy znalazłem swoje miejsce na świecie.
Tyle,że stosunki interpersonalne powodują,że naprawdę ma dosyć.
Dwa razy w tygodniu dostaję newsletter z jednego z portali z ofertami pracy. Ostatnio zdałem sobie sprawę, z tego że za każdym razem kiedy otwieram maila to czuję się jakbym sprawdzał wyniki totolotka.
Za każdym razem tłucze się pogłowie jedno pytanie-”czy znajdę w środku coś o zmieni moje życie”?
I nie chodzi o to,że źle mi we własnym życiu.
Jestem wobec siebie bardzo samokrytyczny i ciągle pełen niepewności.
Więc skoro ja czuję,że stać mnie na znacznie więcej to coś w tym musi być.
Trochę nieskładnie chyba piszę, ale koleżanka małżonka, która dopiero teraz dopuściła mnie do kompa ciągle mnie rozprasza.
Strasznie wzburzyła się dyskusją na forum internetowym. I teraz ciągle przeżywa. Poszło o to,że nie zamierza rodzić naturalnie tylko przez cesarkę. I doczekała się kilku przykrych słów na temat własnego egoizmu i takich tam.Przeczytała m.in ,że skoro nastawia się na cesarkę to stawia się w roli inkubatora, który zaraz po urodzeniu dziecka z chęcią przekaże potomstwo w ręce niani.
No cóż nie ma sensu powtarzać tych samych tekstów na temat tolerancji. Szkoda słów,
szkoda niepotrzebnych nerwów.
Ja za to po raz pierwszy od kilku tygodni czuję się wyluzowany. Dzisiaj naprawdę mocno wieje i już kilka minut po dziewiątej byłem na wodzie. Naszarpałem się trochę ze sprzętem i pływanie zacząłem trochę skwaszony. Wystarczył jednak jeden solidny szkwał i humor zmienił się diametralnie. W takim niesamowitym ślizgu jeszcze nie pływałem. Cudowna mieszanka euforii i strzału adrenaliny.
Tego się nie da opisać.
Po godzinie takiego pływania i roztaklowaniu sprzętu poczułem si,ę cudownie odprężony. Mięśnie zmęczone,ale głowa wolna od głupich myśli.
Po powrocie lekkie śniadanie z koleżanką małżonką przed telewizorem- niestety nie zdążyłem na film przyrodniczy, ale potem był Makłowicz na Islandii a po nim Kinomaniak i zapowiedzi kinowe. Wygląda na to,że może wreszcie będzie na co pójść do kina bo tak tragicznego okresu wakacyjnego nie pamiętam. Wiadomo,żer podczas wakacji dystrybutorzy wprowadzają tylko komerchę. Tyle,że nawet kino rozrywkowe może przecież być na jakimś poziomie. A tym razem naprawdę nie było na co pójść do kina.
Strasznie chce obejrzeć „Wino truskawkowe”,ale niestety u nas jest wyświetlane tylko w kinie studyjnym, którego fotele zdecydowanie nie nadają się dla „ciężarówki”.
Pozostaje tylko czekać na jakiś cud, premierę DVD albo tak zwaną „dystrybucję alternatywną” ;-)
czwartek, 3 września 2009
Crime Story-kraty i ogień stosów
Piszę tak na szybko i gorąco ( a więc to nie w tym poscie "garbaty powie...") bo właśnie przeczytałem o tym,że w przyszłym tygodniu nasi parlamentarzyści biorą na tapetę ustawę zakazującą in vitro. Według autorów owego tworu karą za przeprowadzenie zabiegu ma być więzienie.
Pod artykułem oczywiście masa komentarzy.A ową wymianę poglądów oczywiście zagaił jakiś zwolennik takich uregulowań prawnych sugerując,że powinno się adoptować biedne dzieci, które na to czekają zamiast tworzyć "frankensteiniątka". No i oczywiście się zaczęło.
Swoją drogą ostatnio zastanawiam się czy takie prowokacyjne wpisy ą autentyczne. Czy nie jest to aby robota moderatorów, którzy generują większy ruch na stronach ;-)
W każdym razie po tym pierwszym komentarzu reszta była już zdecydowanie antyfundamentalistyczna. Parę mnie serdecznie ubawiło.Polecam lekturę-odnośnik na pasku bocznym.
A wracając do kwestii zasadniczej to jestem już naprawdę zmęczony tym atakiem "pewnych środowisk". Przez kilka tygodni był spokój bo posłowie regenerowali się na wakacjach, ale teraz juz wrócili i z zapałem zabierają się do swoich gierek.
W każdym razie ostatnio dowiedziałem się z tzw. publikatorów, że na lekcjach religii dzieci dowiadują się m.in ,iż badania prenatalne prowadzą do aborcji. No jasne ,że w pewnych przypadkach tak sie może stać,ale takie uogólnianie doskonale oddaje filozofię i mentalność.
Tak sobie czasem myślę, że siedemdziesiąt lat po wojnie ciągle odczuwamy to jak dużą część inteligencji wymordowali nam sąsiedzi zza wschodniej i zachodniej granicy. Pula genowa musiała nam się zubożyć.
Najgorsze jest to,że z tymi ludźmi praktycznie nie da się prowadzić dialogu.Naprawdę ostre słowa nasuwają mi się "pod klawisze",ale odpuszczę bo nie chcę urazić tych czytelników, którzy są religijni.
Bo ja akurat liczę się ze zdaniem i uczuciami innych ludzi.
Nooo.. wkurzyłem się.
Prawo na szczęście nie działa wstecz więc Jeżynki pewnie nie będą musiały odwiedzać tatusia i mamusi "we więźniu". Najwyżej wyślemy panu doktorowi bombonierkę z piłą do krat, chleb z pilnikiem a na urodziny tort z liną w środku.
Pewnie niepotrzebnie się wkurzam bo taki projekt ustawy przepadnie w przedbiegach, ale jednak sam fakt jego powstania o czymś świadczy.
Naprawdę kiedy upadała komuna i przeżywaliśmy "karnawał wolności" chyba niewiele osób spodziewało się,że sytuacja może podryfować w taką "strefę mroku".
Pod artykułem oczywiście masa komentarzy.A ową wymianę poglądów oczywiście zagaił jakiś zwolennik takich uregulowań prawnych sugerując,że powinno się adoptować biedne dzieci, które na to czekają zamiast tworzyć "frankensteiniątka". No i oczywiście się zaczęło.
Swoją drogą ostatnio zastanawiam się czy takie prowokacyjne wpisy ą autentyczne. Czy nie jest to aby robota moderatorów, którzy generują większy ruch na stronach ;-)
W każdym razie po tym pierwszym komentarzu reszta była już zdecydowanie antyfundamentalistyczna. Parę mnie serdecznie ubawiło.Polecam lekturę-odnośnik na pasku bocznym.
A wracając do kwestii zasadniczej to jestem już naprawdę zmęczony tym atakiem "pewnych środowisk". Przez kilka tygodni był spokój bo posłowie regenerowali się na wakacjach, ale teraz juz wrócili i z zapałem zabierają się do swoich gierek.
W każdym razie ostatnio dowiedziałem się z tzw. publikatorów, że na lekcjach religii dzieci dowiadują się m.in ,iż badania prenatalne prowadzą do aborcji. No jasne ,że w pewnych przypadkach tak sie może stać,ale takie uogólnianie doskonale oddaje filozofię i mentalność.
Tak sobie czasem myślę, że siedemdziesiąt lat po wojnie ciągle odczuwamy to jak dużą część inteligencji wymordowali nam sąsiedzi zza wschodniej i zachodniej granicy. Pula genowa musiała nam się zubożyć.
Najgorsze jest to,że z tymi ludźmi praktycznie nie da się prowadzić dialogu.Naprawdę ostre słowa nasuwają mi się "pod klawisze",ale odpuszczę bo nie chcę urazić tych czytelników, którzy są religijni.
Bo ja akurat liczę się ze zdaniem i uczuciami innych ludzi.
Nooo.. wkurzyłem się.
Prawo na szczęście nie działa wstecz więc Jeżynki pewnie nie będą musiały odwiedzać tatusia i mamusi "we więźniu". Najwyżej wyślemy panu doktorowi bombonierkę z piłą do krat, chleb z pilnikiem a na urodziny tort z liną w środku.
Pewnie niepotrzebnie się wkurzam bo taki projekt ustawy przepadnie w przedbiegach, ale jednak sam fakt jego powstania o czymś świadczy.
Naprawdę kiedy upadała komuna i przeżywaliśmy "karnawał wolności" chyba niewiele osób spodziewało się,że sytuacja może podryfować w taką "strefę mroku".
Kciuk mać
Wspominałem poprzednio ,że piątek był dniem „medycznym”. Zdałem sobie sprawę,że to ostatnia chwila by o siebie zadbać. Jak większość facetów do lekarzy chodzę niechętnie, z oporami i za karę.
A ponieważ przez ostatnie dwa lata byliśmy regularnymi gośćmi gabinetów lekarskich w związku z „tańcem ze szkiełkami” oraz innymi atrakcjami to jak łatwo się domyśleć inne sprawy zeszły na bok.
Tak więc pokolędowałem ostatnio po alergologu , laryngologu, chirurgu i ortopedzie.
A efekt to dwa skierowania do szpitala- na badanie bezdechu sennego i operację złamanego i źle zrośniętego kciuka.
Badanie bezdechu to efekt wieloletniej walki z chrapaniem. A kciuk? Kciuk jak wiadomo jest palcem bardzo przydatnym. Jak zauważył kiedyś bohater „Psów 2” grany przez Czarka Pazurę „Co ja teraz bez kciuka zrobię?”.
Powtarzam sobie te słowa regularnie od lutego kiedy to moje pieski kochane przeciągnęły mnie na nartach biegowych po asfalcie. Skijoringu mi się zachciało psiakrew. To taka odmiana psich zaprzęgów. Jak się okazuje najbardziej urazowa.
Nie chcę się wdawać w medyczno- drastyczne szczegóły,ale kiedy usłyszałem od chirurga,że jeżeli chcę własnoręcznie kąpać córki to trzeba najpierw „przeciąć ścięgna a potem z kości wyciąć taki fajny klin i …” to pobladłem.
Ale zrobić to trzeba bo teraz nawet otwarcie jogurtu jest dla mnie problemem a operowanie portfelem i jednorazową siatką przy kasie w sklepie to już prawdziwy happening.
Chętnie bym się tez poobijał na zwolnieniu lekarskim, ale boje się zostawiać żonę samą bo przy kciuku to pewnie kilka dni mnie w szpitalu potrzymają.
Z drugiej strony jak nie zrobię tego teraz ( a wcześniej się nie dało) to pewnie już nigdy.
A z trzeciej strony boję się trochę iść na zwolnienie bo najpierw były dwa tygodnie na transfer a potem będą po urodzeniu dzieciaków. A w pracy sytuacja nieciekawa. Na dniach zmienia się rada nadzorcza a ta pewnie zmieni zarząd. A nowy zarząd zajmie się zarządzaniem w czasach kryzysu .
A my właśnie zaciągnęliśmy spory kredyt bo... inaczej się nie dało. Naprawdę.
Chyba przez to nie byłem w stanie ostatnio skupić się na pisaniu.
Zazwyczaj na stres reaguję sennością. A ostatnio padałem na pysk.
Wczoraj podczas spaceru z psiakami zastanawialiśmy się co by tu począć z naszym życiem.
W trakcie remontu okazało się ,że największe, najładniejsze i najbardziej ustawne pomieszczenie w domu to... garaż.
Idealnie by się nadawał na magazyn. Do nas na zadupie nikt tu nie przyjedzie więc może jakiś handel internetowy? Tylko czym? Pomysłów jest kilka,ale żaden jakoś nie zwala z nóg.
Teraz kiedy regularnie bloguję (tak, tak, uśmiechajcie się ironicznie) widzę,że potrafiłbym pracować w domu. Choćby pisać. Tyle,że utrzymać się z tego to już zupełnie inna sprawa. Bez znanego nazwiska raczej się nie uda. W ubiegłym roku próbowałem zainteresować kilka redakcji swoimi recenzjami i felietonami filmowymi i ...nie dostałem ani jednej odpowiedzi.
I nie wiem czy dlatego,że były słabe czy z innych przyczyn. Wolę myśleć,że „z tych innych”;-)
Do tego wątku wrócę w najbliższym czasie.
A w następnym odcinku Garbaty powie:
„Kłamać nie umiem na polityka się nie nadaję”.
A ponieważ przez ostatnie dwa lata byliśmy regularnymi gośćmi gabinetów lekarskich w związku z „tańcem ze szkiełkami” oraz innymi atrakcjami to jak łatwo się domyśleć inne sprawy zeszły na bok.
Tak więc pokolędowałem ostatnio po alergologu , laryngologu, chirurgu i ortopedzie.
A efekt to dwa skierowania do szpitala- na badanie bezdechu sennego i operację złamanego i źle zrośniętego kciuka.
Badanie bezdechu to efekt wieloletniej walki z chrapaniem. A kciuk? Kciuk jak wiadomo jest palcem bardzo przydatnym. Jak zauważył kiedyś bohater „Psów 2” grany przez Czarka Pazurę „Co ja teraz bez kciuka zrobię?”.
Powtarzam sobie te słowa regularnie od lutego kiedy to moje pieski kochane przeciągnęły mnie na nartach biegowych po asfalcie. Skijoringu mi się zachciało psiakrew. To taka odmiana psich zaprzęgów. Jak się okazuje najbardziej urazowa.
Nie chcę się wdawać w medyczno- drastyczne szczegóły,ale kiedy usłyszałem od chirurga,że jeżeli chcę własnoręcznie kąpać córki to trzeba najpierw „przeciąć ścięgna a potem z kości wyciąć taki fajny klin i …” to pobladłem.
Ale zrobić to trzeba bo teraz nawet otwarcie jogurtu jest dla mnie problemem a operowanie portfelem i jednorazową siatką przy kasie w sklepie to już prawdziwy happening.
Chętnie bym się tez poobijał na zwolnieniu lekarskim, ale boje się zostawiać żonę samą bo przy kciuku to pewnie kilka dni mnie w szpitalu potrzymają.
Z drugiej strony jak nie zrobię tego teraz ( a wcześniej się nie dało) to pewnie już nigdy.
A z trzeciej strony boję się trochę iść na zwolnienie bo najpierw były dwa tygodnie na transfer a potem będą po urodzeniu dzieciaków. A w pracy sytuacja nieciekawa. Na dniach zmienia się rada nadzorcza a ta pewnie zmieni zarząd. A nowy zarząd zajmie się zarządzaniem w czasach kryzysu .
A my właśnie zaciągnęliśmy spory kredyt bo... inaczej się nie dało. Naprawdę.
Chyba przez to nie byłem w stanie ostatnio skupić się na pisaniu.
Zazwyczaj na stres reaguję sennością. A ostatnio padałem na pysk.
Wczoraj podczas spaceru z psiakami zastanawialiśmy się co by tu począć z naszym życiem.
W trakcie remontu okazało się ,że największe, najładniejsze i najbardziej ustawne pomieszczenie w domu to... garaż.
Idealnie by się nadawał na magazyn. Do nas na zadupie nikt tu nie przyjedzie więc może jakiś handel internetowy? Tylko czym? Pomysłów jest kilka,ale żaden jakoś nie zwala z nóg.
Teraz kiedy regularnie bloguję (tak, tak, uśmiechajcie się ironicznie) widzę,że potrafiłbym pracować w domu. Choćby pisać. Tyle,że utrzymać się z tego to już zupełnie inna sprawa. Bez znanego nazwiska raczej się nie uda. W ubiegłym roku próbowałem zainteresować kilka redakcji swoimi recenzjami i felietonami filmowymi i ...nie dostałem ani jednej odpowiedzi.
I nie wiem czy dlatego,że były słabe czy z innych przyczyn. Wolę myśleć,że „z tych innych”;-)
Do tego wątku wrócę w najbliższym czasie.
A w następnym odcinku Garbaty powie:
„Kłamać nie umiem na polityka się nie nadaję”.
środa, 2 września 2009
Kawa z maślanką
Nie miałem ostatnio melodii do pisania. I tak naprawdę nie wiem dlaczego. Co prawda byłem zmęczony, podziębiony i strasznie denerwowałem się remontem, ale do tej pory jakoś nie powstrzymywało mnie to przed pisaniem. Tym bardziej ,że tematów nie brakowało. Bo i badanie połówkowe i wizyta u rodziców, nerwowe rozmowy nad „księgą imion” i głośna sprawa wysterylizowanej kobiety i kolejna wizyta w „dziecięcym” sklepie- no nic tylko się wyżywać literacko.
Znam się dosyć dobrze i wiem,że systematyczność to moja najsłabsza strona. A raczej jej brak należy do najmocniejszych. Co nie znaczy,że najbardziej pożądanych. Tymczasem bloguję już czwarty miesiąc. Jak na mnie to cud jakiś. Wiem też, że wystarczy tylko raz albo dwa sobie odpuścić i.... koniec.
Dlatego pchany wyrzutami sumienia, poczuciem obowiązku oraz słowami krytyki od czytelniczek -dzisiaj rano- przed pracą nastawiłem wodę na kawę, włączyłem komputer i zacząłem się zastanawiać co by tu naskrobać.
I doszedłem do wniosku,że chyba wypada zachować chronologię i zacząć od miejsca, w którym przerwałem.
W czasie kiedy o tym myślałem woda się zagotowała a windows vista (niech go szlag trafi) powoli stanął na nogi.
Zalałem kawę, zalogowałem się do lapka i zacząłem szukać mleczka o kawy.
Kiedyś czytałem ,że podczas działań twórczych ludzkie półkule mózgowe pracują inaczej niż normalnie. A właściwie zaczyna działać ta półkula (nigdy nie pamiętam -prawa czy lewa), która zazwyczaj nie ma zbyt wiele do roboty.
W każdym razie już wiele lat temu zauważyłem,że kiedy mój mózg wchodzi w tryb „kreacja & nawiedzone rozmyślania” to staje się nieprzydatny do innych celów. Nie nadaje się wtedy kompletnie do konwersacji i robię się opryskliwy. A kiedy jestem zmuszony do jakiś zwyczajnych prozaicznych działań to efekty bywają zaskakujące. Potem znajduję w koszu na śmieci nowy kubek a w lodówce na przykład kluczyki od samochodu. A kiedyś zdarzyło mi się...hmm.... e o tym nie napiszę. Aż tak dobrze się nie znamy :-)
Zastanawiacie się pewnie czemu o tym piszę? Już wyjaśniam.
Otóż dzisiaj rano ,kiedy prawie zaraz po przebudzeniu zacząłem myśleć o czym by tu napisać, moja skołatana głowa weszła w tryb „garbaty pisał będzie- uwaga”.
Nie zwróciłem tylko uwagi na to kluczowe słowo „uwaga”. Efekt jest taki, że dolewając mleka do kawy zorientowałem się ,że kartonik, który trzymam w ręce wcale mleka nie zawiera.
No i teraz, krzywiąc się, siorbie kawę rozpuszczalną z... maślanką o smaku pieczonego jabłka.
Nawet da się to pić. O dziwo.
No dobra dosyć tego przydługiego wstępu. Zabieram się za nadrabianie zaległości.
Piątek był dniem medycznym. Po pierwsze badanie całej trójki moich kochanych dziewczyn. To znaczy „dziewuchy cargo” i jej „zawartości”.
Pan doktor był mrukliwy i miał fizjonomię lekko wkurwionego buldoga,ale zdecydowanie zyskiwał przy bliższym poznaniu. No i podobno to „najlepsze oko w mieście”. Prześwietlił swoim okiem Saurona koleżankę małżonkę oraz nasze pociechy i stwierdził,że wszystko jest idealnie zgodnie z normą.
Oczywiście nie oczekiwaliśmy niczego innego. A jednak kamień spadł z serca.
Nie odtoczył się jednak za daleko. Zaczynam teraz rozumieć co miała na myśli moja mama mówiąc mi żartobliwie „będziesz matką to zobaczysz” kiedy jako dzieciak zarzucałem jej nadopiekuńczość.
Wracając jednak do badania to pan doktor oko miał aż za dobre jak na mój gust.
Podczas USG obrazy zmieniały się i przesuwały tak szybko,że właściwie nie mogłem nic zobaczyć. Ledwo mignęła mi jakaś możliwa do zidentyfikowania część ciała a obraz już się zmieniał.
Nie na moją percepcję był ten show.
Byłem więc mocno rozczarowany stroną wizualną tego „widzenia”.
Za to kiedy podczas badania serduszek nastąpiły długie pauzy moje serce przestawało bić. Pani Bebzunkowa najwyraźniej poczuła się podobnie bo złapała mnie za rękę. Oczywiście okazało się ,że wszystko jest w porządku.
W pewnym momencie „odpłynąłem” zapatrzony w monitor. Poczułem się tak jakby nie było z nami lekarza, jakbyśmy byli gdzieś indziej. Całą czwórką.
Tak jakbyśmy siedzieli w naszym salonie i z uśmiechami na twarzach patrzyli na bawiące się dzieci.
Będę ojcem dwóch córek. Powtarzam sobie czasem te słowa. Słucham jak brzmią. Zastanawiam się się co czuję kiedy je słyszę.
A na twarzy rozjeżdża mi się uśmiech.
Znam się dosyć dobrze i wiem,że systematyczność to moja najsłabsza strona. A raczej jej brak należy do najmocniejszych. Co nie znaczy,że najbardziej pożądanych. Tymczasem bloguję już czwarty miesiąc. Jak na mnie to cud jakiś. Wiem też, że wystarczy tylko raz albo dwa sobie odpuścić i.... koniec.
Dlatego pchany wyrzutami sumienia, poczuciem obowiązku oraz słowami krytyki od czytelniczek -dzisiaj rano- przed pracą nastawiłem wodę na kawę, włączyłem komputer i zacząłem się zastanawiać co by tu naskrobać.
I doszedłem do wniosku,że chyba wypada zachować chronologię i zacząć od miejsca, w którym przerwałem.
W czasie kiedy o tym myślałem woda się zagotowała a windows vista (niech go szlag trafi) powoli stanął na nogi.
Zalałem kawę, zalogowałem się do lapka i zacząłem szukać mleczka o kawy.
Kiedyś czytałem ,że podczas działań twórczych ludzkie półkule mózgowe pracują inaczej niż normalnie. A właściwie zaczyna działać ta półkula (nigdy nie pamiętam -prawa czy lewa), która zazwyczaj nie ma zbyt wiele do roboty.
W każdym razie już wiele lat temu zauważyłem,że kiedy mój mózg wchodzi w tryb „kreacja & nawiedzone rozmyślania” to staje się nieprzydatny do innych celów. Nie nadaje się wtedy kompletnie do konwersacji i robię się opryskliwy. A kiedy jestem zmuszony do jakiś zwyczajnych prozaicznych działań to efekty bywają zaskakujące. Potem znajduję w koszu na śmieci nowy kubek a w lodówce na przykład kluczyki od samochodu. A kiedyś zdarzyło mi się...hmm.... e o tym nie napiszę. Aż tak dobrze się nie znamy :-)
Zastanawiacie się pewnie czemu o tym piszę? Już wyjaśniam.
Otóż dzisiaj rano ,kiedy prawie zaraz po przebudzeniu zacząłem myśleć o czym by tu napisać, moja skołatana głowa weszła w tryb „garbaty pisał będzie- uwaga”.
Nie zwróciłem tylko uwagi na to kluczowe słowo „uwaga”. Efekt jest taki, że dolewając mleka do kawy zorientowałem się ,że kartonik, który trzymam w ręce wcale mleka nie zawiera.
No i teraz, krzywiąc się, siorbie kawę rozpuszczalną z... maślanką o smaku pieczonego jabłka.
Nawet da się to pić. O dziwo.
No dobra dosyć tego przydługiego wstępu. Zabieram się za nadrabianie zaległości.
Piątek był dniem medycznym. Po pierwsze badanie całej trójki moich kochanych dziewczyn. To znaczy „dziewuchy cargo” i jej „zawartości”.
Pan doktor był mrukliwy i miał fizjonomię lekko wkurwionego buldoga,ale zdecydowanie zyskiwał przy bliższym poznaniu. No i podobno to „najlepsze oko w mieście”. Prześwietlił swoim okiem Saurona koleżankę małżonkę oraz nasze pociechy i stwierdził,że wszystko jest idealnie zgodnie z normą.
Oczywiście nie oczekiwaliśmy niczego innego. A jednak kamień spadł z serca.
Nie odtoczył się jednak za daleko. Zaczynam teraz rozumieć co miała na myśli moja mama mówiąc mi żartobliwie „będziesz matką to zobaczysz” kiedy jako dzieciak zarzucałem jej nadopiekuńczość.
Wracając jednak do badania to pan doktor oko miał aż za dobre jak na mój gust.
Podczas USG obrazy zmieniały się i przesuwały tak szybko,że właściwie nie mogłem nic zobaczyć. Ledwo mignęła mi jakaś możliwa do zidentyfikowania część ciała a obraz już się zmieniał.
Nie na moją percepcję był ten show.
Byłem więc mocno rozczarowany stroną wizualną tego „widzenia”.
Za to kiedy podczas badania serduszek nastąpiły długie pauzy moje serce przestawało bić. Pani Bebzunkowa najwyraźniej poczuła się podobnie bo złapała mnie za rękę. Oczywiście okazało się ,że wszystko jest w porządku.
W pewnym momencie „odpłynąłem” zapatrzony w monitor. Poczułem się tak jakby nie było z nami lekarza, jakbyśmy byli gdzieś indziej. Całą czwórką.
Tak jakbyśmy siedzieli w naszym salonie i z uśmiechami na twarzach patrzyli na bawiące się dzieci.
Będę ojcem dwóch córek. Powtarzam sobie czasem te słowa. Słucham jak brzmią. Zastanawiam się się co czuję kiedy je słyszę.
A na twarzy rozjeżdża mi się uśmiech.
Subskrybuj:
Posty (Atom)